Marcin Masecki „Mazurki” / Christopher Dell & Oleś Brothers „Komeda Ahead” w Studiu im. W. Lutosławskiego

Studio Lutosławskiego - fot. Krzysztof Wójcik

Ostatni raz gościłem w Studiu Lutosławskiego na London Jazz Composers przy okazji festiwalu Ad Libitum 2013. Wówczas na scenie pojawiła się cała rzesza muzyków (w dużej mierze legendarnych), natomiast widownia jak na doniosłość wydarzenia wcale nie została wypełniona po brzegi. Tym razem, choć w sumie wystąpiło czworo instrumentalistów miejsca zajęte były w niemal stu procentach. Wieczór był koncertową premierą dwóch krążków – solowych „Mazurków” Marcina Maseckiego i albumu „Komeda Ahead” tria braci Oleś i Christophera Della. Zatem nad całością wydarzenia unosił się duch „wielkich polskiej kultury” – Krzysztofa Komedy w sposób bezpośredni i Fryderyka Chopina bardziej na zasadzie automatycznego skojarzenia: „mazurek = Chopin”. W rzeczywistości twórczość romantycznego kompozytora wybrzmiała tylko raz, na bis i to w dość zrewidowanej wersji. Wieczór rozpoczął spektakl jednego aktora, a zarazem jednej z barwniejszych i ciekawszych postaci polskiej sceny.

Na początku zastanawiałem się przez moment czy Marcin Masecki wystąpi w dresie, polarze i kapciach, które częstokroć stanowią integralny element jego artystycznego emploi. W ogóle oglądanie koncertu pianisty w warunkach dość zobowiązującej sali koncertowej było doświadczeniem nieco surrealistycznym, ponieważ zwykle muzyk występuje w kontekstach powiedzmy mniej „bon ton”. Niemniej świetna akustyka Studia Lutosławskiego okazała się sprzymierzeńcem doskonale eksponującym różnicę brzmienia elektrycznego i akustycznego pianina. A prezentowanie wszelkiego rodzaju kontrastów estetycznych to niejako modus operandi warszawskiego artysty.

Marcin Masecki-Mazurki_fot. Piotr Lewandowski

Marcin Masecki jest trochę takim muzycznym Gombrowiczem. Świadomie podejmuje określoną formę, konwencję, a następnie eksploatuje ją z przewrotną frywolnością. Ostatecznie pianista odbija się od schematu, bądź go rozsadza i samodzielnie ustala reguły gry. Masecki każdorazowo, niezależnie od tego czy gra Bacha, Scarlattiego, czy po prostu improwizuje, jest podmiotem nadrzędnym, który decyduje o ostatecznym charakterze muzyki. Jednocześnie artysta wciąż posiłkuje się jasnymi odwołaniami, przywołuje inspiracje dosłownie – te klarownie wskazane „przypisy” decydują w dużej mierze o efekcie jaki wywiera na odbiorcy. Dla jednych eksperymenty muzyka będą konsternujące i obrazoburcze, dla innych fascynujące pod względem autorskiego, oryginalnego ujęcia tematu. Zdecydowanie zaliczam się do słuchaczy tej drugiej kategorii.

Forma mazurka okazała się dla Maseckiego jedynie pretekstem do zaprezentowania swojego charakterystycznego podejścia do muzyki i muzycznej tradycji. Kompozycje choć sprawiały wrażenie dopracowanych miniatur miały w sobie również spory ładunek improwizatorskiej spontaniczności. Artysta eksponował nie tyle melodie, co samą ich artykulację, częstokroć opierając poszczególne fragmenty na drobnych, acz wżynających się w mózg akcentach. Dużą część eksperymentów Maseckiego stanowiły rytmiczne wariacje, zmiany tempa, nagłe przyspieszenia, spowolnienia, kompletne wyciszenia i ekstrawertyczne grzmocenie w klawisze. Swego rodzaju wykonawcze adhd sprawiało, że właściwie non stop nie wiadomo było co wydarzy się za chwilę. Ta niepewność była fascynująca i zaangażowała moją uwagę na tyle, że nawet nie zauważyłem kiedy występ dobiegł końca. W perspektywie wcześniejszych wydawniczych i koncertowych aktywności Maseckiego program „Mazurków” jest chyba najbardziej koherentnym solowym materiałem artysty. Naprawdę świetny występ, po którym nie mogę się doczekać poznania albumu.

Oles_Brothers_&_Christopher_Dell - fot. Piotr Lewandowski

Druga część wieczoru upłynęła pod znakiem Komedy. Trio Christophera Della i braci Oleś zaprezentowało program złożony z rozmaitych kompozycji legendarnego pianisty – od utworów z „Astigmatic” po numery rozproszone na innych wydawnictwach. Przez kilka chwil miałem cień nadziei, że gościnnie na scenie pojawi się Masecki, jednak zmieszanie składów nie miało miejsca. Szkoda, bo w występie tria trochę zabrakło mi pewnego rodzaju nieokrzesania i nieprzewidywalności, którymi pianista mógłby rozsadzić precyzyjnie poukładany program „Komeda Ahead”. Sednem tego projektu jest przeniesienie muzyki w kameralny kontekst instrumentalny. Komeda tworzył swoje jazzowe utwory zwykle dla składów większych niż trio, tutaj natomiast wibrafon, kontrabas i perkusja musiały zagospodarować całość przestrzeni dźwiękowej. Braci Oleś i Dell to muzycy dużej klasy, w związku z tym ich gra na scenie nie przypominała walki z materią, a raczej dość spokojny, precyzyjnie zaplanowany i efektowny spacerek po nitce do kłębka. Lubię i cenię twórczość Komedy dlatego słuchało mi się koncertu z przyjemnością, jednak mam poczucie, że artyści dysponujący tak dobrym warsztatem mogliby się pokusić o bardziej swobodne czy dekonstrukcyjne interpretacje. Niemniej jednak był to występ zdecydowanie przyzwoity, prezentujący dużą wirtuozerię i zgranie muzyków. Na niekorzyść odbioru z pewnością wpłynął kontekst koncertu Maseckiego, który grając materiał w zasadzie nie mający nic wspólnego z jazzem sensu stricto, zaprezentował muzykę szalenie żywotną i nieprzewidywalną, mimo że odwołującą się do formy anachronicznej. I właśnie takiego Komedę chciałbym usłyszeć. Pytanie tylko, czy wtedy byłby to jeszcze Komeda?

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zdjęcia muzyków: Piotr Lewandowski

Reklamy

SuperBrötzmann, Swell i Nilssen-Love w Pardon To Tu (dzień drugi)

Nilsen-Love_Swell_Brotzmann

Oblekanie Petera Brötzmanna w kolejne ramy narracyjne zakrawa na banał. To jeden z kilku free jazzowych artystów XX i XXI wieku, którzy na trwałe zakorzenili się w świadomości masowej, o ile „masową” można nazwać zbiorową świadomość entuzjastów muzyki improwizowanej. Brötzmann to ikona, żywa reprezentacja pewnej estetyki, która wciąż dla rzeszy muzyków młodszego pokolenia jest żywotnym nurtem. Gdyby Roland Barthes, jeden z moich ulubionych tzw. humanistów XX wieku odrobinę później (np. dzisiaj) napisał „Mitologie”, to niemiecki saksofonista mógłby posłużyć za jeden z tematów. Brötzmann jest personifikacją mocy free jazzu, bezkompromisowości tej strategii twórczej bez jasno zdefiniowanej „strategii”, metodzie opartej na swobodzie, intuicyjności. To jeden z mitów dzisiejszego jazzu, rozumianego poprawnie – jako coś żywotnego, a nie jako spetryfikowany gatunek standardów. Ponadto artysta jest uosobieniem indywidualizmu, cechy, która w mojej ocenie, obok relacyjnego charakteru improwizacji, jest kluczową cechą tej stylistyki. Saksofonista par excellence. I zwykle w narracji to właśnie „gra się z Brötzmannem”, a nie „Brötzmann gra z kimś” – on jest instancją nadrzędną, co zapewne nie jest do końca komfortowe ani dla samego artysty, ani dla muzyków z nim występujących. Cóż, konsekwencje ikonicznego statusu…

Tymczasem trio ze Stevem Swellem i Paalem Nilssenem-Love to skład jak najbardziej demokratyczny, choć skompilowany z radykalnych i wyrazistych osobowości. Swego rodzaju über-trio. Warto zaznaczyć, że na oczach i w uszach gości Pardon To Tu pisała się historia – były to pierwsze spotkania na scenie Brötzmanna i Swella. Ciężko w to uwierzyć z dwóch powodów: po pierwsze dziwne, że muzycy tej klasy nigdy dotąd ze sobą nie grali, a po drugie – podczas koncertu w ogóle nie było słychać braku wcześniejszych artystycznych interakcji. Ogniwem bez wątpienia nadającym ton całości był Nilssen-Love, perkusista niezwykle charakterystyczny, zazwyczaj determinujący brzmienie składów, w których przychodzi mu grać, norweski wulkan energii. Można powiedzieć, że muzyk o podobnych predyspozycjach jest wręcz idealnym partnerem dla agresywnej i szorstkiej ekspresji Brötzmanna – tutaj potęgowanej jeszcze przez puzon Swella. Trio zagrało na 100%.

Swell_Brotzmann

Zważywszy, że na scenie gościli artyści z różnych ośrodków improwizowanego świata (Skandynawia, Nowy Jork, Europa kontynentalna) muzyka mogła pójść w rozmaite kierunki. Wspólnym mianownikiem okazała się jednak stylistyka o wdzięcznej nazwie „fire music”. Żywioł, o którym tak mówił niegdyś Albert Ayler: „Jesteśmy naszą muzyką. Poprzez muzykę próbujemy się oczyścić, by móc wejść na wyższe poziomy spokoju ducha i świadomości. Chcemy też zaprowadzić tam tych, którzy nas słuchają”. Muszę przyznać, że poniedziałkowy występ miał momenty, w których energetyczny strumień świadomości zyskiwał nasilenie pozwalające na całkowite zatopienie się w dźwiękach. Bardzo fizyczna muzyka, finezyjnie drwiąca z prób intelektualnego do niej dotarcia.

Koncert jednak utrzymywał dramaturgię nie tylko poprzez swą intensywność. Ważną rolę odegrały dialogi w duetach (największe wrażenie zrobiły na mnie zestawienia „perkusja +”), jak również solowe wyczyny np. dłuższy fragment zagrany przez Brötzmanna na  tárogató (wideo pod tekstem). W pewnym momencie występu przyszła mi do głowy myśl: „hmm, trochę brakuje partii bardziej wyciszonych i melancholijnych”. Początkowo srogo rozbawiło mnie to spostrzeżenie, wszak żaden z muzyków nie zwykł grać mięciutko i pluszowo… ale pod koniec występu rzeczywiście trio trochę rozluźniło muskuły i zaprezentowało się od bardziej lirycznej strony (w każdym razie lirycznej w zestawieniu z płomienną częścią pierwszą). Bis był na dobrą sprawę zbędny – szczególnie w świetle pięknego zakończenia podstawowego programu – jednakże sami muzycy czerpali z gry na tyle dużą frajdę, że wyszli na scenę ponownie stawiając przysłowiową „kropkę nad i”.

superBrotzmann3

Artyści podobno zamierzają udokumentować współpracę na krążku. Występ w Pardonie udowodnił, że zdecydowanie powinni to zrobić. Niemniej jednak jestem bardzo zadowolony, że przyszło mi posłuchać tego zestawienia personalnego na żywo, bo to muzyka, której najpełniej doświadczyć można własnie na koncercie. Danke schön, tusen takk, thank you very kind!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Chicago Underground Duo w Pardon To Tu (niespodzianka!)

RMazurek3_KWójcik

Recenzję koncertu Roba Mazurka i Chada Taylora przeczytacie w przestrzeni eksterytorialnej względem Instytutu. Napisałem ją na łamy PopUpMusic i zapraszam do lektury TUTAJ.

Poniższy film jest naturalistyczną prezentacją koncertu z 4 rzędu (a później z ostatniego) w klubie Pardon To Tu – ze wszystkimi tego konsekwencjami wizualnymi obecnymi w nagraniu.

Dzięki „Instytut Improwizacji Lo-Fi’lms Production” można poczuć się jak na krześle w klubie. Co by nie mówić – Mezzo TV ze wszystkimi bezsensownymi zmianami perfekcyjnych ujęć Wam tego nie da (-;

Usiądź wygodnie i ciesz się seansem: 9 minut z Chicago Underground Duo w Pardon To Tu!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Pardon, to AfriKa! Konono Nº1 – pląsy dnia drug-iego

konono 01

Gdy spogląda się na lutowy program Pardon To Tu można ulec złudzeniu podwójnego widzenia. Po przetarciu oczu iluzja staje się rzeczywistością – niemal wszystkie koncerty w miesiącu odbywają się w formacie „2 Nights With…”. Na dodatek budowa niemalże klamrowa – luty w Pardonie rozpoczyna się i kończy mocnym afrykańskim akcentem. Na pierwszą noc z kongijskim kolektywem Konono Nº1  nie udało mi się dotrzeć, choć szczerze mówiąc trochę kalkulowałem, że drugiego dnia będzie nieco przestronniej na widowni… Z braku porównania nie wiem oczywiście czy przewidywania się sprawdziły, jedno jest jednak pewne – to był gorący wieczór (łuhu!).

Na wstępie zaskoczenie czysto przestrzenne. Jeden – w Pardon To Tu rzadko na koncertach nie ma krzeseł. Tym razem ich brak z racji granej muzyki był zasadny w stu procentach. Myślę, że nawet nieco częściej klub powinien decydować się na takie posunięcie. Dwa – scena na potrzeby Konono rozrosła się o około metr. Trzy – kolorowe reflektory i świetlne efekty całkowicie odmieniły bordowe wnętrze klubu, doskonale uwypuklając walory psychodeliczne dźwięku. Słowem, sceneria iście karnawałowa!

konono 03

Konono Nº1 wystąpiło w formacie kwintetu: perkusja – bębny – para zelektryfikowanych likembe (te skrzyneczki drewniane) i instrument przypominający połączone 4 cowbelle. Oprócz tego oczywiście wokale. Można powiedzieć, że środki dość minimalne, a jednak muzycy potrafili wytworzyć z nich prawdziwie tropikalną gęstwinę dźwięków. Początkowo myślałem, że śpiew u Konono jest bardziej ograniczony na rzecz instrumentalnego transu – tutaj lekkie zaskoczenie, ponieważ wokali było nie tak mało (w zasadzie tylko jeden z muzyków nie miał mikrofonu). Wikipedia określa styl muzyczny grupy jako „bazombo”. Bardzo ładna nazwa! Kompletnie nie mam pojęcia co to jest, ale też nie ma to dla mnie większego znaczenia w kontekście transu, jakim muzycy zalali przestrzeń klubu. Galopujące, intensywne polirytmie przerywane zaśpiewami i na poły elektroniczne, cyrkularne brzmienie likembe dawały efekt mocno psychoaktywny. Skojarzenia miałem jednoznaczne – Fela Kuti i afrobeat, chociaż brak dęciaków u Konono zawieszał warstwę muzyczną w trochę większym niedookreśleniu niż miało to miejsce u Feli. Absolutnie nie miałem też poczucia obserwowania afrykańskiej cepeliady. Najbardziej podobały mi się dłuższe fragmenty instrumentalne, pięknie narastające akustyczno-etniczne techno, beat działający jak żyleta na układ nerwowy zmuszając ciało do ruchu. Zamknąwszy oczy wyobraziłem sobie alternatywną, uwspółcześnioną wersję „W pustyni i w puszczy”, dla której muzyka Konono Nº1  byłaby idealnym soundtrackiem.

konono 02

Staś i Nel, jako młoda para zapalonych rave’owiczów, wyposażywszy się w różnej maści neuro-dopalacze, udają się na klubowy rajd po Czarnym Lądzie. W trakcie imprezowego maratonu Nel doznaje zjazdu i zaczyna roić sobie w głowie malarię. Jest w klubie i postanawia nazwać go Kraków, ponieważ tak bardzo przypomina jej czasy podwawelskich melanży z weekendowymi chłopakami wprost z UK’eja… „Stasiu, Stasiu, oczy mi się pocą!”. Staś nie słyszy, pogrążony w opętańczym tańcu krzyczy po kongijsku: „Jazda, jazda, jazdaaa!”. Koniec wizji.

konono1_fot. M.Marchwiński

Cóż, dawno w Pardon To Tu nie było tak energetycznego koncertu, podczas którego dźwięk stawałby się naturalnym katalizatorem ruchu i tańca. Można było po prostu „dać się ponieść” muzyce. W pewnym momencie pomyślałem, że Konono Nº1 równie dobrze mogłoby cały wieczór grać po prostu jeden utwór – sadzę, że efekt byłby podobny i nie miałoby to większego znaczenia. Bardzo udany koncert! Skojarzenia pognały jeszcze w jednym kierunku, a mianowicie do Nisennenmondai, które raptem tydzień wcześniej zagrało w Cafe Kulturalnej. Na podstawie tych dwóch występów można powiedzieć, że w lutym Warszawa stała się stolicą prezentującą niekonwencjonalne, różnorodne podejścia do kreowania muzycznego transu z całego świata. Dla mnie super.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

ostatnie zdjęcie: Marcin Marchwiński

O muzyce w tekście (polskim)

20150208_210932

W Polsce – choć powinienem napisać „w języku polskim” – w dalszym ciągu słuchacze chcący sięgnąć do teoretycznych opracowań muzycznych, zmuszeni są realizować ideę mozolnego samokształcenia, powierzchniowego ślizgania się po rozmytym dyskursie, błądzenia i poszukiwania na własną rękę. Te poszukiwania często sprowadzają się jedynie do samodzielnych doświadczeń empirycznych, z których budujemy indywidualne strzępy narracji, czy też indywidualną muzyczną powieść szkatułkową o niejasnej konstrukcji. Internet dając dostęp do, zdawać by się mogło, nieograniczonych źródeł dźwięku i tekstów go opisujących, nie tyle uprościł sprawę, co jeszcze mocniej ją zagmatwał, rozrzedził percepcję w oceanie zjawisk atakujących nasze zmysły każdego sezonu.

Nie chcę tutaj pisać o docieraniu do muzyki, czy zwracaniu uwagi na nowe zjawiska wydawniczo-artystyczne – tutaj robią co mogą magazyny sieciowe, blogi, a także od niedawna chlubne ewenementy prasowe jak np. M/I Magazyn. Chciałbym natomiast poruszyć temat dramatycznego wprost stanu napisanej po polsku, bądź przetłumaczonej na język polski papierowej refleksji nad gałęzią, jakby nie było, sztuki czy też szerzej – kultury, jaką muzyka jest (wciąż) powszechnie określana.

Glissando

Gigantyczną lukę przez wiele lat na swoje sposoby próbują wypełnić inicjatywy DIY, takie jak np. Glissando. Magazyn na dobrą sprawę wykształcił już rodzaj własnego pokolenia odbiorców (a każde pokolenie ma własny czas – cytując „klasyka”). W dużym stopniu właśnie dzięki tematom poruszanym w Glissandzie teoretyczna refleksja nad muzyką, dźwiękiem, performatyką, słuchaniem, rejestracją, przetwarzaniem itp. itd. ma dziś w rodzimej literaturze jakiekolwiek aktualne i pogłębione punkty odniesienia. Świetną rzeczą jest udostępnianie pierwszych numerów w Internecie za darmo w wersji cyfrowej (klik).

Obok Glissanda, nabierającego z biegiem lat coraz bardziej akademickiego sznytu, pojawiła się stosunkowo niedawno seria Krytyki Politycznej dotycząca dźwięku. Na marginesie – jest to cykl zdecydowanie najuboższy ze wszystkich serii, które wydawnictwo prowadzi (nie licząc „Pism Kuronia”), co należy poczytywać jako znamienne zjawisko. Niemniej zostały wydane tak interesujące pozycje jak np. „Doskonale zwyczajna rzeczywistość” Michała Libery (klik). Książka eseistyczna będąca zapisem subiektywnej, erudycyjnej relacji autora ze światem dźwięków, niewątpliwie mająca charakter profesjonalny i humanistycznie pogłębiony. Również warto odnotować monografie poświęcone twórczości Gerarda Grisey’a (klik) i Karlheinza Stockhausena (klik) napisane odpowiednio przez autorów polskich – Jana Topolskiego i Monikę Pasiecznik. W ostatnich tygodniach premiery doczekała się także publikacja „Fluxus w trzech aktach” (klik), przedstawiająca m.in. wpływ jaki nurt wywarł na muzykę ostatnich dekad.

rip_it_up_web

W lutym, już za niespełna dwa tygodnie (20.02) zostanie wydana książka Simona Reynoldsa „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984” w przekładzie Jakuba Bożka. Pozycja za granicą wręcz kultowa, opisująca i analizująca jeden z bardziej fascynujących okresów muzycznego przesilenia na Wyspach Brytyjskich, które doprowadziło do powstania takich zespołów jak m.in. Public Image LTD, Wire, The Human League, czy Gang of Four. Książka stanowi również prezentacje praktyki kulturowej (a w zasadzie kontr-kulturowej) mianowicie Do It Yourself. W kontekście polskim, gdzie najciekawsze inicjatywy napędzające muzyczne życie (koncerty, niezależne wydawnictwa itp.) są organizowane prywatnie przez grupy pasjonatów, większość najlepszych dziennikarzy muzycznych pracuje nieodpłatnie i na zasadzie „pro publico bono”, a wartościowe papierowe magazyny powstają dzięki składkom crowdfundingowym… Czytanie o DIY jest na dobrą sprawę czytaniem o rzeczywistości, w której nieustannie funkcjonujemy. Zatem zanosi się na gorącą premierę wydawniczą.

Ale wracając do lektur już istniejących. Nie można zapomnieć o chyba najbardziej doniosłej publikacji wprowadzającej do języka polskiego kontekst nazwijmy to międzynarodowej refleksji nad muzyką i dźwiękiem. Mam tu na myśli fenomenalną antologię klasycznych tekstów dotyczących muzyki XX wieku, a mianowicie „Kulturę dźwięku”.

Kultura-dźwięku.-Teksty-o-muzyce-nowoczesnej

Jest to prawdopodobnie najbardziej inspirująca, funkcjonująca po polsku pozycja, która mapuje ostatnie sto lat historii rozwoju muzycznej myśli w bardzo szerokim spektrum stylistyczno-gatunkowym. Co prawda robi to siłą rzeczy dość wybiórczo i syntetycznie, jednak sam pomysł na oddanie głosu bezpośrednio takim autorom jak na zdjęciu poniżej, było ze strony wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria znakomitym posunięciem (i osiągnięciem) redaktorsko-translatorskim. Tutaj też należy oddać honory Michałowi Liberze i Fundacji 4,99 (czyli de facto agendzie Glissanda), którzy zainicjowali wydanie antologii. W dalszym ciągu jednak jest to pozycja skompilowana i napisana przez autorów zagranicznych.

Kultura dźwięku - grzbiet

Sama seria Terytoria Muzyki, w której „Kultura dźwięku” została wydana, zaowocowała jeszcze kilkoma ważnymi publikacjami. Obok „Muzyki eksperymentalnej – Cage i po Cage’u” Michaela Nymana, na pewno warto wspomnieć o dwóch książkach polskich, których autorką jest Anna Chęćka-Gotkowicz, które należą do publikacji z pogranicza estetyki i fenomenologii muzyki, doświadczania dźwięku: „Dysonanse krytyki. O ocenie wykonania dzieła muzycznego” oraz „Ucho i umysł”.

96931-muzyka-eksperymentalna-cage-i-po-cage-u-michael-nyman-1     dysonanse-krytyki-o-ocenie-wykonania,pd,150996   anna-checka-gotkowicz-ucho-i-umysl-cover-okladka

Tutaj docieram do jednej z dwóch (trzech?) bezpośrednich inspiracji do napisania tego artykułu, a mianowicie do świeżo wydanej (koniec 2014 roku) książki „Nasłuchiwanie hałasu” autorstwa Dariusza Brzostka. Publikacja podejmuje się analizy zagadnień związanych z doświadczaniem muzyki, jednak w równej mierze poświęca uwagę wykonawczej ekspresji. Brzostek próbuje rozgryźć fenomen improwizacji podejmując refleksję antropologiczno kulturową, a mówiąc dokładniej audioantropologiczną. Książka to świetnie napisana, niesłychanie erudycyjna lektura jednocześnie pozbawiona akademickiej ociężałości (charakteryzującej się chociażby nieustannym zaglądaniem do przypisów).

Dariusz Brzostek - Nasłuchiwanie hałasu

„Nasłuchiwanie hałasu” ma znakomity flow i dla czytelnika zainteresowanego problematyką improwizacji jest to lektura pasjonująca i śmiem twierdzić – obowiązkowa. Poszerza horyzont w dwójnasób: poprzez przytoczenie teoretycznej perspektywy oraz nieustanne jej podważanie, próbę refleksyjnego dotarcia do sedna. Na zachętę ustęp z samej obwoluty: <<Czy jest bowiem „kimś” podmiot słuchania – wystawiany nieustannie na pokusę fantazjowania i, ostatecznie, wydany na pastwę fantazmatów? Czy jest „kimś” podmiot improwizujący, który czyni wiele, by stać się samoorganizującym się procesem improwizowania?>>. No właśnie, „Nasłuchiwanie hałasu” jest próbą udzielenia odpowiedzi na te pytania, a przy okazji odpowiada na wiele innych, które powstają po drodze. Książka Brzostka jest jedną z nielicznych na polskim rynku, które rzetelnie i w sposób kompleksowy, kulturoznawczy przyglądają się muzyce oraz doświadczeniu słuchacza w meta-perspektywie. Do zilustrowania wywodu autor sięga po takich artystów jak np.: Brotzmann, Cage, Coil, Fennesz, Masters Musicians of Joujouka, The Residents, czy Sun Ra. Dwa polskie nazwiska w wybranej Fonografii: Krzysztof Komeda i Mikołaj Trzaska.

Powracając na koniec do zasygnalizowanego na początku tematu, czyli: „dramatycznego wprost stanu napisanej po polsku, bądź przetłumaczonej na język polski papierowej refleksji nad gałęzią sztuki, czy też szerzej – kultury, jaką muzyka jest powszechnie określana”. Problem sięga dość głęboko. Na tzw. najbardziej prestiżowej uczelni humanistycznej w Polsce, w Instytucie Kultury Polskiej student nie uświadczy absolutnie żadnego przedmiotu związanego z audialną sferą rzeczywistości – chociaż jest taniec (ale przecież Polacy pokochali taniec!). Nie mówiąc już o potencjalnych seminariach magisterskich. Muzykologia oferuje natomiast kurioza w rodzaju „Polscy muzycy w Petersburgu w XIX wieku”. Zasłona milczenia opada.

Między innymi tego rodzaju warunki owocują sytuacją, z którą mamy do czynienia obecnie, kiedy to polskie większe publikacje dotyczące muzyki aktualnej są zjawiskami incydentalnymi. W ostatnich latach powstała właściwie tylko jedna książka, która szerzej starała się opisać stosunkowo niedawne, stricte rodzime (i wyjątkowe) zjawisko w muzyce – „Chłepcąc ciekły hel – historia yassu” Sebastiana Reraka (dostępna już tylko jako ebook). Zdecydowanie polecam.

chlepcac_ciekly_hel_002

Czy polska scena nie zasługuje na większą ilość opracowań? Czy może nie ma osób, które byłyby w stanie się tego podjąć? Może trzeba poczekać na ludzi w rodzaju Simona Reynoldsa żeby przyjechali i coś napisali o polskiej muzyce, a potem po prostu to przetłumaczymy? Sądzę, że odpowiedzi na każde z tych pytań brzmią nie. Ale czas pokaże. Póki co zachęcam gorąco do sięgnięcia po wyżej wymienione tytuły, które rozpoczęły „pracę u podstaw” na polskim gruncie. A Instytut Improwizacji popiera ideę nieinstytucjonalnego samokształcenia z dobrych źródeł.

PS: Zapomniałem o jeszcze jednej istotnej publikacji z ostatniego czasu – „Awangarda muzyki końca XX wieku. Przewodnik dla początkujących” autorstwa Marcina Borchardta (klik). Na zachętę wywiad z autorem. Jeszcze co prawda nie położyłem na książce ręki, natomiast obiecująco brzmi już sam fakt, że jest to dopiero pierwszy tom. Pozycję wypuściło młode, wielce interesujące Wydawnictwo W Podwórku, które stanowczo polecam uwadze.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))