Ladowe Przedoffie / OFF-typy / Levity, Polpo Motel

20140729_231641

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w ostatnich tygodniach w Warszawie występowanie interesujących wydarzeń muzycznych przybrało intensywność od dawna niespotykaną. Zdanie wyświechtane: „Bez wątpienia wakacje nie są dla stołecznej sceny sezonem ogórkowym”. Spora w tym zasługa tegorocznego „LADO w mieście”, które w okresie dwóch miesięcy prezentuje cyklicznie ponad 40 składów. Nadszedł półmetek. Instytut Improwizacji ze względną regularnością śledzi jubileuszowe występy artystów warszawskiego wydawnictwa.

Jak powszechnie wiadomo z początkiem sierpnia w Katowicach odbędzie się OFF Festival. Zanim jednak ta wielka impreza w pełni zaabsorbuje energię niżej podpisanego (i być może czytającego), chciałbym gorąco zaprosić na ostatnie w tym miesiącu koncerty „LADO w mieście” na Placu Zabaw, które dla warszawskiego słuchacza mogą stać się ciekawą wigilią katowickiej sztafety:

W najbliższą środę – Zocha i Igor, Wovoka

W najbliższy czwartek – 67,5 Minut Projekt, Baoba Stereo Club + M. Takara, Meritum

Na szczególną uwagę zasługuje bez wątpienia Baoba Stereo Club + M. Takara, którzy raczej tak prędko nad Wisłę nie powrócą.

————————————————————————————————————–

Portale muzyczne od jakiegoś czasu serwują swoje rekomendacje konkretnych występów na OFF Festivalu. Instytut Improwizacji nie powieli tego schematu w imię zasady, że na wszelkiego rodzaju festiwalach najciekawsi okazują się artyści, którzy jeszcze nie są nam znani. Zatem proponuję kierować się przede wszystkim własną intuicją, ewentualnie lekko poprzedzoną internetowym research’em, choć zaręczam, że najlepiej dać się zaskoczyć.

Podam jedynie 4 żelazne punkty tegorocznego line-up’u, które niezależnie od pozostałych nazwisk i tak przyciągnęłyby mnie na OFF Festival. Kolejność alfabetyczna:

Glenn Branca

Michael Rother

Gary Wilson

Evan Ziporyn

———————————————————————————————————–

Aby z czystym sumieniem zostawić „warszawskie sprawy” słów kilka musi paść o zeszłotygodniowym koncercie Levity.

Trio w pewnym sensie spaja dwa powyższe tematy. Powód prosty – moje ostatnie spotkanie z Levity na żywo miało miejsce właśnie na OFF Festivalu przed dwoma laty. Przyznać muszę, że był to dla mnie jeden z lepszych polskich koncertów w Dolinie Trzech Stawów a.d. 2012. Nie ukrywam, że dużo obiecywałem sobie po zreaktywowanym występie zespołu z okazji dziesięciolecia LADO.

20140724_211837

Tymczasem Levity zagrali klasyczny nierówny koncert, którego na dobrą sprawę można się było spodziewać po składzie, który przez ostatnie półtora roku właściwie nie funkcjonował jako working band. Nie byłbym w opinii aż tak skrajny jak Piotr Lewandowski – występ miał swoje lepsze momenty, kiedy dochodziło do ciekawych, intensywniejszych spięć między instrumentami (szczególnie początek i koniec). Niemniej chemia, którą Levity mieli dwa lata temu widoczna była zdecydowanie rzadziej niż bym sobie tego życzył. Duże umiejętności muzyczne (które w jednostkowych popisach były wyraźne) pozwalają jednak w dalszym ciągu spoglądać w przyszłość tria z nadzieją, że wpisana w nazwę lekkość znajdzie znów przełożenie na brzmienie całości i wzajemny flow. Trzymam kciuki, bo zwyczajnie chciałbym jeszcze usłyszeć znakomite Levity sprzed lat, które wskrzesić mogą próby, koncerty, wspólne granie, którego niedostatek ewidentnie na Placu Zabaw dawał o sobie znać.

20140724_225820

Nierówny występ tria zbalansował doskonale duet Polpo Motel. Zespół stanowił dla mnie zagadkę, jednak po zejściu ze sceny charyzmatycznej Olgi Mysłowskiej i Daniela Pigońskiego, jestem zdeterminowany do śledzenia ich dalszych poczynań, które mam nadzieję w niedalekiej przyszłości ujrzą światło dzienne. Bardzo dobry, magnetyczny show.

 

Krzysztof Wójcik

Turn on, tune in, drop out – Makoto Kawabata & Jean-François Pauvros w Pardon To Tu

20140723_221429

Tak jak wtorkowy koncert Colina Stetsona był stosunkowo uporządkowanym i klarownym przedstawieniem, tak w środę na scenie Pardon To Tu zagościł zupełnie inny – choć nie mniej fascynujący – rodzaj muzycznej energii. Obrazowo rzecz ujmując przypisałbym występ Stetsona do porządku apollińskiego, podczas gdy dionizyjscy Makoto Kawabata i Jean-François Pauvros obnażyli w pełnej krasie to, co żywiołowe, nieokiełznane, intuicyjne, czasami chaotyczne. Przypominało to bardziej zaklinanie dźwięków o bardzo dużej amplitudzie natężeń.

W zasadzie dobrą puentą dla środowego występu byłyby słowa samego Kawabaty: „Skąd te dźwięki pochodzą? Kto je wysyła? To nie jest coś, czego mogę się dowiedzieć (…) po prostu wierzę, że pochodzą one z kosmosu”. W zestawieniu z muzyką duetu podobne stwierdzenia nabierają sensu. Właściwie od momentu, gdy dwóch kędzierzawych artystów usadowiło się na krzesłach z lampkami wina atmosfera wieczoru zyskiwała systematycznie „+10” do niesamowitości. Kieliszki rozpoczęły występ przeszywającym, jednostajnym dźwiękiem, który owszem – pochodził z kosmosu (nie zapominajmy, że Ziemia, to też cząstka kosmosu). Kawabata po chwili zmienił kieliszek na metalowy moździerz i przytknąwszy go do gitary, kolistymi ruchami tłuczka generował kolejne, cyrkularne pętle dźwięku. Pauvros natomiast zaczął powolną, subtelną gitarową wędrówkę, której nie do końca oczywistym celem okazał się noise’owy zgiełk.

20140723_205736

Opisywanie występu duetu w sposób reporterski nie ma zbyt wiele sensu – była to muzyka zbyt żywa i abstrakcyjna, a przede wszystkim szalenie psychodeliczna. W pewnym momencie zaczęły się liczyć tylko dźwięki, rządzące się własną, odrębną logiką, bądź jedynie przypadkiem. Choć śmiało nazwać można występ duetu rodzajem audio-performance’u, to bez wątpienia w spektaklu muzyka była na pierwszym miejscu. Kawabata z Pauvrosem przypominali szamanów, którzy powoli wprowadzali słuchaczy w specyficzny rytuał, pogańską celebrację sonorystycznych możliwości gitar elektrycznych. Warto zauważyć, że pomiędzy muzykami zachodziło doskonałe, niemal mistyczne porozumienie, dzięki czemu koncert nie był instrumentalną polemiką, wymianą ciosów, a raczej wspólnie snuta opowieścią. W grze Pauvrosa gitara częściej przypominała (w dużym cudzysłowie) „klasyczne” brzmienie tego instrumentu, natomiast Kawabata raczej bawił się brzmieniem niestandardowym, wynikającym z rozmaitych preparacji. Muzyka zyskiwała szczególnie ciekawe oblicze, kiedy artyści zaczynali grać za pomocą smyczków.

20140723_212302

Przez blisko półtorej godziny Pardon To Tu przypominało bardziej chimeryczny generator energii elektrycznej, niż zwyczajną „przestrzeń w czasie”. Po zamknięciu oczu można było odlecieć bardzo daleko, czasami wręcz dało się zabłądzić. Muzyczny chaos był jedynie pozorny, łatwy do uporządkowania, domknięcia wyobraźnią. Poza tym artyści doskonale panowali nad dźwiękową materią, w żadnym wypadku nie kroczyli po omacku.

Myślę, że nie ma potrzeby przesadne racjonalizowanie dźwięków usłyszanych na środowym koncercie. Nazwałbym je swobodnym strumieniem świadomości z kilkoma spektakularnymi przesileniami. Było to również fascynujące spotkanie dwóch muzycznych kultur, dla których wspólnym mianownikiem okazały się psychodeliczne właściwości gitary. U Pauvros słychać było niekiedy specyficzne, kwaśno-kosmiczne brzmienie, o rodowodzie z przełomu lat 60/70, ale też inklinacje do noise’owych lat 80. Kawabata prezentował z kolei typowo japońskie, eksperymentalne podejście do tematu. Z muzyką japońską jest trochę jak z japońskim kinem – człowiek zachodu nigdy do końca nie zrozumie wszystkich kontekstów i ukrytych znaczeń, co w dużej mierze czyni tę kulturę aż tak pociągającą.

20140723_220534

Koncert zakończony czytelną klamrą (znów moździerz i kieliszki) zyskał na spójności, rytuał dobiegł końca. Często po podobnie eksperymentalnych występach pozostaje w mnie uczucie wypranego mózgu, konsternacji, czasem lekkiego niesmaku. Tym razem tak nie było. Kawabata i Pauvros nie szokowali na pokaz, nie byli pretensjonalni. Po prostu z dużą wprawą prezentowali dźwięki rodem z kosmosu – od ambientu do noise’u i z powrotem. Być może wino miało tego wieczoru wyjątkowo kwasowy odczyn? Zdecydowanie był to koncert w kategorii „experience”. Are you experienced?

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Atleta brzmienia, wizjoner kompozycji – Colin Stetson w Pardon To Tu

20140722_210521

Ten koncert słusznie nagłaśniany był przez Pardon To Tu, jako jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń sezonu wakacyjnego. Choć po fantastycznych, koncepcyjnie przemyślanych albumach Colina Stetsona (nagrywanych na setkę, bez produkcyjnego majstrowania) można sie było spodziewać widowiska niezwykłego, to i tak występ Kanadyjczyka przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Obok Petera Evansa, koncert Stetsona był według mnie zdecydowanie najlepszym stricte solowym występem na pardonowej scenie w tym roku, a być może nawet nie tylko w tym.

Podstawowe pytanie, podszyte niedowiarstwem, z jakim przyszedłem na Stetsona, brzmiało: „ale jak on to w ogóle robi?!”. W jaki sposób jeden muzyk jest w stanie wykrzesać z instrumentu tak przebogatą paletę dźwięków, nie posiłkując się przy okazji jakąkolwiek asystą elektroniki, polegając tylko i wyłącznie na możliwościach własnego organizmu?

do tekstu

W oglądaniu Stetsona na scenie było wręcz coś surrealistycznego. Kanadyjczyka nazwać można śmiało kimś w rodzaju „one man band”. Saksofony wraz z umieszczonym na szyi laryngofonem pozwalały muzykowi na tworzenie niezwykle wielopłaszczyznowego brzmienia – Stetson koordynował jednocześnie trzy, czy cztery „ścieżki” dźwięków, rozwijając symultanicznie melodie, rytm, gardłowe ryki, sonorystyczne zabawy klapkami instrumentu. Przy tym wszystkim ani na moment nie wytracał spójności i dokładności przekazu. Atletyczna budowa ciała w przypadku Stetsona jest zdecydowanie wprost  proporcjonalna do skali jego technicznej wirtuozerii. Kreowanie muzyki o tak dużej intensywności i mocy przez blisko półtorej godziny w dużej mierze na gigantycznym saksofonie basowym, w rozgrzanym klubie można wręcz zaliczyć do sportów wyczynowych. Perfekcja fizycznych możliwości byłaby jednak niczym, gdyby nie stała za nią klarowna, oryginalna wizja estetyczna i właśnie w niej upatrywałbym prawdziwy fenomen tego artysty. Stetson gra muzykę trudną do skategoryzowania, stanowiąca konglomerat wielu czynników, które finalnie uzupełniają się w sposób zjawiskowy. Charakterystyczna, pulsująca rytmika tworzy niemal elektroniczny background, linearnie, powoli pączkujące kompozycje przypominają z kolei minimalistyczne dzieła-mantry Steve’a Reicha (gardłowe „wycie” laryngofonu nieodmiennie kojarzyło mi się ze znakomitym „Different Trains”). Z pewnością w utworach saksofonisty można też wyczuć pewną typową dla post-rocka epickość, wzniosłość. Z drugiej strony mamy brudne, surowe brzmienie dęciaka à la Mats Gustafsson…

Stetson nie nurkuje w żadną z tych (i wielu innych) inspiracji na sto procent, swobodnie i pewnie kroczy drogą środka, kierując się wolnością artystyczną. Kanadyjczyk jest szczególnym przypadkiem, w którym duża oryginalność przekazu przekłada się na bardzo uniwersalny „zasięg” muzyki. W rezultacie Pardon odwiedzili we wtorek słuchacze o prawdopodobnie bardzo rozstrzelonych gustach, które – paradoksalnie – znalazły scalenie w chropowatych, nieoczywistych dźwiękach saksofonu basowego.

20140722_210527

Stetsona nazwałbym przede wszystkim kompozytorem, ponieważ w jego precyzyjnie utkanych utworach przestrzeń improwizacyjna ogranicza się zwykle do modulacji barwy instrumentu, co samo w sobie daje muzykowi (o takich umiejętnościach) gigantyczne możliwości kreowania nastroju. Narracyjny charakter transowych kompozycji bardzo dobrze korespondował z bezpretensjonalną, anegdotyczną konferansjerką, którą cechował – moim zdaniem jedynie pozorny – „wstręt do puenty”. Puentą była muzyka szalenie wciągająca, piękna, choć pełna wewnętrznego nerwu i rozedrgania, w pewnym sensie dramatyczna. Program, składający się z utworów z ostatnich dwóch albumów, pokazał bardzo dużą koherencję tego materiału. Znakomite, surowe i pulsujące „Judges”, czy pozbawione wokalu Laurie Anderson „A Dream of Water” świetnie współgrały z zeszłorocznymi kompozycjami, na czele z opasłym, ciekawie ewoluującym, meandrycznym „To See More Light”.

Co tu dużo mówić – to był po prostu kapitalny koncert! Podobnego hucznego aplauzu w Pardon To Tu nie słyszałem bardzo dawno, a w głośności braw i pohukiwań naprawdę ciężko doszukiwać się przesady. Colin Stetson z gracją znokautował podobnych mi, drobnych niedowiarków, nawracając ich na wyznawców, a fanów/fanki utwierdził jedynie w uwielbieniu. Na dodatkową pochwałę zasługuje również znakomite nagłośnienie, które pozwalało w pełni wsiąknąć w drobiazgowe muzyczne uniwersum saksofonisty. Poza gratulacjami dla ekipy Pardon To Tu nie mam już nic więcej do powiedzenia – po takich występach słowa w zasadzie nawet nie są potrzebne. Kto był ten wie, o czym mówię. Magiczne półtorej godziny.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Jazdy rozkład

Czyli zajawka interesujących wydarzeń koncertowych w Warszawie do końca miesiąca lipca. Tym razem alfabetycznie, lokalami:

 

Chmury:

23.07 – Gil Kuno, Maciej Ożóg

 

Eufemia:

21.07 – IMPRO MITING: Dickaty, Olter Wójciński

23.07 – IMPRO MITING: Wojtek Kurek, Tomasz Wegner, Bartosz Tkacz

 

Fawory:

21.07 – PÄFGENS

 

Muzeum Sztuki Nowoczesnej (w ramach cyklu „Co słychać”):

22.07 – Agnieszka Polska/Stara Rzeka (na Placu Defilad)

25.07 – Anna Zaradny (audytorium MSN)

 

Pardon To Tu:

22.07 – Colin Stetson

23.07 – Makato Kawabata, Jean Francois Pauvros

26.07 – All Stars Dansing Band

 

Plac Zabaw:

24.07 – Levity, Polpo Motel

 

Teatr Studio:

23.07 – Arszyn/Duda; Hubert Zemler Solo; Sza/Za

 

Z części wydarzeń już teraz zapraszam na relację w dniach najbliższych. A z początkiem sierpnia Instytut Improwizacji wyrusza z ekspedycją dziennikarską do Katowic…

Miłych odsłuchów!

 

LADO w mieście: LXMP i Profesjonalezy na Placu Zabaw

CAM00649

Pierwszy dzień trzeciego śród-tygodniowego weekendu fetowania 10-lecia Lado ABC niefortunnie zbiegł się z meczem przy Łazienkowskiej, co mogło przysporzyć podróżującym dodatkowego dreszczyku emocji (również z racji kiepawego wyniku). Choć w programie Placu Zabaw na 16.07 figurowały teoretycznie dwa zespoły, to ostatecznie hybrydyczni Profesjonalezi objawili się w dwóch odsłonach przerwanych uroczym skitem z Bee Gees’ów. Było to moje pierwsze Lado w tym roku na Placu Zabaw – wcześniej byłem jedynie na inauguracji w Kulturalnej – i przyznać muszę, że okoliczności koncertów plenerowych znacznie lepiej pasują do luźnego charakteru imprezy, na którą przychodzimy głównie żeby zobaczyć składy już nam (zwykle) znane, cofnąć się w czasie, powspominać, dobrze się bawić. Tak też było w środę, choć nie bez niespodzianek!

LXMP zaczęło wieczór od nietypowego eksperymentu formalnego. Macio Moretti z Piotrem Zabrodzkim postanowili usytuować własną scenę za barem, pozbawiając tym samym zgromadzoną publiczność dostępu do płynów. Wyczyn o znamionach terrorystycznych w warunkach warszawskich upałów, pozwolił sfokusować uwagę na meritum – muzyce, która w przypadku duetu działa nie gorzej jak napoje wyskokowe. Zabrodzki na dwóch klawiaturach syntezatorów, Moretti na syntezatorze i perkusji są w stanie wyczarować dźwięki z pogranicza funku, drum’n’bassu, disco, fusion (i wielu innych…), po czym zgnieść je w kanciastą pigułę, w zwariowany, nakręcony, psychodeliczny trip. Chciałbym kiedyś zobaczyć jak LXMP gra na żywo muzykę do jakiegoś starego filmu sci-fi klas dalszych niż „B”, na przykład do „Planu 9 z kosmosu”, albo „Milczącej gwiazdy”, chociaż z drugiej strony „Pan Kleks” też mógłby ciekawie zadziałać… Moretti i Zabrodzki grają umyślnie koślawo, w czym są oprócz metody, duże umiejętności techniczne i muzyczna wyobraźnia. Erudycyjna zabawa kosmicznym brzmieniem na wysokim poziomie, przypominającym nieco wydawnictwa z Planet Mu. Nie słucham dużo takiej muzyki na co dzień, jednak na koncercie sprawdza się fantastycznie. Duet wspomagał na konsolecie co jakiś czas DJ Lenar, co prawdopodobnie zadziałało jak dodatkowy katalizator dziwacznego, intrygującego chaosu brzmienia LXMP.

IMG_20140716_223728

Profesjonalezy okazały się oczywiście Profesjonalizmem i Polonezami, chociaż do samego końca miałem nadzieję, że Marcin Masecki dokona jakiejś fuzji, drobnej rewolucji, niespodzianki – na przykład składy zamienią się materiałem, który sam mógłby zostać przearanżowany itp. Cokolwiek. Ogólnie rzecz biorąc spodziewałem się muzycznej odpowiedzi na obiecująco dziwaczną nazwę. Ostatecznie obyło się bez podobnych eksperymentów i po prostu najpierw zagrał sekstet Profesjonalizm, potem na scenę w błękitnych marynarkach wyszły Polonezy. Oba występy pod względem formy były niespodziewanie aż zdyscyplinowane. Składy odegrały kolejno materiał z płyt „Chopin, Chopin, Chopin” i „Polonezy”, swego rodzaju bisem można określić odegranie hymnu Polski pod batutą Marcina Maseckiego. Czy zawężenie koncertów jedynie do stosunkowo wiernego odegrania programów okazało się zaletą?

profesjonalizm

 Trudno powiedzieć. Profesjonalizm uważam osobiście za jeden z najjaśniejszych momentów w karierze Maseckiego. Dużą zaletą było to, że na płycie sprzed trzech lat zjawiskowy, oryginalny styl kompozytorski warszawskiego pianisty, znalazł wsparcie w fantastycznie zgranym i zdyscyplinowanym zespole, w którym umiejętności każdego z muzyków (Jerzy Rogiewicz, Tomasz Duda, Michał Górczyński, Piotr Domagalski, Kamil Szuszkiewicz) zostały zogniskowane na właściwe im tory. Materiał po latach Profesjonalizm zagrał z dużą swobodą – nikomu nie potrzebne były nuty, a mimo tego kompozycje odwzorowywane były niczym precyzyjne kalki oryginałów znanych z albumu. Utwory z „Chopin, Chopin, Chopin” są na tyle ciekawie zniuansowanymi, dobrze skomponowanymi strukturami, że wręcz nie wymagają improwizacji, czy zbędnego kombinowania. Choć widziałem już sekstet wielokrotnie, to w dalszym ciągiem słucham go z niemal niesłabnącym entuzjazmem. Mam dużą nadzieję, że muzycy wydadzą jeszcze jakąś muzykę właśnie jako sekstet.

Przy setach LXMP i Profesjonalizmu, Polonezy – którym przypadła rola ukoronowania wieczoru – wypadły chyba najsłabiej, lecz nie słabo. Być może gdyby orkiestra rozpoczynała koncerty, to jej wydźwięk byłby lepszy… Nie wiadomo. Pomijając gdybania, program obejmujący „paszportową” płytę trochę przytłoczył wieczór swoim jednak dość złożonym ciężarem gatunkowym. Zawsze traktowałem „Polonezy”, jako pozycję wymagająca dość dużego skupienia i pod tym względem – paradoksalnie – nieco sztywną. Nie jest to oczywiście wada, ale w sytuacji grania jako trzeci zespół wieczoru – trochę brak zalety. Mimo, że słuchało mi się Polonezów dobrze, to nie udało mi się w tę muzykę bardziej zaangażować. Być może minął już urok jej pierwszego doświadczenia? Miałem wrażenie, że muzycy grają z trochę nazbyt wymuszoną dyscypliną, a w muzykę zespołu wkradł się bardziej żywiołowy, chaotyczny flow niestety dopiero pod koniec występu. Zwieńczenie w postaci big bandowej wersji polskiego hymnu wypadło aż nadspodziewanie interesująco i luźno.

CAM00644

Tak zakończył się piąty dzień tegorocznej, wyjątkowej edycji festiwalu „LADO w mieście”, który kompleksowo udowadnia jak bardzo różnorodna, a zarazem spójna jest artystyczna propozycja ludzi od 10 lat związanych z Lado ABC. Jeżeli ktoś chce w trybie instant zapoznać się z twórczością jednych z ciekawszych polskich twórców muzyki niezależnej XXI wieku, ten powinien spędzać środy i czwartki właśnie na Placu Zabaw (bądź w Pałacu Kultury w razie pluchy).

Dekada działalności to dobry moment na podsumowania, wspominania, cofanie się pamięcią do przeszłości, a także nazywanie zamkniętych etapów. Można sobie pozwolić na odrobinę dobrego patosu. Lado ABC jako zjawisko w polskim pejzażu muzycznym ostatnich 10 lat zapisało wiele złotych kart i z pewnością jeszcze zapisze. Trzymam kciuki i mam szczerą nadzieję, że w kolejnych latach Lado ABC przyniesie słuchaczom równie dużo świetnej muzyki. Najlepszego!

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcia Marcin Marchwiński (2,3), Krzysztof Wójcik (1,4)

Bar Studio/Cafe Kulturalna: Sarbak, Masecki i Ścianka ku chwale budżetu partycypacyjnego

O zeszłotygodniowych koncertach w PKiN dowiedziałem się niezwykle późno i mało brakowało, żeby kompletnie uszły mojej uwadze. Szczęśliwie tak się nie stało. Początkowo występy miały odbyć się na Placu Defilad, jednak ostatecznie pogoda pokrzyżowała plany uczczenia partycypacji w przestrzeni, którą można śmiało nazwać pomnikiem impotencji miejskich władz… Szkoda, byłaby w tym pewna doza perwersji. Chociaż z drugiej strony świętowanie „demokratycznego procesu dyskusji i podejmowania decyzji” w podwojach poradzieckiego prezentu też miało swój urok. Podczas gdy Stadion Narodowy dzielnie zarabiał na swoje utrzymanie koncertem zespołu Metallica, w dwóch odnogach najwyższego budynku w Polsce rezydencję objęli artyści polscy: Małgorzata Sarbak, Marcin Masecki oraz Ścianka.

 

Sarbak/Masecki w Barze Studio

Bach grany na keyboardach, Bach nagrywany na dyktafon, Bach lo-fi, Bach na Barce, Bach poza salą koncertową, choć – powiedzmy sobie szczerze – w nie mniej, a inaczej wysublimowanych okolicznościach przyrody… Jednym słowem: Bach jako nieustannie tętniące źródło inspiracji Marcina Maseckiego po raz N-ty. Koncert w Barze Studio zaciekawił mnie głównie ze względu na udział Małgorzaty Sarbak, w której towarzystwie jeszcze Maseckiego nie widziałem. Przypomnijmy, że pianistka także zdążyła już zarejestrować efekt swojej fascynacji muzyką niemieckiego kompozytora na zeszłorocznym, trzypłytowym albumie „J.S. Bach: Partity klawesynowe”. Z perspektywy człowieka, który nie jest z Bachem aż tak za pan brat jak duet Masecki/Sarbak, główne skojarzenia, jakie przychodzą mi do głowy to po pierwsze polifonia, po drugie Wendy Carlos – artystka, która (jeszcze jako artysta) wprowadziła dzieło geniusza doby baroku w czasy współczesne, narzucając nań elektroniczne, awangardowe szaty. Paradoksalnie muzyka Bacha przywodzi mi na myśl bardziej klimaty futurystyczne, niż archaiczne, a jej wycyzelowaną formułę łączę z atmosferą nieco nadąsanej, przerysowanej elegancji. Być może popkultura zgwałciła moją recepcję muzyki kompozytora… cóż, nic już na to nie poradzę.

CAM00618

Trafiłem na koncert Maseckiego i Sarbak z lekkim poślizgiem, lecz nawet jeśli rozpoczął się punktualnie, to musiał trwać nie dłużej jak pół godziny. Przez ten czas cztery dłonie artystów czarowały mniej lub bardziej zainteresowanych słuchaczy znajomymi dźwiękami Bacha o charakterystycznym dla keyboardów brzmieniu. Tymczasem towarzystwo zgromadzone w Barze Studio popijało, zakąszało, rozmawiało… i także – zdawać by się mogło mimo woli – słuchało, choć muzyka równie dobrze mogłoby być muzakiem puszczanym w windzie, czy czilałtową sushi-nudą. Nie jestem w stanie odmówić artystom kunsztu i umiejętności wykonawczych, ale również nie mogę pozbyć się wrażenia dysonansu. Bach jako soundtrack do wódeczki – być może właśnie w ten sposób cel zdejmowania z piedestału muzyki klasycznej został osiągnięty? Akurat w Barze Studio nie widziałem i nie słyszałem w tej formule „wartości dodanej”, a chciałbym i będę próbował ją dostrzec w przyszłości. Może zabrakło czasu? Dziwne, biorąc pod uwagę, że na Ściankę przyszło czekać blisko godzinę, o ile nie dłużej…

 

Ścianka w Kulturalnej

Długo zwlekałem z napisaniem relacji z tego koncertu. I choć właściwie winić za zwłokę pozostaje mi tylko tzw. „przyczyny obiektywne”, to ostatecznie cieszę się, że tekst swoje odleżał. Nie jest łatwo pisać o Ściance, która w swojej karierze wydawniczej nie zaliczyła ani jednej skuchy, od bez mała 20 lat właściwie stale eksperymentuje i w dalszym ciągu ewoluuje w tempie dla wielu bandów nierealnym.

Przygotowania do koncertu – jak to w Kulturalnej bywa – miały charakter otwarty, co z mojej perspektywy (i w przypadku zespołu takiego jak Ścianka) okazało się wielce interesujące. Maciej Cieślak dokładnie testował nagłośnienie i brzmienie instrumentów – co ciekawe nie tylko gitary, ale i perkusji. A tymczasem sala powoli się napełniała… Nastąpił moment próby całego zespołu, która to próba w zasadzie zaczynała przypominać powoli regularny występ (odliczania „razrazrazraz” napędzane tłustym, basowym groovem Michała Bieli przybierały formy niemal quasi-piosenkowe). Gdy już wszystkie aspekty nagłośnieniowe zostały dopięte na ostatni guzik – Ścianka wystartowała mocno i pewnie. Motoryczna, intensywna perkusja Arkadego Kowalczyka przywoływała na myśl Klausa Dingera i w zasadzie przez cały występ była dla zespołu cholernie solidnym punktem zaczepienia. Cieślak początkowo posługiwał się mikrofonem na zasadzie wydawania odgłosów dźwiękonaśladowczych, które po przetworzeniu przez efekty zyskiwały niesamowite, przeszywające, psychodeliczne brzmienie, coś jak beatbox Syda Barretta pięćdziesiąt lat później.

CAM00627

Wrażenie początkowe było piorunujące i szczerze mówiąc nie zasmuciłbym się jakby Ścianka do końca występu grała podobnie naspeedowany, rytmiczny set, jednak ostatecznie ustąpił on miejsca formom piosenkowym, które trio z uporem maniaka dopieszcza przez ostatnie lata. Niestety nie przywołam tytułów, bo nie mam w sobie aż tyle determinacji żeby śledzić bootlegi z ostatnich lat. Utwory bardzo różnorodne jak na dość ograniczone możliwości aranżacyjne, prezentowały się znakomicie. Improwizacje sąsiadowały z elementami bardziej poukładanymi, piosenki dopracowane i domknięte przeplatały się z riffowymi odlotami, jak przystało na klasyczne power-trio, którym to mianem, na upartego, można zespół dzisiaj nazwać.

W przypadku Ścianki muzyczna wyobraźnia żyje w symbiozie ze sceniczną swobodą, a zarazem dyscypliną przekazu. Elementem wyróżniającym koncert w Kulturalnej był bardzo precyzyjnie utrzymywany rytm, na którym powstawały rzeczy w dużej mierze naprawdę spektakularne, jeśli chodzi o poziom songwritingu. Co ciekawe moje ostatnie spotkanie z muzyką Ścianki w Powiększeniu pod koniec zeszłego roku pokazało zespół od zupełnie innej strony – medytacyjnej, para-rytualnej, drone’owej… W Kulturalnej trio pokazało drugą stronę tej samej monety, być może bardziej przystępną, lecz z pewnością równie wysmakowaną i ambitną. Właśnie tego typu artystyczna odwaga i bezkompromisowość Cieślaka, Bieli i Kowalczyka potwierdza, że mimo wydawniczej absencji, Ścianka w dalszym ciągu pozostaje jednym z najciekawszych zjawisk w polskiej muzyce niezależnej.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Infant Joy w Pardon To Tu/premiera płyty „New Ghosts”

CAM00635

Patrząc na scenę w Pardon To Tu po lewej stronie na ścianie, mniej więcej w połowie sali, wisi złota płyta „Ladies and Gentlemen We Are Floating in Space”. Znakomity album lat 90., równolatek „Ok Computer” Radiohead, krążek, na którym saksofonowe piętno odcisnął brytyjski muzyk od kilku lat permanentnie związany z polską sceną improwizowaną – Ray Dickaty, Englishman in Warsaw…

„I’m an alien, I’m a ligal alien…” śpiewał Pan Żądło w pamiętnym szlagierze lat 80. Choć Dickaty’ego można poniekąd nazwać „alienem” (mam tu na myśli przede wszystkim specyfikę gry, bardzo głębokie brzmienie), to jego zadomowienie na gruncie „krajowym, polskim” obecnie nie podlega dyskusji. Mało tego – saksofonistę można wręcz nazwać animatorem lokalnej sceny, który jako człowiek wielu projektów nadaje ton współczesnej, polskiej improwizacji o jazzowej proweniencji. Infant Joy jest kwintetem, w którym Dickaty wraz z czwórką polskich muzyków młodego pokolenia wydał właśnie płytę „New Ghosts”. Jeżeli album trzyma podobnie wysoki poziom, co wtorkowy występ, to niewątpliwie można mówić o premierze głośnej. Na czym polega wyjątkowość Infant Joy, jako zjawiska koncertowego?

CAM00631

Zdublowane saksofonowe trio – w tym wypadku z elementem wspólnym w postaci kontrabasu Wójcińskiego – jest wbrew pozorom formatem eksplorowanym już od dziesięcioleci. Niemniej moc brzmienia generowana przez podobną konstelację, szczególnie w warunkach występu na żywo, w dalszym ciągu zapewnia intensywną stymulację zmysłów. W jazzie, czy muzyce improwizowanej istnieje pewien kult jednostki niezwykle wyraźnie kontrastujący z kolektywnym charakterem gry – i według mnie wtorkowy koncert w dużej mierze potwierdził tę obserwację.

Infant Joy jest grupą pięciu indywidualności, którym z powodzeniem udaje się schować 5 rodzajów ego do jednej, wspólnej, zespołowej kieszeni. Dickaty, jako muzyk najbardziej doświadczony bynajmniej nie występuje przed szereg – przyjmuje raczej rolę boiskowego rozgrywającego, zawodnika wpływającego na los spotkania, jednak niewygrywającego samodzielnie całego meczu. Jazz podobnie jak football jest grą zespołową, opartą na wspólnym porozumieniu, niewykluczającym indywidualnych odlotów, nagłych, spontanicznych rajdów prawą stroną boiska wprost na defensywę przeciwnika. Podobne akcje nie miałyby sensu bez dobrej asekuracji zespołu i choć we wtorek dyscyplina brała górę nad szaleństwem, to nie da się ukryć, że jednymi z bardziej smakowitych momentów wieczoru były te, kiedy nadchodziły solówki. Szczególnie zapadła mi w pamięć gra Ksawerego Wójcińskiego, który przy całej energii wkładanej w grę zespołową, w chwilach samodzielnych prezentował powolne, dostojne, rozbudowane fragmenty melodyczne. Duży luz, profesjonalizm i przede wszystkim wyczucie.

Perkusje Michała Kasperka i Dominika Mokrzewskiego były wobec siebie komplementarne, choć grały zupełnie inaczej. Brzmienie Kasperka określiłbym jako bardziej kanciaste i twarde w stosunku do dynamicznej, nieunikającej groove’u gry Mokrzewskiego, który niekiedy wręcz napierdalał à la Nilssen-Love. Interesująco wypadały momenty, kiedy sekcja toczyła nawałnicę, a Jan Małkowski i Dickaty zaczynali dla kontrastu grać wolno i uporządkowanie. W ten sposób tworząca się dwutorowość muzyki nadawała jej nieoczywisty wymiar, a zarazem zwiększała wrażenie mocy w nagłych erupcjach unisono. Na odrębne brawa zasługuje świetne porozumienie na linii saksofonów – z jednej strony chropowaty, brutalistyczny Dickaty, z drugiej poukładany, rytmiczny, melodyjny Małkowski. Muzycy sprawiali wrażenie jakby wzajemnie podkręcali swoją kreatywność, choć była ona kanalizowana w zupełnie inne, lecz przystające do siebie formy. Trzeba dodać, że Dickaty bardzo sprawnie wypadł na sopranie, tworząc transowe powtarzające się tematy, przypominające nieco zapętlone dęciaki marokańskich Masters Musicians of Joujouka.

CAM00633

Muzyka Infant Joy niosła ze sobą wiele barw, wiele klimatów zostało zasygnalizowanych, lecz wyobraźnia kompozytorska pozwoliła uniknąć muzykom siermiężności odwołań. Żonglerka była sprawna, szybka i manipulowała liczbą rzucanych piłeczek niepostrzeżenie, zaskakując pomysłowością rozwiązań. Pod tym względem szyld „Infant Joy” pasuje do muzyki kwintetu jak ulał. Widzę w tym składzie duży potencjał, który upatrywałbym nie tyle w dużych możliwościach aranżacyjnych, co w zespołowym zgraniu i umiejętności operowania kontrastem.

Co tu dużo mówić – koncert był na tyle dobry, że wychodząc z Pardon To Tu bez większego zastanowienia kupiłem premierowe „New Ghosts”. Mam dużą nadzieję, że odnajdę na krążku podobny „joy”. I tu wychodzi na jaw być może główna zaleta koncertu – muzyka niosła zarówno twórcom, jak i słuchaczom prawdziwą przyjemność. Choć brzmi to nieco perwersyjnie, to ciekaw jestem jak brzmiałoby Adult Joy… Jednak – póki co – dziecięca wrażliwość i spontaniczność Dickaty’ego i kolegów w zupełności mi wystarcza. Pamiętajmy – „Be yourself no matter what they say, be yourself no matter what they say…”.

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Trio kompletne: Harnik, Trzaska, Bradlmayr w Pardon To Tu

bilet

Cóż to był za koncert! Gdybym musiał wybrać „top3” najlepszych pardonowych występów tego roku, to bez zastanowienia umieściłbym w nim poniedziałkowy „wyczyn” Mikołaja Trzaski, Elisabeth Harnik i Martina Brandlmayra. A kto często w warszawskim klubie bywa i zna poziom jego artystycznego programu, ten wie, że to nie lada osiągnięcie. Oczywiście jest to osąd czysto subiektywny i jednostkowy, ale czy na pewno? Burza braw mogłaby świadczyć o współudziale w tej opinii bardzo wielu osób.

Spotkanie tria na jednej scenie publiczność w dużej mierze zawdzięcza Austriackiemu Forum Kultury, które umożliwiło muzykom twórczą współpracę. Pozostaje pogratulować instytucji nosa do artystycznego swatania. Trzy osobowości wyrosłe z nieco innych tradycji, odnalazły wspólny mianownik w muzyce improwizowanej, łączącej wrażliwość artystów z efektem absolutnie spektakularnym.

miko1

Podejrzewam, że większość audytorium zebrała się w Pardonie głównie ze względu na Trzaskę, jednak trzeba oddać honory znakomitym umiejętnościom Harnik i Brandlmayera, których indywidualny głos był dla saksofonu równorzędnym partnerem. Obecnie w zasadzie każdy zdaje sobie sprawę, że Mikołaj Trzaska to muzyk wyjątkowy – jak słusznie głosiła zapowiedź koncertu: „ikona jazzowej awangardy w Polsce”. To absolutnie nie są puste słowa, jakkolwiek dyskusyjne i rozmaicie definiowane są dziś terminy takie jak „jazz”, czy „awangarda”. Według mnie fenomen saksofonisty polega na tym, że za każdym razem czymś zaskakuje – jego skądinąd bardzo charakterystyczny język rozwija się, ewoluuje pod względem wielopłaszczyznowości i głębi ekspresji. Co najważniejsze jednak – biorąc pod uwagę muzyka improwizującego – Trzaska doskonale odnajduje się w nowych muzycznych konstelacjach, nie tracąc przy tym własnego oryginalnego stylu, feelingu agresywnego, pełnego furii, ale jednocześnie bardzo lirycznego, a niekiedy wręcz dramatycznego. Słucha się go (podobnie jak wielu znakomitych improwizatorów) z ciekawości: jaką historię opowie tym razem, bądź w jaki sposób opowie historię tę samą? W poniedziałek w formule nietypowego dla muzyka tria saksofon-pianino-perkusja, powstała moim zdaniem jedna z ciekawszych wypowiedzi gdańskiego artysty w skali ostatnich kilku lat.

Połączenie post-industrialnej, quasi-mechanicznej, jednoosobowej sekcji rytmicznej z intensywną grą saksofonów i niekonwencjonalnym, kreatywnym stylem Harnik, dało efekt bardzo oryginalny, a zarazem spójny i przemyślany na poziomie intuicyjnym. Każdy z muzyków obecnych na scenie był niczym substancja chemiczna niesłychanie łatwo wchodząca w reakcje, a osobowości były naturalnym katalizatorem twórczej energii. Choć współpraca pomiędzy triem dopiero się rozpoczęła, to bez wątpienia Harnik, Brandlmayr i Trzaska mogliby uczyć zgrania wiele składów o niepomiernie dłuższym stażu. Bez wątpienia scenicznemu porozumieniu sprzyjała duża wyobraźnia i brak skłonności do dominacji, co zaowocowało grą o bardzo swobodnym, lecz nierozwiązłym charakterze, pozwalającym na wymiany ciosów w duecie, jak i incydentalne solowe popisy. Po występie spotkałem się z opinią, że w zespole brakowało kontrabasu. Być może, chociaż osobiście uważam, że formuła trzyosobowa dała muzyce więcej wolnej przestrzeni – czasem mniej znaczy więcej. Koncert tria był dla mnie żywym dowodem na to, że muzyka improwizowana najwyższej próby nie wymaga od artystów kompromisów, a jedynie odpowiedniego balansu artystycznej wrażliwości. Jeśli zostanie on osiągnięty, to pozwala na wykreowanie pasjonującej kolektywnej opowieści, w której każdy z bohaterów mówi własnym, suwerennym językiem.

miko2

Szczerze mówiąc oddanie w słowach poniedziałkowego wydarzenia wydaje mi się w pewnym sensie gwałtem na naturalnym pięknie muzycznego spotkania, dlatego zakończę już próby jego opisu. Koncert miał w sobie na tyle dużo magii i pasji, a muzyka tria sugerowała  potencjał tak szeroki, że nie wyobrażam sobie aby Trzaska, Harnik i Brandlmayr mieli nie pozostawić po swojej współpracy żadnego nagrania. Byłaby to wielka strata, która paradoksalnie nadałaby występowi w Pardon To Tu rangę niemalże mityczną. Tworzeniu tego rodzaju mitów jestem jednak zagorzałym przeciwnikiem. W momencie tak dobrego flow, trzeba kuć żelazo póki gorące!

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcia: Marcin Marchwiński

 

Kurek, Rychlicki, Szpura w Pardon To Tu

CAM00610

Konfiguracja personalna składu, który wystąpił na deskach Pardon To Tu była dla mnie wystarczającą zachętą aby odwiedzić klub pierwszego dnia lipca. W ostatnich miesiącach dwukrotnie widziałem Pawła Szpurę i Łukasza Rychlickiego (raz jako Lotto z Mike’iem Majkowskim, raz w ramach Freegate z Mikołajem Trzaską) za każdym razem były to występy bardzo dobre. Po Trzasce i Majkowskim przyszedł czas na polskiego mistrza syntezatora – Piotra Kurka.

Układa się zatem równanie z jedną niewiadomą: 2+1=x.

CAM00594

Szpura i Rychlicki jako duet tworzą strukturę dźwiękową bardzo otwartą na ingerencje osoby trzeciej. Zgrana sekcja noise’owo – rytmiczna jest w swojej grze na tyle swobodna, że udział dodatkowego muzyka – jak się okazało – każdorazowo przynosi interesujące rezultaty. Występ został podzielony na dwa długie sety. Pierwszy bazował na kolektywnym budowaniu ściany dźwięku, w której prym wiódł potężny syntezator Kurka, niekiedy aż nadto dominujący nad pozostałymi instrumentami. W drugiej części koncertu balans głośności utrzymany był w większych ryzach, co pozwoliło skupić się na niuansach brzmień. Perkusja Szpury miała tego wieczoru wymiar powolny, majestatyczny, unikała tworzenia jednostajnego rytmu, czy groove’u na rzecz otwartych, niejednoznacznych, choć prostych rozwiązań – w efekcie muzyk był dla Kurka partnerem zupełnie innym niż Hubert Zemler (połowa duetu Piętnastka), dzięki czemu syntezator mógł powędrować w bardziej abstrakcyjne rejony, choć też często bazował na charakterystycznych melodyjkach znanych z albumu “Dalia”. Rychlicki rozpoczął występ bez jednej struny, co biorąc pod uwagę jego styl gry może nie było specjalnym problemem, jednak okazało się symboliczne – gitarzysta miał podczas koncertu problem z nagłośnieniem, a jego gitara w najbardziej intensywnych momentach ginęła pod mocarnym brzmieniem syntezatora. Jeśli tak się nie działo noise’owe preparacje idealnie wpisywały się w psychodeliczny wymiar muzyki tria, szczególnie w drugiej, nieco bardziej wyciszonej części koncertu.

Występ pozostawił we mnie bardzo pozytywne wrażenie. Biorąc pod uwagę, że miał on (prawdopodobnie) charakter w pełni spontanicznej improwizacji, to trzeba przyznać, że muzykom z dużą łatwością udało się wypracować wspólne, intensywne brzmienie, które okazało się naturalną wypadkową noise’u, free i eksperymentalnej, analogowej elektroniki. Z przyjemnością posłuchałbym muzyki tria raz jeszcze na koncercie, bądź płycie. Artystyczny potencjał i wyobraźnia bez wątpienia pozwalają Kurkowi, Rychlickiemu i Szpurze na jedno i drugie.

 

Krzysztof Wójcik

 

Jazdy rozkład

1369270319__happybirthday(23)

Można powiedzieć, że rok 2014 w Warszawie upływa pod znakiem rozmaitych jubileuszów. Z końcem kwietnia mini festiwal z okazji dekady PopUp’a, wcześniej pięciolecie (i niestety stypa) Powiększenia. W lipcu kolejne dwie rocznice: w piąty rok funkcjonowania – już jutro – wchodzi Eufemia. Z tej okazji klub urządza imprezę. Z punktu widzenia częstotliwości koncertowej najbardziej okazały program zafundowało słuchaczom Lado ABC, wchodzące w glorii i chwale w wiek nastoletni, choć z punktu widzenia artystycznego wytwórnia już dawno osiągnęła dojrzałość.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi krzyczą: to będą intensywne wakacje! Dla słuchaczy, muzyków, dziennikarzy. Niejednokrotnie będziemy w sytuacji osiołka, któremu w żłobie dano aż nadto obfitych zbóż wszelkiego rodzaju. Dlatego Instytut Improwizacji będzie trzymał rękę na pulsie odrzucając ziarno od plew. Jednym słowem będziemy co jakiś czas wskazywać subiektywne typy, dawać “instytucjonalny znak jakości”. Aby nie pozostać gołosłownym zaczynamy od dziś!

 

4.07 – EUFEMIA: EFM (Emil Macherzyński/Filip Kalinowski/Maciej Maciej); SOUVENIR DE TANGER; WIDT (Antonina Nowacka, Bogumiła Piotrowska)

7.07 – PARDON TO TU: Elisabeth Harnik, Mikołaj Trzaska, Martin Brandlmayr

8.07 – PARDON TO TU: Daniel Higgs, Michael Zerang

10.07 – FAWORY: Kamil Szuszkiewicz, Wojciech Kwapisiński

opcjonalnie:

10.07 – EUFEMIA: Kacper Ziemianin

 

 

Póki co tyle. Do czasu, bo będzie jeszcze więcej. Udanych odsłuchów!