The Kurws i Ukryte Zalety Systemu w Dwa Osiem

20141122_133058

W większości recenzji tegorocznej płyty The Kurws, autorzy prędko odbiegają od muzyki, skupiając się na erudycyjnych rozwinięciach (niemniej erudycyjnych) tytułów utworów. Tymczasem podczas sytuacji koncertowej papierowe odwołania i siatki teoretycznych kontekstów schodzą na dalszy plan, a właściwie przestają mieć jakiekolwiek znaczenie w obliczu muzyki do szpiku kości pełnokrwistej i pewnej siebie.

Dziś z perspektywy zbliżającego się końca roku można zaryzykować hipotezę, że Kurwsi nagrali jedną z najbardziej solidnych i bezkompromisowych płyt w polskim krajobrazie wydawniczym ad 2014. „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu” jest muzycznym ekwiwalentem pigułek łykanych przez bohatera kreskówki Roger Odrzutowiec, które „dawały siłę 20 bomb atomowych na czas 20 sekund”. I chociaż album wrocławskiej formacji trwa nieco dłużej, to intensywnością, specyficznym brutalizmem brzmienia atakuje natychmiast i bez trudu byłby w stanie obdarzyć nim co najmniej kilka zespołów. Brudny, agresywny sound pełen energii i pokręconej rytmiki to tworzywo wprost stworzone do prezentacji koncertowej. I pod tym względem zespół w stołecznym Dwa Osiem potwierdził status quo.

Ukryte Zalety Systemu

Będąc na występie The Kurws w maju tego roku formacja właśnie kończyła dużą międzynarodową trasę. Tym razem warszawski koncert był środkową częścią trasy krajowej. I tak jak wówczas zespół promował album w towarzystwie znakomitego Pola, tak w przypadku jesiennego objazdu po Polsce wrocławianie zabrali ze sobą debiutantów, trio Ukryte Zalety Systemu. Można powiedzieć, że estetyka zaprezentowana przez UZS (anagram Zakładu Ubezpieczeń?) w nieco większym stopniu pasowała do muzyki Kurwsów, ponieważ w odróżnieniu od Pola, wyrasta z klasycznie post punkowej, piosenkowej tradycji. Zespół jako support wypadł zaskakująco dobrze. Krótkie utwory z polskimi tekstami „kontestującymi rzeczywistość społeczną” broniły się klarownymi proporcjami. Typowe power trio perkusja-bas-gitara uzupełniały od czasu do czasu klawisze, dodające całości trochę nowo falowego, lecz nie nachalnego kolorytu. Lirykę zespołu określiłbym jako dość ascetyczną, w równej mierze refleksyjną i humorystyczną, raczej nieprzegadaną, bazującą bardziej na grze pojedynczych słów, zwrotów. UZS ma dwóch wokalistów, co też pozytywnie wpływa na urozmaicenie brzmienia całości. Przyjemny, energetyczny i bezpretensjonalny występ był dobrą rozgrzewką przed głównym punktem wieczoru.

Gdy słucham The Kurws na żywo to wiem co mają na myśli członkowie zespołu identyfikując się z punkiem. Punk The Kurws nie ma zbyt wiele wspólnego z przemieloną popkulturowo etykietą, ramoneską, trampkiem i kolorowym włosem, tylko z pierwotną dla nurtu, energetyczną, z pozoru prymitywną estetyką, w której prostota przekuwana jest w kreatywność, a finalnej formy nie kiełznają bariery konkretnej stylistyki, tylko bardziej granice ekspresji.

The Kurws

Występ w Dwa Osiem był szalenie żywiołowy. W przypadku Kurwsów energia nie polega jednak na bezmyślnej napierdalance, a ogólnej swobodzie wykonawczej towarzyszy konsekwencja i pozornie niezauważalny porządek. Szaloną, galopująca sekcję rytmiczno-jazgotliwą tworzą właściwie wszystkie instrumenty, ale każdy z nich ma własny głos, nieunikający zapalczywych konfrontacji. Jednocześnie bardzo istotną cechą brzmienia zespołu jest umiejętne wplatanie motywów niezwykle subtelnych, w zestawieniu prawie niezauważalnych, które decydują jednak o finalnej wyjątkowości tego projektu. Mam tu na myśli chociażby oszczędne, lecz dosadne manipulacje dźwiękiem, delikatne sonorystyczne zagrywki saksofonowe, ale też rytmiczne rozpasanie, trochę beefheartowskie przekrzykiwanie się perkusji i gitar. Te elementy operują w ramach szalenie pomysłowych kompozycji, zaskakujących zwrotami akcji. Na scenie widać nieustanne ujarzmianie chaosu i rozsadzanie formy. Bardzo to wszystko w duchu wczesnego, eksperymentalnego post-punku, tudzież nowojorskiego no wave’u, lecz podszyte świeżym podejściem, kreatywnością aranżacyjną, otwartością na przenikanie się wielu wpływów w jednym energetycznym amalgamacie. Jestem bardzo ciekaw dalszego rozwoju tak dobrze funkcjonującej formuły.

Znakomity, pełnowartościowy występ wzbogacił krótki gościnny udział Kamila Szuszkiewicza, ale również świetna, spontaniczna konferansjerka. Osobne gratulacje dla Dwa Osiem za dobre nagłośnienie (choć w przypadku UZS było kilka drobnych wpadek z gitarą i wokalem). Świetny wieczór, po którym już teraz zgłaszam obecność na kolejnym koncercie The Kurws w Warszawie.

Krzysztof Wójcik

Innercity Ensemble (support: Piotr Bukowski, Stara Rzeka) w Hydrozagadce

Innercity

Odkąd usłyszałem po raz pierwszy Innercity Ensemble, a było to mniej więcej na wysokości płyty „Katahdin”, nie mogłem się doczekać momentu, kiedy zobaczę zespół na żywo. Kolektyw zrzeszający siedmiu muzyków, z trzech miast, zaangażowanych w szereg oddzielnych, równie frapujących projektów, można śmiało nazwać składem wyjątkowym w perspektywie polskiej sceny muzyki niezależnej. Tegoroczne, dwupłytowe wydawnictwo Ensemble’u podkręciło moją chęć koncertowego doświadczenia jeszcze bardziej. Jednym słowem jak tylko dowiedziałem się o występie zespołu w Hydrozagadce nie miałem żadnych wątpliwości i bez wahania zrezygnowałem z równoległych wydarzeń. O słuszności decyzji utwierdził mnie nie jeden, a trzy muzyczne argumenty, które kolejno pojawiały się na scenie praskiego klubu.

Piotr Bukowski

Wieczór zaczął się od miłej niespodzianki, która na początku była wielką niewiadomą. Piotr Bukowski, znany ze składów Hokei i Xenony, został ogłoszony jako support niemal w ostatniej chwili. Ciężko było przewidzieć, co muzyk zaproponuje w programie solowym. Ostatecznie Bukowski zagrał set posiłkując się jedynie gitarą elektryczną, obficie uzbrojoną w efekty. Mocne, gitarowe uderzenie charakterystyczne dla Hokeia zostało rozbite na szereg mniejszych atomów, układających się w wypowiedź bogatszą, bazująca na brzmieniowych eksperymentach na jakie pozwala zelektryfikowane sześć strun. Set pozornie wyglądający na improwizatorski strumień świadomości porządkowała silna rytmiczna intuicja i dość czytelne, acz pomysłowe riffowe umocowanie (trochę w duchu Sonic Youth). Bukowski ciekawie niuansował swoją grę kreatywnie wykorzystując efekty, a przesterowane dźwięki spajał w różnorodną, ewoluującą strukturę. Chociaż momenty głośne sąsiadowały z wyciszeniami, to całość podszyta była nieuchwytnym, kompulsywnym nerwem, gnaniem do przodu. Ta nieustanna, podskórna intensywność skutecznie przykuwała uwagę, zachęcała do śledzenia kolejnych minut występu. Artysta mógł co prawda zakończyć set kilka minut wcześniej po charakterystycznym przesileniu, przeciągając grę nieco rozmył siłę ostatecznego efektu, jednak z drugiej strony nagłe zawieszenie, którym koncert się zakończył, dobrze wpisało się w otwartą formułę muzyki.

Stara Rzeka

Ciekawym zabiegiem okazało się zestawienie Bukowskiego ze Starą Rzeką Kuby Ziołka. Panowie współpracujący ze sobą chociażby we wspomnianym Hokeiu, pokazali jak bardzo suwerenna jest ich solowa twórczość. Tak jak set Bukowskiego był pełen rytmicznego napięcia i erupcji energii, tak Stara Rzeka płynęła bardziej psychodelicznym korytem. Zdaje się, że był to trzeci występ Ziołka pod tym szyldem jaki widziałem i z całą pewnością okazał się najbardziej satysfakcjonujący. Prawdopodobnie miały na to wpływ kiepskie okoliczności poprzednich kontaktów – OFF Festiwal, wczesne popołudnie i sauna na scenie eksperymentalnej; słaba akustyka występu plenerowego pod Pałacem Kultury z wizualizacjami Agnieszki Polskiej w ramach cyklu MSN „Co słychać”. Tym razem nagłośnienie stanęło na wysokości zadania, a mroczna przestrzeń Hydrozagadki idealnie wpasowała się w klimat Starej Rzeki. W odróżnieniu do poprzedniego setu, tym razem gitara stanowiła jedynie element układanki, do pewnego stopnia fundamentalny, jednak sam instrument najczęściej dążył do zagubienia własnych cech dystynktywnych. Trans i kosmiczne brzmienie całości przywoływało skojarzenia z niemiecką muzyką eksperymentalną lat 70. Elementami ciekawie przebijającymi się przez deliryczne, zawiesiste strumienie dźwięków, były wokal i fujarka, które odsyłały z kolei do kontekstu folkowego. Tylko w przypadku muzyki Ziołka można mówić bardziej o folku science fiction. Niekiedy brzmienie Starej Rzeki przypominało mi znakomity soundtrack do filmu „Blade Runner”, chociaż klimat muzyki dryfował bardziej w harmonijną przestrzeń psychodelicznego tripu, niż paranoi i opresji, unoszącej się nad ścieżką dźwiękową Vangelisa. Po występie Bukowskiego set Starej Rzeki można nazwać wręcz chill out’ującym – też miewał swoje przesilenia, jednak to budowanie klimatu było zdecydowanie najsilniejszą stroną wypowiedzi Ziołka.

Innercity Ensemble

Finał wieczoru, występ Innercity Ensemble do pewnego stopnia okazał się syntezą supportów: łączył energię wynikającą z rytmicznego zróżnicowania z hipnotycznym charakterem płynnie rozwijanych kompozycji. Dużo o muzyce kolektywu mówią już same liczby. W zespole aż cztery osoby (Radek Dziubek, Rafał Kołacki, Rafał Iwański, Tomek Popowski) odpowiedzialne są za generowanie faktury perkusyjnej. Kolejną, dwuosobową warstwą jest sekcja gitarowa, która narzuca na spektakularny rytmiczny kręgosłup, dźwięki abstrakcyjne i niestandardowe. Instrumenty Kuby Ziołka i Artura Maćkowiaka dalekie są od gry ortodoksyjnej, zdecydowanie skłaniając się ku sonicznym eksperymentom, nie popadając przy tym w przerost formy nad treścią. Trzecią, jednoosobową sekcją jest Wojciech Jachna, którego trąbka delikatnie unosi się nad pulsującą całością, bądź wprowadza charakterystyczne motywy melodyczne. Koncertowa żywiołowość muzyki Innercity Ensemble jest dojmująca i bardzo ciężko się jej oprzeć, ponieważ ma potężny, zniewalający groove. Niesamowite jest to, że kolektyw składający się z tak odrębnych, silnych osobowości artystycznych jest w stanie na jednej scenie działać w sposób demokratyczny, przynosząc muzykę spójną, a przy okazji niesłychanie otwartą. Co prawda słowo „ensemble” i obecność instrumentu dętego mogą konotować skojarzenia jazzowe, jednak brzmienie Innercity dalece wykracza poza tę estetykę, a właściwie jedynie się o nią ociera. Gęsta polirytmia ma charakter organiczny, plemienny, lecz potrafi również zmienić wektor na zdecydowanie bardziej współczesny, a w zestawieniu z gitarowymi kombinacjami, czy elektroniką – wręcz industrialny. Chociaż całość występu w Hydrozagadce sprawiała wrażenie bardzo spontanicznej, swobodnej improwizacji, to bez trudu można było odczytać szkielety kompozycyjne znane z tegorocznego wydawnictwa, od których septet łatwo i kreatywnie się odbijał. Jeśli miałbym wskazywać jakieś analogie do podobnych wykonawców, to na myśl przychodzi mi Chicago Odense Ensemble, jednak jest to skojarzenie dość luźne. Polski zespół mówi zdecydowanie swoim głosem, który z albumu na album staje się coraz bardziej charakterystyczny i wciągający. Występ łączył w sobie dzikość ekspresji i transową moc, którą potęgowało wprost zjawiskowe zgranie między artystami. Wyjątkowe doświadczenie muzyczne i po prostu znakomity koncert.

 

Krzysztof Wójcik

Brötzmann, Adasiewicz, Noble w Pardon To Tu – dzień pierwszy

20141122_133234

W sierpniu 2013 sprowadzenie do Pardon To Tu Petera Brötzmanna było dla klubu spełnieniem marzeń i ambicji (patrz – plakat i autografy na honorowym filarze z książkami). Mamy listopad 2014 i w tym roku „radykalny Niemiec” już drugi raz odwiedza scenę przy Placu Grzybowskim i podobnie jak za pierwszym razem, przyjeżdża na dwudniową rezydencję. Można powiedzieć, że Brötzmann zaczyna być w Pardon To Tu gościem regularnym, co tyczy się większości zagranicznych muzyków, którzy choć raz klub odwiedzili. W kwietniu towarzyszył saksofoniście Steve Noble, a w tym tygodniu skład poszerzył się o chicagowskiego wibrafonistę Jasona Adasiewicza, muzyka głównie kojarzonego ze współpracy z Robem Mazurkiem.

Adasiewicz_Noble

Przyznam, że byłem ciekaw tej artystycznej konfiguracji na żywo, a moje zainteresowanie w znacznej mierze podkręciła tegoroczna, bardzo dobra płyta „Mental Shake”, którą skład nagrał wraz z kontrabasistą Johnem Edwards’em. Z wibrafonem mam pewien problem, otóż bardzo rzadko ten instrument wykorzystany jest w sposób odmienny niż dwa najbardziej klasyczne zastosowania: 1. kolorowanie tła, rozpuszczanie całości w miękkich, delikatnych plumkaniach i 2. popisówka, solistyczna hochsztaplerka wykorzystująca spektakularną grę na instrumencie, ale bardziej bazująca na technicznej woltyżerce, niż koncepcji przekładającej się na ciekawe brzmienie. U Adasiewicza można jednak zaobserwować złoty środek, wypadkową tych dwóch podejść, dzięki czemu zarówno obserwowanie artysty na scenie, jak i słuchanie jego muzyki jest doświadczeniem interesującym.

Adasiewicz_Noble_Brotzmann

Występ tria był o tyle ciekawy, że prezentował trzy osobowości mówiące swoim językiem, a nie Brötzmanna z sidemanami. Steve Noble narzucał całości dość intensywne tempo, bazujące w równej mierze na mocnych uderzeniach, co subtelnych, niespodziewanych przejściach, bądź koncentracji na pojedynczych elementach zestawu perkusyjnego. Adasiewicz był z kolei ogniwem łagodnym, które doskonale równoważyło szorstkie, agresywne brzmienie Brötzmanna. Marzycielska barwa wibrafonu została potraktowana pomysłowo i niekiedy przypominała dźwięki elektroniczne, szczególnie w momentach bazujących na repetycjach, dobrze zgrywanych z bitem perkusyjnym. Tkanka muzyczna tworzona przez Noble’a i Adasiewicza sama w sobie była szalenie intrygująca, a gdy do głosu dochodził Brötzmann bardzo często przekuwający moc brzmienia na rytmiczny, stosunkowo melodyjny groove, całość zyskiwała potężną siłę rażenia. Saksofonista zmieniał dęciaki jak rękawiczki poczynając od altu, przez sopran, tenor, aż po tarogato. Elementy liryczne, wyciszone mieszane z generalnie dość brutalnym i bezkompromisowym brzmieniem, są chyba najciekawszą „sztuczką” jaką Brötzmann obecnie prezentuje. I przysłowiowy diabeł wcale nie leży tutaj w kontraście tych dwóch porządków, tylko raczej w mistrzowskim, płynnym, a zarazem zagadkowym ich połączeniu. Saksofonista również bardzo czujnie wsłuchiwał się w pracę kolegów, często dając im przestrzeń do gry w duecie. Ogólnie rzecz biorąc fragmenty grane w podgrupach, niezależnie od konfiguracji (a były raptem trzy możliwe), były równie, a czasami nawet bardziej ciekawe niż wspólne brzmienie tria, ponieważ pozwalały lepiej śledzić pomniejsze niuanse.

Noble_Brotzmann

Solidny, żywiołowy i zaskakujący koncert. Brötzmann pomimo dość, nazwijmy to, niemieckiego, minimalnego kontaktu z publicznością, uraczył zebranych krótkim bisem. I chociaż raczej nie jestem zwolennikiem poszerzania koncertowego spektaklu o często psujące odbiór całości bonusy, to tym razem słuchało mi się dogrywki bardzo dobrze.

 

Krzysztof Wójcik

Marc Ribot Trio w Pardon To Tu

Marc Ribot Trio_Plakat

Z pewnością był to jeden z najbardziej obleganych koncertów w historii warszawskiego klubu. W pewnym momencie oczekujący na wejście do Pardon To Tu sięgali prawie ulicy Twardej. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że Marc Ribot cieszy się w Polsce aż taką popularnością (budujące rozczarowanie). W stronę imponującej kolejki do klubu łypali z zaciekawieniem nawet młodzi, zaszalikowani patrioci, którzy całe szczęście przeszli dalej swoim dziarskim, patriotycznym krokiem świętować 11.11 na swój własny, patriotyczny sposób. Tak czy inaczej bilety na święto muzyczne i tak zostały już dawno wyprzedane. A Pardon To Tu w porównaniu z miastem znakomicie radzi sobie z dyscyplinowaniem podekscytowanego tłumu.

Kłopotliwa sytuacja. Swego czasu należałem do wyznawców talentu Marca Ribota i łykałem wszystko, co tylko wypuścił spod sześciu strun. Nawet jeśli dzisiaj nabrałem zdrowego dystansu do muzyki nowojorczyka, to gdy dowiedziałem się o występie gitarzysty w Warszawie mój stan miał znamiona lekkiej euforii. Chociaż tegoroczna, koncertowa płyta tria z Chadem Taylorem i Henry’m Grimes’em nie wywołała we mnie aż takich pozytywnych emocji jak w środowisku jazzowej krytyki, to i tak nie wyobrażałem sobie własnej absencji na koncercie.

Henry Grimes

Dopiero w momencie gdy zobaczyłem Henry’ego Grimes’a na żywo zdałem sobie sprawę, że jest on już szacownym, blisko 80-letnim panem. Kontrabasista w swej karierze grał z największymi (odsyłam do wikipedii, nie będzie tu litanii nazwisk) i choć podczas pardonowego koncertu potrzebował drobnej asysty przy zmianach instrumentów, to i tak udowodnił, że zagranie 2 godzinnego koncertu nie stanowi dla niego większego problemu. Warto zaznaczyć, że występ Marc Ribot Trio był spotkaniem na jednej scenie właściwie 3 pokoleń improwizatorów, którzy jakimś cudem byli w stanie odnaleźć wspólny muzyczny język. Jaki to był język we wtorkowy wieczór?

Spośród aktualnych projektów Ribota trio, które zagrało w Warszawie jest chyba zespołem o najbardziej hermetycznej estetyce. Paradoksalnie tą estetyką jest z definicji otwarty na eksperyment i poszerzanie granic formalnych free jazz lat 60. Oczywiście fakt, że pierwotnie powstałe na saksofon kompozycje Ribot prezentuje w swoim charakterystycznym gitarowym stylu, stanowi ciekawe przełamanie, pytanie tylko czy gitarzysty nie stać na coś więcej? Odpowiem od razu: z pewnością stać, chociaż niekoniecznie w tym projekcie. Podczas koncertu w Pardonie miałem wrażenie, że słucham bardziej muzycznego hołdu dla mistrzów Ribota i Taylora, a dawnych kolegów Grimes’a, niż rzeczywiście jakiejś świeżej propozycji na miarę talentu gitarzysty. W występach „tribute to…” nie ma właściwie nic złego – szczególnie jeśli są zagrane na tak fantastycznym poziomie – jednak mimo wszystko nie mogę się pozbyć minimalnego poczucia niedosytu, którego nie ugasił blisko 2 godzinny set z naprawdę świetnymi momentami.

Marc Ribot Trio

Gra tria mniej więcej do połowy koncertu utrzymywała ciekawą, wzrastającą dramaturgię: zespół konsekwentnie prezentował materiał z tegorocznej płyty utrzymując przyjemny groove i nie tracąc czasu na przerwy w grze płynnie nurkował w kolejne improwizacje. Niestety solowe popisy muzyków wieńczyły nieznośne wrzaski i oklaski, zagłuszające ciche, instrumentalne przejścia (najbardziej kuriozalne były jednostkowe erupcje entuzjazmu, których nikt nie kontynuował) – cóż, proza jazzowego spektaklu. Szczerze mówiąc zamiast zakazu fotografowania, na niektórych koncertach kluby powinny wprowadzać zakaz klaskania. Motorem napędowym składu był Chad Taylor, który jednocześnie stanowił ogniwo łączące miarową, dość minimalistyczną i stosunkowo mało ekspresyjną, bardziej koloryzującą grę Grimes’a z riffami Ribota i podszytymi bluesem solówkami. Z mojej perspektywy najciekawsze były momenty, w których kontrabasista sięgał po skrzypce, a gitara ograniczała się do wyciszonej, rytmicznej pracy, po to żeby nagle uderzyć znienacka agresywną, ekstatyczną zagrywką. Trochę zabrakło mi w grze Ribota operowania dysonansami i emblematycznej dla niego kakofonii porwanych motywów, pozytywnie upośledzonej gitary, hałasu… – w Pardonie artysta brzmiał stosunkowo klasycznie, raczej profesjonalnie i poukładanie niż frywolnie. Muzycy sprawiali wrażenie jakby mogli ciągnąć koncert w nieskończoność i niestety druga połowa występu oparta na wyciszeniach i nagłych atakach gitary w pewnym momencie stawała się przewidywalna i trochę schematyczna. W tym kontekście nawet jednoznacznie bluesowy bis był przyjemnym odświeżeniem. Ogólnie wydaje mi się, że muzykę tria w większym stopniu determinowała free jazzowa przeszłość Grimes’a niż eklektyczna, zwariowana kariera Ribota i to właśnie kontrabasista powinien być nominalnym liderem zespołu.

Marc Ribot

Chociaż w niniejszej relacji dominuje ton umiarkowanego narzekania, to wieczór w Pardon To Tu mimo wszystko zaliczam do udanych, a w dodatku pouczających. Nie zawsze wielcy muzycy muszą grać wielkie koncerty – nawet jeśli już przyjadą do Polski, która jak powszechnie wiadomo (i co słychać było na widowni) ma „najlepszych kibiców na świecie”. Jestem przekonany, że gdyby podobny występ zagrało jakieś anonimowe trio reakcje nie byłyby aż tak entuzjastyczne. Dla mnie Marc Ribot nie jest postacią anonimową i właśnie dlatego oczekiwania miałem większe. Niemniej jednak z całą pewnością nie żałuję tych dwóch godzin i liczę, że gitarzysta jeszcze wróci do Pardon To Tu. Po królewskim przyjęciu jakie zgotował mu klub i publiczność nie mam wątpliwości, że tak właśnie będzie. Tylko może następnym razem z tym projektem?

 

Krzysztof Wójcik

X Mózg Festival – warszawski dzieeeń / otwarcie klubu Mózg Powszechny w Warszawie

Prawe płuco koncertowe Warszawy otrzymało zastrzyk świeżego powietrza.

Elżbieta Jabłońska_instalacja

Po tygodniach zapowiedzi w końcu nadszedł dzień inauguracji działalności bydgoskiego Mózgu w Warszawie. Co prawda można tutaj bardziej mówić o prapremierze, ponieważ pierwszy regularny koncert w siedzibie Mózg Powszechny odbędzie się 12 listopada, jednak to właśnie pierwszy dzień festiwalu mózgowego, na który złożyło się 5 koncertów, najlepiej oddaje rozmach z jakim instytucja wkracza na stołeczną scenę. Program Mózgu na resztę roku to (jak dotąd )około 20 wydarzeń. Prosta arytmetyka wykazuje, że mniej więcej co drugi dzień w siedzibie przy Teatrze Powszechnym będzie się coś działo. To dużo. Z takim muzycznym rogiem obfitości ekipa Mózgu ma szansę zapełnić lukę, jaka powstała w Warszawie po zamknięciu nieodżałowanego Powiększenia. Mózg Powszechny ma realny potencjał by stać się silną konkurencją dla takich miejsc jak Pardon To Tu, a wraz z rozkręcającym się Dwa Osiem tworzy na Pradze kolejne (po 11 listopada) interesujące „zagłębie klubowe”.

Jest to jednak sytuacja bezprecedensowa, w której klub z innego miasta przeprowadza „desant” z podniesioną banderą na stołeczną scenę. Mózg przez dwie dekady działalności wypracował szalenie charakterystyczną markę, a także był jedną z głównych aren tzw. yassowej rewolucji. Wydarzeniem znamiennym jest zorganizowanie w Mózgu Powszechnym 19 grudnia dwudziestej rocznicy albumu „A” Jerzego Mazzolla i Arhythmic Perfection, dla niektórych wydawnictwa dzisiaj absolutnie kultowego. Klub Sławka Janickiego w dużej mierze ma już swoją publiczność, która od dawna nie ograniczała się tylko do Bydgoszczy. W tym kontekście dwuczłonowa nazwa nowej, praskiej siedziby nabiera symbolicznego znaczenia.

20141106_193701

Festiwal 6 listopada odbył się jeszcze w gmachu Teatru Powszechnego, a dokładnie na Scenie Małej. Początkowo frekwencja pozostawiała wiele do życzenia, a publiczność zbierała się dość powoli. Na dobrą sprawę festiwal rozpoczął się jeszcze przed siedzibą teatru instalacjami Elżbiety Jabłońskiej (1 zdjęcie) i Grzegorza Pleszyńskiego (2 zdjęcie). Trzeba było wykazać się sporą spostrzegawczością żeby rozpoznać co jest czym, ponieważ nigdzie organizatorzy nie zamieścili podobnej wskazówki. Niemniej był to kontrapunkt dla koncertów, dający jasny przekaz, że Mózg nie będzie zorientowany tylko na muzykę. Dalej było już pierwszeństwo dźwięku i tutaj też będzie.

 

Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki i Qba Janicki

Janicki_Mazzoll_Janicki

Czyli duet rodzinno-dyrektorski + artysta z Mózgiem związany od początków swej kariery. Był to już trzeci raz kiedy miałem okazję zobaczyć trio na żywo i muszę przyznać, że z zadowoleniem przyjąłem kierunek jego ewolucji. Muzycy rozpoczęli bez zbędnych ceregieli mocnym, rytmicznym groovem perkusji i zakręconą intensywną grą kontrabasu, na których tle Jerzy Mazzoll budował improwizację na klarnetach. Była to gra bardzo energetyczna, niemająca zbyt wiele wspólnego z jedynym wydawnictwem płytowym tria, wyciszonym i kontemplacyjnym „Minimalover”. Tym razem momenty ciche niosły dużo paranoicznego napięcia. Muzyka improwizowana wymykająca się sztywnym kategoriom stylistycznym, przypominała oderwane od siebie strumienie świadomości, które jakimś cudem zgrywały się i brzmiały jako całość. Na pierwszy plan wysuwała się bardzo twarda, mocna gra Qby Janickiego, która właściwie ustawiła dalszy ciąg występu. Trzeba dodać, że sporą część setu wypełniły wokalne, improwizowane historyjki Mazzolla (zdaje się, że dotyczące obrzezania, kastracji itp.). Ten element często pojawiający się u klarnecisty na koncertach nadał całości nieco surrealistyczny wymiar, jeszcze bardziej oddalając muzykę tria od grania idiomatycznego (chyba, że mówimy o idiomie yassowym). Ciekawe, odświeżające granie, chociaż czasami muzycy sprawiali wrażenie jakby do końca nie wiedzieli dokąd właściwie zmierzają. Mimo wszystko było to przyjemne dla ucha błądzenie. Najbardziej energetyczny występ wieczoru.

 

Michael Lytle & Eyal Maoz

Michael Lytle & Eyal Maoz

Duet na klarnet basowy i gitarę elektryczną wprost z Nowego Jorku. Można powiedzieć, że skala futurystycznego brzmienia Lytle’a i Maoza  była wprost proporcjonalna do wieku artystów. Do tej pory na żywo żadnego z nich nie słyszałem i muszę przyznać, że występ zrobił na mnie raczej pozytywne wrażenie, a szczególnie jego druga połowa, w której przekrzykiwanie się instrumentów zastąpiło wsłuchiwanie się we wzajemną grę. Był to koncert pełen głośnych erupcji. Klarnet basowy Lytle’a był podłączony do kilku efektów, z których muzyk ochoczo korzystał nadając naturalnej barwie instrumentu filtry noise’owych pomruków, przeszywające fale dźwięku, kosmiczne drone’y itd. Czasami miałem wrażenie, że obfite wykorzystanie efektów specjalnych przykrywa brak pomysłu na dalszy rozwój wypadków, jednak im dłużej się duetu słuchało tym bardziej czytelny stawał się muzyczny język nowojorczyków. Zatem można było zarówno pozwolić nieść się intensywności brzmienia, jak i próbować rozszyfrowywać soniczny zgiełk – każda z opcji była do pewnego stopnia atrakcyjna. Też za zaletę uznałbym możliwość takiego wyboru pozostawioną słuchaczowi, co nie zawsze się zdarza. Awangardowa propozycja, choć nie tak bardzo nieprzystępna jak mogłoby się początkowo wydawać. Z pewnością najbardziej głośna i eksperymentalna część wieczoru.

 

Sylvie Courvoisier & Mark Feldman

Sylvie Courvoisier & Mark Feldman

Kolejny duet to znów koncert z cyklu „rodzina na scenie”, lecz tym razem małżeństwo. Mark Feldman i Sylvie Courvoisier to artyści występujący już w bydgoskim mateczniku Mózgu, lecz wedle słów dyrektora Janickiego nigdy nie spotkali się tam na jednej scenie. Nie pamiętam kiedy ostatnio słuchałem na żywo duetu na skrzypce i fortepian, więc byłem bardzo ciekaw cóż wyniknie ze współpracy muzyków związanych podwójną, zawodowo-prywatną relacją. Występ otworzyła kompozycja Courvoisier, w części środkowej publiczność mogła posłuchać muzyki Johna Zorna napisanej dla Masady, natomiast na zakończenie wybrzmiał utwór Feldmana. Koncert był płynną kontynuacją prezentacji nowojorskiej sceny, a jednocześnie silnie kontrastując z występem poprzednim, dawał poczucie różnorodności. Porozumienie sceniczne małżeństwa oceniłbym jako wzorowe, chociaż zwykle wydawało się, że to Feldman odgrywa rolę dominującą (być może przez fakt, że to on miał partytury, a Courvoisier musiała bardziej polegać na pamięci/improwizacji). Koncert miał zarówno przyjazne, harmonijne oblicze, jak i twarz bardziej odważną, otwartą na eksperyment, lecz w porównaniu z Lytle’m i Maozem, muzyka duetu okazała się dużo przyjaźniejsza w odbiorze, a co za tym idzie trochę mniej zaskakująca. Feldman i Couvoisier pozostawiliby we mnie niezachwianie pozytywne wrażenie, gdyby nie ustawili siebie w roli headlinera i nie przeciągnęli występu o dodatkowe, ponadprogramowe pół godziny. W perspektywie szalenie napiętego grafiku, jak i siły rażenia duetu (polegającej raczej na subtelności) postrzegam to rozciągnięcie jako absolutnie niepotrzebne. Podczas występu Sala Mała osiągnęła imponujący szczyt frekwencyjny (niemalże wszystkie miejsca były zajęte), który później systematycznie topniał.

 

Tirvyious Wagon (Chmara/Janicki/Pospieszalski/Sroczyński + Jacewicz)

Tirvyous Wagon

Czytaj: tir wiózł wagon. Najmłodszy skład jaki wystąpił na festiwalu, na dodatek zespół bazujący na połączeniu muzyki i obrazu. Ciekawą cechą dystynktywną Wagonu jest to, że każdy z muzyków operuje zarówno klasycznym instrumentarium, jak i elektroniką we właściwie nieograniczonym stopniu. Muzyka kwartetu była bardzo powoli rozwijającą się improwizacją, która miała charakter silnie demokratyczny. Dźwięki poszczególnych instrumentów wynurzały się z ambientowego tła, by znów zostać przemielone i zdekonstruowane przez elektroniczną aparaturę. Występ miał strukturę linearną – zespół miarowo zwiększał intensywność brzmienia zmierzając do ostatecznego przesilenia, jednocześnie nieustannie przemycane były drobne akustyczne niespodzianki. Dzięki temu Wagonowi (?) udało się osiągnąć mocno psychodeliczny klimat, który podkręcały dodatkowo kosmiczne wizualizacje Karoliny Jacewicz. Muzyka miała bardzo procesualny, a zarazem ilustracyjny charakter. Kilkakrotnie miałem wrażenie, że muzycy nie mają pojęcia co wydarzy się za chwilę, co przekładało się na mniej lub bardziej ciekawe rezultaty. Na niekorzyść odbioru występu wpłynęło przeciągnięcie go o kolejne 10-15 minut, które nastąpiły po wyciszeniu wprost idealnie nadającym się na zakończenie. Podczas tych ostatnich minut wydawało mi się, że muzycy już nie mają pomysłów co dalej grać, a na twarzach części składu można było wręcz dopatrzeć się zniechęcenia. Mimo wszystko był to koncert ciekawy, a projekt zdecydowanie ma potencjał i pomysły, które przy odrobinie zaangażowania i pracy mogą zaowocować treścią jeszcze bardziej frapującą. Muzyka najlepiej brzmiała w momentach potężnych, takich jak w filmiku na końcu tekstu. Tirvyious Wagon otrzymują statuetkę w kategorii występ psychoaktywny.

 

Sylvie Courvoisier, Mark Feldman, Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki, Qba Janicki

Janicki_Feldman_Courvoisier_Mazzoll_Janicki

Fuzja, której po występach oddzielnych składów byłem niezmiernie ciekaw okazała się chyba najbardziej satysfakcjonującą częścią programu koncertowego. Mazzoll i Janiccy otwierając wieczór zaprezentowali muzykę stosunkowo niepokorną, którą ciężko mi było sobie wyobrazić wraz z poukładanym duetem na skrzypce i fortepian. Ostatecznie obie frakcje podeszły do spotkania na scenie z dużą dozą solistycznej pokory i otwartości na poszczególne ogniwa zespołu, co dało solidny, nieprzewidywalny rezultat. Kwintet podzieliłbym na dwa skrzydła: jedno harmoniczno-kolorystyczne, czyli Sławek Janicki i Courvoisier, drugie Mazzoll i Feldman, których instrumenty wchodziły w bardzo udane dialogi, bądź przekrzykiwania. Wszystko na tle pewnej, stabilnej i mocnej perkusji i subtelnej elektroniki najbardziej zapracowanego tego wieczoru Qby Janickiego. Wydawało się, że spotkanie dwóch składów wpłynęło pozytywnie na kreatywność każdego z nich, a szukanie wspólnego mianownika z odmiennych artystycznych perspektyw stymulowało muzyków do poszerzenia możliwości własnych środków wyrazu. Dzięki temu właściwie każdy z muzyków brzmiał ciekawiej niż w pierwszej odsłonie. Szczególnie było to wyraźne w przypadku Mazzolla, który w pierwszym secie sprawiał wrażenie trochę rozdartego między instrumentem a wokalem i niekiedy wydawał się przytłoczony groove’m Janickich. W kwintecie muzyk ograniczył się tylko do klarnetów, z którymi odnajdywał się w zespole znakomicie, nieraz w sposób naturalny determinując brzmienie całości. Koncert skończył się po 2 w nocy, ale na pewno nie żałuję, że wytrwałem. Na performance Grzegorza Pleszyńskiego i set Jae Ho Youn już nie starczyło czasu i energii.

 

Niestety finał koncertowej części warszawskiego dnia festiwalu rozpoczął się z niemal półtoragodzinnym opóźnieniem i obejrzeli go już tylko nieliczni. Tutaj pojawia się problem generalny – organizowanie imprezy taki intensywnej i długiej w środku tygodnia od samego początku było mocno ryzykowne. Tyczy się to również kolejnych wydarzeń zaplanowanych przez Mózg do końca roku, które często zaczynają się o 22 (czyli w praktyce jeszcze później). Myślę, że klub powinien zacieśnić współpracę z pobliskim Dwa Osiem w przypadkach, kiedy tego samego dnia są koncerty w obu lokalach. Przykład Powiększenia i Cafe Kulturalnej pokazuje, że niekoniecznie trzeba o publiczność w takich sytuacjach walczyć, tylko umożliwić jej uczestnictwo w dwóch wydarzeniach. Być może byłoby to remedium na późne godziny koncertów. Z pewnością korzystnie na dostępność klubu wpłynie też otwarcie drugiej linii metra, które podobno nastąpi „już” w grudniu. Nowe inicjatywy takie jak Mózg Powszechny, czy Dwa Osiem są realną szansą na to, że praska strona Wisły zyska nowe życie (które to już z kolei?), a zarazem wprowadzają pozytywny ferment na warszawskiej scenie koncertowej, poszerzając jej konstelację. Pytanie tylko czy ekipie Mózgu uda się kontynuować mordercze tempo, jakie narzuciła sobie na pierwsze tygodnie działania. Tak czy inaczej trzymam kciuki, bo tylu koncertów w Warszawie co tej jesieni nie było od bardzo dawna. Dzięki!

Krzysztof Wójcik

Made to Break – 2 dni i 6 setów w Pardon To Tu

Made to Break 2

Pisząc przed dwoma miesiącami recenzję ostatniej płyty Made To Break (klik) nie spodziewałem się, że będę miał okazję tak prędko zobaczyć zespół na żywo. Biorąc pod uwagę, że była to jedna z lepszych płyt, jakie przyszło mi recenzować do numeru PopUp #45, perspektywa dwóch wieczorów ze składem Kena Vandermarka brzmiała ekscytująco. W efekcie nie odpuściłem żadnego spośród sześciu setów, na które złożył się program „2 Nights with Made To Break”, z czego bardzo się cieszę, ponieważ właściwie wszystkie występy pokazały nieco inne oblicze współczesnej muzyki improwizowanej. Każdy dzień cyklu został rozplanowany wedle klucza: cząstka MtB, cząstka MtB + reprezentant warszawskiej sceny i na koniec koncert rezydującej formacji. Tak zgrabnie rozłożona symetria wręcz determinuje analizę porównawczą obu wieczorów.

 

Vandermark + Daisy // Vandermark + Kurzmann

Sety otwierające można określić jako duety „Vandermark +”. Znając albumy nagrane przez saksofonistę w duecie z Daisy’m właściwie wiedziałem czego mogę się po występie muzyków spodziewać. Umówmy się – znakomici improwizatorzy grający ze sobą już tak długo, z tak dobrym porozumieniem scenicznym właściwie nie są w stanie zagrać złego koncertu. Vandermark z Daisy’m postawili na pierwiastek energetyczny, grając niezwykle rytmicznie i melodyjnie. Trochę większe wrażenie zrobił na mnie Tim Daisy swoim fenomenalnym akcentowaniem i niestandardowymi przejściami. Ogólnie koncertowy ekwiwalent kofeiny, otwierający rezydencje muzyków z przytupem. Chociaż nic mnie nie zaskoczyło, to słuchało mi się duetu znakomicie.

Daisy & Vandermark

O wiele ciekawiej zapowiadał się natomiast set otwierający drugi wieczór na klarnet i elektronikę, którą Christof Kurzmann zdążył już uraczyć słuchaczy dnia poprzedniego. Można powiedzieć, że pod względem klimatu była to antyteza duetu z Daisy’m. Vandermark tym razem ograniczył się jedynie do klarnetu, na którym sonorystyczne eksperymenty umiejętnie przeplatał z charakterystyczną dla siebie łatwością do budowania silnie zrytmizowanej melodii. Instrument modulowany na żywo przez Kurzmanna zyskiwał futurystyczne brzmienie, które na zmianę tworzyło dla Vandermarka kontrapunkty noise’owe i bardziej linearne, ambientowe, które Amerykanin albo balansował, albo podkręcał. Całość utrzymana w dość psychodelicznym, mrocznym klimacie z sonicznego punktu widzenia była najbardziej odrębną propozycją estetyczną zaprezentowaną podczas dwóch dni w Pardonie. Muzyka duetu przypominała do pewnego stopnia solowe nagrania Jeremiaha Cymermana, które cenię dość wysoko.

Kurzmann_Vandermark

 

Daisy + Stadhouders + Dickaty // Vandermark + Daisy + Wójciński

Czyli tria hybrydyczne, zestawiające muzyków, którzy na scenie spotkali się (wedle moich szacunków) po raz pierwszy. Jednocześnie każdorazowo powstawał format free jazzowego power trio: perkusja-bas-saksofon. Przyznam, że przed „2 Nights with” koncerty z udziałem warszawskich reprezentantów ciekawiły mnie niemal równie bardzo, co występ samego Made to Break. Przede wszystkim dlatego, że wybór padł na silne, wyraziste osobowości – Ray Dickaty i Ksawery Wójciński to muzycy, którzy mogą stanąć na jednej scenie z ekipą Vandermarka bez kompleksów. Mało tego – niejednokrotnie warszawscy improwizatorzy potrafili zdominować, a może raczej ukierunkować brzmienie całości. W większym stopniu odczułem to podczas występu z udziałem Dickaty’ego. Saksofonista początkowo stanął przed gęstą, nieco beefheartowską strukturą rytmiczną. Oczywistym krokiem było rzucenie się w wir ognistej improwizacji, jednak Anglik wybrał dużo ciekawszą strategię kontrastu. Dickaty generował przeciągłe, subtelne saksofonowe motywy, które niepostrzeżenie przecinały pracę sekcji, nadając całości bardziej wielowymiarowy charakter. W dalszej części występu Daisy ze Stadhoudersem jakby wytrąceni przez Dickaty’ego z własnego pomysłu, zaczęli nasłuchiwać saksofonu i grać dużo kreatywniej. Bardzo ciekawy set.

Daisy_Dickaty_Stadhouders

Trio z Wójcińskim obrało kurs fire music. Kontrabasista nadając gorący, intensywny puls zaprowadził Daisy’ego i Vandermarka w rejony, które Amerykanie eksplorowali w duecie dnia poprzedniego, jednak tym razem muzyka stała się jeszcze bardziej gęsta i nieokiełznana. Imponowała łatwość z jaką Wójciński wtopił się w dźwięki chicagowskiego duetu. Najciekawszy fragment setu nadszedł w momencie, kiedy kontrabasista sięgnął po smyczek, przy pomocy którego budował harmonię, łącząc ją równocześnie z rytmem granym palcami. Podejrzewam nawet, że Vandermark po udanym (i nieco wyczynowym) występie, nauczy się wymawiać imię i nazwisko polskiego muzyka. A nawet jeśli fonetyka zawiedzie, to z pewnością grę z Wójcińskim zapamięta.

Vandermark_Daisy_Wójciński

 

Made to Break

Co prawda z perspektywy czasu oba występy kwartetu trochę zlewają mi się w jedną całość, jednak wydaje mi się, że pierwszy wieczór zrobił na mnie odrobinę większe wrażenie. Chociaż możliwe, że była to po prostu kwestia pierwszego wrażenia. Made to Break jest kwartetem, w którym wszystkie muzyczne składowe zdają się odgrywać tak samo ważną rolę i nie jest to absolutnie Ken Vandermark Quartet, z czego się cieszę. Było to doskonale odczuwalne podczas występów, kiedy saksofonista bardzo często ustępował pola zasłuchując się w grę kolegów i skupiając się na dość liberalnym prowadzeniu zespołu. Nie wiem czy do takiej roli dałby się zepchnąć w podobnym formacie na przykład Mats Gustafsson.

Made to Break 1

Warto zaznaczyć, że podczas wieczorów w Pardonie Made to Break zagrali materiał premierowy, który w najbliższych tygodniach zostanie zarejestrowany w Wiedniu. Koncepcje nowej muzyki zespołu nazwałbym rozwinięciem pomysłów ze znakomitego „Cherchez La Femme”, z większym naciskiem położonym na grę w podgrupach i jeszcze bardziej rozszerzoną rolą Kurzmanna. Szczerze mówiąc manipulacje elektroniczne Austriaka przekonała mnie bardziej niż te, które pokazał przed miesiącem Sam Pluta w kwintecie Petera Evansa (klik). Tak jak Pluta jest niesłychanie zręcznym stylistą i kolorystą brzmienia, tak Kurzmann w wiele lepiej radzi sobie w momentach, kiedy musi sam zagospodarować muzyczną przestrzeń, również jego modulacje żywych instrumentów określiłbym jako bardziej wyraziste i konsekwentne.

Brzmienie Made to Break oscylowało między przesileniową, pełną groove’u grą całego zespołu, a mniejszymi segmentami, płynnie przechodzącymi przez różne konfiguracje personalne wewnątrz składu – w tych fragmentach większą rolę odgrywały brzmieniowe niuanse. Nie zawsze przekonanie budziły we mnie partie solowe Stadhoudersa (szczególnie gdy chwytał za smyczek), jednak trzeba pamiętać, że występuje z zespołem od niedawna i jest w składzie muzykiem najmłodszym, który grę na najwyższym poziomie ma dopiero przed sobą. Pomijając to, we współpracy z Daisy’m szło mu całkiem dobrze. Ciekaw jestem czy holenderski muzyk będzie brał udział w sesji nagraniowej nowego albumu, czy jest jedynie tymczasowym zastępcą Devina Hoffa.

Made to Break 3

Po występie Made to Break mam wrażenie, że nie jest to zespół kompletny o jasno zdefiniowanej tożsamości brzmieniowej i w moim odczuciu jest to raczej zaleta niż wada. Kwartet pokazał się od strony eksperymentalnej, może nie zawsze stabilnej, lecz otwartej na nowe dźwięki, a partie Vandermarka wydawały mi się w podobnym kontekście wyjątkowo świeże i ożywcze. Sam saksofonista sprawiał zresztą wrażenie jakby gra z Made to Break sprawiała mu niesłychaną frajdę. Muzyka zespołu była pobudzająca zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie, co w przypadku awangardowego jazzu nie zawsze idzie w parze. I chociaż nie były to koncerty jednoznacznie olśniewające, to kipiały potencjałem i interesującym rodzajem niedookreśloności. Myślę, że Vandermark jest jeszcze w stanie popchnąć ten projekt w jeszcze bardziej zaskakujące rejony.

Tak też zaczął się intensywny listopadowy program Pardon To Tu, który bardziej przypomina line-up mocarnego festiwalu składającego się z samych headlinerów. Będzie to miesiąc absolutnie bezprecedensowy w historii klubu, chociaż bez zbytniej przesady można to sformułowanie odnieść do szerszej optyki. Vandermark wspominał nawet o skali światowej… Cóż, zazwyczaj zgadzam się z Vandermarkiem. Brawo!

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik