Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Jerzy Mazzoll i goście – 20 lat albumu „a” w Mózgu Powszechnym

Mazzoll_1

Jerzy Mazzoll jest artystą tyleż fascynującym, co kontrowersyjnym, wywołującym zwykle skrajne reakcje odbiorców. Gdyby nie metryka, to określenie enfant terrible polskiej muzyki improwizowanej pasowałoby do niego w stu procentach. Piątkowy wieczór w warszawskim Mózgu, właśnie na zaglądaniu w metrykę się opierał, ponieważ nie dość, że koncert został poświęcony 20-leciu kluczowego dla yassu albumu „a”, to jeszcze zbiegł się kalendarzowo z urodzinami gdańskiego muzyka. Cóż, mówiąc krótko nie mogłem sobie pozwolić na nieobecność.

Kilka słów o dwudziestoletniej, okrągłej plastikowej bohaterce piątkowego wieczoru. „Na początku było słowo, a zanim pojawiło się słowo, musiał zabrzmieć dźwięk „a”. To dźwięk, który wydaje nowonarodzone dziecko i pierwsza litera alfabetu. Dobry prosty tytuł dla albumu, mający jednocześnie wiele rozmaitych kontekstów” – tak o pierwszej płycie Arhythmic Perfection w yassowej monografii Sebastiana Reraka opowiada Jerzy Mazzoll. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że album w dalszym ciągu jest dla gdańskiego klarnecisty żywotnym punktem odniesienia, a na koncertach motywy muzyczne z „a” powracają niczym bumerangi, echa, niesforne standardy wciąż na nowo interpretowane. Pomijając wszelkie niedopracowania realizatorskie (dość toporne, choć podobno umyślnie zachowane brzmienie taśmy DAT; lo-fi perfection?), to muzyka z krążka pod względem kompozycyjnym broni się dzisiaj zaskakująco dobrze, a jako materiał wyjściowy do improwizacji sprawdza się wręcz znakomicie.

Grzegorz Pleszyński

Wieczór rozpoczął się z około godzinnym opóźnieniem konferansjerką Mazzolla, która sprowadzała się do dość gorzkiego oświadczenia, że będzie tego wieczoru jedynym muzykiem z oryginalnego składu, który przygotował „a” (co ostatecznie okazało się nieprawdą). Poza tym został zdradzony news optymistyczny – w przyszłym roku dwie pierwsze płyty Arhythmic Perfection mają się ukazać na winylu (moim zdaniem reedycja na cd też by się przydała). Program urodzinowy otworzył Grzegorz Pleszyński przedstawiając na małych blejtramach liczby związane z życiem klarnecisty (miałem nawet przyjemność przeczytać na głos datę poczęcia głównego bohatera!). Po krótkich fanfarach na trąbkę, lejek i przezroczyste rurki, artysta ustąpił miejsca na scenie zespołowi.

Asystą Mazzolla okazało się trio The Love and Beauty Seekers, o średniej wieku prawdopodobnie porównywalnej z Arhythmic Perfection circa 1994 i nie zdziwiłbym się gdyby „a” było dla młodych muzyków materiałem, na którym uczyli się grać. W rezultacie pokręcone kompozycje z „20-latki” zyskały odpowiednio młodzieńczą oprawę. Przyznam, że było dla mnie dużą zagadką w jaki sposób Mazzoll będzie chciał przywołać ducha materiału sprzed dwóch dekad. W zasadzie mógł obrać dwie skrajne drogi: odegrać całość zachowując maksymalną wierność oryginałowi (opcja najnudniejsza i co za tym idzie najmniej prawdopodobna), albo dopuścić się luźnej „wariacji na temat” (opcja, na którą miałem najbardziej nadzieję, niezależnie od rezultatu podobnej strategii). Ostatecznie artysta obrał w pewnym sensie drogę środka.

Mazzoll&band

Zaczęło się wyjątkowo klasycznie. Kwartet odgrywał kolejne utwory z „a” zachowując względną kolejność, a także strukturę poszczególnych kompozycji. Być może dałem ponieść się emocjom wynikającym z sytuacji, jakby nie było, wyjątkowego koncertu, ale muzyka – mimo tak wiernej oryginałowi formy – miała w sobie potężny ładunek siły, brzmiała świeżo i energetycznie. Miałem wrażenie, że słucham materiału nagranego w tym roku, chociaż doskonale znałem każdą kolejną kompozycję. Trzeba przyznać, że Mazzoll na obchody „porcelanowych godów” (serio, tak to funkcjonuje w nazewnictwie) sprytnie dobrał sobie kompanów, wykorzystując ich młodzieńczą werwę. Być może tematy z „a” nie stanowią jakiegoś gigantycznego wyzwania dla instrumentalistów, niemniej jednak Jędrzej Łagodziński, Szymon Gąsiorek i Franciszek Pospieszalski jako sidemani wypadli naprawdę imponująco. Można powiedzieć, że Mazzoll po raz kolejny potwierdził niezwykłą intuicję muzycznego headhuntera. Poprzez zamianę pierwotnej trąbki na saksofon i ograniczenie sekcji rytmicznej do jednego perkusisty, utwory z „a” zyskały bardziej dynamiczny i ostry charakter, który klarnecista ewidentnie starał się podkręcać. Na wysokości „Utworu pt. Fian” do kwartetu dołączyli dwaj, jak zaanonsował ich Mazzoll, „najlepsi klarneciści w Polsce”, czyli Paweł Szamburski i Piotr Mełech, którzy dolali jeszcze trochę benzyny do najbardziej hałaśliwej fragmentu albumu. Od tego momentu goście zaczęli wkraczać na scenę rotacyjnie, a sam program uległ znacznemu rozluźnieniu. W pewnej chwili publiczność Mózgu mogła nawet usłyszeć 3/5 oryginalnego Arhythmic Perfection – w „Pieśni o Smutnym Rumunie” wystąpił nieustannie tego wieczoru dissowany za współpracę z Kazikiem Janusz Zdunek i kontuzjowany Sławek Janicki. Było też „Jah kocha psa” z wokalem Darka Malejonka. Na scenę powracali Szamburski z Mełechem (chociaż pierwszy z nich w pewnym momencie zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach), a całość zaczęła nabierać coraz bardziej happenerski charakter. Wdzierał się tu i ówdzie dekadencko-chuligański chaos, nieprzewidywalność, a absurdalna konferansjerka funkcjonowała na scenie na tych samych prawach, co muzyka, słowem: wskrzeszenie niepokornego ducha yassu. Koncert zwieńczył interesujący duet klarnetowy z Piotrem Mełechem, chyba najbardziej subtelny i wyciszony fragment całego występu. Po wieczorze w Mózgu (i dwa dni wcześniejszym koncercie WIO) przyznać muszę, że w komplementach Mazzolla odnośnie kolegi po fachu nie ma wiele przesady. Powróciła jeszcze na moment melodia „Ojczyzną naszą…” i taką to klamrą 20 lat „a” zostało uczczone.

Mazzoll & Piotr Mełech

Z krytycznego punktu widzenia wydarzenia tematyczne takie jak muzyczne benefisy, czy hołdy dla dokonań sprzed lat są zawsze imprezami podwyższonego ryzyka estetycznego (nudne metafory z odgrzewaniem, starym mięsem itp.). Niemniej z mojej perspektywy nie stało się źle, że Mazzoll powrócił do materiału z „a” i sądzę również, że udało mu się uniknąć przy tej okazji artystycznego faux pas. Muzyk podszedł do zadania ze swego rodzaju poważnym dystansem (tudzież zdystansowaną powagą), mieszając te dwa elementy w wyrównanych proporcjach. Nie zagrał kompozycji z sentymentalną megalomanią, tylko z pasją, nie bawił się specjalnie w postmodernistyczną, potencjalnie pretensjonalną grę z tworzywem, a jedynie podkreślił walory istniejące w samej muzyce, pokazał, że nie zestarzała się aż tak jak sugerowałyby lata i w dalszym ciągu ma potencjał koncertowy (właściwie wypada znacznie lepiej na żywo dzisiaj, niż na nagraniu sprzed lat – skądinąd też live). Zdarzają się sytuacje, kiedy inżynier Mamoń ma rację i to była jedna z nich – bawiłem się w Mózgu doskonale.

Po tego rodzaju powrocie do przeszłości jestem bardzo ciekaw nowego materiału Mazzolla, który podobnie jak album sprzed dwóch dekad zatytułowany jest jednym prostym, lecz znów wymownym i wieloznacznym symbolem „+”. Tylko tym razem mam już nadzieję na „back to the future”.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kompilacja różnych fragmentów koncertu, ponad 10 minut (uwaga – głośne nagranie):

 

Warsaw Improvisers Orchestra w Pardon To Tu

Warsaw Improvisers Orchestra

W przeciągu 2014 roku na scenie Pardon To Tu wystąpiła cała plejada wielkich nazwisk muzyki improwizowanej, czego absolutnym przesileniem był listopad, kiedy średnio co trzy dni przy pl. Grzybowskim gościła kolejna gwiazda. Klub ściągał w tym roku artystów niemal z całego świata i stosunkowo rzadko prezentował twórców lokalnych, stawiając bardziej na program międzynarodowy. Sytuacja uległa znacznej zmianie w grudniu, kiedy line-up wypełniły niemal wyłącznie polskie składy, a na zamknięcie koncertowego sezonu wystąpił projekt ze wszech miar wyjątkowy w pejzażu krajowej sceny – Warsaw Improvisers Orchestra.

Orkiestra powołana do życia przez Raya Dickaty’ego zrzesza mieszkających w Warszawie improwizatorów, zarówno muzyków znanych z różnych innych projektów, z powiedzmy bogatszym cv, jak i artystów dopiero debiutujących. Chęć wspólnej gry wydaje się podstawowym kwalifikatorem – pomijając, lecz nie zapominając o umiejętnościach – który decyduje o dołączeniu do kolektywu. W efekcie oglądając WIO można zetknąć się z dużym i różnorodnym fragmentem warszawskiej sceny improwizowanej, a bigbandowy charakter występów każdorazowo nieco inaczej skompilowanego składu, ma bardzo dużą siłę rażenia. Oglądając kilka razy Orkiestrę na bardziej kameralnych, comiesięcznych występach w Chmurach myślałem, że tylko kwestią czasu będzie przeniesienie się zespołu w przestrzenie bardziej dostępne dla szerszej publiczności. Koncert w Pardon To Tu, które jest stołecznym salonem muzyki improwizowanej, stanowił pierwszą z rezydencji WIO poza – w ostatnich miesiącach – praskim matecznikiem. Oprócz kilkunastu muzyków na scenie pojawił się również Chór Eksperymentalny, a całość została zamknięta w dwóch, mocno kontrastujących setach.

Rozdział I

WIO2

Podczas części pierwszej wystąpiło „zaledwie” ośmiu muzyków pod precyzyjną dyrygenturą Raya Dickaty’ego. Koncert otworzyła delikatna noise’owa elektronika Łukasza Kacperczyka, do której po chwili dołączyła na wokalu Hania Piosik. I tak jak elektronika w dalszej części schowała się nieco na plan dalszy (trochę ku mojemu rozczarowaniu), tak wokal przez cały set był jednym z głównych, dominujących pierwiastków w tej odsłonie Orkiestry. Muszę przyznać, że odrobinę zaskoczyła mnie strategia jaką obrał Ray Dickaty. Muzyk postanowił nie eksploatować potencjału dużego składu w celu tworzenia spektakularnych, głośnych kulminacji, a bardziej skupił się na tworzeniu bardzo uporządkowanej narracji, konsekwentnie wprowadzając i wygaszając kolejne instrumenty. Muzycy zestawiani byli ze sobą najczęściej w duety – wokalistce akompaniowała na flecie Daria Wolicka, z Natanem Kryszkiem na saksofonie w dialog wchodził bardziej sonorystyczny, pozytywnie piskliwy klarnecista Piotr Mełech. Sekcja smyczkowa z Ksawerym Wójcińskim i Mikołajem Pałoszem była bardziej ograniczona do roli tła. Mocna i głośna perkusja Dominika Mokrzewskiego pojawiała się w wybranych momentach i również poddana była arbitralnej dyscyplinie, jaką narzucał na muzyków Dickaty. Brytyjski saksofonista eksperymentował z aranżacją, testując różne konfiguracje instrumentalne i budując dość intensywny klimat, który jednak ani razu nie został doprowadzony do pełnej eksplozji, pozostał w napięciu i zawieszeniu do samego końca. W kontekście kolejnego setu podobne niedopowiedzenie zafunkcjonowało interesująco, choć mogło budzić lekki niedosyt u słuchaczy spodziewających się potężnego, orkiestrowego brzmienia. W zamian Dickaty zaproponował publiczności mocno zniuansowany, subtelny i wyciszony instant-composing.

——————————————————————————————————

Rozdział II

WIO1

Miałem wątpliwości czy scena Pardonu pomieści 21 muzyków, ostatecznie jakimś cudem się to udało. Mistrzem ceremonii drugiego setu był Dominik Strycharski, muzyk, który potwierdził już w tym roku osobowość urodzonego lidera nagrywając w septecie, jako Pulsarus „Bee Itch”, album pełen monumentalnych i bogatych aranżacyjnie kompozycji. W związku z tym nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że Strycharski znakomicie odnalazł się w roli dyrygenta. Sam skład Orkiestry został nieco zmodyfikowany i rozszerzony do 11 muzyków – dołączyły 2 trąbki, 3 saksofony, skrzypce i gitara basowa, natomiast odpadł wokal, flet i elektronika. Tak jak pierwszy set był stosunkowo spokojnym i różnorodnym budowaniem wypowiedzi, tak druga część wieczoru stanowiła instrumentalno-wokalne trzęsienie ziemi pełne nagłych wybuchów kolektywnej energii. Strycharski postawił na brzmienie potężne i pulsujący groove generowany w mniejszych podgrupach. Wyciszenia stanowiły jedynie pretekst dla przesileń, kompulsywnych, głośnych spięć. Poszczególne sekcje płynnie się przeplatały w improwizacjach, a bigbandową, jazzową konwencję całości ciekawie przełamywały wokalne eksperymenty chóru, nadając występowi nieoczywisty i nieprzewidywalny charakter, niekiedy przynoszący skojarzenia z Fire! Orchestra. Warto podkreślić, że z wyjątkiem elektrycznej gitary basowej Jacka Mazurkiewicza brzmienie Orkiestry było właściwie pozbawione asysty energii elektrycznej. Muzyk w drugiej części występu podbudował całość charakterystycznym riffem, na którego kanwie (i mocnym perkusyjnym bicie) toczyły się dalsze improwizacje. Bardzo dobrze wypadły przekrzykujące się dęciaki – intensywna, świdrująca trąbka Redy Haddada, ciekawie kontrastowała z trochę bardziej delikatnym i rozkołysanym brzmieniem Olgierda Dokalskiego. Trębaczy bardzo dobrze podkręcał przeszywający klarnet Piotra Mełecha. Strycharski „uruchamiał” poszczególnych muzyków z zawrotną prędkością, testując ich refleks i zdolności natychmiastowego ustosunkowania się do wcześniejszych partii – było to szczególnie wyraźne w dialogach saksofonów (trzech tenorów i głębokiego barytonu Kryszka), ale nie tylko (np. smyczkowce – chór). Właściwie cały występ miał charakter ćwiczenia na szybkość i kreatywnośc reagowania, co często popychało narrację na zupełnie nowe tory. Pasjonujące, porywające widowisko.

Wieczór pokazał dwa odmienne oblicza Warsaw Improvisers Orchestra. Jednocześnie były to wizerunki jedne z wielu, ponieważ przez skład kolektywu rotacyjnie przetacza się właściwie drugie tyle muzyków (o ile nie więcej). Część z nich przyszła do klubu w charakterze widzów. Nie wiem czy Pardon To Tu mogło wybrać na zakończenie sezonu koncertowego bardziej pełnokrwiste, a zarazem lokalnie zakorzenione zwieńczenie. Warszawska scena pokazała moc. Jeśli chcieć szukać polskiego odpowiednika kultowego AACM, to chyba właśnie WIO ze swoją egalitarną formułą byłoby mu najbliższe. Ale chyba nie ma sensu na siłę tworzyć analogii – Orkiestra powołana przez Raya Dickaty’ego ma swoją własną specyfikę i autonomiczny charakter. I fajny skrót. A ja chyba jeszcze nigdy nie miałem w tagach pod wpisem aż tylu nazwisk…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Playback Play #7 – wideo appendix do relacji

4 rysunek PeronaPoczątkowo relacja z tegorocznego festiwalu Playback Play miała ukazać się na tej stronie, ale ostatecznie odnalazła przytulne miejsce spoczynku na łamach PopUpMusic. Zatem dociekliwych zapraszam do lektury (klik).

Wielowątkowe wydarzenie kulturalne – bo tak szerokie określenie najlepiej oddaje specyfikę festiwalu – było ze wszech miar warte udziału. Na scenach obok znakomitych zagranicznych gości (Jean-Hervé Péron, Zsolt Sőrés Ahad, David Maranha, Phil Minton, David Thomas, Richard Youngs) wystąpili dobrze znani, utalentowani artyści polskiej sceny: Joanna Halszka Sokołowska, DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz, Gerard Lebik i Wacław Zimpel.

Poniżej załączam 10-minutowy film, będący kompilacją trzech występów: tria Maranha-Minton-Lebik, kwintetu Thomas-Maranha-Sőrés Ahad-Rogiewicz-Lenar oraz duetu Zimpel-Maranha. Koncerty odbyły się na trzech scenach – w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa, Teatrze Powszechnym i w Dwa Osiem.

Wideo zdominował występ z udziałem Phila Mintona, który zrobił na mnie chyba największe wrażenie. Przyczyną bardziej pragmatyczną porwanej struktury kompilacji były niedostatki pamięci na karcie…

Z cyklu Instytut Improwizacji Lo-Fi’lms Production przedstawia –> Playback Play #7 Compilation. Enjoy!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Jacek Mazurkiewicz – 3FoNIA – w Pardon To Tu

Jacek Mazurkiewicz1

Pamiętam jak przed kilkoma miesiącami widziałem koncert Jacka Mazurkiewicza w Eufemii. Wówczas na sali było maksymalnie kilkanaście osób, a kontrabasista znajdował się na etapie pracy nad debiutanckim solowym krążkiem. Występ w Pardonie stanowił część trasy promującej album „Chosen Poems” (o którym więcej w swoim czasie) i był to pierwszy koncert Mazurkiewicza po supportowaniu dwóch występów Swans. Jak widać, nawet na papierze (papierze?) brzmi to dość doniośle.

3FoNIA to projekt, w którym tradycyjne brzmienie kontrabasu jest zaledwie pretekstem do budowania narracji elektroakustycznej. W efekcie akustyczny fundament instrumentalny bardzo często ginie, zaciera się, a dźwięki na żywo samplowane i przetwarzane, ulegają transformacji w futurystyczne formy bliższe noise’u, czy muzyki ambient. Jednocześnie kontrabas i improwizacja w dalszym ciągu są podwaliną estetyki jaką Mazurkiewicz prezentuje. W porównaniu z bardzo dobrym koncertem z Eufemii tym razem narracja artysty była bardziej nieuporządkowana i trochę chaotyczna. Widać było, że momentami brzmienie całości wymyka się i nie idzie do końca po myśli autora, chociaż nieustannie próbował je skrupulatnie porządkować. Elektronika wykazywała nieco mniejszą subordynację niż przed paroma miesiącami – tym razem osmoza pomiędzy nią a instrumentem zachodziła na nieco bardziej szorstkich zasadach. Mazurkiewicz rozpoczynał każdą z dwóch części koncertu wstępem unplugged, po czym miarowo przystępował do preparacji dźwięku, kierowania go na inne tory. Pierwsza połowa dryfowała w stronę ambientalnej psychodelii, dla której momentem kulminacyjnym było wykorzystanie kamertonów podtykanych do mostka instrumentu. Druga część występu upłynęła pod znakiem akustycznie generowanego noise’u, monumentalnej kompozycji „Karkowski” będącej hołdem dla niedawno zmarłego artysty. Utwór jest chyba najlepszym przykładem jak radykalnie w swych eksperymentach Mazurkiewicz jest w stanie się posunąć.

Jacek Mazurkiewicz 3

Był moment podczas pierwszej części występu, kiedy na chwilę zamknąłem oczy. Jak je otworzyłem to na scenie stał tylko kontrabas, Mazurkiewicz zniknął jak Houdini, mimo że zapętlony dźwięk w dalszym ciągu roznosił się po sali. Okazało się, że muzyk zapomniał pałek perkusyjnych i pobiegł po nie na backstage. To była dość symptomatyczna sytuacja dla wieczoru, podczas którego muzyka i pewien rodzaj rozkojarzenia raz dawały efekty znakomite, raz zaskakujące, a kiedy indziej konsternowały i pozostawiały wrażenie nie do końca wykorzystanego potencjału, który gubił się w chaosie. W związku z tym wieczór był interesujący z performatywnego punktu widzenia, natomiast całościowo pozostawił we mnie odczucia ambiwalentne. Niemniej z chęcią wybiorę się na kolejny solowy występ Mazurkiewicza, ponieważ jego artystyczna nieprzewidywalność i nieokrzesanie w połączeniu z bardzo dobrym warsztatem instrumentalnym i eksperymentalnym zacięciem niejednokrotnie dają efekty spektakularne. Póki co najlepszą okazją żeby się o tym przekonać jest album 3FoNII „Chosen Poems”, natomiast na koncertach można spodziewać się niespodziewanego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kristen (support: Piotr Bukowski) w Dwa Osiem

Kristen

Ciekawe imprezy muzyczne coraz donioślej pobrzękują o szprychy rowerowego klubu Dwa Osiem. Podczas relatywnie krótkiej działalności w praskim lokalu zdążyła już wystąpić m.in. Ścianka, The Kurws, How How, Kamil Szuszkiewicz, trio kontrabasowe z wokalem (Mazurkiewicz, Traczyk, Wójciński, Gokieli), a już w najbliższych dniach „28” będzie jedną ze scen interesująco zapowiadającego się festiwalu Playback Play. W zeszły piątek do annałów koncertowych swe wpisy miały dołączyć dwa kolejne zespoły składające się (w większości) z braci – Kristen i Columbus Duo. Ostatecznie ci ostatni niestety wypadli z programu, troszkę rozbijając ultra-familiarny charakter wieczoru. Zatem na scenie zagościło Kristen, których występ poprzedził solowy set Piotra Bukowskiego.

To już drugi raz, kiedy w odstępie kilku tygodni Bukowski pojawia się w ostatniej chwili, niczym królik z kapelusza, w roli supportu dla głośnego warszawskiego koncertu (poprzednio zagrał przed Innercity Ensemble w Hydro). Chociaż miałem duży apetyt na występ Columbus Duo, który znacznie podgrzała tegoroczna płyta, to zastępstwo last-minute w osobie Bukowskiego przyjąłem z entuzjazmem, ponieważ poprzedni solowy support pokazał gitarzystę od dobrej strony. Tym razem lider zespołów Hokei i Xenony upiął występ w nieco bardziej czytelne ramy. Improwizatorskie sekwencje dość mocno bazowały na repetycji odrobinę bluesowych, przesterowanych riffów. Bukowski ciekawie wykorzystywał pedał modulujący natężenie dźwięku, poszerzając paletę gitarowych środków wyrazu o grę z akustyką klubu. Całość miała charakter spójnej, rytmicznej wariacji na temat efektów gitarowych, z których muzyk korzystał na tyle kreatywnie, że z łatwością utrzymał moją uwagę przez cały mini-set. Podobało mi się to nerwowe pędzenie do przodu i melodyjne adhd, które mając w sobie coś ze spontanicznej gitarowej rozgrzewki, unikało przegadania i efekciarskiej onanistyki. Po „dwóch razach” z Bukowskim solo jestem bardzo ciekaw jak dalej potoczy się jego samodzielna aktywność.

Kristen3

Ilość recenzenckiego lukru wylanego na zespół Kristen przy okazji tegorocznej płyty „The Secret Map” byłaby niepokojąca, gdyby ten materiał faktycznie nie był aż tak solidny. Oczywiście retoryczne zagrywki opisujące skład jako „najlepszy obecnie gitarowy zespół w Polsce” itd., trzeba traktować z odpowiednim dystansem, tak jak wszystkie inne, subiektywne stwierdzenia o muzyce, które z upodobaniem eksploatują przedrostek „naj”. Jesteśmy w sezonie końcoworocznych podsumowań i w tym kontekście sprawa wydaje się dosyć aktualna. Kristen jest zjawiskiem wyjątkowym w polskim pejzażu alternatywy przynajmniej z dwóch powodów – długowieczności i ewolucyjności. Ostatnim razem słuchałem zespołu na żywo w roku 2012 i muszę przyznać, że w Dwa Osiem miałem już do czynienia z zupełnie inną muzyczną propozycją. Podczas koncertu skład Kristen został co prawda rozszerzony o Macieja Bączyka, soundmanipulatora który wspomagał muzyków na ostatniej płycie, jednak w przypadku koncertu nie przeceniałbym jego roli, a w każdym razie nie przypisywałbym jej jakiegoś rażącego wpływu na brzmienie całości. Nie jest to skądinąd zarzut, ponieważ muzyka tria sama w sobie rozwinęła się w dostatecznie interesującym stopniu, że wystarczy ją delikatnie podkręcać. Chociaż być może bardziej radykalne manipulacje dźwiękiem na żywo byłyby ciekawym rozwinięciem estetyki Kristen w dalszej perspektywie.

Kristen2

Wobec tego, jaką formę muzyczną trio/kwartet prezentuje w tzw. chwili obecnej? Otóż wydaje mi się, że dzisiejsze brzmienie Kristen bardzo dużo zyskało dzięki aktywności poza zespołem. Michał Biela rozwinął się jako songwriter, o czym świadczy jego solowa, stricte piosenkowa płyta. Z drugiej strony w Ściance, zespole z definicji „wodzowskim”, gitarzysta podporządkowany jest autorskiej/autorytarnej wizji Macieja Cieślaka, co też skutkować może pewną kumulacją twórczej energii. Inne muzyczne terytoria penetrują bracia Rychliccy, angażując się w projekty głównie instrumentalne, nastawione w dużej mierze na improwizację, bardziej szorstkie, jazgotliwe brzmienie (Salto, Lotto, czy Free Gate). Kristen w tym kontekście jawi się obecnie jako synteza przynajmniej dwóch porządków, co odnajduje odzwierciedlenie w muzyce. Koncert w Dwa Osiem opierał się głównie na nowym materiale, jednak muzycy odgrywali go z dużą dozą swobody i otwartości na eksperymenty z brzmieniem i strukturą kompozycji. Biela bardzo dobrze wywiązywał się z roli frontmana, biorąc na siebie „ciężar konferansjerki”, oprócz tego był odpowiedzialny za uporządkowanie i melodyczne oblicze muzyki z charakterystycznymi riffami i angielskim wokalem. Z kolei Łukasz Rychlicki czarował zagrywkami bardziej noise’owymi, poddawał gitarę preparacjom, eksperymentował z dużym wyczuciem i konsekwencją tworząc rozmaite efekty specjalne. W gruncie rzeczy dość ascetyczne, niejednokrotnie przeszywające, innym razem brzmiące jak zdezelowana pozytywka z pokręconą melodią (komplement). Wszystko na tle mocnej, poukładanej i dobrze akcentującej perkusji Mateusza Rychlickiego.

Przed koncertem publiczność usłyszała, że będzie to muzyka nastrojowa i tak było w rzeczywistości. Paleta nastrojów, odcieni, półcieni i zwrotów akcji jest u Kristen na tyle bogata, że w istocie zespół wykracza poza ramy gatunkowe, a jednocześnie prezentuje muzykę spójną stylistycznie, bardzo samoświadomą wykorzystywanych środków wyrazu. Dawno nie byłem na tzw. gitarowo-piosenkowym koncercie, bo czułem zmęczenie materiału tego rodzaju formułą. Występ Kristen nie męczył, a intrygował subtelnie eksperymentalnym obliczem i oryginalnym podejściem do grania piosenek. Natomiast materiał z „The Secret Map” na żywo wypada chyba jeszcze lepiej niż na albumie. Bardzo pozytywne rozpoczęcie grudnia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))