kIRk + WIDT w Dwa Osiem

WIDT+kIRk1

Trochę ciężko w to uwierzyć, ale występ kIRk w Dwa Osiem był pierwszym koncertem formacji w Warszawie od ponad roku, kiedy to w 2013 muzycy promowali wyjątkowo dobrze przyjęty album „Zła Krew”. Nie można powiedzieć żeby przez ten czas artyści próżnowali – pojawiła się opóźniona, chronologicznie druga płyta Daktari, studyjny, monumentalny materiał Mszy świętej w Altonie (klik), zaskakujący solowy krążek Pawła Bartnika (klik) czy audiobook Krysi Zalewskiej z muzyką Filipa Kalinowskiego. Oprócz tego trio koncertowało po całej Polsce i skupiło się na nagrywaniu nowego materiału, z którego passusy miała przyjemność usłyszeć publiczność Dwa Osiem. Wieczór miał charakter podwójnie wyjątkowy, ponieważ kIRk poprzedził występ duetu audiowizualnego WIDT, do którego Bartnik, Dokalski i Kalinowski stopniowo dołączali.

Pierwszy raz miałem okazję doświadczyć muzyki WIDT na żywo w pełnej krasie. Duet tworzą siostry: wokalistka Antonina Nowacka i odpowiedzialna za część wizualną Bogumiła Piotrowska. W zeszłym roku Circon Int. opublikował intrygujący koncertowy album projektu, o którym pisałem swego czasu na łamach PopUp (klik). WIDT na żywo prezentuje jednak o wiele bogatszą estetyczną jakość poprzez doskonale współgrający i dopełniający muzykę pierwiastek wizualny (de facto płyta zespołu, w idealnym świecie powinna mieć charakter DVD). Fundamentem oryginalnego brzmienia (oddziaływania?) duetu są wokalizy Nowackiej, które raz prowadzone są samodzielnie, kiedy indziej zostają poddawane elektronicznym manipulacjom tworząc bardzo gęstą, surrealistyczną fakturę. Tego wieczoru dominowały eksperymenty z przetwarzaniem, nawarstwianiem i modulowaniem – i dokładnie to samo mógłbym napisać o części wizualnej. Piotrowska operowała obrazem z dużym wyczuciem, stawiając zwykle na prostotę kolorystyczną i formalną, która nie miała absolutnie nic wspólnego z kiczowatymi „psychodelicznymi wizualizacjami” z Media Playera. Często operowała efektem stroboskopowym, nadając przy tym geometrycznym, bardziej abstrakcyjnym formom ciekawe desenie. W animacyjnym kolażu nie zabrakło również elementów bardziej figuratywnych, które potęgowały wrażenie niejednoznacznego, mechanicznego dadaizmu. Muzyka WIDT wyłoniła się z bardzo wyciszonego noise’u, który pęczniał, tężał zamieniając się w bardzo wielowarstwową minimalistyczną strukturę, która przez wykorzystanie wokalu jako podstawy miała jednocześnie cechy organiczne, jak i upiornie odhumanizowane. Trochę jakby Alicja po drugiej stronie lustra trafiła do świata cyberpunkowego, w którym w dalszym ciągu nic nie jest takie jak się początkowo wydaje. Z drugiej strony chóralna artykulacja Nowackiej przywoływała skojarzenia z archaiczną grecką muzyką – bardzo pierwotną, misteryjną i sensualną. Psychodeliczny efekt osiągnięty przy minimum środków, a przy okazji w pełni wyimprowizowany. Warto tutaj docenić charakterystyczną, odrobinę teatralną scenę Dwa Osiem, która świetnie sprostała technicznym wymaganiom wieczoru.

WIDT+Dokalski

W pewnym momencie do WIDT dołączył z trąbką Olgierd Dokalski. Przypomniał mi się wówczas koncert jaki muzyk zagrał w zeszłym roku z Nowacką w żoliborskiej kawiarni Fawory (klik). Wówczas wokal występował właściwie samodzielnie, a ciężar instrumentalny spoczywał na trąbce. Tym razem Dokalski miał przywilej wejścia w zawiesistą strukturę skumulowanych loopów. Zrobił to w sposób pomysłowy – akcentował sonorystykę instrumentu i przez to łączył się z noise’m, kiedy indziej stawiał bardziej na kontrapunkt melodyczny, wchodzący raz w intensywny dialog z wokalem Nowackiej, kiedy indziej bardziej wyalienowany i osobny. Ten etap koncertu pokazał w pewnym sensie rewers brzmienia kIRka. Cecha dystynktywna – trąbka – została zanurzona nie w kontekście dusznych, industrialnych, dubowych bitów Bartnika i Kalinowskiego, tylko w muzyce będącej efektem tylko i wyłącznie wokalu, jego manipulacji i loopowania w czasie rzeczywistym.

WIDT+kIRk3

Początkowo wydawało mi się, że kIRk zagra samodzielnie, jednak WIDT pozostało na scenie, a 2/3 warszawskiego trio dołączyło do występu równie płynnie jak przedtem Dokalski. Brzmienie w tak poszerzonym do kwintetu składzie (nie zapominamy o znakomitych wizualizacjach), stało się w sposób naturalny bardziej złożone. Przede wszystkim muzyka zyskała pierwiastek rytmiczny za sprawą bitów, natomiast gramofony dodały całości ciepłą barwę i głębię. Poprzez gościnny udział WIDT koncertowe brzmienie kIRka stało się jeszcze bardziej hipnotyczne i otwarte formalnie, trochę jak podczas improwizowanych występów Mszy świętej w Altonie. W dalszym ciągu była to muzyka szalenie charakterystyczna, mroczny miejski dub odwołujący się do najlepszych dzieł illbientu, takich jak „Songs of A Dead Dreamer” DJ Spooky. Muzycy zachowując rytmiczny kręgosłup strukturalny przemycali do swej wypowiedzi więcej niż zwykle elementów noise’owych, a trąbka zdecydowanie częściej niż miało to miejsce w przeszłości przybierała odcienie abstrakcyjne i sonorystyczne niż melodyczne. Dzięki temu dźwięki płynące ze sceny stawały się jeszcze mniej oczywiste. Innym razem zamiast trąbki pojawiał się flet, który nadawał muzyce nieco folkowe zabarwienie. Swoją drogą warto pamiętać, że legendarne Kraftwerk postrzegało muzykę mechaniczną, proto-techno jako naturalne ogniwo rozwoju muzyki folk. W kiRku te dwa pierwiastki stylistyczne często zyskują nieoczywiste połączenie.  Właśnie w ostatniej części koncertu do głosu bardziej zaczął dochodzić techno bit, który świetnie podnosił temperaturę występu. Szczerze mówiąc zwiększyłbym trochę ilość podobnych mocnych uderzeń, które nadawały fajne kontrasty psychodelicznej osnowie całości.

Bardzo interesujący, audiowizualny wieczór. Dużą zaletą występu WIDT i kIRka było upięcie poszczególnych części programu w jedną spójną wypowiedź, która w każdej ze swych wariacji personalnych przynosiła nieco inne muzyczne odcienie i intensywne przesilenia. Koncert w sumie trwał ponad dwie godziny, o ile nie dwie i pół, co z jednej strony pozwoliło mocno zatopić się w dźwiękach, jednak od czasu do czasu zdarzały się momenty dłużyzn, które niepotrzebnie rozrzedzały i rozciągały w czasie fragmenty prawdziwie esencjonalne. Cóż, występ na żywo rządzi się swoimi prawami, a otwarte podejście do muzyki często przypomina błądzenie, intuicyjne odnajdowanie i wiązanie poszczególnych wątków. W przypadku WIDT i kIRka obserwowanie zarówno błądzenia, jak i odnajdywania potrafi być fascynujące. Obie formacje cechuje bardzo duża konsekwencja estetyczna i umiejętność prowadzenia klimatycznej, linearnej narracji, trochę w duchu romantycznym, pełnej tzw. „tajemniczości i grozy”. Dlatego właśnie spotkanie z tą muzyką na żywo jest doświadczeniem mocnym i wyjątkowym.

PS: Sporym niedopatrzeniem organizacyjnym był brak krzeseł, który dość mocno psuł komfort odbioru, szczególnie, że formułę koncertu określiłbym jako wybitnie siedzącą.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Der Father w Dziku

Der Father_1

Wstęp

Warunki atmosferyczne tego wieczoru nie były po stronie Der Father. Przeprawa przez pół miasta w jak dotąd najgorszej aurze ad 2015 wymagała ode mnie nie lada determinacji. Niemniej zeszłoroczny koncert formacji przy okazji Lado w mieście zrobił na mnie na tyle dobre wrażenie (klik), że postanowiłem stawić czoło pogodowym przeciwnościom losu… Wartością dodaną wieczoru było samo miejsce, ponieważ był to mój „pierwszy raz w Dziku”, który na początek roku przygotował bardzo solidny program artystyczny.

Zacznijmy zatem od klubu. Dzik w pierwszej chwili zaskakuje swoją quasi-mieszkaniową strukturą, z wyraźnie zarysowanym holem, okazałym, widnym salonem, przestrzenią barowo-kuchenną i licznymi zakamarkami, w których można zaznać komfortu względnej intymności. Całość spowija stylistyka retro, w rodzaju PRL-owskiego glamour lat 50-60. W sali „bawialnej” na ścianie przeciwległej do sceny nieustannie wyświetlane były widoczki przypominające egzotyczne fototapety, słowem – drobina lata w środku mitycznej, mroźnej środkowo-europejskiej zimy. Przy okazji piękny kontrast dla old schoolowego wystroju.

Sokołowska_Pigoński

Rozwinięcie

Zespół wystąpił w Dziku w otoczeniu żywych kwiatów doniczkowych, a dookoła unosił się zapach indyjskich kadzidełek – taki rajski anturaż nadawał sytuacji ciekawy, surrealistyczny pierwiastek. Koncerty Der Father to w dużej mierze warstwa wizualna, pełna glamowego blichtru, kreacji scenicznej, wchodzenia w rolę „gwiazd estrady” i magnetycznego performowania. Gra konwencją nie kończy się jedynie na poziomie wizerunku, a sięga głębiej, do samej muzyki. Owej gry nie należy jednak absolutnie utożsamiać z trywializacją własnego podejścia do twórczości. „Przymrużenie oka” u Der Father jest bardzo inteligentne i estetycznie konsekwentne. W tekstach zespołu można odnaleźć bezpośrednie cytaty z Elvisa Prasleya, Johna Lennona, Velvet Underground, ale też np. obszerny passus z Rihianny (który swoją drogą pasuje jak ulał). Kto wie co jeszcze… Warszawski kwartet wciąga tego rodzaju gwiezdny pył popkulturowy by przekuć go w muzykę suwerenną, szalenie charakterystyczną, spójną, a zarazem nieprzewidywalną – artyści, jak powiedziałby sportowy komentator, formują „monolyt”. A rozbijając go na cząstki… Niesłychana charyzma sceniczna w połączeniu z operowymi wręcz warunkami głosu i nieokiełznaną ekspresją czynią z Joanny Halszki Sokołowskiej frontmenkę idealną. I tutaj znów warto wrócić do tekstów, które całościowo stanowią bardzo inteligentną mieszankę absurdalnych opowiastek, surrealistycznych wizji i kampowej zabawy kontekstami. Muzyka Der Father podchodzi bardzo liberalnie do stylistyk, jest równie postmodernistyczna w wyrazie i formie, która zwykle ma niewiele wspólnego z konwencjonalną strukturą kompozycji popowej. Dodanie do składu drugiej gitary, w osobie Bartka Tycińskiego, tylko pozornie kieruje muzykę zespołu na tory bardziej punkowo jazgotliwe (chociaż one też się pojawiają). Tyciński bardzo fajnie wzbogaca brzmienie Der Father, a zarazem nie stawia przy tym stempla „muzyka gitarowa”, co jest zasługą instrumentalnej wyobraźni i stylu muzyka. W dalszym ciągu brzmieniowa differentia specifica formacji to relacja elektroniki i keyboardu Daniela Pigońskiego z naspeedowaną, motoryczną perkusją Jerzego Rogiewicza, dla których gitary Sokołowskiej i Tycińskiego stanowią dobry riffowy kontrapunkt. Słuchając koncertu w Dziku przyszła mi na myśl znakomita płyta „The Idiot”, na której Iggy Pop (przy dużej pomocy Davida Bowie) ominął punk rocka, przechodząc od proto punka wprost w objęcia awangardy New wave’u, antycypując post punk lat 80. Z tym, że Sokołowska na koncertach nie tarza się we szkle jak Iggy, tylko odpala kadzidełka, uderza we własny talerz, ewentualnie zmienia outfit – notabene podczas znakomitego, transowego utworu „Stronger fit”. Der Father mają według mnie „the strongest fit” od czasów Paristetris – na pewno w kategorii oryginalnego zmysłu songwriterskiego, odważnych aranżacji i koncertowego magnetyzmu.

Der Father 2

Zakończenie

Pomijając wszystkie teoretyczne rozkminki występ w Dziku był przede wszystkim bardzo intensywnym, elektryzującym doświadczeniem, świetną zabawą na wysokim poziomie, podczas której „nie ma miejsca na nudę :)”. Zespół zagrał cały materiał z zeszłorocznej, znakomitej płyty „Wake Up”, zachowując właściwie tracklistę 1 do 1. Program spięło energetyczne intro – klaskane, bluesowe (zdaje się, że cover?) i bis ze świetnym płynnym przejściem od elektronicznego techno bitu do transowego finału gitarowo-perkusyjnego. Podobnie porywający koncert utrzymany w piosenkowej konwencji oglądałem chyba właśnie na zeszłorocznym Lado w mieście i był to zespół o znajomo brzmiącej nazwie Der Father. Wniosek? Klasa sama w sobie. Bardzo udany wieczór – poczułem karnawał!

PS: A propos sceny – czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Juka to najpopularniejszy kwiat w polskich mieszkaniach lat 90.?

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Mikrokolektyw + Noël Akchoté w Pardon To Tu

Mikrokolektyw_Pardon

Duet Kuby Suchara i Artura Majewskiego od początku istnienia owiany jest nimbem wyjątkowości. Oprócz czysto muzycznego czynnika, na ten stan rzeczy wpływ miał/ma również pionierski charakter wydawniczej kariery Mikrokolektywu. Wrocławianie jako piersi muzycy z Europy dostąpili zaszczytu nagrania albumu (w dodatku debiutu) dla długowiecznej, chicagowskiej wytwórni Delmark, również jako pierwsi Polacy (wraz z Rafałem Mazurem) wypuścili krążek pod szyldem prestiżowego, portugalskiego Clean Feed. Oprócz tego dochodzi oczywiście współpraca z takimi muzykami jak np. Rob Mazurek, Kazuhisa Uchihashi, czy Joshua Abrams. Osobiście zawsze postrzegałem Mikrokolektyw głównie jako zespół koncertowy, który właśnie na scenie jest w swoim prawdziwym żywiole, a płyty – choć dobre – powstają niejako przy okazji. I trochę szkoda, że właśnie nie przy okazji koncertów, tylko w studio.

Z nową płytą duetu (klik), nagraną wraz z francuskim gitarzystą Noëlem Akchoté, zapoznałem się przed występem w Pardon To Tu dość pobieżnie i szczerze mówiąc ciężko mi było ją ugryźć. Dlatego pokładałem duże nadzieje w koncercie, że choć trochę pozwoli mi na głębsze wejście w świat dźwięków trio, na jego zrozumienie, czy na jakąkolwiek głębszą interakcję. Czy moje nadzieje zostały zaspokojone? I tak i nie.

Akchote_Majewski

Muzykę Mikrokolektywu i Noëla Akchoté określiłbym jako szalenie impresyjną. Trio tworzyło narrację w oparciu o bardzo swobodną i płynną formę, pozbawiając słuchaczy stabilniejszych punktów zaczepienia. Gra każdego z muzyków naznaczona była introwertyzmem, dzięki któremu powstawały właściwie trzy niezależne moduły wchodzące ze sobą w reakcję na zasadzie spontanicznych, często incydentalnych przecięć. Całość miała charakter linearnej, dwuczęściowej improwizacji, przez co w muzykę można się było z jednej strony zatopić, lub też poczuć ciężar przyjętej formuły, zdecydowanie niepodchodzącej do słuchacza z otwartymi ramionami i gotowymi kodami dostępu.

Przyjemnie słuchało mi się tego koncertu przez pryzmat poszczególnych instrumentów, niejako „spychając” inne do funkcji tła – co swoją drogą nie było trudne, biorąc pod uwagę luźną strukturę wypowiedzi. Zgodzę się też z Piotrem Lewandowskim – zdecydowanie bardziej adekwatną nazwą dla projektu byłoby trio Akchoté-Majewski-Suchar, ponieważ cech charakterystycznych dla twórczości samego Mikrokolektywu, było w tej muzyce stosunkowo niewiele. Szczególnie brakowało mi elektroniki, która ustąpiła miejsca gitarze Akchoté’a. Ta z kolei była bardzo delikatna, skupiona na przekazie tak subtelnym i efemerycznym, że dziś z perspektywy czasu ciężko mi przywołać z pamięci jakiekolwiek jej ewidentne „momenty”. Trąbka Majewskiego niekiedy była poddawana zapętleniom i pogłosom dobrze wybijającym całość z free jazzowego idiomu. Perkusja natomiast wybrzmiewała bardzo twardo, sucho dudniąc, na co wpłynęło wytłumienie jej płótnem. Zdecydowanie do highlightów koncertu zaliczam solo, podczas którego Kuba Suchar zaprezentował mistrzowską grę na talerzach (trochę tego jest w filmiku poniżej). Drugi set (bis?) zrobił na mnie większe wrażenie, był trochę bardziej skondensowany.

Ciężko mówić o tym występie w kategoriach rozczarowania, ponieważ znając materiał z płyty raczej wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Liczyłem jednak na to, że sceniczne flow – biorąc pod uwagę znakomitych koncertowo Wrocławian – nada muzyce trochę inny wymiar i pozwoli lepiej w nią wejść. Do tej pory Mikrokolektyw jawił mi się jako duet doskonale reagujący na osoby trzecie, niezależnie czy był to muzyk na scenie (jak Joshua Abrams, z którym duet zagrał naprawdę znakomite, transowe koncerty), czy np. uwieczniony na taśmach Miron Białoszewski. Płyta „z Białoszewskim”  wydana w Bołt Records jest być może nawet najdoskonalszą studyjną wypowiedzią zespołu, w każdym razie z pewnością najmniej jednoznaczną. W tej perspektywie współpracę z Noëlem Akchoté’m plasuję w „prywatnym rankingu” zdecydowanie najniżej. Francuski gitarzysta nie wniósł do muzyki Mikrokolektywu na tyle wyrazistego pierwiastka by można było mówić o rodzaju nowej jakości tak skompilowanego trio. W moim odbiorze jedynie rozwodnił oryginalne brzmienie duetu, przez co muzyka owszem zyskała na swobodzie wykonawczej, lecz straciła na charakterystyczności.

Majewski_Suchar

Był to trzeci koncert w tym roku w Pardon To Tu prezentujący polski zespół, co można uznać za symptomatyczną zmianę względem poprzednich miesięcy, w których często line-up dominowały składy zagraniczne. Na marginesie warto odnotować, że frekwencja wtorkowego wieczoru naprawę dopisała, słuchacze ściągnęli do klubu tłumnie i nie sądzę by zwabiło ich akurat nazwisko Akchoté – to Mikrokolektyw jest marką samą w sobie. Trio z całą pewnością nie starało się schlebiać warszawskiej publiczności, zagrało swoje i chociażby za tę bezkompromisową postawę należą się muzykom słowa uznania.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

„Mazzoll gra sam” – w Mózgu Powszechnym

20150118_213305

Jubileuszowy koncert Jerzego Mazzolla z okazji 20-lecia płyty „a” (klik) rządził się swoimi urodzinowymi prawami, a zagrana muzyka była bardziej pretekstem do spontanicznej imprezy scenicznej niż występem, który można by potraktować jako artystyczny statement dnia dzisiejszego. I chociaż w grudniu bawiłem się znakomicie, to jednak trochę zabrakło mi takich momentów jak końcowy duet z Piotrem Mełechem (wideo klik) – bardziej wyciszonych medytacji nad dźwiękiem, prób docierania do granic klarnetowych środków wyrazu, skupionych sonorystycznych eksploracji. Dobrze się stało, że odwiedziłem Mózg Powszechny w ostatnią niedzielę, ponieważ solowy występ Mazzolla był zwrotem o 180 stopni w stosunku do koncertu urodzinowego.

Wydaję mi się, że do prawidłowego zrozumienia (odczytania?) muzyki jaką Mazzoll zaprezentował konieczny jest powrót do „singla” (czy też EP-ki?) „Jeden Dźwięk i Pan Bóg” (klik). Wydawnictwo często marginalizowane, ze względu na swój „niealbumowy” charakter jest jednak w mojej perspektywie kluczowe dla obecnej twórczości Mazzolla. Przy okazji z pewnością należy do lepszych jakie klarnecista popełnił w obecnym dziesięcioleciu. Właśnie od „Jednego Dźwięku” (poprzedzonego krótką rozgrzewką) rozpoczął się niedzielny koncert. Kompozycja opiera się na nieprzerwanym wykonaniu dźwięku C „przy pomocy oddechu cyrkulacyjnego wraz z wszystkimi konsekwencjami alikwotyczno-rytmicznymi tej techniki oraz indywidualnych preferencji wykonawcy”*. Otóż to. W skrócie można powiedzieć, że Mazzoll rozpoczął albumem „a” i dotarł do C, ale będzie to uproszczenie. Pomysł na utwór „Jeden Dźwięk” powstał jeszcze w latach 90. (pod wpływem poznania Evana Parkera) i być może jest jedną z najbardziej bezkompromisowych, radykalnych prób wyprowadzenia klarnetu, czy w ogóle instrumentu akustycznego poza granice stylistyki, jak i samych cech dystynktywnych. Mam na myśli polski kontekst. Nacisk położony jest na „Dźwięk”, który w istocie płynie jeden, lecz w niesamowicie zniuansowanej formule, uwzględniającej „wszystkie konsekwencje alikwotyczno-rytmiczne”. Można by było powiedzieć, że „utwór” Mazzolla brzmi elektronicznie, lecz byłoby to banalizowanie – chociaż kto wie czy właśnie ta specyficzna „elektroniczna jakość” nie jest tą najbardziej uwodzącą współcześnie. Dopuszczenie owych „wszystkich konsekwencji” i pewne rozmycie dźwięku w abstrakcji zachodzące w trakcie wykonania jest absolutnie fenomenalną cechą tej koncepcji. W kawałku muzyki pozornie monotonnej, kryje się niesłychanie dużo sonorystycznego backgroundu, a zmiana intensywności circular-breathing upina całość w pasjonująca narrację na poziomie detali. Samo oglądanie wykonania tego utworu na żywo przypomina podziwianie sportów ekstremalnych, a słuchanie w tle oddechu muzyka nadaje całości dodatkową, performatywną wartość. Mazzoll podobno niekiedy potrafi grać „Jeden Dźwięk” przez godzinę, w Mózgu wykonanie ograniczyło się do jakichś kilkunastu minut, które w rzeczywistości minęły mi niesłychanie szybko i szczerze mówiąc w ogóle nie patrzyłem na zegarek, więc mogę się mylić. Swoją drogą czas trwania tej kompozycji też ma duże znaczenie, ponieważ jej charakter i działanie są wybitnie procesualne.

Mazzoll2

Dalsza część wieczoru miała podobnie medytacyjną, wręcz hipnotyczną dramaturgię. Imponująco wypadła wersja utworu „Andrzej (..i Dawid – mistyczny taniec)”, zagrana niemalże bez wokalu, często ograniczonego jedynie do pomruków. Również tym razem Mazzoll nie poprzestał na wykorzystanie klarnetu w sposób klasyczny i właściwie ani razu w niego nie zadął. Bawiąc się klapkami instrumentu na zasadzie perkusyjno-melodycznej, tupiąc nogą i nucąc znów stworzył aurę quasi-elektroniczną, o odrobinę orientalnym zabarwieniu. Bardzo kreatywne, a zarazem minimalistyczne wykorzystanie nagłośnienia. Muzyk z oryginalnej kompozycji zaśpiewał jedynie kilka wersów, a na dodatek zrobił to tak późno, że przez połowę czasu trwania improwizacji, w ogóle akurat ten utwór nie przyszedł mi do głowy. Całość brzmiała bardzo bogato na wielu płaszczyznach i gdybym miał zasłonięte oczy w życiu nie pomyślałbym, że słyszę akurat klarnet, a co dopiero jednego muzyka. Później Mazzoll zagrał jeszcze kilka, krótszych, świdrujących improwizacji na innych klarnetach, po czym powrócił do basu na zakończenie podstawowej części koncertu.

I tutaj świetny odbiór był miarą zagranej muzyki. Chociaż finalnie w Mózgu było nie więcej jak 20 osób, to aplauz był tak nieustępliwy, że zmusił do ponownego wejścia na scenę. Bis okazał się niespodzianką, ponieważ został zagrany w duecie ze Sławkiem Janickim na kontrabasie. Była to z pewnością najbardziej „jazzowa” cześć wieczoru, jednak bardzo intensywna i intuicyjna. Pamiętam przed dwoma laty koncert duetu w nieistniejącej już Galerii Czarna w Warszawie (klik). Wtedy Janicki z Mazzollem zagrali świetny program zainspirowany obrazem Roberta Rauschenberga, teraz grali zupełnie spontanicznie i pod wpływem chwili. Muzycy są jednak na tak dużym poziomie improwizacyjnego porozumienia, że efekt znów określiłbym delikatnie jako „wielce interesujący”.

Mazzoll & Janicki

Był to dla mnie w styczniu kolejny bardzo udany koncert w przestrzeni Mózgu. Wcześniej odwiedziłem klub przy okazji występu Huberta Zemlera (klik). Muszę przyznać, że warunki klubu przy Teatrze Powszechnym idealnie sprawdzają się w przypadku kameralnych, solowych koncertów, a akustyka miejsca jest zadziwiająco dobra. Mazzoll co prawda grał z nagłośnieniem, jednak mógłby się obejść też bez niego (może jedynie z wyjątkiem remiksu „Andrzeja”, chociaż też nie jestem pewien).

Świetny, spójny występ i powtórzę to, co w przypadku poprzedniego mózgowego koncertu Zemlera – czasami wystarczy po prostu muzyk wyjątkowo zgrany z własnym instrumentem. Mazzoll pokazał, że jest artystą w pełni samowystarczalnym i mógłby z powodzeniem nagrać akustyczny, solowy materiał. Na przykład live. Póki co zostają koncerty, na które naprawdę warto się wybrać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kompilacja fragmentów występu:

Pole w Pardon To Tu

Pole 2

Zespół Pole, czyli trio – Jan Emil Młynarski, Michał Górczyński i Piotr Zabrodzki – widziałem w zeszłym roku trzykrotnie. Za każdym razem były to koncerty bardzo energetyczne i zaskakujące. Na drugi czynnik w pewnej mierze wpłynął fakt, że na właściwie każdym z tych występów Pole występowało w asyście gościnnego muzyka. Raz był to Tomasz Duda w Powiększeniu, raz Oskar Carls w Eufemii i raz Carlos Zingaro podczas festiwalu Ad Libitum. Ciekawe urozmaicenia personalne dość dobrze komponowały się z otwartą stylistycznie formułą muzyki Pola, w której można odnaleźć bardzo różnorodne wątki i konteksty. Koncert w Pardon To Tu był inauguracją tegorocznego programu muzycznego klubu, a zarazem pierwszym występem Pola jaki widziałem, w którym zespół zaprezentował się w formacie tria bez żadnych gości.

Muzycy zagrali głównie materiał z płyty „Radom”, lecz poddali go oczywiście modyfikacjom, wariacjom wynikającym z sytuacji scenicznej. Oprócz tego wybrzmiała również muzyka, która dopiero zostanie wydana w tym roku przy okazji premiery filmu dokumentalnego „Rozbitkowie” o Morzu Aralskim i Uzbekistanie. Najnowsza kompozycja (autorstwa Michała Górczyńskiego) opierała się na charakterystycznej melodii klarnetowej. Na dodatek instrument został lekko podrasowany elektronicznie, co wpłynęło na ciekawe, przestrzenne brzmienie kawałka (udało się fragment uchwycić na filmie poniżej). Z tego co powiedział Piotr Zabrodzki zespół ma już materiał na dwie kolejne płyty, więc to co publiczność usłyszała w Pardonie było jedynie rąbkiem tajemnicy.

Pole

Ogólnie rzecz ujmując koncert miał dość skondensowaną strukturę i razem z bisem trwał niespełna godzinę. Odniosłem wrażenie, że trio potrzebowało odrobiny czasu żeby się w pełni rozkręcić i początkowo muzyka brzmiała trochę kanciaście, niczym w myśl idei arytmicznej perfekcji. Jednak z każdym kolejnym kawałkiem dało się wyczuć na scenie coraz lepszą interakcję między muzykami. Stylistyka w przypadku Pola jest rzeczą jak najbardziej względną i umowną, dzięki czemu w dalszym ciągu ciężko postrzegać formację jako „klasyczne trio”. Niezależnie jak luźno pojmowałoby się takie określenie. To bardziej zespół eksperymentalny, w którym każdy z muzyków wprowadza do finalnego amalgamatu swój własny język wypowiedzi, a wypadkowa jest zagadką. Jednocześnie wplatane melodie i groove sprawiają, że muzyka tria jest stosunkowo łatwo przyswajalna pomimo całego zaskakującego potencjału. Najbardziej uderzające podczas koncertu w Pardonie były mechaniczne wręcz repetycje na linii Młynarski – Zabrodzki, dla których kontrapunktem była bardziej frywolna, ekspresyjna gra Górczyńskiego. Po koncercie usłyszałem nawet porównanie tej części występu do twórczości Zu, co jest ciekawym tropem.W programie wieczoru nie zabrakło również momentów bardziej zahaczających o inspirację folkiem polskim (przy okazji utworu „Radom”) i żydowskim (charakterystyczna linia basu). Ciekawostką był również instrument Zabrodzkiego, ośmiostrunowa mini gitara elektryczna, o bardzo przenikliwym, ostrym brzmieniu. Na bis trio zagrało chyba najbardziej mocno i intensywnie, ale była to improwizacja „polsko-afrykańsko-japońska”, więc chyba inaczej być nie mogło. Wartością dodaną koncertu była córka Jana Młynarskiego, która dosadnie, acz bezskutecznie, próbowała nakłonić ojca do zejścia ze sceny, przerwania występu i powrotu do domu. Także w pewnym sensie znów był to występ „Pole +…”.

Satysfakcjonujący wieczór – zwięzły i konkretny. W kontekście moich poprzednich doświadczeń z muzyką tria jestem w stanie powiedzieć, że z koncertu na koncert propozycja zespołu ewoluuje i w dalszym ciągu potrafi zaskoczyć. Nieoczywisty miks stylistyczny połączony z fantazją i energią wykonawczą czyni z Pola zespół zdecydowanie wyróżniający się w pejzażu polskiej muzyki improwizowanej. Także zalecam czekanie na premierę „Rozbitków” (i płyty), lub wybranie się po prostu na jeden z koncertów Pola, bo z całą pewnością warto.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

5 minut z Polem (różne fragmenty występu):

Hubert Zemler solo w Mózgu Powszechnym

Hubert Zemler 1

Koncerty na perkusję solo to doświadczenia równie ekscytujące, co „egzotyczne” – stosunkowo rzadkie i stąd wyjątkowe. Perkusja niesłusznie, po macoszemu, spychana jest często przez świadomość (podświadomość?) słuchaczy do roli tła, bądź elementu, który z łatwością zastąpić można elektroniką. Tymczasem perkusiści – i Hubert Zemler jest tego doskonałym przykładem – posiadają własny muzyczny język, niekiedy bardzo oryginalny i czasami w pełni samowystarczalny. W warszawskim Mózgu ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że dźwięki płynące ze sceny są w jakikolwiek sposób niekompletne. Przeciwnie – porażały swą dokładnością i precyzją układu.

Koncert był pierwszym występem Zemlera na mini-trasie promującej świeżo wydany solowy album „Gostak & Doshes” (klik), drugi już krążek w dyskografii muzyka. Płyta w odróżnieniu od poprzedniczki nie została nagrana w sytuacji koncertowej, dlatego wieczór w Mózgu miał charakter premierowy (nie licząc krótkiego telewizyjnego nagrania z okazji 10-lecia Lado ABC). Przestrzeń praskiego klubu okazała się idealnym, kameralnym kontekstem dla prezentacji subtelnie niuansowanego, skoncentrowanego w dużej mierze na brzmieniu programu Zemlera.

Hubert Zemler 2

Scena niemalże w pełni została wypełniona zestawem perkusyjnym, metalofonem, gigantyczną marimbą i wibrafonem. Zemler podczas występu ograniczył się praktycznie w stu procentach do zaprezentowaniu materiału z najnowszej płyty, choć słowo „ograniczył” w kontekście wieczoru ma zbyt pejoratywny odcień. Perkusja pełniła funkcję narracyjną w sposób linearny i niezwykle wyważony, a poszczególne elementy zestawu pokazywały jak dużym spektrum brzmień instrument dysponuje. Zemler imponował świetnym wyczuciem w stopniowaniu napięcia i intensywności gry, przechodził od partii skrajnie wyciszonych do okazjonalnych nawałnic, które przez kontrast zyskiwały tym większe znaczenie. Niekiedy muzyka miała też charakter twardy, motoryczny i transowy, przypominając trochę poczynania perkusisty w duecie Piętnastka, jednak w perspektywie całości występ odczytywałbym jako bardziej wyciszony i poukładany. Śledzenie poszczególnych drobnych akcentów i polirytmii, czasami wręcz niezauważalnie dawkowanych, było pasjonującym widowiskiem, dzięki czemu skupienie i koncentracja przychodziły tego wieczoru naturalnie i były czystą przyjemnością. O tym, że można się było zatopić w brzmieniu zaświadczył sam Miłosz Pękala, który tak wsiąkł w muzykę, że niemal zapomniał o dołączeniu do Zemlera z partią wibrafonową. Gościnny udział jedynego muzyka, który zagrał też na płycie, był dla koncertu bardzo dobrym urozmaiceniem. Pękala fantastycznie uzupełnił Zemlera w hipnotycznym, nieco kołysankowym duecie na marimbę i wibrafon (fragment udało się uchwycić na filmiku pod tekstem), co korzystnie przysłużyło się stopniowaniu dramaturgii całości.

Zemler_Pękala

Bis w kontekście stosunkowo krótkiego, lecz pełnowartościowego występu, był jak najbardziej pożądany. Podczas dogrywki zabrzmiał Steve Reich („Music For Pieces Of Wood”), kompozytor, którego minimalistyczno-etniczna estetyka do pewnego stopnia unosiła się gdzieś w tle już od samego początku. Muzyka Zemlera podobnie jak niektóre utwory Reicha ma charakter pączkujący – wychodzi od mikrośrodków i procesualnie zmierza do formy okazałej, choć lekkiej, skomplikowanej, lecz złożonej ze, zdawać by się mogło, oczywistych elementów.

Słuchając takich koncertów można odnieść wrażenie, że w swym skupieniu na poszczególnych dźwiękach pełnią funkcję wręcz edukacyjną i poszerzają wrażliwość słuchacza na to, co audialne. Kontemplacja jednego instrumentu – jeśli tylko jest on we właściwych rękach – może być równie fascynująca co oglądanie dobrze zgranego zespołu czy nawet całej orkiestry. Czasami wystarczy po prostu muzyk wyjątkowo zgrany z instrumentem. I tak było w Mózgu.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kompilacja fragmentów koncertu:

Łukasz Rychlicki i Piotr Kurek w Dwa Osiem

Rychlicki_Kurek1

Koncertowy rok 2015 rozpocząłem na Pradze, co w obliczu obecnego rozkładu warszawskiej klubosfery, odczytuję jako znamienną inaugurację. Dwa Osiem przygotowało na początek programu koncertowego duet na gitarę elektryczną i syntezator, a w rolach głównych pojawili się muzycy mówiący własnym, charakterystycznym językiem – Łukasz Rychlicki i Piotr Kurek. Nie ukrywam, że mimo pogody, z dużym entuzjazmem przemierzałem pół miasta w pielgrzymce na Zamoyskiego. Ostatni raz gdy widziałem duet towarzyszył mu jeszcze na perkusji Paweł Szpura i zapamiętałem tamten występ z bardzo dobrej strony. Zupełnie osobną sprawą jest wrażenie jakie robi na mnie muzyka zarówno Kurka (Piętnastka!!!, solo), jak i Rychlickiego (pomijając Kristen, przede wszystkim surowe Lotto oraz drapieżne, choć do tej pory niestety tylko koncertowe trio Free Gate ze Szpurą i Mikołajem Trzaską). Jednym słowem miałem nadzieję na swego rodzaju thursday night fever.

Na deskach dwa wzmacniacze, dwa instrumenty – minimalistyczny obrazek, pięknie prezentujący się na charakterystycznie zarysowanej scenie Dwa Osiem. Rychlicki z Kurkiem na tle czarnej kotary, w szczątkowo oświetlonej scenerii rozpoczęli swoją muzyczną opowieść, spektakl na dwóch aktorów. Atmosfera zaczęła gęstnieć, muzyka potężnieć, wylewać się ze sceny. Kosmiczne partie Kurka, były raczej ascetyczne pod względem melodii, bazowały na ciekawych niuansach na poziomie czysto akustycznych rozwiązań. Swoją drogą nagłośnienie na sali zostało bardzo przyzwoicie zrealizowane. Rychlicki na gitarze wytwarzał podobnie monumentalnie i ciężko brzmiące sekwencje. Instrumenty bardzo prędko zlały się w jedną zawiesistą masę, w której można się było zatopić, ale mogła też przytłoczyć swym ciężarem. Szczerze mówiąc mnie odrobinę zniecierpliwiła statyka, brak zmienności, dominacja dążenia za wszelką cenę do ściany dźwięku. Oczywiście zdarzały się podczas występu ciekawe „pęknięcia” faktury pionu, trzymając się budowlanej metaforyki, niemniej trochę zbyt często poczynania muzyków okazywały się another brick in the wall. Brakowało mi mocno jakiegoś rytmicznego przełamania w powolnej, z lekka ociężałej linearności dźwięków, czegoś co dodawał podczas koncertu w Pardon To Tu w 2014 udział Pawła Szpury. Duet w Dwa Osiem zbyt często mówił jednym głosem.

Rychlicki

Pierwsza, nieproporcjonalnie długa część występu ustąpiła miejsca finałowej sekwencji, podczas której muzyczne języki Rychlickiego i Kurka, zaczynały wypowiadać się bardziej suwerennie. Dzięki temu koncert odwrócił się odrobinę od duetowego, jednolitego monologu, w stronę dialogu, dość szorstkiego, często wychodzącego przy okazji. Na wierzch zaczęły wypływać duże umiejętności Kurka w dziedzinie budowania niepokojąco groteskowego klimatu, również Rychlicki mocniej skupił się na kontrastowaniu i różnicowaniu swoich partii, preparował gitarę. Całość zyskała dużo bardziej interesujący, eksperymentalny charakter. Sądzę, że odwrócenie kolejności prezentowanych setów mogłoby nadać wieczorowi ciekawszą dramaturgię.

Kurek

Oczywiście tego typu wniosek jest bujaniem w przypuszczeniach, bo przecież nie mam pojęcia jak wówczas wybrzmiałby dla mnie poszczególne części występu. Jednak finalny wniosek jaki powstał w mojej głowie wychodząc z Dwa Osiem brzmiał: po duecie złożonym z dwóch tak interesujących muzyków spodziewałem się czegoś bardziej hmmm syntetycznego? Dialektycznego w stosunku do brzmienia poszczególnych ogniw? Trzeciego ogniwa? Czegoś o lepiej zaplanowanej, czy zdefiniowanej strukturze? Co prawda nie powinno się chodzić na koncerty z gotowym założeniem, ale raz) ciężko; dwa) wrażenie ostateczne, to i tak jedyne realne, a nie hipotetyczne. Chodzenie bez założenia, też jest pewnym założeniem i koło się zamyka… W tym czysto wrażeniowym świetle koncert Rychlickiego i Kurka był dla mnie rozczarowujący. Chociaż z pewnością nie był to koncert zły, a niektóre momenty miał zdecydowanie intrygujące. Sama, stosunkowo licznie zgromadzona publiczność w Dwa Osiem przywitała muzykę duetu z aplauzem, do którego bardzo chciałem się w pełni przychylić, ale może po prostu byłem już za bardzo zmęczony. Tak czy inaczej ciekawy wieczór!

Krzysztof Wójcik (((ii)))