Warsaw Improvisers Orchestra w Chmurach // How How w Dwa Osiem

Mówiąc krótko praski weekend. A w najbliższym czasie podobnych wypadów na prawą stronę Wisły będzie z całą pewnością jeszcze więcej (klik).

20141026_215354_kopia

O Warsaw Improvisers Orchestra, co prawda już pisałem, jednak biorąc pod uwagę otwarty, naturalnie ewoluujący charakter projektu kolejna „wzmianka” nie jest bynajmniej pisaniem o tej samej muzyce. Zmienny skład podczas każdego ze spotkań Warszawskiej Orkiestry Improwizatorów, to jedna z cech, które czynią z cyklu do pewnego stopnia nieustanną niewiadomą. Comiesięczne występy muzyków pod wodzą Raya Dickaty’ego można poniekąd nazwać przeglądem niezależnej stołecznej sceny jazzowej. Koncerty WIO są dobrą okazją do zaobserwowania interesującego przekroju środowiska i jego artystycznej wymiany – zdaje mi się, że właśnie tutaj należy szukać największych zasług tej inicjatywy.

W porównaniu z sierpniową odsłoną na scenie (nie licząc dyrygentów) pojawił się zaledwie jeden ten sam muzyk. Zmiana z „dyrygenta” na „dyrygentów” była formalną niespodzianką wieczoru – pierwszy set poprowadził Dominik Mokrzewski, natomiast finał tradycyjnie rozegrał się „pod batutą” Raya Dickaty. Muszę przyznać, że był to ciekawy eksperyment, ponieważ muzyka w obu odsłonach prezentowała się zdecydowanie inaczej. Set Mokrzewskiego miał w sobie więcej przypadkowości, czy też kontrolowanego chaosu. Być może jednak moja percepcja uległa takiemu ukierunkowaniu przez surrealistyczny freestyle Marcina Gokieli („trzy krowy, kolorowe wstążki, każdą z tych krów byłem ja” itd.), który dość mocno zdominował pierwszą część wieczoru. W odróżnieniu od Dickaty’ego, Mokrzewski zaproponował budowanie improwizacji z mniejszych elementów, na które składały się pojedyncze partie solowe, do których następni muzycy proponowali kontrapunkt. Nie wiem jak długo trwały próby przed występem, ale odniosłem wrażenie, że momentami artyści nie do końca odnajdywali się w zaistniałej formule. Czasem ta dezorientacja dawała interesujące rezultaty (dynamika, nieprzewidywalność, przypadkowość niektórych zagrań), innym razem muzyka rozmywała się w chmurach niejasności, potęgowanych przez „creepy” wokalizy Gokielego. Efekt nazwałbym eksperymentalnym.

20141026_210926_kopia

Druga część występu prowadzona przez Dickaty’ego miała charakter bardziej uporządkowany, co było bez wątpienia efektem precyzyjnej i konsekwentnej dyrygentury. Tym razem angielski muzyk występował tylko w charakterze głównodowodzącego i nie sięgnął po saksofon, co szczerze mówiąc przyjąłem z lekkim rozczarowaniem. Improwizacja była budowana sekcjami, z których niekiedy wyłaniali się soliści, z których wyróżniłbym klarnecistę Piotra Mełecha (solo i w dialogu z Darią Wolicką na flecie) oraz trębacza Olgierda Dokalskiego. Korzystnie odebrałem też ograniczenie wokalu do sonorystycznych zabaw, które Gokielemu wychodziły najlepiej w duecie z chropowatym saksofonem barytonowym Natana Kryszka. Samodzielną perkusję Michała Kasperka dobrze uzupełniała delikatnie noise’owa elektronika, chociaż wydaje mi się, że muzycy mogli trochę bardziej niuansować interakcję na tej linii. Zabrakło mi również większego wykorzystania gitar (elektrycznej i basowej), którym zostało przydzielone raczej zapełnianie tła. Bez wątpienia jednym z ciekawszych fragmentów wieczoru było użycie pozytywkowej lalki i konstruowanie muzyki w kontekście psychodelicznej, kołysankowej melodyjki, która na dodatek w pewnym momencie uległa (zdaje się niechcący) zapętleniu. Im bliżej finału, tym brzmienie całości stawało się coraz bardziej potężne i manipulacje jego natężeniem, czy rozmieszczeniem w obrębie ponad 10-osobowego składu stanowiło główne narzędzie Dickaty’ego, którym manipulował umiejętnie, niestroniąc od eksperymentów.

20141026_212649_kopia    20141026_213751_kopia

Zestawienie dwóch stylów kompozytorskich korzystnie wpłynęło na urozmaicenie formuły orkiestry. I chociaż tym razem większe wrażenie zrobiła na mnie część druga, to patrząc perspektywicznie okazjonalne rotacje na pozycji lidera mogą się okazać odświeżające zarówno dla muzyków, jak i dyrygentów. Trochę szkoda, że w pierwszej części Dickaty nie przyłączył się do orkiestry w charakterze saksofonisty.

Warto nadmienić, że październikowa edycja WIO została zarejestrowana w postaci filmu. Dobrze, że powstają podobne materiały, które z czasem mogą nabrać niebagatelną wartość dokumentalną, a obecnie są bieżącym uchwyceniem potencjału i do pewnego stopnia stanu wybranej części warszawskiej sceny niezależnej.

Skład Warsaw Improvisers Orchestra w dniu 26.10.2014:

Ray Dickaty/Dominik Mokrzewski – Directors
1 Michał Kasperek – Drums
2 Tymon Bryndal – Bass
3 Jerzy Sergiusz Malanowicz – Various Electronics / Effects
4 Jakub Buchner – Electric Guitar
5 Daria Wolicka – Flute
6 Piotr Mełech – Clarinets
7 Olgierd Dokalski – Trumpet
8 Bartek Tkacz – Tenor Sax
9 Stanisław Welbel – Sop sax
10 Natan Kryszk – Bari / Alto Sax
11 Marcin Gokieli – Vocals
12 Łukasz Kacperczyk – synths

———————————————————————————————————————————–

How How w Dwa Osiem

20141024_211725

Była to moja pierwsza wizyta w klubie rowerowym przy Zamoyskiego 26a, który w ostatnim czasie serwuje interesujący, różnorodny program wydarzeń muzycznych. Miejsce ma co prawda jeszcze charakter trochę prowizoryczny, jednak bez wątpienia dysponuje dobrymi warunkami do organizowania średniej wielkości koncertów klubowych o przyzwoitej akustyce (chociaż na Ściankę wydaje mi się, że może być trochę za mało przestrzeni i tlenu).

How How znałem dotychczas z wydawnictw płytowych – skądinąd bardzo udanych – i byłem niezwykle ciekaw jak zespół prezentuje się na scenie. Tymczasem występ na żywo zweryfikował dość brutalnie mój szczery entuzjazm odnośnie projektu. Otrzymałem lekko ponad półgodzinny set (w rzeczywistości dłużej się na zespół czekało) wypełniony melodyjną, odrobinę psychodeliczną elektroniką, mocnym techno-basem i oszczędną grą na perkusji. Zestaw dźwięków, który co prawda dobrze brzmiał w kategoriach muzyki tła, to jednak dość problematyczne okazało się głębsze w nie zaangażowanie. Wizualizacje wyświetlane na ekranie opowiadały historię przygód rozpikselowanego renifera 2D w świecie przypominającym Mario Bros na dopalaczach. Były to zwykle zapętlone ujęcia, dobrze korespondujące z muzyką, która w odróżnieniu od tej z albumów, zdawała się kręcić w kółko i raczej nie poszerzała granic percepcji. Często podkreślany w tekstach dotyczących koncertów „performatywny aspekt” w przypadku występu How How był dla mnie nieuchwytny i dużo więcej satysfakcji przyniosłoby mi ponowne wysłuchanie któregoś z albumu formacji. Szkoda, bo spodziewałem się, że po wieczorze w Dwa Osiem zadam sobie na nowo pytanie „how?”, jednak wychodząc z klubu zastanawiałem się bardziej „why?”.

20141024_212008

Być może cieniem na występie zespołu położyła się jego mało intensywna aktywność koncertowa? Niemniej występ na Pradze brzmiał bardziej jak granie dla znajomych, niż nowa artystyczna propozycja, czy popchnięcie projektu How How do przodu (które notabene było zapowiadane). Mam nadzieję, że następnym razem skład wytrąci mnie z przeświadczenia, że tworzy muzykę będącą jedynie niezwykle interesującym fenomenem studyjnym.

Krzysztof Wójcik

Reklamy

Digital Primitives w Pardon To Tu

20141022_214956_kopia

Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że Digital Primitives dali jeden z najbardziej nieprzewidywalnych i chaotycznych występów jakie miały miejsce w Pardon To Tu w ostatnich miesiącach (a może i większej skali czasowej). Chociaż muzykę tria znałem przed koncertem z wydawnictw płytowych, to co działo się na scenie bardzo prędko zweryfikowało moje nikłe przeświadczenie, że „wiem czego mogę się spodziewać”. Digital Primitives są świetnym przykładem na to jak zaskakująco może brzmieć teoretycznie typowe trio saksofon-perkusja-bass. Szczególnie jeśli ów „bass” to Cooper-Moore – muzyk, który prawdopodobnie byłby w stanie zagrać koncert na naparstku i wykałaczkach, o ile nie na wykałaczce pojedynczej.

Wieczór rozpoczął się trochę niepozornie od bezczelnie free jazzowej partii na perkusję i saksofon, która nie zwiastowała specjalnych ciekawostek, choć broniła się jakością zaklętą w nazwiskach – Chad Taylor i Assif Tsahar. Budowaniu tłustej, frytowej konstrukcji przyglądał się Cooper-Moore mrucząc coś pod nosem by po dłuższej chwili sięgnąć po dziwaczny jednostrunowy instrument o nazwie diddley bo, który wyglądał następująco:

20141022_210603_kopia

Głębokie basowe brzmienie „sprzętu” Cooper-Moore’a z marszu wprowadziło do muzyki gorący puls, funkowy groove, o niemal elektronicznym zabarwieniu. To okazało się pierwszym z kontrapunktów, które Amerykanin miarowo wymierzał w kolegów z zespołu, ku rosnącej konsternacji i zaciekawieniu publiczności. Kolejnymi strzałami z biodra były bluesowy freestyle wokalny („Jazz ain’t got no mama” – yeah!), różnego rodzaju melodeklamacje, gra na poprzecznej drewnianej fujarce, trzystrunowym banjo, czy tzw. mouth bow – jednostrunowym instrumencie przypominającym połączone brzmienie drumli i skrzypiec. Ten wyglądał z kolei tak:

20141022_214103_kopia

Charyzmą sceniczną Moore bardzo prędko przeniósł na siebie ciężar występu, co skierowało muzykę na tory bliższe swobodnemu, szalonemu jam session z całym bogactwem inwentarza w postaci momentów lepszych i gorszych. Chociaż niemal 70-letni muzyk kipiał energią i ekspresją, to niekiedy narracja koncertu wytracała swój impet. Szczególnie w momentach zbyt rozwlekłego wałkowania klasycznych saksofonowych motywów (Tsahar wypada zdecydowanie lepiej gdy gra nieidiomatycznie), czy specjalnie niezaskakującej interpretacji, np. „Somewhere over the rainbow”. Szczęśliwie dla wieczoru muzycy dość gładko zawracali ze ślepych uliczek – stylistyczny roller coster Digital Primitives nie kręcił się w kółko, tylko gnał naprzód. Free mieszało się z funkiem, rdzennym bluesem, etnicznym brzmieniem kalimby, gospelowymi zaśpiewami, a czasami nawet garażowym brudem w stylu Matsa Gustafssona.

20141022_211124_kopia

Z mojej perspektywy najciekawszym fragmentem wieczoru był ten, kiedy Cooper-Moore grał i śpiewał (bądź wył) na mouth bow, obnażając przed słuchaczami szalony potencjał i moc drzemiącą w najprostszych instrumentach. Wówczas muzyka Digital Primitives chyba najpełniej objawiła swą siłę rażenia, a także stylistycznie najbardziej zbliżyła się do przewrotnej nazwy projektu. Trio za pomocą prymitywistycznego flow zakorzenionego w bluesie, dużej sonicznej wyobraźni i scenicznej swobodzie tchnęło życie w format zespołu, który równie dobrze mógłby brzmieć nudno i klasycznie. Zgranie muzyków i trzymająca wszystko w ryzach znakomita, ultrarytmiczna gra Chada Taylora sprawiły, że koncert, choć momentami nierówny, przemienił się w zupełnie nieprzewidywalne spontaniczne show, które ostatecznie skończyło się na wspólnym śpiewaniu całego składu i zgromadzonych w klubie słuchaczy.

20141022_212615_kopia

Entuzjazm i radość wspólnej gry Cooper-Moore’a, Taylora i Tsahara uznałbym za podwalinę projektu Digital Primitives, dzięki której nawet blisko półtora godzinny występ ani na chwilę nie wywołał u mnie nudy. Doskonale się też stało, że muzycy – mimo dużego aplauzu – nie wrócili na bis. Umiejętność zejścia ze sceny w odpowiednim momencie, to ten aspekt koncertowej retoryki, który chyba najczęściej kuleje w przypadku muzyków improwizujących. Pod tym względem Digital Primitives zdecydowanie „odrobili lekcje”, a inne drobne dramaturgiczne mankamenty skutecznie przykryli ekspresją i charyzmą, dzięki czemu zapewnili warszawskiej publiczności świetną, odświeżającą muzyczną zabawę.

PS: Przy okazji gorąco polecam płytę „Hum, Cracle & Pop”, na której zespołowi udało się osiągnąć chyba najlepsze brzmienie.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

2 dzień festiwalu Ad Libitum: Pole + Carlos Zingaro // Trio Aurora

20141022_003946

Dziewiąta już edycja festiwalu muzyki improwizowanej Ad Libitum została zogniskowana wokół twórczości hiszpańskiego pianisty Agustíego Fernándeza oraz portugalskiego skrzypka Carlosa Zingaro. Tak jak poprzednia odsłona imprezy skupiona była na przedstawicielach (a w zasadzie weteranach) brytyjskiej sceny improwizowanej XX wieku, tym razem nastąpiło wyraźne odchylenie geograficzne w stronę półwyspu iberyjskiego. Zmiana symptomatyczna, wszak obecnie właśnie na dalekim zachodzie Europy muzyka improwizowana przeżywa swój rozkwit. Oprócz zagranicznych headlinerów festiwal podobnie jak to miało miejsce w latach ubiegłych, prezentuje wybór interesujących przedstawicieli sceny krajowej. Tak też było w sobotni wieczór w Laboratorium CSW.

20141018_203058

Zespół Pole to moim zdaniem jeden z najciekawszych nowych, polskich składów improwizowanych. Debiutancki album „Radom” wydany w tym roku w Kilogram Records narobił sporo szumu w środowisku krytyki. I chociaż jest to płyta bardzo dobra, ze świetnie poprowadzoną, zwięzłą dramaturgią (czego wyraz już dawałem tutaj), to trio Górczyński/Młynarski/Zabrodzki postrzegam przede wszystkim jako zwierzę sceniczne. Pomysły zarysowane na „Radomiu” dopiero w sytuacji koncertowej zyskują optymalne skanalizowanie, charakteryzujące się wzajemnym katalizowaniem ekspresji jednostek (wow!). Podobnie rzecz się miała na Ad Libitum. Spośród trzech koncertów Pola, na których byłem, właściwie zawsze (w pełnym, bądź częściowym wymiarze) towarzyszył zespołowi dodatkowy muzyk. Ten otwarty na współpracę modus operandi sprawia, że za każdym razem muzyka tria nabiera nieco innego wyrazu. Do kooperacji z Carlosem Zingaro, czyli z „ikoną muzyki improwizowanej”, Pole podeszło bez większych kompleksów, co zaowocowało muzyką mocną i bezkompromisową. Portugalski muzyk sprawiał wrażenie jakby chciał grać bardziej „drugie skrzypce”, uciekał od nadawania tonu całości, w związku z czym publiczność miała do czynienia raczej z zespołem Pole i Carlosem Zingaro, niż kurtuazyjnie zapowiadanym skrzypkiem jako liderem.

20141018_202732

Mimo usilnych prób nie udało mi się dotrzeć na rozpoczęcie koncertu, a dziesięciominutowy poślizg zapewnił mi od razu wejście w oko cyklonu – kwartet właśnie był na etapie budowania ściany dźwięku. I chyba lepszej inauguracji wieczoru, po dość męczącym dniu, nie mogłem sobie wymarzyć. Trio wraz z Zingaro wręcz kipiało zawiesistą energią budowaną pomiędzy charakterystycznym brzmieniem sekcji a skrzypcami i klarnetem. W dalszym ciągu esencją brzmienia Pola są przede wszystkim nieortodoksyjna perkusja i bas, które w zestawieniu z intensywnymi popisami Michała Górczyńskiego na poły freejazzowymi, na poły zakorzenionymi w folkowej melodyce, tworzą mieszankę zarazem hipnotyczną i porywającą. Kompozycje znane z „Radomia” zostały zmieszane z dalece swobodniejszymi sekwencjami muzycznymi, opartymi na improwizacji, które jednak nie drżały w posadach dzięki bardzo czujnej grze Jana Emila Młynarskiego i podążającej za nim reszcie muzyków. Perkusista nie dopuszcza do swojego rytmicznego języka przegadania, chociaż jego gra podczas wieczoru w CSW była być może najbardziej abstrakcyjna spośród występów, które dotychczas widziałem. Z kolei rolę stylisty brzmienia pełni w Polu Piotr Zabrodzki, który tym razem posiłkował się jedynie gitarą basową i efektami, rezygnując z gry na gitarze elektrycznej jak to miało miejsce na pierwszym koncercie tria jaki widziałem w Powiększeniu tego roku (tu relacja). Swoją drogą ciekawie było zobaczyć ten skład w Laboratorium przy pełnej sali po kilku miesiącach od wspomnianego występu, na którym pojawiło się raptem kilkanaście osób. Zingaro niekiedy umiejętnie wzmacniał siłę rażenia Pola, jednak odniosłem wrażenie jakby brakowało mu pomysłu jak wpasować się w muzykę tria, która według mnie doskonale obroniłaby się bez udziału skrzypka. Niemniej jednak prawdopodobnie właśnie ten – w zamierzeniu warsztatowy –  udział zagranicznej gwiazdy ukonstytuował miejsce w line-upie dla warszawskiego składu. Jak na ironię to właśnie młodzi muzycy zaprezentowali się podczas koncertu od dużo ciekawszej strony niż portugalski improwizator. Udany, solidny występ, chociaż szkoda, że między artystami nie zaiskrzyło w większym stopniu. Ciekawe i odważne posunięcie kuratorskie nie przełożyło się ostatecznie na wydobycie z muzyki Pola więcej niż oferuje ona samodzielnie. A oferuje wiele.

20141018_213209

Trio Aurora w składzie Agustí Fernández, Barry Guy i Ramón López wkroczyło na scenę jako niekwestionowana gwiazda wieczoru, o ile nie headliner całej tegorocznej edycji festiwalu. Zespół grający ze sobą od ponad dekady, mogący pochwalić się serią uznanych wydawnictw, wreszcie skład złożony ze znakomitych, doświadczonych instrumentalistów wystąpił w roli festiwalowego pewniaka. Podejrzewam, że każdy, kto ma choćby elementarne rozeznanie we współczesnej muzyce improwizowanej na brzmienie nazwisk Guy, Fernandez, López reaguje kupnem biletu.Występ tria pod względem dobrze rozumianej przewidywalności był w pewnym sensie odpowiednikiem zeszłorocznego koncertu drugiego dnia Ad Libitum, kiedy na scenie pojawił się Evan Parker, Paul Lytton i Barry Guy.

20141018_214159

Trio Aurora swoją muzyką ilustruje jedno z głównych programowych założeń Ad Libitum – prezentuje ścisły związek pomiędzy kompozycją, a improwizacją, która jako taka jest de facto „pisaniem” muzyki w czasie rzeczywistym. Otwierająca występ rozwlekła, nieco marzycielska solówka Fernandeza była zaledwie ciszą przed burzą, która następowała w momentach interakcji na zasadzie wręcz kompulsywnych spięć i przesileń między muzykami. Obserwowanie swobodnej wirtuozerii Barry’ego Guy’a, który pomimo lat gra wciąż z młodzieńczą werwą i entuzjazmem było – już kolejny rok z rzędu – doświadczeniem wyjątkowym. Fernandez mistrzowsko balansował pomiędzy klasycznym brzmieniem instrumentu a eksperymentalną grą na strunach otwartego fortepianu. Płynność z jaką trio lawirowało pomiędzy charakterystycznymi tematami, a erupcjami kontrolowanej pasji była niesłychanie imponująca. To był jazz w jakości HD – dopracowany, samoświadomy, jednocześnie uporządkowany i nieokiełznany, pełen wyobraźni. Na scenie działo się dokładnie to, czego zaznajomieni z muzyką tria mogli się spodziewać i własnie brak tej odrobiny formalnej nieprzewidywalności poczytywałbym jako minimalny mankament tego znakomitego występu. Mam świadomość, że to trochę dzielenie włosa na czworo, ale jednak. Być może gościnny udział jakiegoś polskiego artysty wprowadziłby stymulujący dla zespołu pierwiastek chaosu, a widowni pozwoliłby na usłyszenie konfiguracji niepowtarzalnej. Tak czy inaczej Trio Aurora zagrało pięknie.

Ad Libitum to jedyny w Warszawie festiwal muzyki improwizowanej, czy jazzowej (nie bójmy się tego słowa używać w prawdziwie adekwatnym, współczesnym kontekście), który może się pochwalić konsekwentną myślą programową, nieopierającą się jedynie na sprowadzaniu zagranicznych gwiazd, czy schlebianiu gustom publiczności. Impreza oprócz naświetlenia wybranej części świata współczesnej improwizacji, pozwala również na osmozę polskiego środowiska artystycznego z przedstawicielami sceny zagranicznej, co niekiedy skutkuje interesującym, kulturotwórczym rozwojem wypadków ( jak w tym roku Ad Libitum Ensemble). I choć prawdopodobnie czynniki finansowe przyczyniły się do ograniczenia programu laboratoryjnego z trzech do dwóch koncertów dziennie, to moim zdaniem podobna redukcja wpłynęła korzystnie na finalny odbiór prezentowanej muzyki. Bardzo żałuję, że był to jedyny dzień festiwalu, na który udało mi się dotrzeć. Wieczór okazał się na tyle dobry, że skutecznie zaostrzył apetyt na przyszłoroczną, jubileuszową edycję imprezy, która mam nadzieję będzie kontynuowała dotychczasową konsekwencję programową, nie ucieknie od ciekawych kuratorskich zestawień artystycznych, a wręcz pogłębi eksperymentalną formułę imprezy. Scena improwizowana w Polsce jest na tyle różnorodna i oryginalna, że po prostu potrzebuje takich festiwali jak Ad Libitum.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Festiwal FONOMO 2014 – reminiscencje wizualne

20141010_174941

To będzie wpis niedotyczący sceny warszawskiej, o której zwykle mowa na Instytucie.

Zeszły weekend spędziłem w Bydgoszczy z misją korespondencką dla magazynu PopUp (efekt tekstowo-zdjęciowy znajdziecie tutaj). Festiwal FONOMO, na którym miałem przyjemność gościć okazał się wydarzeniem niezwykle przyjemnym. Była to moja pierwsza wizyta w Bydgoszczy, którą chciałem odwiedzić już od dawna. Stosunkowo luźna formuła festiwalu pozwoliła mi na zwiedzenie miasta za dnia. Jak powszechnie wiadomo Bydgoszcz jest jedną ze stolic improwizatorskiej erupcji lat 90. w Polsce, w związku z czym weekendową wyprawę postrzegam trochę w kategoriach bliskich pielgrzymce do Mekki. Atrakcyjność miasta przewyższyła moje oczekiwania, a weekend okazał się znakomitym dopełnieniem wakacji i ciekawym doświadczeniem estetycznym (miasto + festiwal).

Festiwal ma charakter muzyczno filmowy. Poniżej załączam wyrywkową, wizualną dokumentację imprezy, a dokładnie jej muzycznego oblicza.

 

Mikrokolektyw

Raphael Rogiński

Tomasz Dąbrowski + FONOMO Orkiestra

I na deser ładnie rozmazane zdjęcie Jozefa van Wissema, którego nie udało mi się nagrać:

06 van Wissem

Krzysztof Wójcik

Peter Evans Quintet w Pardon To Tu

evans

Solowy występ Petera Evansa w kwietniu tego roku wprowadził mnie w stan tęgiego oszołomienia. Był to jeden z koncertów, który z pewnością na stałe zapisze się w mojej pamięci jako wydarzenie absolutnie wyjątkowe. Wieść o koncercie Evansa z kwintetem zelektryzowała właściwie całe środowisko, a oczekiwania zostały napompowane w stopniu chyba aż zbyt wielkim. Oczywiście pisze to z dzisiejszej perspektywy, a przed koncertem sam podgrzewałem atmosferę radosnego napięcia. Przytoczę chociażby wycinek prywatnej korespondencji smsowej, która poskutkowała namówieniem na koncert mojego kolegi:

– Evansa nie pożałujesz, ja się „jaram” na ten koncert. 

– Słuchałem właśnie trochę i bardzo klimatyczny. „Ghosts” słuchałem.

– Ta płyta „Ghosts” jest chyba nawet najbardziej tradycyjna, ale ma diabły w szczegółach na każdym kroku! Jego bardziej solowe, czy duetowe rzeczy to już kosmos totalny. Gość ma brzmienie jedyne w swoim rodzaju.

Wciąż zgadzam się z tym smsem. Dzisiaj, niespełna tydzień po koncercie ciężko mi napisać coś odkrywczego. Właściwie chciałem nawet nic nie pisać, trochę na przekór ogólnemu entuzjazmowi. No ale w końcu Evans to wydarzenie, dobry pretekst do konstruowania wymyślnych epitetów i wielokrotnie złożonych zdań pochwalnych, a ja przecież porobiłem zdjęcia, nagrałem trochę materiału i wykrzesałem z siebie niemało samozaparcia żeby wytrwać do samego końca.

Koncert w Pardon To Tu był ostatnim – o ile dobrze pamiętam 9 – występem muzyków w europejskiej trasie promującej najnowszy album „Destination: Void”. Luz i niezwykła swoboda w operowaniu muzyczną formą towarzyszyły artystom przez cały występ. Materiał okazał się o wiele bardziej zawiesisty i gęsty niż na „Ghosts”. Drużyna Evansa była wręcz bezlitosna w swej hojności i zasypała słuchaczy ilością muzyki dalece wykraczającą poza granice percepcyjne, a może bardziej nawet wytrzymałościowe. W filmie „20 000 dni na Ziemi” Nick Cave mówi do Blixy Bargelda: „Słuchałem naszych wspólnych płyt i zastanawiam się dlaczego nie było nikogo w studiu, kto powiedziałby nam żeby nagrywać krótsze piosenki”. Gdy usłyszałem tę wypowiedź podczas weekendowego festiwalu FONOMO od razu przypomniał mi się koncert Evansa. Trębacz wraz z zespołem zaproponowali warszawskiej publiczności muzykę najwyższej próby, zaserwowaną z pasją i wykonawczą maestrią, jednak niemiłosiernie wręcz rozwlekłą, przez co nie jestem w stanie wyprzeć wrażenia przesytu, a szczerze mówiąc w przypadku koncertów preferuję stany odmienne. W tym kontekście za pomysł już absolutnie chybiony uważam wywołanie kwintetu na bis.

20141009_210637

Zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na mnie interakcja pomiędzy Evansem a Samem Plutą, wielkim elektronikiem współczesnej improwizacji, którego manipulacje muzyczną materią wprowadzały kwintet w obszary astylistycznego, nieprzewidywalnego doświadczenia sonicznego. Ogólnie rzecz biorąc zespół posługiwał się językiem bardzo indywidualnym, który ciężko przypisać konkretnym kategoriom, chociaż momentami muzyka przypominała mi większe składy Roba Mazurka. Z mojej perspektywy najciekawsze były momenty biegunowe: skrajne kolektywne przesilenia z wybijającą się, intensywną trąbką Evansa oraz fragmenty wyciszone, w których lider prowadził samodzielną, meandryczną narrację. Prawdopodobnie gdyby występ trwał ¾ swojej finalnej długości, bez nadmiernej eksploatacji fragmentów bardziej jednorodnych, przyłączyłbym się do licznego grona piewców-entuzjastów. Niestety źle poprowadzona dramaturgia wieczoru skutecznie wpłynęła na moją finalną ambiwalentną ocenę koncertu, którą w skrócie można podsumować – mniej znaczy więcej. Mimo wszystko jestem zadowolony z doświadczenia muzyki Evansa na żywo, bo rzadko kiedy koncertowe przedawkowanie dzieje się za sprawą towaru aż tak dobrej jakości.

20141009_205405

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcie tytułowe: Marcin Marchwiński

Materiały wizualne: LG G2 Mini LTE

The Electrics w Pardon To Tu

20141006_211338

Można powiedzieć, że pierwszy październikowy koncert w Pardon To Tu troszeczkę usunął się w cień prężnie promowanego występu kwintetu Petera Evansa. Nie da się ukryć, że The Electrics nie mogą się pochwalić w świadomości polskiego słuchacza zbyt szeroką rozpoznawalnością i niżej podpisany nie należy tutaj do wyjątku. Prawdopodobnie poszczególni muzycy – z Axelem Dörnerem na czele – są dalece bardziej kojarzeni z osobna niż jako zespół, kolektyw. Cóż, można zaryzykować teorię, że na płaszczyźnie ogólnej to jedna ze specyfik gatunku. Sam wybrałem się na koncert kwartetu bez przesadnych oczekiwań, chociaż nie ukrywam, że względna sława niemieckiego trębacza była niewątpliwie wabikiem przesądzającym o mojej obecności. Tymczasem koncert The Electrics wyewoluował bardzo szybko w wydarzenie artystyczne wysokiej próby.

20141006_210520

Międzynarodowy kwartet – w składzie Axel Dörner (Niemcy), Sture Ericson (Szwecja), Joe Williamson (Kanada) i Raymond Strid (Szwecja) – nie miał łatwego zadania. Publiczność zgromadzona w klubie (głównie stali bywalcy) przywitała muzyków z raczej umiarkowanym entuzjazmem, a bardziej wyczekiwaniem. Otwierająca występ konferansjerka nie wywołała oklasków, a jej humorystyczny charakter nawiązywał raczej do niemieckiej szkoły dowcipu, do której klucze odnajdują nieliczni. Słowa jednak szybko straciły znaczenie, gdy nadeszła muzyka. Być może właśnie nieco oziębłe przyjęcie wywołało w artystach sceniczny ekwiwalent sportowej złości, która przełożyła się na występ intensywny i bezkompromisowy. Początkowo dźwięki płynące ze sceny miały zaskakująco klasyczną, free jazzową formę, kwartet brzmiał jak przystało na skład saksofon-trąbka-sekcja. Jednak im dalej muzycy nurkowali w improwizację, tym bardziej uwidaczniało się eksperymentalne oblicze składu, którego nazwa niepostrzeżenie zaczęła nabierać coraz więcej sensu. Elektryczność i napięcie tworzyły się na scenie na zasadzie organicznego, artystycznego porozumienia, bądź ścierania. Energia występu generowana była naprzemiennie przez saksofon Ericsona i trąbkę Dörnera, tudzież znajdowała ujście we wspólnych przecinających, bądź uzupełniających się partiach. Przy tym wszystkim muzyka kwartetu nie była przekrzykiwaniem, a niekiedy wręcz nazwałbym ją dialogiem z wymownymi pauzami, konfrontującymi ekspresję z pełną napięcia ciszą. Imponująco wypadała perkusja Strida, delikatna, wrażliwa na szczegóły. Najmniej z The Electrics moją uwagę przykuł Williamson. Chociaż nie można mu odmówić bardzo stabilnej i czujnej gry, to nie była ona jednak aż tak spektakularna co popisy starszych kolegów. Kontrabasista bardziej dopełniał tła.

20141006_211737

W perspektywie całego, ponad godzinnego, linearnego występu można zauważyć pewien dualizm cechującą muzykę The Electrics – wspomniany free jazz z jednej i śmiałe sonorystyczne eksperymenty z drugiej strony. Niby klasyczna dwubiegunówka współczesnej improwizacji w jazzie zakorzenionej, jednak poprowadzona z niewymuszoną fantazją i swego rodzaju nieprzewidywalną płynnością przejść od kolektywnego, klasycznego brzmienia, do industrialnych, hipnotycznych sekwencji. W tych ostatnich prym wiódł Dörner. Trębacz emanował przez cały występ magnetycznym skupieniem, które objawiało się bardzo precyzyjnym doborem dźwięków, czy szumów, które wydobywał ze swojego lekko zakrzywionego instrumentu. Dörner w bardzo wyważony sposób kontrolował brzmienia abstrakcyjne, jak i bardziej konwencjonalne, lecz intensywne sekwencje melodyczne, uporządkowane, czasem kontrapunktowe. W moim odbiorze trębacz skradł trochę występ swoim kolegom, ale zrobił to z korzyścią dla całościowego wymiaru koncertu – jego grę nazwałbym bardziej charyzmatyczną niż egoistyczną, ponieważ dawał partnerom stosunkowo dużo przestrzeni do zagospodarowania i dystansował się od roli lidera.

 

Bardzo udany występ zwieńczył energetyczny bis. Publiczność raczej „kupiła” muzykę The Electrics, chociaż byłem jednym z niewielu, którzy upstrzyli brawa okrzykiem zadowolenia. Mam szczerą nadzieję, że zespół (lub przynajmniej sam Axel Dörner) jeszcze do Warszawy powróci. Odnoszę wrażenie, że spora część stołecznej publiczności odpuściła sobie ten koncert czekając na kwintet Evansa. Szkoda, bo The Electrics pokazało naprawdę kawał pełnokrwistego, bardzo pomysłowego i nieoczywistego grania. Dobre wejście w koncertowy październik i sezon jesienny, który w Warszawie zapowiada się pasjonująco.

 

Tekst i materiały wizualne: Krzysztof Wójcik

PopUp nr 45 – garść recenzji i wywiad z Tomaszem Sroczyńskim

popupmusic_gwiazdka_duze

Jak być może niektórym czytelnikom Instytutu już wiadomo, oprócz prowadzenia niniejszego partyzanckiego bloga, wkładam sporo energii we współtworzenie internetowego magazynu PopUpMusic. Z dniem dzisiejszym kolejny, już 45 numer trafił do sieci, a wraz z nim kilkanaście recenzji muzycznych mojego autorstwa oraz wywiad z utalentowanym młodym skrzypkiem Tomaszem Sroczyńskim. Poniżej odsyłacze do konkretnych tekstów:

Anthony Brice – „Sound Of Obsession”

Aphex Twin – „Syro”

Battle Trance – „Palace of Wind”

Eklektik Ensemble/Punkt/Lutosławski Quartet – „Punkt Eklektik Session 01”

Hiss Tracts – „Shortwave Nights”

Infant Joy Quintet – „New Ghosts”

Irmler/Liebezeit – „Flut”

Made To Break – „Cherchez La Femme”

Malayeen – „S/T”

Tape – „Permanent Vacation”

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers”

Trzy Tony – „Efekt Księżyca”

Venetian Snares – „My Love Is A Bulldozer”

Wywiad z Tomaszem Sroczyńskim

Oczywiście zachęcam gorąco do zapoznania się z całością materiału jesiennego wydania PopUp’a – redakcja wykonała naprawdę świetną robotę jeśli chodzi o dobór tematów, stronę graficzną i edytorską. Po raz kolejny bardzo mi miło współtworzyć grono autorów tego magazynu.

Dobrej lektury i udanych odsłuchów!

Krzysztof Wójcik