Tomasz Stańko i Alexander von Schlippenbach – na żywo – w Pardon To Tu

Schlippenbach_Stańko1

Gdybyśmy chcieli stworzyć listę nazwisk najbardziej rozpoznawalnych jazzmanów w Polsce (czy też rodzaj absurdalnego „rankingu wszechczasów”), to prawdopodobnie Tomasz Stańko znalazłby się na podium zestawienia, a może nawet na najwyższym pięterku. Rzeszowski trębacz jest wciąż aktywną artystycznie tzw. żywą legendą, postacią ikoniczną z – siłą rzeczy – przylepioną gombrowiczowską „gębą”.

Muzykom pokroju Stańki, chociaż mogą zawsze liczyć na 100% frekwencji i pełną atencję „branżowych mediów”, w brew pozorom nie jest tak łatwo. Jeśli chcą w dalszym ciągu iść na przód, to muszą walczyć nie tylko z muzyczną materią tu i teraz, ale także z własnym dorobkiem i wizerunkiem ukształtowanym w oczach odbiorców. Sytuacja koncertu duetu Stańko – Schlippenbach miała charakter bardzo ciekawy przede wszystkim z tego punktu widzenia.

Trębacz obecny był w Pardon To Tu niejako w trzech osobach. Jeden: „Tomasz Stańko” ikona, hasło jednoznacznie kojarzone z jazzem, obecne chociażby na słynnej pardonowej ścianie, czy też główny bohater wywiadu-rzeki „Desperado”, dostępnego na wyciągnięcie ręki w klubowej księgarni. Drugi Stańko to ten rzeczywisty, stojący na scenie, o ironio, tuż pod swoim nazwiskiem napisanym na czerwonej ścianie. Natomiast z tym najbardziej nieuchwytnym „trzecim Stańką” każdy słuchacz przyszedł do klubu indywidualnie. Ja na przykład jechałem do klubu słuchając znakomitej płyty artysty z 1973 roku pt. „Fish Face” nagranej wraz z dwoma perkusistami i syntezatorem. Ciężko o jednoznaczny stosunek do twórczości tak bogatej, więc pewnie ilu odbiorców tyle indywidualnych perspektyw. Trochę o kontekście miejsca występu duetu, bo odniosłem wrażenie, że w klubie nie było wielu gości regularnych.

Stańko

Na dzień dzisiejszy Pardon To Tu jest najważniejszą sceną jazzową w Polsce. Co do tego nie ma wątpliwości, wystarczy spojrzeć na program (przeszły, przyszły, aktualny). Piszę „jazzową” z pełną premedytacją, ponieważ mam na myśli jazz jako żywioł, ideę, estetykę nieustannie ewoluującą, poszukującą nowych perspektyw. Ten jazz nie ma nic wspólnego z cepeliadą standardów i muzyków udających amerykańskich czarnych jazzmanów sprzed kilkudziesięciu lat. Dzisiaj moim zdaniem jazz to coś, co robi np. Nate Wooley, Peter Evans, Ken Vandermark, Mary Halvorson, Mats Gustafsson, Rob Mazurek, Joe McPhee czy Peter Brotzmann. Świadomie przytaczam postacie, które w ostatnim czasie wystąpiły lub niebawem wystąpią na scenie Pardon.

W takim miejscu Tomasza Stańkę należy postrzegać niekoniecznie jako artystę, który przybywa uświetnić swą obecnością dane miejsce (chociaż też), aale raczej jako doświadczonego muzyka chcącego zagrać w klubie, który coś znaczy, nobilituje, bo muzyka jest w nim na co dzień w stanie work in progress. Pan Stańko chciał znów poczuć się jak przed laty – zagrać jak jeden z wielu artystów bez przytłaczającego bagażu. Tutaj wybór Alexandra von Schlippenbacha jako partnera też nie jest bezzasadny, ponieważ z artystami młodszego pokolenia Stańko zawsze grałby mimo wszystko na pozycji mistrza, a tak zagrał ze sławnym kolegą z dawnych lat jak równy z równym. I chociaż cena biletu (jak na standardy Pardonu jedna z wyższych, jak na standardy trębacza raczej promocyjna) niekoniecznie potwierdzała charakter „zwyczajnego koncertu”, to moim zdaniem w założeniach tak właśnie ten wieczór miał wyglądać. Można powiedzieć, że z perspektywy estetycznej tak też było.

Schlippenbach_Stańko2

Występ rozpoczął się całkiem obiecująco. Trąbka gładko wkroczyła w dość impresyjną, stosunkowo oszczędną fortepianową uwerturę Schlippenbacha. Początkowo wydawało się, że koncert obierze bardziej swobodne improwizowane oblicze. Stańko miarowo rozpędzał partie trąbki o charakterystycznym delikatnie chropowatym brzmieniu. Widać było, że muzycy z łatwości mogliby grać wspólnie, lecz z osobna, tworząc jedną strukturę na zasadzie intuicyjnych indywidualnych poszukiwań. Mówiąc krótko – pierwsze minuty sprawiały wrażenie jakby duet zmierzał w kierunku fryty, o dość umiarkowanej intensywności, ale jednak. Po pewnym czasie okazało się, że na występ złożą się mniejsze formy, w dużej części oparte na kompozycjach, uprzednio przygotowanych tematach. Zresztą zarówno Stańko jak i Schlippenbach mieli przed sobą kartki. Te krótsze numery miały charakter zamkniętych całości z jasno zarysowanym przebiegiem, pojawiały się czytelne przestrzenie na solowe popisy itp. (całe szczęście nie było po nich kurtuazyjnych braw). Fortepian dysponował dość rozkołysaną i zwykle nieprzegadaną frazą, nad którą trąbka meandrowała na różne sposoby, bądź podejmowała temat nieznacznie go modyfikując. Zdarzały się w tej interakcji momenty ciekawsze, ale nie obyło się bez fragmentów przewidywalnych gdzie zręby utworu potraktowane zostały moim zdaniem zbyt sztywno. W połowie koncertu, po jakichś 30 minutach Schlippenbach sprawiał wrażenie jakby chciał już zejść ze sceny, ale Stańko coś mu szepnął i ostatecznie duet zagrał (razem z bisem) mniej więcej drugie tyle. Bisy ostatecznie padły dwa, ponieważ publiczność Pardon To Tu nie chciała się rozstać z muzykami aż tak łatwo.

Pytanie tylko, czy Stańko zagrał przed pardonową publicznością? Moim zdaniem nie, bo osoby, które kojarzę z innych koncertów mógłbym policzyć na palcach powiedzmy półtorej ręki. Co prawda byłem tylko pierwszego dnia rezydencji, ale jednak. Z drugiej strony jeśli Pan Tomasz chciałby zagrać faktycznie dla publiczności tego klubu, to musiałby się pojawić na scenie w charakterze niespodzianki na jednym z regularnych występów za 20-30 złotych. Wtedy jednak znów wróciłby do sytuacji „gościa specjalnego”, muzyka na piedestale, a wydaje mi się, że właśnie koncerty w Pardonie miały być dlań rodzajem odskoczni od takiego formatu. Sam fakt, że muzyk z takim dorobkiem i o takiej randze chce dalej grać w klubach, gdzie faktycznie pod względem muzycznym cały czas coś się dzieje, uznaję za jak najbardziej pozytywny symptom i za to zdecydowanie szacunek. Ale raczej był to koncert przed własną publicznością.

Stańko2

Chociaż poszedłem na koncert duetu bardziej z ciekawości niż jakiejś dojmującej potrzeby, to jestem zadowolony, że Stańkę i Schlippenbacha zobaczyłem. Brzmi to jak tekst słuchacza rozkapryszonego, ale Pardon To Tu potrafi rozpuścić swoją publiczność. W swoim gatunku był to występ dobry, a takich wiele przy Placu Grzybowskim. Jeżeli za sprawą dwudniowej rezydencji Tomasza Stańki klub zacznie przyciągać szerszy „target”, to uważam podobne inicjatywy za jak najbardziej zasadne. Powtórka z liceum: „głównym celem pracy u podstaw było uświadomienie ludu, iż nadeszły czasy nowych możliwości”. Zatem pozytywizm i praca u podstaw. Na koncert dnia drugiego już nie poszedłem, a w poszukiwaniu „nowych możliwości” udałem się do warszawskiego Mózgu [klik].

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Tomasz Stańko i Alexander von Schlippenbach – na żywo – w Pardon To Tu

  1. Pingback: Nate Wooley & Paul Lytton w Pardon To Tu | (((Instytut Improwizacji)))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s