Lewo – Wisła – prawo – Wisła – lewo – Wisła – prawo – Wisła…, czyli Warszawa koncertowa-dwubrzegowa vol.1.0

^ Tak mniej więcej brzmiałby literalny schemat mojego chodzenia na koncerty w tygodniu ubiegłym.

20140826_232811

Oczywiście nie będzie to tekst poświęcony bogactwu „warszawskiej, klubowej sceny koncertowej”, ponieważ takowa posiada wszelkie cechy rozstrzelonej, odseparowanej od siebie homogeniczności (czytaj – zwykle bywa się w tych samych miejscach, bo często są to jedyne miejsca). Niedostatek punktów z wyrazistą propozycją muzyki na żywo w zasadzie nie pozwala na wykreowanie ciekawej programowej konkurencji, która w konsekwencji sprzyjałaby ze wszech miar słuchaczom, klubom, ale też wpłynęłaby z całą pewnością na rozruszanie samych artystów. Wszyscy zaczerpnęliby haust świeżego powietrza. Warszawa cierpi na spadek urodzeń nowych klubów, panuje niż klubograficzny. Oczywiście – mimo całego powyższego pesymizm – istnieją w mieście ostatnie ostoje koncertowe. Chwała im za to, nie muszę ich nawet wymieniać z nazwy. Koniec dygresji otwierającej vol 1.0.

Niemniej jednak miniony tydzień obfitował w całkiem pokaźny – jak na stolicę – rozstrzał miejsc, w których działy się rzeczy z muzycznego punktu widzenia interesujące. Miało to rzecz jasna związek z finałem Lado w mieście 2014 oraz intensywnym programem XI Warszawy Singera, choć nie tylko. Obok „większych imprez” nastąpił finał dwóch muzealnych programów około-muzycznych, oraz normalne inicjatywy klubowe. Od ostatnich zaczniemy… i właściwie też na ostatnich skończymy (w vol.2.0).

 

Warsaw Improvisers Orchestra w Chmurach

20140824_211134

W skrócie WIO, co jest skrótem znaczącym, oddającym poniekąd otwarty, spontaniczny, „pospolito-ruszeniowy” charakter projektu. Orkiestra warszawskich improwizatorów to inicjatywa saksofonisty Raya Dickaty’ego, który w cyklach około comiesięcznych zaprasza muzyków-ochotników do kolektywnego tworzenia w czasie rzeczywistym. W minioną niedzielę w Chmurach zagościło aż 11 artystów, którzy pod dość liberalną wodzą Anglika przez około godzinę zanurzali się w otwartej formie zbiorowej improwizacji. Koncert WIO podzieliłbym na dwie części – pierwsza z nich polegała na niezwykle cierpliwym, powolnym budowaniu monumentalnej struktury, w której moc tak licznego składu mogła w pełni wybrzmieć. Poszczególne sekcje instrumentów dołączały się na zasadzie pączkującej kuli śnieżnej, której finalny rozmiar zyskał potencjał powalającą, przypominającą trochę siłę rażenia Power of Horns – mocarne bigbandowe granie z tendencjami do patosu, monumentalizmu. Z pewnością szkic kompozycyjny musiał podobnej muzyce towarzyszyć i choć były to ramy dość luźne, można było zaobserwować jakąś wewnętrzną logikę.

20140824_212225

Druga twarz Warsaw Improvisers Orchestra to budowanie improwizacji w mniejszych konfiguracjach muzycznych, cyrkulujących i płynnie się zmieniających. W obu wypadkach była to każdorazowo muzyka bardzo linearna, o charakterze raczej „przejścia”, niż „dojścia”, kładąca duży nacisk na rytmiczny pierwiastek – podwójna sekcja i towarzyszące im zdyscyplinowane dęciaki. Dickaty dyrygował na zasadzie wyciszania i wzbudzania poszczególnych mniejszych zespołowych molekuł, robił to z dużą pewnością i bez przekombinowania. Wartością dodaną tej odsłony WIO okazał się specyficzny, nieco surrealistyczny wokal Marcina Gokielego, który czasem brzmiał niczym elektroniczne noise’owe efekty. Niestety udział instrumentów takich jak skrzypce, czy akordeon trochę ginął w całości, niemniej miał sens w przypadku gry podgrupowej. Doświadczenie koncertowe mocne, intensywne, odświeżające. W orkiestrze biorą udział muzycy, którzy przychodzą specjalnie żeby wspólnie grać i jest to na scenie widoczne i słyszalne. Projekty tego typu z pewnością odgrywają dużą rolę stymulującą do różnego rodzaju muzycznej współpracy (w orkiestrze gra np. 3/5 składu Infant Joy – Dominik Mokrzewski, Jan Małkowski i sam Dickaty) i pod tym względem mają charakter kulturotwórczy, w spontanicznym, dobrym tego słowa znaczeniu. Liczba osób na scenie i widowni była prawie wyrównana, z lekką przewagą tej ostatniej, zatem scenariusz „więcej muzyki niż słuchaczy” nie spełnił się – szczęśliwie dla słuchaczy. Z przyjemnością po koncercie w Chmurach posłucham Warsaw Improvisers Orchestra ponownie i warszawskich jazz fanów również do tego zachęcam, bo jest to inicjatywa artystyczna unikatowa w perspektywie miasta i nie tylko. WIO do Chmur!

 20140824_213600

Skład Warsaw Improvisers Orchestra w dniu 24.08.2014:

Ray Dickaty – Director/ Saxophone
Dominik Mokrzewski – Drums
Jacek Mazurkiewicz – kontrabas
Zbigniew Chojnacki – Accordion
Tomek Trębicki – Abstract Bass Electric
Jan Małkowski – Alto Sax
Bartek Tkacz – Tenor Sax
Reda Haddad – Trumpet
Piotr Dąbrowski – Percussion
Agata Agnieszka Siwek – Violin

+

Marcin Gokieli – Vocal

———————————————————————————————————————-

 

Paweł Szamburski solo/Bracia Oleś + Harold Rubin w Pardon To Tu (Warszawa Singera)

Rzadko się zdarza żebym podczas festiwalu Warszawa Singera miał dylemat, na które koncerty się wybrać. Tym razem było inaczej. Tegoroczna edycja miała dość spójny line up, w którym znaleźli się artyści prezentujący – pisząc najogólniej – jazzowe wariacje na temat muzyki żydowskiej. Traf chciał, że spośród szeregu wieczorów festiwalowych w Pardon To Tu przyszło mi zobaczyć jedynie dwa, a dokładniej półtora (niestety nie udało mi się dostać do klubu podczas występu Mikołaja Trzaski i Harolda Rubina w poniedziałek).

20140825_200814

Na solowy program Pawła Szamburskiego złożył się materiał z pierwszej solowej płyty klarnecisty „Ceratitis Capitata„, której koncert był prapremierą. Szamburski jest muzykiem, którego można śmiało nazwać jednym z ojców chrzestnych tego, co dzisiaj określane jest jako „nowa muzyka żydowska” (nie mylić z festiwalem). Pod tym względem samodzielny debiut klarnecisty jest z pewnością wydarzeniem. Wielowymiarowa działalność artysty niemal zawsze oscylowała muzycznie wokół tego rodzaju estetyki. Do pewnego stopnia nie inaczej stało się w przypadku albumu solowego inspirowanego tradycyjną muzyką sakralną basenu Morza Śródziemnego. Szamburski na scenie z klarnetem zaproponował festiwalowej publiczności muzykę niezwykle delikatną i wyciszoną, złożoną z ciągu niedokończonych melodii, płynnie przeplatających się subtelnymi wariacjami na ich temat.

 

Klarnecista z pietyzmem czuwał nad brzmieniem instrumentu, nie popadając w sonorystyczne szaleństwo, a raczej stawiając na umiar i operowanie łagodnymi mikro-środkami. Bardzo intymny, wręcz medytacyjny materiał mimo swej małej, nazwijmy to „widowiskowości”, angażował słuchacza i zmuszał do wysłuchania poszczególnych utworów-opowieści do samego końca.Krótki, bo zaledwie 40 minutowy występ muzyk zwieńczył kompozycją zagraną na klarnecie basowym Mikołaja Trzaski. Liczna publiczność festiwalowa przyjęła propozycję Szamburskiego pozytywnie, jednak nie mam wątpliwości, że podobny „recital” wybrzmiałby dużo lepiej w warunkach bardziej spokojnych i kameralnych. Co ciekawe album klarnecisty nagrany został właśnie w tego typu okolicznościach – w kościele w Błoniach pod Tarnowem.

20140826_220650

Bracia Oleś cieszą się sławą „najlepszej sekcji rytmicznej w ………” – i tutaj dodawany jest zwykle obszar geograficzny. Oczywiście podobne tytuły nie mają żadnego znaczenia, ponieważ muzyka to nie Liga Mistrzów, jednak słuchając duetu ciężko nie przyznać, że na poziomie czysto technicznym gra on znakomicie. Bartłomiej i Marcin Olesiowie potrafią wykreować muzykę bardzo złożoną za pomocą środków, które często są bardzo proste, choć używane z zegarmistrzowską precyzją i profesjonalizmem. Projekt „Spirit of Nadir”, to muzyka spokojna, o bardzo dużym ilustracyjnym, filmowym potencjale. Niekiedy miała z jazzem wspólnego bardzo niewiele. Innym znów razem za sprawą charakterystycznych figur i przejść perkusyjnych nabierała cech ultra-jazzowych. W tym wszystkim bracia opierali się głównie na melodyce bliskowschodniej, a nastrojowe, wręcz rzewne partie kontrabasu uzupełniała bardzo dokładna, raczej oszczędna polirytmia. Był to koncert dość wyważony, by nie powiedzieć wykalkulowany. Zabrakło mi odrobiny szaleństwa w podejściu do muzycznej materii, którą – jak było słychać – muzycy mieli opanowaną w stopniu bardzo wysokim. Zamiast tego otrzymałem program bardziej hipnotyczny, który był w zasadzie dość satysfakcjonujący, szczególnie biorąc pod uwagę widowiskową wykonawczą wirtuozerię.

Paradoksalnie pierwiastek chaosu i nieobliczalności wniósł do muzyki duetu Harold Rubin, izraelski nestor klarnetu, który ma dokładnie tyle lat, co bracia Oleś razem wzięci. Gdy Rubin pojawił się na scenie z instrumentem nie spodziewałem się po nim aż takiego wigoru i właściwie agresywnego brzmienia. Klarnet artysty wykorzystywał głównie wyższe rejestry, a zagrywki były szybkie, trochę porwane, niekiedy schodziły na boczny tor i grały obok tematu. W każdym razie Rubin był niesłychanie charakterystyczny i bez wątpienia nadawał ton improwizacji tria, a Olesiom pozwolił wznieść się na wyższy poziom ekspresji, tym razem w duchu bardziej free. Za znamienny można uznać fakt, że dzień wcześniej z Haroldem Rubinem na tej samej scenie wystąpił Mikołaj Trzaska, który przed dekadą związany był z Olesiami współpracą, która zaowocowała kilkoma bardzo dobrymi płytami. Wbrew pozorom nie jest mi tak ciężko wyobrazić sobie ponowne spotkanie muzyków. Myślę, że do pewnego stopnia podobny scenariusz przyniósłby muzykę bliską tej, jaką Olesiowie zagrali właśnie z Haroldem Rubinem. Chociaż równie dobrze mogłoby być zupełnie inaczej.

 

Koniec części pierwszej

 ——->Część druga

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Warszawa elektroniczna: Fennesz, Kubin, Karkowski, Xenakis

IMG_8635

Miniony tydzień był dla miłośników muzyki elektronicznej niezwykle hojny. W trzech różnych miejscach w Warszawie, na przestrzeni zaledwie kilku dni można było zapoznać się z rozmaitymi koncepcjami współczesnej elektroniki. Od ambientu po noise, od wykonań solowych po ośmioosobowy chór. Od kameralnej scenerii klubu przez otwarty plener aż po majestat muzealnego audytorium. Specyfika poszczególnych występów była na tyle wyrazista, że wspólne ich rozpatrywanie jest równie karkołomne, co fascynujące. Zachowajmy jednak pozory chronologii, analizę pozostawiając aktywnej roli odbiorcy.

Fennesz w Pardon To Tu (dzień pierwszy)

Cykl „2 Nights With…” skupiony jest wokół pogłębionego prezentowania artystycznych osobowości w formacie rozciągniętym na dwa wieczory koncertowe. Dotychczas rezydentem „2 Nights with…” był m.in. Peter Brötzmann, Michael Gira, Joe McPhee, czy Michael Zerang. Fennesz pośród tego w znakomitej większości jazzowego towarzystwa jawił się, jako zagubione elektroniczne ogniwo, ying dla stylistycznego yang Pardon To Tu. Austriak przyjechał do Warszawy owiany nimbem sławy innowatora europejskiej muzyki elektronicznej, dla której Wiedeń od przynajmniej dwóch dekad jest adresem szczególnym. Jakkolwiek obcowanie z płytą „Bécs” nie podniosło mi ciśnienia w stopniu wysokim, jaki sugerować mogły entuzjastyczne recenzje, zobaczenia Fennesza na scenie nie potrafiłem sobie odmówić.

20140819_205554

Wieść gminna o niefortunnym charakterze pierwszego wieczoru z muzyką Austriaka dotarła już z pewnością do większości zainteresowanych. Spektakularnie spalony limiter dźwięku okazał się najbardziej charakterystycznym epizodem koncertu, jednak to nie problemy techniczne położyły się cieniem na całości występu, lecz zły rodzaj gwiazdorstwa, którym muzyk starał się przysłonić ewidentny brak pomysłu na kontynuowanie gry w sytuacji – nazwijmy to – kryzysowej. W moim odbiorze artyście – szczególnie cieszącemu się taką opinią jak Fennesz – po prostu nie wypada zrzucać odpowiedzialności wykonawczej na swój (czy też klubowy) sprzęt. Można wyobrazić sobie sytuację, w której problemy techniczne zostałyby potraktowane w sposób kreatywny, zmuszając muzyka do zepchnięcia występu na nieco inne, zaskakujące tory. Fennesz ostatecznie spróbował pójść tą drogą jednak towarzyszyło mu przy tym nadąsanie primabaleriny, której talent w niewygodnych pantofelkach nie jest w stanie wybrzmieć w pełnej krasie. Przerwanie koncertu, które wisiało na włosku, byłoby już zupełnym kuriozum, jednak ostatecznie artysta – nie kryjąc niezadowolenia – podjął wyzwanie. Zmysł improwizatorski został u Austriaka wystawiony na ciężką próbę, z której obronną ręką udawało mu się wyjść z rzadka w sposób nazwijmy to umiarkowany. Fennesz z gitarą, pozbawiony asysty mocarnych dźwięków płynących z macbooka, brzmiał jak artysta jeden z wielu. Przypuszczam, że mógł się zdecydowanie bardziej postarać. Muzykę przyćmiła technologia, która mimo specyfiki gatunku, powinna być na drugim miejscu. Postawa z pewnością niegodna artysty określanego niekiedy mianem geniusza. Dawno nie słyszałem w Pardon To Tu tak zachowawczych, a zarazem adekwatnych do sytuacji braw. Mam nadzieję, że drugi dzień z Fenneszem przyćmił pierwszy w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jednak mój kredyt zaufania uległ wyczerpaniu i środowy wieczór zaplanowałem zgoła inaczej. Pełna zgoda z Piotrem Lewandowskim: „Po tym wieczorze muzyka Fennesza jest dla mnie w jeszcze większym stopniu zjawiskiem studyjno-płytowym”. Mimo wszystko było to interesujące doświadczenie.

—————————————————————————————-

 

Felix Kubin na Placu Zabaw

Kubina po raz pierwszy – i do niedawna ostatni – widziałem na mysłowickim jeszcze OFF Festivalu w 2008 roku i wówczas Niemiec zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Mieszanina retro-futuryzmu, groteski i performerskiego zacięcia dopracowana w najdrobniejszym szczególe okazała się tak magnetyczna, że po sześciu latach pełen ekscytacji udałem się na Plac Zabaw. Nie wiem nawet czy bardziej chciałem zobaczyć jak zmienił się Kubin, czy moje odbieranie tego typu muzyki. Koncertowa podróż sentymentalna? Powiedzmy.

20140820_211722

Dzień przed koncertem opisywałem Kubina znajomemu, jako „zagubione ogniwo Kraftwerku” i muszę przyznać, że jestem z tej metafory całkiem zadowolony. Zwariowany Niemiec całymi garściami czerpie z pięknej elektronicznej tradycji swego kraju, umiejętnie balansując pomiędzy brzmieniowym wysmakowaniem, eksperymentem, popową chwytliwością i quasi-teatralnym wizerunkiem scenicznym, który plasuje go gdzieś na przecięciu „Metropolis” Fritza Langa i statku Enterprise. Festynowa, luźna sceneria Placu Zabaw ostatecznie okazała się idealną przestrzenią dla tego elektronicznego prestidigitatora, chociaż myślę, że socreal Cafe Kulturalnej dodałby stylistyce Niemca jeszcze większej pikanterii.

Felix Kubin jest „muzykiem elektronicznym” (jak sam się przedstawił), który posiada dość nietypowe dla gatunku cechy showmana, dzięki czemu koncerty artysty nie ograniczają się do oglądania „człowieka grającego na komputerze w pasjansa w towarzystwie dźwięków”. Koncert Niemca był doświadczeniem porywającym. Kubin oprócz pantomimicznej ekspresji scenicznej pokazał się od dobrej strony wokalnej, nie mówiąc już o purnonsensowej konferansjerce, którą poprzedzał niemal każdy numer. Repertuar zaprezentowany na Placu Zabaw miał charakter dość przekrojowy, publiczność mogła usłyszeć muzykę, którą artysta napisał jeszcze w latach 80., introwertyczną (i znakomitą!) wersję „Hello” Lionela Richie, czy wreszcie swój „most commercial track”, rewiowy „There is a garden”, podczas którego Kubin pochwalił się tańcem z mikrofonem, którego nie powstydziłby się sam Jerzy Połomski. Oprócz tego typu szlagierów nie zabrakło miejsca na kawałki z najnowszej „Zemsty Plutona”, jak i na kompozycje bardziej eksperymentalne, mieszające techno z absurdalnym samplingiem. Te ostatnie pozwalały przypuszczać, że Niemiec śmiało mógłby zaserwować słuchaczom „wysmakowanę awęgardĘ”, jednak szczęśliwie nie pozwolił na zwycięstwo pozerki nad spontanicznością, która akurat w jego przypadku jest wystarczająco oryginalna i nowatorska.

20140820_220452

Po koncercie na Placu Zabaw jestem przekonany, że Felixa Kubina trzeba traktować, jako „whole package”. Muzyka, wizerunek, sceniczna ekspresja – wszystko to łączy się u artysty na zasadzie specyficznej, karnawałowej logiki, która uświęca wszelkie ewentualne błędy, a z postmodernistycznej niekonsekwencji czyni stylistykę. Adekwatna strategia artystyczna do imprezy, jaką jest jubileusz Lado ABC. Świetny koncert zarówno w muzycznym, jak i intelektualnym wymiarze.

 

—————————————————————————————————-

Karkowski, Xenakis w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Ostatnie spośród opisywanych w tym tekście wydarzeń obdarzone jest największym ciężarem gatunkowym. Noise, muzyka współczesna, powaga państwowej instytucji kultury, teoretyczne wstępy przed wykonaniami, wreszcie próba zmierzenia się z dziedzictwem artystów niezwykle zasłużonych dla muzyki współczesnej.

Cykl „Co słychać” (towarzyszący wystawie „Co widać”) jest właściwie pierwszą inicjatywą Muzeum Sztuki Nowoczesnej, która zogniskowana została całkowicie wokół problematyki audialnej, co jest ważnym precedensem, który mam nadzieję doczeka się kontynuacji. Na przestrzeni kilku koncertów zespół kuratorski przedstawił stosunkowo szerokie – choć zdecydowanie wybiórcze – spektrum intrygujących zjawisk w muzyce polskiej. Spośród dotychczasowych wydarzeń „Co słychać” próba prezentacji i zestawienia twórczości Iannisa Xenakisa i Zbigniewa Karkowskiego jawi się jako przedsięwzięcie najbardziej ambitne, nie tyle ze względu na doniosłość twórczości artystycznej, co na trudności wynikające z czynników czysto technicznych, akustycznych. Muszę przyznać, że pod tym względem niegdysiejszy salon meblowy spisał się zaskakująco dobrze, choć oczywiście nie były to warunki, jakimi szczyci się Laboratorium CSW.

Wieczór został podzielony na dwa około 45-minutowe bloki, podczas których publiczność miała możliwość w sposób naprzemienny obcować z muzyką greckiego i polskiego kompozytora. Spośród dotychczas opisywanych w tym tekście wydarzeń koncerty w MSN-ie były z pewnością najbardziej zróżnicowane z punktu widzenia wykorzystanych muzycznych środków. Za dwa, stricte perkusyjne wykonania kompozycji Xenakisa („Rebonds” A i B) odpowiedzialny był Miłosz Pękala, znakomity, w ostatnich tygodniach wręcz wszędobylski perkusista. Były to z pewnością najbardziej widowiskowe części piątkowego wieczoru, a ich intensywność okazała się odwrotnie proporcjonalna w stosunku do czasu trwania (8 i 6 minut). Dużą przyjemność sprawiło mi podziwianie muzyka w tak wymagającym, trudnym do wykonania repertuarze, któremu artysta sprostał z wręcz chirurgiczną precyzją.

20140822_194352

Wykonania Pękali przedzieliła prezentacja „Doing by Not Doing”, 15-minutowego remiksu kompozycji „Persepolis” Xenakisa, autorstwa Karkowskiego. Odtworzeniu monumentalnego utworu towarzyszył jedynie slajd przedstawiający greckiego kompozytora pośród ruin świątyni Dariusza. Prezentacja poprzez pozbawienie jej choćby promila aspektu performatywnego w kontekście pozostałych części wieczoru była z pewnością najmniej spektakularna, jednak charakterystyczny dla noise’u fizyczny aspekt jej oddziaływania, pozwalał niekiedy zapomnieć o braku innych bodźców. Fizyczność „hałasu” w kontekście archaicznych, greckich misteriów przedfilozoficznych (do których odwoływały się kompozycje Xenakisa), pozwalała na uchwycenie analogii historycznych na poziomie cielesnym, pozaintelektualnym. Paradoksalnie formuła muzyki noise, która jest być może najbardziej adekwatna do współczesnego, zglobalizowanego świata ogarniętego szumem informacyjnym, ma charakter oczyszczający, tragiczny – w greckim rozumieniu tego słowa. Konsternacja intelektualna, zmusza do przyjmowania tej muzyki w sposób czysto zmysłowy, zgrabnie wymykając się klasycznym wspólnotom interpretacyjnym i ich teoriom. Warto zaznaczyć, że remiks Karkowskiego oparty został na kanwie kompozycji, której esencją był misterialny, kolektywny charakter pierwszego, pełnego rozmachu wykonania na pustyni pośród starożytnych ruin w asyście laserów i wojskowych reflektorów. Sceneria – na prawach remiksu – została zamieniona na współczesne muzeum sztuki.

Ukoronowaniem wieczoru był występ ośmioosobowego chóru złożonego z mężczyzn i kobiet (z zachowaniem parytetu), czyli zespołu wokalnego Gęba. Artyści/artystki na tle elektronicznego podkładu generowanego przez Wolframa, wykonali czterdziestominutową kompozycję Karkowskiego pt. „Encumberance”. Wybór tego utworu był o tyle trafny, że zdystansował twórczość polskiego artysty od muzyki noise, z którą powszechnie jest głównie utożsamiany. Wykonanie w audytorium MSN-u było dopiero trzecim razem, kiedy kompozycja miała okazję wybrzmieć na żywo. „Encumberance” jest dziełem opartym na partyturze graficzno-aproksymatywnej, pozwalającej na względnie swobodną interpretację wokalną. Wzajemna interakcja dźwięków elektronicznych i niezwykle organicznie reagujących na nie artystów robiła niesłychane wrażenie zarówno podczas sekwencji jednostajnych, jak i bardziej zniuansowanych, podczas których ciężko było wyznaczyć podział między tym co wokalne, a komputerowe. Format chóru był kolejnym czytelnym odwołaniem do starożytnej Grecji, przez co całość wieczoru nabrała spójnego, a zarazem dialektycznego charakteru. Gdy ostatnie dźwięki wybrzmiały, cisza, która zapanowała w audytorium zyskała wymiar kolejnego, pozapartyturowego taktu nadającego wykonaniu jeszcze większej mocy.

20140822_203735

Wieczór w MSN oprócz wartości czysto estetycznej, odegrał dużą rolę edukacyjną, chociaż może przede wszystkim memoratywną, jeśli chodzi o postać zmarłego niespełna rok temu Zbigniewa Karkowskiego. Paradoksalnie artysta, który wielokrotnie dystansował się od państwowych instytucji kultury (szczególnie zorientowanych na sztuki wizualne), zostaje pośmiertnie przywołany właśnie przez tego typu miejsce. W kontekście jednego z ostatnich wywiadów, jakiego kompozytor udzielił dla Glissanda w 2013 roku, wieczór w MSN może się jawić jako swego rodzaju gigantyczna ironia losu. Niemniej sądzę, że profesjonalizm i wysoka jakość artystyczna przedsięwzięcia znalazłyby uznanie w oczach Karkowskiego, który – jako wybitna osobowość polskiej kultury współczesnej – powinien być w dalszym ciągu obecny w jej obiegu.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Kobiety na wokale!

kopia20140814_141611

W ostatnim miesiącu w Warszawie wystąpiło 6 zespołów, w których role kluczowe – przynajmniej biorąc pod uwagę perspektywę scenicznego wizerunku – odgrywają kobiety, a mówiąc ściślej wokalistki. Der Father, Babadag, Shy Albatross, Paristetris, Wovoka, Polpo Motel to składy, które stanowią silną reprezentację żeńskiego głosu nad Wisłą. Są to również formacje świadczące o pewnej tendencji bynajmniej niesprowadzającej się jedynie do kwestii wokalnych. Ten tekst poświecony będzie artystkom i zespołom, które swą aktualną koncertową aktywnością podkreśliły, że „scena niezależna” nie jest rodzaju męskiego.

Oczywiście wymienione przeze mnie grupy znajdują się obecnie na różnych etapach artystycznego rozwoju, co postaram się wziąć pod uwagę, jednak punktem wyjścia będą dla mnie ostatnie występy i wynikające z nich doraźne wnioski. Cofniemy się zatem w czasie poczynając od 13 sierpnia i dwóch koncertów w Cafe Kulturalnej, skończymy na Placu Zabaw dnia 24 lipca.

 

Babadag (Ola Bilińska) i Der Father (Joanna Halszka Sokołowska) w Cafe Kulturalnej

20140813_224539

Zestawienie jednego wieczoru de facto debiutującego trio (na koncercie kwartetu) Der Father z mocniej ukorzenionym w świadomości słuchaczy Babadag, okazało się ciekawym pomysłem. Zaprezentowane w ten sposób odmienne stylistyki korespondowały ze sceniczną różnicą, wynikającą z faktu, że Babadag gra ten sam materiał od dwóch lat, natomiast zespół pod wodzą Joanny Halszki Sokołowskiej prezentuje zestaw na świeżo wytłoczony – wieczór w CK był jednocześnie premierą płyty „Wake Up!”. Odmienny charakter muzyki zespołów wydaje się czytelny od pierwszych dźwięków. Podczas gdy Babadag usytuowałbym w nadmiernie pączkującej ostatnimi czasy niszy skupionej na kreatywnym rozwinięciu folkowej melodyki w kompozycjach nieco marzycielskich, zwiewnych, tak Der Father skupione było bardziej na mocnej, post-punkowej energii i intensywnym performerskim zacięciu. Różnica okazała się dojmująca. Babadag występujące tego wieczoru z nowym gitarzystą, zagrało koncert interesujący z punktu widzenia aranżacyjnego, ciekawie eksplorujący brzmienie instrumentów scenicznie nietypowych, to jednak w perspektywie całości ciężko było kwartetowi utrzymać uwagę słuchaczy. Pytanie czy problem tkwił w muzyce, czy w słuchaczach? W moim odbiorze duża część kompozycji Babadag wykorzystuje dosyć podobne patenty, dzięki którym zespół jest charakterystyczny, ale też w pewnym sensie monotematyczny (mam tu głównie na myśli kompozycje wyciszone, utrzymane w senno-pościelowej stylistyce). Utwory wewnętrznie zróżnicowane, eksperymentujące z rytmem, czy wokalem są jednak silnym punktem Babadag i jeśli kwartet pójdzie w tym kierunku na kolejnym wydawnictwie – nad którym prace ruszają w tym roku – to widzę przyszłość składu Oli Bilińskiej w jaśniejszych barwach. Dobry koncert, lecz w kontekście potencjału instrumentalnego (i artystycznego) nieco rozczarowujący.

20140814_000546

Tymczasem Der Father okazało się sceniczną petardą. Zestawienie motorycznej, monumentalnej perkusji Jerzego Rogiewicza, elektronicznego flow Daniela Pigońskiego, noise’owego zacięcia Bartka Tycińskiego i przede wszystkim przeszywającego, niskiego wokalu wytworzyło potężną dawkę energii, która ze sceny zalała widownię Kulturalnej. Kluczową rolę, jeśli chodzi o siłę rażenia tej muzyki odgrywał magnetyczny wizerunek Sokołowskiej. Wokalistka obok pomysłowych kreacji, zaprezentowała dużą charyzmę i w zasadzie podporządkowała sobie cały występ. Była to dominacja ciekawa, bo nieokiełznana. Koncert przybrał na poły charakter performensu, który nie pozwalał na choćby chwilę nieuwagi. Jeśli debiutancki album formacji jest równie naspeedowany co sceniczne wcielenie, to nie mam więcej pytań. Plus za adekwatną nazwę – w brzmieniu Der Father miesza się wiele inspiracji muzyką niemiecką. Są to inspiracje traktowane przewrotnie, niemal perwersyjnie, lecz na pewno kreatywnie. W swoim gatunku – występ atrakcyjny pod każdym względem.

 

Shy Albatross (Natalia Przybysz) w Pardon To Tu

20140812_220616

Nowy skład Raphaela Rogińskiego można postrzegać jako młodszą siostrę sensacyjnej Wovoki, z którą gitarzysta nagrał jeden z głośniejszych albumów zeszłego roku. Jednak pomijając osobę lidera – co w przypadku charakterystycznego stylu Rogińskiego jest dość trudne – spróbuję wykazać różnice dzielące obie formacje. Przede wszystkim Natalia Przybysz jest wokalistką zupełnie inną niż Mewa Chabiera, posiada silny background w muzyce pop, chociaż od kilku lat zdaje się od niej dystansować. Publiczność, która ściągnęła do Pardon To Tu w dużej mierze przyszła głównie ze względu na osobę wokalistki. Jako stały bywalec klubu jestem w stanie to ocenić nieposiłkując się żadną statystyką. Pod tym względem można śmiało powiedzieć, że Shy Albatross dysponuje o klasę większym komercyjnym potencjałem niż Wovoka. Natomiast jeśli chodzi o stylistykę obu zespołów, to znajduje się ona niebezpiecznie blisko. Jakkolwiek koncertowe wydanie Wovoki przypomina plemienne, intensywne misterium, to już płyta „Trees Against The Sky”, utrzymana w wolniejszym, bardziej sennym klimacie wypełniona jest utworami, które równie dobrze mogłoby zagrać Shy Albatross. Różnicę niewątpliwie stanowi instrumentarium – Hubert Zemler jest perkusistą dalece bardziej „poukładanym”, skupionym na prostocie środków wyrazu, stosunkowo rzadko popadającym w improwizowane odjazdy jak Paweł Szpura. W Shy Albatross duże wrażenie zrobiła na mnie współpraca pomiędzy Zemlerem a Miłoszem Pękalą, repetywne sekwencje duetu na wibrafonie i balofonie niekiedy przypominały mi pączkujące struktury muzyczne Steve’a Reicha. Sam Pękala, człowiek o nadzwyczajnym poczuciu rytmu, występował ostatnimi czasy na wielu koncertach w charakterze królika z kapelusza, jokera wkraczającego na jeden utwór i wprowadzającego ciekawe perkusyjne ozdobniki (było tak na koncercie Ścianki, Polonezów, Der Father). Sądzę, że dużą siłą Shy Albatross jest właśnie rytmiczna wyobraźnia Pękali, która wraz z oszczędnością Zemlera dawała niekiedy efekty spektakularne w swej prostocie. Kompozycje kwartetu są znacznie mniej intensywne niż repertuar Wovoki, a wokal Natalii Przybysz nie dominuje muzyki tak bardzo jak w przypadku formacji siostrzanej, co akurat poczytywałbym jako zaletę, prawdopodobnie wynikającą z większego scenicznego doświadczenia. Muzyka Shy Albatross ma charakter dość lekki, raczej kojący niż dramatyczny (mimo tekstów), jednocześnie nie można odmówić kwartetowi dobrego drive’u. Najlepiej wypadały momenty niespodziewanych zmian rytmicznych. Pewnie całość byłaby niezłą ścieżką dźwiękową do przejażdżki po Luizjanie. Ogólnie występ udany, jednakże jeśli Nieśmiałe Albatrosy nie zradykalizują brzmienia, to ciężko im się będzie uwolnić od porównań z Wovoką.

 

Paristetris (Candelaria Saenz Valiente), Wovoka (Mewa Chabiera), Polpo Motel (Olga Mysłowska) na Placu Zabaw

20140807_231158

Ostatnie trzy przywołane zespoły koncertowały z okazji jubileuszu Lado ABC i można powiedzieć, że każdy z nich ilustruje inny etap w historii labetu. Paristetris z muzycznego punktu widzenia jest prawdopodobnie najbardziej reprezentatywne dla stylistycznej bezgraniczności typowej dla warszawskiej wytwórni. Zespół posiada również chyba najbardziej nieprzewidywalną wokalistkę spośród Pań, których nazwiska w tym tekście padają. Jestem przekonany, że ktokolwiek widział Candelarie Valiente na scenie, ten bardzo długo jej nie zapomni. Artystka operuje niezwykle charakterystycznymi wokalnymi przesileniami, swobodnie poruszając się między niemal ultradźwiękowym piskiem, a mocnym przeszywającym głosem o dużej skali – od agresji po subtelność. Biorąc pod uwagę szaloną muzykę Paristetris, jest mi bardzo ciężko wyobrazić sobie zespół z kimś innym w roli frontalnej. Specyficzna wokalna huśtawka nastrojów Candelarii Valiente pasuje do pokręconej formuły zespołu wręcz idealnie. Chociaż widziałem już supergrupę Lado ABC wielokrotnie, to konsolidacja osobowości występujących na scenie jest na tyle duża, że za każdym razem koncert Paristetris jest dla mnie doświadczeniem ekscytującym. Warto podkreślić, że na Placu Zabaw zespół zagrał swój przekrojowy, dość klasyczny program, tradycyjnie kończąc set piękną, wręcz epicką balladą „Death Song”. W tym kontekście trochę zabrakło mi niespodzianek. Mam nadzieję, że kolejna płyta w drodze, bo „Honey Darlin’” – choć ciężko mi w to uwierzyć – ma już 4 lata.

Wovoka w wersji koncertowej jest dla mnie przekonująca dalece bardziej niż na płycie, na której doskwierał mi trochę zbyt senny klimat dominujący nad znaczną częścią materiału oraz trochę za bardzo wysunięty, dosadny wokal Mewy Chabiery. Oblicze Wovoki na żywo jest przede wszystkim niezwykle energetyczne, zarażające groovem, niepozwalającym usiedzieć w miejscu. O wiele bardziej podoba mi się brzmienie głosu Chabiery, kiedy musi się z nim przebijać przez potężną gitarę Rogińskiego i gęstą perkusję Szpury, wokal jest wówczas osadzony w całości zamiast pływać na powierzchni. Sceneria Placu Zabaw doskonale współgrała z rytualnym charakterem muzyki kwartetu. Wovoka jest obecnie chyba najbardziej dyskutowanym zespołem reprezentującym Lado ABC, a koncert doskonale tłumaczy dlaczego tak jest. Podobno kolejne wydawnictwo ma być zbliżone do brzmienia na żywo. Liczę na to, ponieważ na Placu Zabaw bawiłem się doprawdy znakomicie.

wovoka lado

O Polpo Motel co prawda już pisałem, jednak Olga Mysłowska jest na tyle nietypową, oryginalną wokalistką, że jej brak w niniejszym zestawieniu byłby nieporozumieniem. Duet z Danielem Pigońskim metrykalnie (biorąc pod uwagę płytę z 2008 roku) jest najstarszym zespołem spośród wymienionych, jednakże w porównaniu do młodszej Wovoki, Babadag, czy Shy Albatross, brzmienie Polpo Motel jest znacznie bardziej nowoczesne i nieoczywiste. Wokalna specyfika Olgi Mysłowskiej wynika oczywiście po części z operowego wykształcenia artystki, jednak zestawienie podobnych warunków z pomysłową, eklektyczną elektroniką owocuje brzmieniem bardzo futurystycznym, ciężkim do sklasyfikowania. Koncert duetu był dla mnie doświadczeniem bardzo odświeżającym. Mysłowska podobnie jak Valiente, czy Sokołowska, dysponuje tego rodzaju sceniczną charyzmą, że jest w stanie zahipnotyzować słuchacza, niezależnie od reszty zespołu. Nie przypuszczałbym, że duet elektronika + wokal będzie w stanie tak dobrze wypaść w wersji koncertowej, jednak muzyka Polpo Motel, choć zimna i zdystansowana, miała niesłychanie magnetyczne właściwości, łączące śmiałe brzmieniowe eksperymenty z quasi-popową melodyką.

20140724_225801

 Jakie wnioski płyną z niniejszego tekstu? Wymienione przeze mnie zespoły prezentują dużą różnorodność dzisiejszej sceny alternatywnej w Polsce. Formacje takie jak Babadag, Shy Albatross, czy Wovoka reprezentują nurt zapatrzony w muzykę etniczną, jej psychodeliczne oblicze, kreatywnie odwołują się do lat 60., uzyskując niekiedy rezultaty oryginalne z perspektywy XXI wieku. Chociaż inspiracje są czytelne, artyści występujący w składach są na tyle świadomymi muzykami, że potrafią tchnąć w nieco zakurzoną formułę nowe życie – szczególnie w sytuacji koncertowej. Natomiast po drugiej stronie figurują tendencje znacznie bardziej postmodernistyczne, żonglujące estetykami z dużo większą nonszalancją, w których – trochę paradoksalnie – rola wokalistki, frontwomenki (?) odgrywa znacznie bardziej widowiskową, wręcz szamańską rolę. Paristetris, Der Father, czy Polpo Motel grają muzykę, która w takiej formie nie mogłaby powstać kilkadziesiąt lat temu. Jest to bardziej cecha niż zaleta, ponieważ w perspektywie występu scenicznego siła rażenia przekazu Paristetris, czy Wovoki jest porównywalna. Warto na sam koniec zauważyć, że niemal każda z przywołanych grup (z wyjątkiem Paristetris i Shy Albatross) jest dopiero po wydaniu pierwszej płyty i prawdopodobnie wszystkie karty nie zostały jeszcze na stół wyłożone. Dlatego właśnie obserwowanie, co przyniesie przyszłość jest aż tak interesujące.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Zdjęcie Wovoki: Marcin Marchwiński

Jazdy rozkład

20140814_143754

W Warszawie po szalonym koncertowym lipcu nadszedł niemniej szalony sierpień. Choć połowa miesiąca już za pasem, Instytut Improwizacji spieszy z rekomendacjami na kolejne dwa tygodnie…

16.08

Eufemia: Avtomat

17.08

Chmury: Dekonstruktor, Gravity Eater, The Darkest Path i Seer of Decay

19-20.08

Pardon To Tu: Fennesz

22.08

Muzeum Sztuki Nowoczesnej: Karkowski: Xenakis

25.08

Chmury: Jenot, Mirt, Mirt + Jenot

Pardon To Tu: Paweł Szamburski (solo), Harold Rubin + Mikołaj Trzaska (Festiwal Singera)

26.08

Pardon To Tu: Marcin i Bartłomiej Oleś + Harold Rubin (Festiwal Singera)

27.08

Pardon To Tu: New Trio + Daniel Zamir (Festiwal Singera)

Muzeum Historii Żydów Polskich: Mikołaj Trzaska + Adam Witkowski (muzyka na żywo do filmu „Cud nad Wisłą”)

28.08

Pardon To Tu: Christian Dawid + Lenar (Festiwal Singera)

Jachna / Urowski / Olszewski Trio” & Harold Rubin

29.08

Chmury: Susana Santos Silva (POR) + Torböjrn Zetterberg (SWE)
Wojciech Jachna + Ksawery Wójciński

30.08

Muzeum Sztuki Nowoczesnej: RSS Boys, Wilhelm Bras

31.08

Pardon To Tu: Alan Bern i Paweł Szamburski

 

Oprócz tego oczywiście warto wpaść (na Plac Zabaw/ do Cafe Kulturalnej) na ostatnie już odsłony LADO w mieście, na którym zagra – między innymi – znakomity Cukunft, kosmiczny Felix Kubin, supertrio Masecki/Moretti/Rogiński, międzynarodowa supergrupa Pure Phase Ensemble, czy nastrojowe Horny Trees.

Zatem będzie się działo niemało.

Udanych odsłuchów!

OFF Festival 2014 – relacja wybiórcza

20140805_143411

Tegoroczna edycja katowickiej imprezy miała charakter zdecydowanie bardziej kameralny niż przed rokiem, czy dwoma laty, kiedy to budżet festiwalowy w znakomitej części zasilił kieszenie reaktywowanych gwiazd (chociaż akurat pod tym względem pewnie było podobnie). Tendencja do zapraszania zespołów o sławie przebrzmiałej utrzymuje się zresztą na OFF-ie od ładnych paru lat i jak już wielu dziennikarzy zauważyło – z mieszanymi rezultatami. W tym roku żaden z headlinerów specjalnie nie przyciągnął mnie do Katowic, także nie będę o nich pisał, poza tym zdaje się, że już wszystko na ich temat zostało napisane. Czego na OFF-ie 2014 nie było? Z pewnością zabrakło zaskoczeń, odważnych posunięć kuratorskich, które impreza mająca w tytule „niezależność”, czy „niszowość”, powinna dostarczyć w pierwszej kolejności. Nie jest to jednak odkrycie Ameryki, podobnie bywało w latach poprzednich.

20140803_003703

Cóż zaskoczeniem być mogło, a okazało się zmarnowaną szansą? Rok Oskara Kolberga i scena folkowa, w którą na jeden dzień przekształciła się tzw. scena eksperymentalna bez wątpienia mogła zaprezentować artystów przetwarzających muzykę folkową w sposób dalece ciekawszy. Mam tutaj na myśli szczególnie dobór wykonawców polskich. Kapela Brodów, przy całym kunszcie przywoływania ducha dawnych melodii, nie pokazała w żadnym stopniu świeżego spojrzenia na tradycję ludową. Było to dobrej jakości granie skansenowe, prezentacja pomysłów dawnych, z zerową ilością aktualnych. Podobnie rozczarowujący okazał się koncert Karpat Magicznych, który bardzo szybko zamienił się w żonglowanie klimatami world music z bollywoodzką oprawą wizualną, która moim zdaniem była wisienką na torcie estetycznej schizofrenii. Pozytywnym momentem drugiego dnia na eksperymentalnej był występ Franka Fairfielda. Amerykanin wyglądał i brzmiał jakby przeniósł się w czasie z lat 40 ubiegłego wieku. Choć mogło to sprawiać wrażenie nieco pretensjonalne, przekaz i sceniczny wizerunek były na tyle spójne, że ciężko odmówić Fairfieldowi autentyczności, nawet jeśli brzmiał jak ocalały z dolnego pokładu Titanica.

20140802_170553

20140803_014054

20140802_205202

Bez wątpienia najbardziej kreatywne podejście do tradycji folkowej zaprezentowali Ukraińcy z DakhaBrakha. Muzycy korzystając z minimalnych środków instrumentalnych potrafili wyczarować niesłychane napięcie, trans i groove. Czerpiąc z melodyki ukraińskich stepów, artyści wykorzystali potencjał dźwięków przeszłości w sposób nowoczesny i intrygujący z punktu widzenia estetycznego. DakhaBrakha z mojej perspektywy zagrali zdecydowanie najlepszy koncert drugiego dnia festiwalu, a takiego aplauzu na scenie eksperymentalnej nie widziałem chyba nigdy. I chociaż bez wątpienia w oklaskach, tupaniach i okrzykach publiczności była duża doza pozamuzycznej solidarności, to sam koncert – odrzucając na bok politykę – wart był braw współmiernych. Podwójny wymiar występu Ukraińców niósł ze sobą kolosalne emocje i z pewnością owacje na koniec koncertu będą jednym z niewielu momentów, które z tej edycji festiwalu zapamiętam na bardzo długo. Fantastyczny występ.

20140802_193217

Największym problemem tej edycji OFF Festivalu jest właśnie to, że muzycznych chwil, które na dłużej zostałyby w pamięci było na imprezie niezbyt wiele. Dziś, z perspektywy „tygodnia po”, dość ciężko wyszczególnić jakieś koncerty wybitnie się wyróżniające, jakby wszystko zalał lukier umiarkowania. Jeśli chodzi o wykonawców polskich Merkabah okazał się składem, który na tle pozostałych, w większości gitarowych, bądź elektronicznych artystów, wniósł odświeżającą energię i odmianę stylistyczną. Oprócz Merkabah najlepsze wrażenie zrobił na mnie występ Noon, który idealnie wkomponował się w senny klimat sceny leśnej.

20140803_181010

20140802_232118

Dużym minusem tegorocznego festiwalu był właściwie brak pełnokrwistego, współczesnego jazzu. Podczas gdy rok temu system rozniosło Fire! (jak dla mnie koncert OFF-a 2013), a Mikołaj Trzaska dwa lata temu zaczarował scenę eksperymentalną „Różą” (szczęśliwie wydaną na płycie), tak w tym roku jedynym wykonawcą, który mógł dać podobną nadzieję był Evan Ziporyn. Niestety koncert klarnecisty okazał się dla mnie lekkim rozczarowaniem. Po fantastycznym występie w Powiększeniu z Zimplem, Zemlerem i Maseckim spodziewałem się, że Ziporyn pokaże na OFF-ie bardziej szaloną stronę swej profesorskiej osobowości. Ostatecznie muzyk dogrywał jedynie partie dęte do elektronicznych podkładów, raz wybijając się na wierzch, kiedy indziej tworząc drone’owe tło dla egzotycznych, gamelańskich sampli. Chociaż wirtuozeria Ziporyna cieszyła oko i ucho, to żałuję bardzo, że muzyk nie pokusił się o to żeby nieco zaszaleć i odejść od – mimo wszystko – dość sztywnych ram kompozycyjnych. Niemniej jednak miło było usłyszeć profesora MIT-u ponownie, a i on sam sprawiał wrażenie wręcz zaskoczonego tak pozytywnym przyjęciem. Dla tych, którym podejście Ziporyna się podobało gorąco polecam płytę „Gamelan Galak Tika”.

20140803_185725

Rozczarowaniem dużo większym ostatniego dnia festiwalu na scenie eksperymentalnej był jej kurator – Glenn Branca. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że mając kiedykolwiek możliwość posłuchania Branki solo odpuszczę sobie drugą połowę koncertu. Nowojorczyk wśród artystów OFF-a był co prawda w elicie radykalnego podejścia do muzyki, jednak – jak słusznie zauważył PopUp – moc podobnego konceptu na granie ma szanse wybrzmieć w pełnej glorii w sytuacji większego składu. Branca jako solista (i jako kurator), to zdecydowanie nie to samo co Branca kompozytor, genialny aranżer gitarowego zgiełku.

Jeśli jednak Branca miał faktyczny wpływ na line-up ostatniego dnia na eksperymentalnej (w co nie wierzę), to należy oddać mu hołd za Nisennenmondai. Trio Japonek obok DakhaBrakha jest dla mnie absolutnym czarnym koniem tej edycji festiwalu. Na last.fm ktoś określił muzykę zespołu, jako „amphetamine disco rock”. Zamieńmy „rock” na „krautrock”, dodajmy „noise” i dostaniemy (w przybliżeniu) brzmienie Nisennenmondai. Przede wszystkim o sile rażenia japońskiego zespołu decydowała precyzyjna, motoryczna perkusja, która na tle kosmicznego gitarowego tła, stawała się monumentalną, instrumentalną techno-machiną. Od powrotu do domu systematycznie prześwietlam dyskografię. Spektakularny koncertowy dynamit. Być może tak grałoby Neu!, gdyby Klaus Dinger i Michael Rother urodzili się w kraju kwitnącej wiśni parę lat później.

20140803_210318

Wpływ krautrockowego bitu motorik był wyraźnie widoczny u wielu wykonawców na OFF-ie. Nisennenmondai, Holden, Noon, Bo Ningen… Prawdopodobnie można by było tę listę jeszcze nieco uelastycznić. Michael Rother, jako ojciec założyciel dwóch emblematycznych dla krautrocka zespołów, występował na festiwalu w charakterze nieco wspominkowym, prezentując swój przekrojowy dorobek artystyczny.  Póki co w relacjach festiwalowych dominuje ton narzekający, jednak dla mnie koncert Rothera był bezsprzecznie jednym z wydarzeń festiwalu. Był to pierwszy raz, kiedy miałem sposobność słuchać gitarzysty na żywo i w zasadzie nie mógłbym wymarzyć sobie lepszej set listy. Co prawda „Negativland” stracił wiele ze swojego pneumatycznego pazura, jednak w znakomitej większości kompozycje zagrane przez Rothera, Hansa Lampe i Franza Bergmanna miały w sobie futurystyczną energię oryginałów. Owszem zostały zagrane nieco inaczej, jednak w moim odbiorze jest to akurat zaleta. Głośne i mocarne brzmienie nie położyło się cieniem na kompozycjach sprzed lat, które – nie oszukujmy się – w dalszym ciągu brzmią jakby zostały wymyślone dopiero ZA 40 lat, a nie aż 40(!!!) lat temu (mam tu na myśli przede wszystkim utwory Neu!). Na minus – Rother zbyt długo dopieszczał technikalia między utworami, co trochę odbiło się na dramaturgii całości.

20140801_231457

James Holden, który wystąpił na scenie leśnej w półtorej godziny po Niemcach, pokazał w jaki sposób można kreatywnie rozwinąć krautrockową rytmikę, łącząc ją z psychodeliczną, współcześnie brzmiącą elektroniką i jazzowym instrumentarium. O ile się nie mylę koncert wypełniły w większości utwory z ostatniego albumu Brytyjczyka, a ponieważ był to album znakomity czegóż chcieć więcej? Być może sceniczni partnerzy Holdena mogliby pozwolić sobie na nieco więcej swobody, mniej okiełznania. Prawdopodobnie gdyby Holden występował ze swoim stałym perkusistą miałoby to korzystny wpływ na lepszy flow między muzykami. Mimo wszystko w moim odbiorze był to jeden z lepszych koncertów tegorocznego OFF-a.

20140802_022730

Za to z pewnością najbardziej szalonym występem obdarzył publiczność festiwalową Gary Wilson, protoplasta new wave’u, interlokutor Johna Cage’a, gość, który obklejony taśmą klejącą rozmawia na scenie z głowami oderwanymi od manekinów. Stojąc na występie Wilsona tuż pod sceną ani przez chwilę nie żałowałem własnej absencji na Slowdive. To, co Amerykanin wraz z zespołem Blind Dates wykonał w namiocie Trójki było prawdziwie awangardowym performance’m, w którym muzyka traciła niekiedy znaczenie pierwszorzędne, co jednocześnie nie działało na niekorzyść całości. Wilson objawił się, jako bodaj najbardziej charyzmatyczny frontman całego OFF Festivalu. Koncert miał wymiar psychodramy, którą artysta odgrywał wraz z głową kobiecego manekinu, śpiewając do niej większość tekstów swych pokręconych piosenek. Kto słyszał klasyczną dla Wilsona płytę „You Think You Really Know Me” z ’77 roku, ten wie, że mariaż popu i eksperymentalnej, elektronicznej kakofonii w wykonaniu Amerykanina przybiera kształt na wskroś oryginalny. Choć jest to muzyka bardzo hermetyczna, niekiedy dziecinnie prosta, groteskowa, to w zestawieniu z elektryzującym, para-teatralnym wykonaniem nabiera wymiaru kompletnego, spójnego i bezkompromisowego artystycznego przedsięwzięcia. Duża w tym zasługa zespołu, który w kategorii dziwaczności dzielnie dotrzymywał liderowi kroku. Wilson zakończył występ 10 minut przed czasem, ale dał na tyle intensywne show, że ciężko było czuć niedosyt. Gdyby katowicki festiwal na serio traktował swoją nazwę, powinien zapraszać na imprezę więcej artystów pokroju Gary’ego. W każdym razie na pewno nie zestawiać ich występów z headlinerem… Chociaż w zasadzie miało to też swoje plusy – mogłem bez trudu zająć miejsce w pierwszym rzędzie, a sama atmosfera koncertu zyskała charakter bardziej kameralny, „offowy” chciałoby się rzec.

20140803_220225

Moim zdaniem bodaj największym zaniedbaniem tegorocznej edycji było zaprezentowanie muzyki polskiej w wyborze niezwykle asekuranckim, wręcz konformistycznym, a już na pewno mało reprezentatywnym dla wielowymiarowości krajowej sceny. Gitarowe, sezonowe gwiazdeczki mogły choć trochę ustąpić miejsca wykonawcom, którzy na tle międzynarodowym wyróżniają się większą oryginalnością. Polska muzyka improwizowana całymi garściami czerpie z tradycji folkowych, jednak dla żadnego spośród wykonawców regularnie występujących na najlepszych, polskich scenach nie znalazło się na OFF-ie miejsca. Szkoda, bo zwyczajnie odbiorcy zagraniczni mogą w ten sposób wyrobić sobie o polskiej muzyce nie do końca miarodajną opinię. Wydaje mi się, że wymiar promocyjny (nie mówiąc już o „misyjności”) festiwalu o takiej skali mógłby być zdecydowanie lepiej wykorzystany.  Czego zabrakło? Pomysłu, odwagi kuratorskiej, pieniędzy dla polskich artystów? Pewnie wszystkiego po trochu. W dalszym ciągu jednak OFF broni się, jako dobrze zorganizowana, „fajna impreza” – mimo wszelkich powyższych narzekań. Za rok pewnie pojadę znowu, mam tylko nadzieję, że ponarzekam sobie trochę mniej.

20140803_221809

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

 

PS: Dla ciekawych OFF-a 2013 relacjonowałem dla Jazzarium.pl – klik.

Jacek Mazurkiewicz solo w Eufemii

20140805_215235

Odkąd obejrzałem wideo promujące 3FoNIĘ, solowy projekt Jacka Mazurkiewicza, nie wahałem się ani chwili z pójściem na wtorkowy występ kontrabasisty w warszawskiej Eufemii. Inowrocławski artysta od wielu lat występuje w szeregach rozmaitych składów autorskich, grywał również z wybitnymi osobowościami takimi jak Andrzej Przybielski, czy Mikołaj Trzaska. Jedynie w tym roku muzyk, jako członek Pulsarusa przyczynił się do powstania bardzo solidnej płyty „Bee Itch”, natomiast w składzie o połowę mniejszym (wraz z Robem Brownem i Danielem Levinem) powołał do życia album „Day In The Life Of The City”, będącą czymś w rodzaju muzycznej pocztówki z wycieczki po Polsce. Jednym słowem – podobnie jak większość muzyków improwizujących – Jacek Mazurkiewicz ma pełne ręce roboty. Koncert w Eufemii był w pewnym sensie testowaniem na żywo strategii artystycznej, która już w najbliższych miesiącach zostanie spetryfikowana na krążku i wydana pod szyldem 3FoNIA. Jeżeli Mazurkiewiczowi uda się skrzesać na albumie podobnie spójną, wielobarwną i wciągającą muzyczną opowieść, to bez wątpienia będzie można mówić o jesiennej premierze w kategoriach wydarzenia.

20140805_215432

3FoNIA to w zasadzie „jedynie” kontrabas, sampler i rzecz jasna muzyk. Jak powszechnie wiadomo występy solowe to występy trudne, wymagające, jednak przez swój wyjątkowo intymny, bezpośredni charakter mają potencjał do przepoczwarzenia się niekiedy w widowiska jedyne w swoim rodzaju. Tak było tym razem. Koncert został podzielony na dwa długie sety oraz nieco krótszy bis. Początkowo Mazurkiewicz powoli rozwijał intensywność narracji za pomocą smyczka, jednak po pewnym czasie, dzięki wykorzystaniu samplera, muzyka zaczynała pączkować, bogacić się o kolejne warstwy. Podobna strategia towarzyszyła drugiej części koncertu, którą zdominowała z kolei gra palcami, bardziej rytmiczna, niekiedy tworząca szczątkowy groove. Kontrabasista generował poszczególne sample w czasie rzeczywistym, nie posługując się uprzednio przygotowanymi prefabrykatami. Robiło to duże wrażenie, szczególnie biorąc pod uwagę niezwykłą spójność powstającej struktury. Dźwięki płynnie ewoluowały od ambientalnej kameralistyki do brzmień ocierających się o eksperymentalną muzykę elektroniczną, jednak jest to kategoryzacja niewyczerpująca sprawy, ponieważ gra Mazurkiewicza miała raczej charakter ponadgatunkowy. Przypominała układanie domku z kart, pochodzących z różnych talii, jednak nie zaważało to na harmonii finalnej konstrukcji. Artysta poddawał instrument preparacjom, dzięki którym uzyskiwał efekty sonorystyczne nietypowe dla tradycyjnego kontrabasu. Uderzając pałeczkami w dobrze nagłośniony mostek generował głębokie perkusyjne fragmenty, które następnie stawały się podkładem rytmicznym, bitem. Innym razem wprawiane w drgania kamertony wytwarzały hipnotyczne plamy dźwięku, przypominające grę na kieliszku. Wszystkie te zabiegi spięte estetyczną wizją Mazurkiewicza złożyły się na klarowny muzyczny przekaz utrzymany w formie molowej, raczej sennej, lecz zdecydowanie pozbawionej monotonii – muzyka nieustannie wędrowała do przodu w sposób linearny. Świetny soundtrack dla wyobraźni.

20140805_215321

Koncert okazał się – przy całym swym eksperymentalnym potencjale – zaskakująco dobrze przyswajalny, wręcz odświeżający, w większości improwizowany, lecz pozbawiony chaotyczności (często z improwizacją utożsamianą). Być może na harmonijnym i kojącym charakterze występu zaważyło doświadczenie, jakie Mazurkiewicz pozyskał w intrygującym muzyczno-terapeutycznym projekcie Gabinet Masażu Ucha Wewnętrznego, który współtworzy z Patrykiem Zakrockim? Niewątpliwie dla osoby powracającej wprost z dużego festiwalu wtorkowe dźwięki kontrabasu były niczym balsam, który w stosunkowo kameralnych okolicznościach Eufemii (20-30 osób) zadziałał doskonale.

Na kolejne solowe koncerty Jacka Mazurkiewicza Instytut Improwizacji z pełną odpowiedzialnością daje stempel highly recommended.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik