Joshua Abrams Natural Information Society w Cafe Kulturalnej

Rosaly_Abrams1

To był już mój 3 raz z muzyką Joshuy Abramsa na żywo w mocno „gościnnym” formacie Natural Information Society. Właściwie odkąd po raz pierwszy usłyszałem kontrabasistę na żywo powracam na jego występy jak bumerang. Dotychczasowe koncerty Abramsa i Lisy Alvarado w trasach polskich (i nie tylko) uzupełniał wrocławski Mikrokolektyw ze skutkiem, najogólniej mówiąc, fenomenalnym. Tym razem duet z Chicago wspomógł perkusista Frank Rosaly, muzyk równie mocno osadzony w niezwykle bogatej i zróżnicowanej scenie Wietrznego Miasta. Chociaż Rosaly udziela się nie tylko w projektach o jazzowej proweniencji, dopełniając Natural Information Society to właśnie idiom free był tym najsilniej przezeń inkorporowanym i akcentowanym.

Muzyka samego Abramsa w tym projekcie ma charakter hybrydyczny, etniczno-improwizowany. Brzmienie składu determinuje z jednej strony afrykański instrument guimbri, nadający całości hipnotyczny, transowy puls oparty na minimalistycznych repetycjach. Natomiast drugim, niemniej istotnym komponentem muzyki NIS jest harmonium Lisy Alvarado, które tworzy dla oszczędnej improwizacji Abramsa bardzo klimatyczne, oniryczne tło. Artystka okazjonalnie też posługuje się gongiem. Na dobrą sprawę tego typu duet aż prosi się o „zaburzenie” formuły przez czynnik zewnętrzny i w tym wypadku Rosaly zdecydowanie się sprawdził. Perkusista dysponuje bardzo szeroką paletą środków wyrazu, jednak nie serwuje jej na oślep i raczej stroni od uprawia woltyżerki. Jednocześnie muzyk pracował niemalże non-stop i gdy włączał się do gry (a wyłączał się z rzadka) w zasadzie cały czas wydawał z zestawu rozmaite dźwięki, zręcznie wplatając je w strukturę całości. Przy okazji nie przytłaczał, choć niekiedy uderzał w mocny groove, wprowadzając muzykę NIS w obszary bardziej dynamiczne, energetyczne, wręcz zadziorne. Niewykluczone, że właśnie w tę stronę projekt podąży na kolejnym krążku, którego premiera już niedługo.

Rosaly_Abrams2

 Joshua Abrams to muzyk o bardzo wyrazistej koncepcji artystycznej, która w formacie Natural Information Society jest w stanie osiągać bardzo wysokie, a zarazem spójne pułapy estetyczne. Warto zaznaczyć, że na koncercie w Kulturalnej Abrams niemal równie długo co na guimbri grał na kontrabasie, czyli na swoim podstawowym instrumencie. Nie wiem nawet czy tym razem nie zrobił na mnie większego wrażenia korzystając właśnie z tego narzędzia.

Występ miał charakter bardzo kameralny jak na koncerty w Cafe Kulturalnej. I bardzo dobrze. Doskonałym posunięciem było rozstawienie krzeseł – muzyka NIS idealnie nadaje się do siedzącej kontemplacji. Trochę zdziwiła mnie umiarkowana frekwencja, ale biorąc pod uwagę, że na mieście działo się tego dnia sporo, to i tak organizatorzy nie mają na co narzekać. Podobnie sam Abrams, który (już tradycyjnie) zebrał w Warszawie gorące brawa, bisował i prawdopodobnie powróci znów za jakiś czas. Może z innym projektem? Wtedy zdecydowanie powinien przyciągnąć więcej odbiorców. Ja z pewnością kolejnych wizyt Abramsa nie przegapię – słuchanie takich muzyków to czysta przyjemność.

PS: Polecam lekturę wywiadu z Joshuą Abramsem na łamach PopUpMusic.pl (klik).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Reklamy

Pleszyński, Maćkowiak, Mazzoll (+Janicki) w Mózgu Powszechnym

06 Mazzoll_Pleszyński_Maćkowiak

To był koncert bardzo długi – dwa obfite sety i bis. Aby zachować równowagę w przyrodzie relacja taka nie będzie. A może będzie… Zobaczymy.

Płytę „A Sound of the Wooden Fish” Artura Maćkowiaka i Grzegorza Pleszyńskiego miałem okazję recenzować na łamach PopUpMusic (klik), zatem z materiałem albumowym zapoznałem się swego czasu dość wnikliwie. Nie ukrywam, że podczas kolejnych odsłuchów w pamięć najbardziej zapadały mi fragmenty wydawnictwa, w które wklejony został klarnet Jerzego Mazzolla – w związku z tym wiadomość o mini-trasce tria przyjąłem z entuzjazmem.

Koncert w warszawskim Mózgu był pierwszym z trzech (kolejne odbyły się w Toruniu i Bydgoszczy). Być może właśnie dlatego występ zdominował pierwiastek eksperymentu, niekiedy wręcz generujący sceniczny chaos, zarówno w warstwie muzycznej, jak i performerskiej. To nie do końca zarzut. Przede wszystkim trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Grzegorz Pleszyński nie jest zawodowym muzykiem – jest przede wszystkim artystą sztuk wizualnych i happenerem (jakkolwiek anachronicznie to słowo by nie brzmiało, tu wydaje mi się zasadne). Jerzemu Mazzollowi sceniczne szaleństwa również obce nie są. Właściwie w kompanii, która zagrała w Mózgu ogniwem najspokojniejszym był Artur Maćkowiak i to głównie na jego barkach spoczywał ciężar upinania całości w narrację spójną, przy całej jej nieprzewidywalności i wszystkich ekstrawagancjach. Z tego zadania gitarzysta wyszedł zdecydowanie obronną ręką, zresztą jego ostatnie wydawnictwa (solowe i zespołowe) pokazują, że generowanie specyficznego, hipnotycznego klimatu przychodzi mu z dużą łatwością.

Niemniej jednak, to właśnie Pleszyński był w Mózgu niekwestionowanym frontmanem, bezpośrednio wchodzącym w interakcję z publicznością. Występ rozpoczął się od historii powstania jego niekonwencjonalnego dęciaka, czyli prostej trąbki/lejka, połączonego z ustnikiem długim plastikowym wężem, którym artysta wymachiwał na wszystkie strony. Leitmotywem wieczoru miał być puls – bicie serca, dźwiękiem, który słyszymy jako pierwszy. Tak też się stało. Muzyka miała zdecydowanie płynny i jednostajny charakter, co zwiastował już pierwszy gest Maćkowiaka – swobodne turlanie slide’u po gryfie gitary. Pleszyński oprócz osobliwej trąbki posługiwał się keyboardem, na dość intuicyjnej zasadzie, wplatając zaskakujące/przypadkowe wtręty w psychodeliczną strukturę gitary i syntezatora. Elementem niuansującym całość był basklarnet Mazzolla, w pierwszym secie raczej niedominujący, drone’owy, ale z czasem coraz bardziej wyrazisty i wybijający się na pierwszy plan (w dość naturalny sposób). Nie zabrakło w grze artysty również quasi-perkusyjnego wykorzystania instrumentu, śpiewania przez klarnet bez ustnika „skrzela mi wysiadają”, czy narastających, meandrujących solówek.

Ciekawe były momenty gwałcenia formuły klasycznego koncertu, takie jak wychodzenie z instrumentami na widownie, głównie praktykowane przez Pleszyńskiego, ale też i Mazzolla. Iście punkowym zachowaniem było nagłe, agresywne uderzanie krzesłem o podłogę (pierwszy z Panów) i głośne szuranie nim po całym Mózgu… Nieprzewidywalność poparta sporą charyzmą i improwizatorskim zacięciem. Myślę, że ś.p. Captain Beefheart byłby zadowolony.

W drugim secie skład uzupełnił Sławek Janicki na kontrabasie, co skierowało muzykę na tory (powiedzmy) trochę bardziej „jazzowe” (ale też bez przesady). W każdym razie ciekawy, różnorodny basowy background, pozwalał reszcie muzyków na jeszcze większe puszczenie wodzy – Maćkowiak piętrzył transowe pętle, Pleszyński szalał za klawiszami i co jakiś czas dopełniał trąbką intensywne improwizacje Mazzolla. „Dobry chaos” części pierwszej pozostał, lecz zyskał na komunikatywności i sile. Z dwóch setów, to właśnie drugi zrobił na mnie większe wrażenie – muzycy zaczęli po prostu lepiej odczytywać swoje intencje. Jeśli reguła została zachowana, to prawdopodobnie występy w Toruniu i Bydgoszczy zażarły jeszcze lepiej.

Koncert zwieńczył bis, yassowy standard „Ojczyzną naszą dobroć, dobroć…” zagrany już tylko przez Mazzolla i Pleszyńskiego w przyjemnie połamanej, koślawej „wersji Kraftwerk”. Być może coś było dalej, w każdym razie na tym numerze zakończył się mój pobyt w Mózgu – zbliżała się północ, a ostatnie tramwaje uciekały. Ponad godzinny poślizg zrobił swoje.

Interesujący wieczór z naprawdę znakomitymi, esencjonalnymi momentami, które trochę traciły na sile przez samą długość koncertu – czyli sytuacja podobna jak z tym tekstem, ale cóż począć, sporo się działo i litery pączkują naturalnie. Trio Maćkowiak-Mazzoll-Pleszyński gra widowiskowo, tworzy muzykę bardzo psychoaktywną, która mogłaby śmiało posłużyć za soundtrack do jakiejś surrealistycznej animacji, np. filmu przyrodniczego o drewnianych rybach pływających w mózgu po lobotomii… Ok, może nie było aż tak dziwnie, ale to i tak piguła dla otwartych i cierpliwych uszu. Moje były zadowolone.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

The Necks powszedni w Teatrze Powszechnym

The Necks w Teatrze Powszechnym

Właściwie podpisałbym się pod tekstem Marcina Marchwińskiego (klik), ale zrobić materiał o wydarzeniu tego typu zawsze warto. Zatem…

Dla osób będących już po koncertowej inicjacji z muzyką australijskiego trio, występ w Teatrze Powszechnym w zasadzie nie mógł być zaskoczeniem. O koncercie w CSW przed dwoma laty pisałem w dość emocjonalnym tonie na łamach Jazzarium (klik), więc doskonale rozumiem wszelkie dziewicze zachwyty. Dwa, blisko godzinne sety, improwizacja tkana bardzo powoli i precyzyjnie, przypominająca układanie finezyjnego domku z kart. Struktura rozrastała się fraktalnie, procesualnie, a momenty nakładania, bądź modulacji poszczególnych warstw perkusji, basu i fortepianu ginęły, ulegały iluzorycznemu zatarciu w mnogości repetycji.

The Necks po winie, przez wino

Fraktal – jak donosi Wikipedia, internetowa skarbnica omylnej myśli ludzkiej – „ma nietrywialną strukturę w każdej skali”, „struktura ta nie daje się łatwo opisać w języku tradycyjnej geometrii euklidesowej”, „jest samo-podobny, jeśli nie w sensie dokładnym, to przybliżonym ”, „ma naturalny („poszarpany”, „kłębiasty” itp.) wygląd”. Jak dla mnie metafora całkiem się zgadza… Dalej: „Za jedną z cech charakterystycznych fraktala uważa się samopodobieństwo, to znaczy podobieństwo całości do jego części”. Zatem w Teatrze Powszechnym mieliśmy dwa fraktalne twory muzyczne – ewentualnie sześć, jeśli chcielibyśmy rozpatrywać sety przez pryzmat każdego z muzyków. Większe wrażenie zrobił na mnie koncert numer 2, aczkolwiek gdyby nie oszczędna formuła części pierwszej, nie byłoby na koniec kontrastu impresyjność/ekspresja, w którym „każdy mógł znaleźć coś dla siebie”. Z krótkiego wywiadu po koncercie (na niewielkiej próbie badawczej) okazało się, że zwolenników pierwszej części również nie zabrakło, aczkolwiek były to w większości osoby pierwszy raz słuchające The Necks na żywo.

Cóż, nie będę tutaj specjalnie nadwyrężał klawiatury. Był to koncert zdecydowanie udany, miał duży potencjał relaksacyjny, pozwalał dosłownie zatopić się w dźwiękach. Choć nie zrobił na mnie już tak piorunującego wrażenia jak występ przed dwoma laty, to w dalszym ciągu trudno mi kryć entuzjazm. Pozytywnym symptomem jest też znakomita frekwencja – początkowo trio miało wystąpić na scenie małej, ostatecznie wyprzedała się cała duża sala teatru. Można wręcz powiedzieć pół żartem, że „Polacy pokochali The Necks”, co dobrze opisał Bartek Chaciński na Polifonii (klik). Na koniec brawa dla organizatorów: Stowarzyszenia Plan B, Mózg Foundation, Teatru Powszechnego oraz Dwa Osiem. Popularyzowanie tak „niebiańskiej” muzyki, to dobry uczynek w wymiarze kulturotwórczym. Tytuł tego tekstu ma charakter po części życzeniowy. Więcej takich eventów proszę!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

PS: Po Necksach w klubie Mózg odbył się jeszcze koncert młodego, audio-wizualnego projektu Tirvyous Wagon w ramach darmowego cyklu „Let me introduce” (który prezentuje niszowe zjawiska muzyczne z Polski i z zagranicy). Niestety nie udało mi się już dotrzeć na występ, ale korzystając z okazji – polecam uwadze w przyszłości. Na zeszłorocznym X Mózg Festiwalu (klik) zespół zrobił na mnie pozytywne wrażenie.

Ex-Easter Island Head w Pardon To Tu

4

„Dźwiękowe prostactwo”, „wycieranie gęby minimalizmem”, „przykre doświadczenie koncertowe”, „minimal myśli i muzykalności”, „piewcy hucpy”, „nie specjalnie muzykalni i nie ciekawi muzyki ludzie”  – oto wyimki z relacji (klik) koncertu Ex-Easter Island Head opublikowanej na łamach portalu Jazzarium.pl (autor: Maciej Karłowski, redaktor naczelny). Powiało chłodem i protekcjonalnością. Dziwne, że muzyka aż tak miałka w ogóle doczekała się tak długiego tekstu. Czyżby burza w szklance wody? Tak sądzę. Choć wyprowadzenie ciosów przeciwko zespołowi z Liverpoolu pochłonęło tyle znaków i akapitów, to na dobrą sprawę kwestia oceny wydarzenia sprowadza się do skrajnie relatywnych argumentów. Ex-Easter Island Head pogwałcić mieli takie obiektywne wartości jak „dbałość o istotę dźwięku, o jego kształt, brzmieniową szlachetność i pieczołowitość jego wydobycia”, również poddana została w wątpliwość „wyrafinowana czystość zarówno intencji, jak i wykonania”.

Cóż mogę powiedzieć, by nie postawić się w jednym szeregu z owymi „piewcami hucpy”? Tak na marginesie – to bardzo dobra nazwa dla jakiegoś punkowego projektu z okolic Nowej Muzyki Żydowskiej. Jak można podważyć tak żelazne oskarżenia jak nieczystość intencji? Tym bardziej, że oręż został wytrącony przez przytoczenie w relacji erudycyjnych przykładów, nazwisk, idei, podpartych kokieteryjną formułą: „Wiem, to za mało żeby zabierać w tej sprawie głos”. Hmmm…

Po pierwsze mogę przywołać fragmenty rzeczonego występu (lepiej brzmi na głośnikach):

Po drugie mogę się przyznać, że klaskałem po koncercie dość głośno, a nawet kilka razy zrobiłem „łuł”. Słuchacze zgromadzeni w Pardon To Tu przyjęli propozycję Ex-Easter Island Head z żywym entuzjazmem (też pamiętam gorętsze aplauzy, niemniej ten był całkiem krewki). Ale spokojnie, wracając do litanii cytatów – „nie ma nic złego w reakcjach publiczności na ich muzykę”. Dziwne, bo czytając tekst na Jazzarium można dojść do zgoła innych wniosków. Przywoływany na początku kwietnia problem „guilty pleasure” wraca jak bumerang.

Owszem, podobał mi się koncert „piewców hucpy”. Być może dlatego, że nie zastanawiałem się specjalnie nad osadzeniem tej twórczości w kontekście stylistyki, a kierowałem się raczej niskim, lecz w przypadku muzyki jakże arbitralnym imperatywem przyjemności. Również nie miałem jakichś nadmiernie wyśrubowanych oczekiwań. Umówmy się – koncert, całkiem zresztą słusznie, nie był zapowiadany jako wiekopomne wydarzenie. Tymczasem okazał się bardzo zadowalający.

3

Występ zrobił na mnie wrażenie, był zwięzły, z ciekawą, bardzo płynnie poprowadzoną dramaturgią – słowo klucz: repetycja. Ponadto przedstawiał się interesująco w aspekcie wizualnym. Nie wydaje mi się żeby Brytyjczycy swą twórczością pretendowali do stawiania ich w jednym szeregu z gigantami minimalizmu, czy wpisywania złotymi zgłoskami w kontinuum tej konkretnej tradycji. W postawie scenicznej tria raczej ciężko było doszukać się jakiejkolwiek arogancji, buty, czy gwiazdorstwa. To nie był koncert na Warszawską Jesień, tylko klubowy występ składu, który nieźle odrobił lekcje z krautrocka, Reicha, ambientu… Ex-Easter Island Head łączą dość prostą, chwytliwą melodykę z eksperymentem formalnym, stroniącym od nadmiernego przekombinowania. Oczywiście można to też nazwać „dźwiękowym prostactwem”. Ale gdyby w istocie właśnie tak brzmiało dźwiękowe prostactwo, to światowa audiosfera byłaby krainą mlekiem i miodem płynącą.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

PS: Tytułem uściśleń warto dodać, że koncert był organizowany wraz z portalem PopUpMusic.pl, z którym co prawda współpracuję, jednak nie miałem żadnego udziału w przygotowaniu eventu.

TRANS/WIZJE 6: bonusy wizualne

Ostatnio miałem okazję recenzować drugi dzień tegorocznego festiwalu TRANS/WIZJE dla PopUpMusic.pl. Zagrali kolejno: Księżyc, Kapital, Rashad Becker, Oren Ambarchi, Phurpa.

TUTAJ możecie sobie przeczytać tekst, a poniżej dorzucam większą porcję zdjęć i wideo-niespodziankę, krótki fragment występu zespołu Phurpa. Rosjanie posługują się pradawną, tantryczną techniką wokalną, robiącą na żywo niesamowite wrażenie.

Enjoy!

 

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Środa pełna ForTune’y (premiery: Malerai +goście / M. Masecki)

Chłodna wiosna

Nad mokrymi polami ryżowymi

Chmury bez korzeni

– „Haru” Hakigoto Kawahigashi (jeden z utworów na „Utsuroi”)

Korzenie bez chmur

8 kwietnia w Warszawie upłynął pod znakiem koncertowych premier dwóch projektów zielonej (teoretycznie folkowej) serii wydawniczej oficyny For Tune. W tym samym czasie koncerty zagrało Malerai (z Kazuhisą Uchihashim i Mayą R) w Studiu im. W. Szpilmana promując „Utsuroi”, natomiast w Pardon To Tu Marcin Masecki zaprezentował „Mazurki”. Dość osobliwa strategia promocyjna postawiła słuchacza w roli osiołka, któremu to w żłobie dano… Cóż, jako że na żywo „Mazurki” spożywałem już ze żłobu im. W. Lutosławskiego (klik), wybór mój padł na koncertową premierę Malerai.

Utsuroi - Malerai-Uchihashi-Maya RMazurki - Marcin Masecki

Płyta „Utsuroi” (po japońsku: Przemijanie) jest już drugą częścią projektu „Muzyka do języków” Michała Górczyńskiego. Po albumie nagranym w jidysz „Preparing to Dance” z gościnnym udziałem Marcina Maseckiego i Hanny Goldstein, przyszedł czas na skok do dalekiego kraju kwitnącej wiśni. Tym razem trio Malerai (Dagna Sadkowska, Michał Górczyński, Mikołaj Pałosz) zostało wsparte przez znakomitego gitarzystę i improwizatora Kazuhisę Uchihashiego oraz wokalistkę Mayę R. Na utwory z „Utsuroi” składa się głównie japońskie haiku autorstwa Yashihiro Harady i Kawahigashiego Hekigoto, ale też (dość ekscentryczny pomysł) przekłady z niemieckiego poezji Fryderyka Nietzschego. Wszystkie teksty w tłumaczeniu na polski i angielski były dostępne do wglądu dla publiczności na kartkach. Tyle liner notesów.

Ogólnie rzecz ujmując był to koncert bardzo energetyczny. Materiał został w jakichś 90 procentach skomponowany przez Górczyńskiego, który również na scenie pełnił rolę niekwestionowanego lidera kwintetu. Przy okazji nie ograniczał się do klarnetu – grał również na flecie, saksofonie tenorowym, niewielkich rozmiarów keyboardzie, puszczał organiczne sample (czyt. szum fal, śpiew ptaków), beatboxował… Przy okazji artysta wykorzystał w trakcie występu doświadczenie performerskie, biegał po sali uderzając pałeczką w krzesła, rzucał fletem w pulpit, schodził za scenę zagrać intensywne klarnetowe solo. Wszystkie te elementy, wydawać by się mogło pozamuzyczne (chociaż nie, bo generowały, bądź modulowały dźwięk), były bardzo dobrze wkomponowane w strukturę występu, urozmaicały go i nieustannie ogniskowały uwagę słuchacza. Bardzo podobała mi się funkcja jaką w składzie pełniła gitara Uchihashiego – była bardziej ornamentalna, lecz charakterystyczna, kiedy trzeba ostra jak brzytwa, jednak stosunkowo sporadycznie wychylała się na pierwszy plan. Podobno Japończyk w procesie nagrywania albumu, skomponowanego od początku do końca, zachował improwizatorską swobodę. Na koncercie widać było jak umiejętnie z tej wolności potrafi korzystać, nie przytłaczając brzmieniem instrumentu całości wypowiedzi – klasa. Również duże wrażenie zrobił na mnie wokal Mayi R, który po raz pierwszy miałem przyjemność słyszeć na żywo. Artystka dysponuje imponującym głosem, a nieprzewidywalna, zadziorna muzyka Malerai i Uchihashiego świetnie komponowała się z wokalną ekspresją – raz delikatną, subtelną, kiedy indziej wrzaskliwą. Kwintet zagrał cały materiał z albumu, powtarzając jedną z piosenek na bis.

Malerai_Uchihashi_Maya_R - foto. Piotr Lewandowski

Nad tego rodzaju projektami często unosi się groźne widmo popadnięcia w cepelie, bądź ślepą uliczkę world music. W przypadku „Utsuroi” nie ma o tym mowy. To materiał bardzo przemyślany, dopracowany, a przy okazji zrealizowany (również na płycie) z dużą wyobraźnią, która mówiąc sloganem – „nie pozwala na nudę”. W następnej odsłonie projektu Malerai bierze na warsztat poezję perską. Brzmi ciekawie! „Utsuroi” to nietypowa i charakterystyczna pozycja w pejzażu polskiego rynku wydawniczego, również dobry przykład na to, że eksperyment nie musi zakładać nieczytelności i unikać klarownej koncepcji. Jak również – parafrazując klasyka – awangarda nie musi być smutna.

————————————————————————————————————————–

Wychodząc ze Studia im. W. Szpilmana pomyślałem: „a może by tak do Pardonu skoczyć, załapać się jeszcze na jeden czy dwa mazurki…”. Marcin Masecki działa na warszawską publiczność jak magnes i nie ulegało wątpliwości, że klub będzie tego wieczoru pękał w szwach. Przed dwoma miesiącami pianista grając „Mazurki” wypełnił szczelnie potężne Studio Lutosławskiego. Powrót „Mazurków” do Pardon To Tu miał jednak charakter symboliczny – to pod klubem narodziła się sama idea projektu. Niestety, zbliżając się do placu Grzybowskiego stawało się coraz bardziej jasne, że nie załapię się nawet na bis. Tłumy już wylewały się z wnętrza klubu. Zatem nie będzie o koncercie, a ogólnie.

Marcin Masecki - foto. Marcin_Marchwiński

Wychodząc z premiery Malerai usłyszałem ciekawą opinię odnośnie zainteresowania jakie zawsze generuje osoba Maseckiego: „Ludzie się zachwycają, a tak naprawdę nie wiedzą co dokładnie im się w tej muzyce podoba. Sytuacja trochę jak ze Swans”. Cóż, myślę, że pianista do pewnego stopnia jest „ofiarą” autokreacji, charakterystycznego wizerunku rozrabiaki, łobuzerskiego wirtuoza, który gra tupiąc nogą w kapciach. To pierwsza, powierzchowna i bardzo małostkowa perspektywa, przesłaniająca często to, co najważniejsze, czyli muzykę. Wracając spod Pardonu, słuchałem „Mazurków” na słuchawkach i doszedłem do wniosku, że Masecki powinien grać koncerty po ciemku, albo rozdawać publiczności opaski na oczy, żeby skanalizować odbiór tylko na zmysł słuchu, nie odwracać uwagi od meritum. To naprawdę wyjątkowa płyta, na której pianista posługuje się własną logiką porządkowania dźwięków, a baczne śledzenie tej układanki jest fascynujące. Frywolna, rytmiczna forma mazurka powoli przekształca się w coś osobnego, oryginalnego i „precyzyjnie popsutego”. Tutaj sztuka zniekształcenia przewyższa sam obiekt zniekształcany. To już kwestia stylu, flow, języka, który Masecki ma nie do podrobienia. W „Jaka to melodia” dałby się odgadnąć po jednej nutce – i to jest komplement! Każdy dobry artysta jest charakterystyczny (choć nie każdy charakterystyczny muzyk jest od razu dobrym artystą). „Mazurki” są zdecydowanie materiałem artystycznym dużej klasy, spójnym, konsekwentnym w niekonsekwencji. I pamiętajmy – awangarda nie musi być smutna. Tak jak okładka nie musi być zawsze czarno-biała… Ale mniejsza o to, zamknijmy oczy, liczy się muzyka.

Tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tatatatatatatatatata. Bum.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zdjęcia:

Malerai – © Piotr Lewandowski

M. Masecki – © Marcin Marchwiński (fotoblog)

_oŚ_Ci_z_eF_Be_

20150319_230159

1 Raz

2 Dwa

1 Raz

2 Dwa

1. Hiphopowa, konceptualna forma koresponduje. Oscyluje po internetach. Estetyka znów na językach. Sądzę, że w dużej mierze za sprawą interesującego i intensywnie dyskutowanego w ostatnich tygodniach albumu „Orient” duetu Syny (Robert Piernikowski, 1988). Płyta o bardzo wyrazistej stylistyce już od pierwszych dni zaczęła obrastać kontekstualnymi interpretacjami, hypami i hejtami. Zwykle dyskusje sprowadzały się do kwestii arbitralnej dla rapu – tzn. do mitycznej „autentyczności”. Osobiście bardzo się cieszę, że krążek wywołał poruszenie, ponieważ to materiał wyjątkowy i zdecydowanie zasługuje na rozgłos. Ograniczę się tutaj do stwierdzenia faktów oczywistych: Syny dysponują niezwykle hipnotycznym, acz specyficznym flow, a duszne, psychodeliczne podkłady zakorzenione w pięknej dubowej tradycji już po chwili wciągają słuchacza jak walkman taśmę. Wśród szeregu opinii dotyczących płyty najbliżej mi do tej autorstwa Jakuba Bożka (klik). Póki co „zorientowałem się” już wielokrotnie z naprawdę dużą przyjemnością i prawdopodobnie jeszcze sporo takich seansów przede mną. Pozostaje gorzko żałować przegapionego warszawskiego koncertu w Dwa Osiem… Podsumowując: „Instytut poleca”.

2. O wiele mniejszy entuzjazm (powiedzmy) społeczny, wywołują próby internalizacji disco polo przez kulturę (znów powiedzmy) wyższą niż niska. Sprawa w świetnym stylu została skomentowana na Polifonii przez Bartka Chacińskiego (klik). Czytałem wpis w obronie przed diskopolizacją (?) dyskursu publicznego z prawdziwą radością, która nie mijała (a czasem wzrastała) wraz ze śledzeniem lawiny komentarzy, jakie artykuł wywołał. Choć filmu „DP” nie widziałem, to po obserwacji zamieszania jakie wygenerował – o ironio – aż mam ochotę na niego zerknąć! Oczywiście „zrobię to ironicznie”… Ale chyba poczekam aż pojawi się na Polsacie albo w TVP Kultura. Pora na wręcz konfesyjne w dobie autokreacji i prekariackiego indywidualizmu wyznanie: Instytut dysponuje telewizorem LG z dziesiątkami, setkami kanałów, które ogląda nieraz z dziką, bezmyślną satysfakcją. A może jednak jest to „winna satysfakcja”? No właśnie…

3. „Guilty Pleasure”. To kolejny temat, który rozpalił blogosferę, a wszystko przez RWA ZIN, na łamach którego doszło do interesującej dyskusji na temat rzeczonego zjawiska (klik). Warto zauważyć, że jest to rodzaj autoreferencyjnego zwrotu w krytyce muzycznej, która sama „winną przyjemność” wykreowała wprost z diapazonu znawstwa, ocen arbitralnych, lub jak to w tekście ładnie zostało sformułowane – likesetterskich. Uczucie guilty pleasure jest odpryskiem, powikłaniem bezpośrednio wynikającym z powierzchownego postrzegania muzyki przez pryzmat konkretnych wspólnot interpretacyjnych. Dosyć trafnie podsumował to Mateusz Romanowski: „guilty pleasure zależy od relacji władzy albo nie istnieje„. Ale z drugiej strony cóż od relacji władzy nie zależy?

4. W kontekście powyższej dyskusji trzeba napomknąć o nadchodzącej premierze książki jednego ze sprawców zamieszania wokół guilty pleasure, autora bloga Fight!Suzan, Filipa Szałaska. Nakładem Wydawnictwa w Podwórku niebawem ukaże się pozycja „Jak pisać o muzyce. O wolnym słuchaniu„. Nie tak dawno w artykule „O muzyce w tekście (polskim)” biadoliłem na posuchę wśród krajowych publikacji, dlatego przyjąłem wiadomość o premierze z dużym entuzjazmem. Z tekstami na Fight!Suzan można się nie zgadzać, jednak nie sposób odmówić im wnikliwości i inteligencji (nie mówiąc już o specyficznym stylu). Wobec powyższych „Jak pisać o muzyce. O wolnym słuchaniu” zapowiada się naprawdę intrygująco!

5. Simona Reynoldsa w tłumaczeniu Jakuba Bożka krytycy przyjęli z zachwytem, czołobitnie i na kolanach (klik1, klik2). Cóż, fajnie, że takie książki tłumaczy się na polski, choć jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ciekawe jak w dalszej perspektywie wydanie tej pozycji wpłynie na słuchaczy w Polsce (a może i na kształt sceny muzycznej?) . Mam na myśli np. kolejne 10-15 lat.  I wciąż pozostaje pytanie: co z tą Polską?

6. No właśnie. Nie jest dramatycznie, skoro powstają już takie opracowania jak „Antologia polskiego rapu” – uwaga: dostępne jako bezpłatny e-book! Rzecz ukierunkowana typowo regionalnie, traktująca o najpopularniejszym gatunku w Polsce (sorry disco polo…). Tutaj ciekawie publikację komentuje Borys Dejnarowicz.

7. W marcu urodziny obchodziła (pozdro) Trzecia Fala – internetowa opoka muzyki improwizowanej i eksperymentalnej. oraz oficyna BDTA, specjalizująca się w wydawaniu muzyki najróżniejszej w jakości hand-made (ciekawy wywiad z twórcą oficyny). Uroczyste „Happy birthday!” dla obu zacnych podmiotów na muzycznej mapie Polski. Oprócz tego w CSW odbyła się stypa po Cat/Sun, sublabelu Monotype Records, który przez kilka lat działalności wypuścił kilka kosmicznych płyt. Uroczyste „Rest in peace”.

8. Słuchowiska? Słuchowiska można uważać za gatunek anachroniczny… Okazuje się, że „nic bardziej mylnego”! O renesansie tej formy wypowiedzi muzyczno-tekstowej można przeczytać na łamach bloga 1 Uchem 1 Okiem. Bartosz Nowicki przeprowadził również szereg wywiadów z autorami najciekawszych polskich słuchowisk ostatnich miesięcy (tag „słuchowisko” i w dół).

9. Scena toruńsko-bydgoska (a może bydgosko-toruńska?) w nieustannym natarciu. Mocne, psychodeliczne strzały od duetu Kapital („Chaos to Chaos„) i Artura Maćkowiaka („If It’s Not Real„). Również interesująco zapowiada się nowa, rozszerzona Alameda 5. Odsłuchy warto uzupełnić kontekstem, który płynie z ust samych autorów: Alfabet Kapitalu, Czynniki Pierwsze płyty Artura Maćkowiaka.

Ponadto nowy album na kwiecień szykuje Jerzy Mazzoll (odautorski komentarz i singiel). Natomiast z premierowym materiałem grupy kIRk można zapoznać się (póki co tylko) audio-wizualnie TU.

10. Część auto-piAr. Sprawozdania z marcowych koncertów odnajdziecie klikając w zakładkę „Teksty” (albo po prostu w te literki po lewej, przed nawiasem, w cudzysłowie). To był dobry miesiąc. Upłynął w dużej mierze pod znakiem trąbki… Najciekawsze rzeczy grali Polacy, Amerykanie i Portugalczycy.

11. Zestawienie inauguracyjnego odcinka _oŚ_Ci_z_eF_Be_ podsumuje Paul D. Miller, czyli DJ Spooky:

DJ Spooky

 

Krzysztof Wójcik (((ii)))