Pleszyński, Maćkowiak, Mazzoll (+Janicki) w Mózgu Powszechnym

06 Mazzoll_Pleszyński_Maćkowiak

To był koncert bardzo długi – dwa obfite sety i bis. Aby zachować równowagę w przyrodzie relacja taka nie będzie. A może będzie… Zobaczymy.

Płytę „A Sound of the Wooden Fish” Artura Maćkowiaka i Grzegorza Pleszyńskiego miałem okazję recenzować na łamach PopUpMusic (klik), zatem z materiałem albumowym zapoznałem się swego czasu dość wnikliwie. Nie ukrywam, że podczas kolejnych odsłuchów w pamięć najbardziej zapadały mi fragmenty wydawnictwa, w które wklejony został klarnet Jerzego Mazzolla – w związku z tym wiadomość o mini-trasce tria przyjąłem z entuzjazmem.

Koncert w warszawskim Mózgu był pierwszym z trzech (kolejne odbyły się w Toruniu i Bydgoszczy). Być może właśnie dlatego występ zdominował pierwiastek eksperymentu, niekiedy wręcz generujący sceniczny chaos, zarówno w warstwie muzycznej, jak i performerskiej. To nie do końca zarzut. Przede wszystkim trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Grzegorz Pleszyński nie jest zawodowym muzykiem – jest przede wszystkim artystą sztuk wizualnych i happenerem (jakkolwiek anachronicznie to słowo by nie brzmiało, tu wydaje mi się zasadne). Jerzemu Mazzollowi sceniczne szaleństwa również obce nie są. Właściwie w kompanii, która zagrała w Mózgu ogniwem najspokojniejszym był Artur Maćkowiak i to głównie na jego barkach spoczywał ciężar upinania całości w narrację spójną, przy całej jej nieprzewidywalności i wszystkich ekstrawagancjach. Z tego zadania gitarzysta wyszedł zdecydowanie obronną ręką, zresztą jego ostatnie wydawnictwa (solowe i zespołowe) pokazują, że generowanie specyficznego, hipnotycznego klimatu przychodzi mu z dużą łatwością.

Niemniej jednak, to właśnie Pleszyński był w Mózgu niekwestionowanym frontmanem, bezpośrednio wchodzącym w interakcję z publicznością. Występ rozpoczął się od historii powstania jego niekonwencjonalnego dęciaka, czyli prostej trąbki/lejka, połączonego z ustnikiem długim plastikowym wężem, którym artysta wymachiwał na wszystkie strony. Leitmotywem wieczoru miał być puls – bicie serca, dźwiękiem, który słyszymy jako pierwszy. Tak też się stało. Muzyka miała zdecydowanie płynny i jednostajny charakter, co zwiastował już pierwszy gest Maćkowiaka – swobodne turlanie slide’u po gryfie gitary. Pleszyński oprócz osobliwej trąbki posługiwał się keyboardem, na dość intuicyjnej zasadzie, wplatając zaskakujące/przypadkowe wtręty w psychodeliczną strukturę gitary i syntezatora. Elementem niuansującym całość był basklarnet Mazzolla, w pierwszym secie raczej niedominujący, drone’owy, ale z czasem coraz bardziej wyrazisty i wybijający się na pierwszy plan (w dość naturalny sposób). Nie zabrakło w grze artysty również quasi-perkusyjnego wykorzystania instrumentu, śpiewania przez klarnet bez ustnika „skrzela mi wysiadają”, czy narastających, meandrujących solówek.

Ciekawe były momenty gwałcenia formuły klasycznego koncertu, takie jak wychodzenie z instrumentami na widownie, głównie praktykowane przez Pleszyńskiego, ale też i Mazzolla. Iście punkowym zachowaniem było nagłe, agresywne uderzanie krzesłem o podłogę (pierwszy z Panów) i głośne szuranie nim po całym Mózgu… Nieprzewidywalność poparta sporą charyzmą i improwizatorskim zacięciem. Myślę, że ś.p. Captain Beefheart byłby zadowolony.

W drugim secie skład uzupełnił Sławek Janicki na kontrabasie, co skierowało muzykę na tory (powiedzmy) trochę bardziej „jazzowe” (ale też bez przesady). W każdym razie ciekawy, różnorodny basowy background, pozwalał reszcie muzyków na jeszcze większe puszczenie wodzy – Maćkowiak piętrzył transowe pętle, Pleszyński szalał za klawiszami i co jakiś czas dopełniał trąbką intensywne improwizacje Mazzolla. „Dobry chaos” części pierwszej pozostał, lecz zyskał na komunikatywności i sile. Z dwóch setów, to właśnie drugi zrobił na mnie większe wrażenie – muzycy zaczęli po prostu lepiej odczytywać swoje intencje. Jeśli reguła została zachowana, to prawdopodobnie występy w Toruniu i Bydgoszczy zażarły jeszcze lepiej.

Koncert zwieńczył bis, yassowy standard „Ojczyzną naszą dobroć, dobroć…” zagrany już tylko przez Mazzolla i Pleszyńskiego w przyjemnie połamanej, koślawej „wersji Kraftwerk”. Być może coś było dalej, w każdym razie na tym numerze zakończył się mój pobyt w Mózgu – zbliżała się północ, a ostatnie tramwaje uciekały. Ponad godzinny poślizg zrobił swoje.

Interesujący wieczór z naprawdę znakomitymi, esencjonalnymi momentami, które trochę traciły na sile przez samą długość koncertu – czyli sytuacja podobna jak z tym tekstem, ale cóż począć, sporo się działo i litery pączkują naturalnie. Trio Maćkowiak-Mazzoll-Pleszyński gra widowiskowo, tworzy muzykę bardzo psychoaktywną, która mogłaby śmiało posłużyć za soundtrack do jakiejś surrealistycznej animacji, np. filmu przyrodniczego o drewnianych rybach pływających w mózgu po lobotomii… Ok, może nie było aż tak dziwnie, ale to i tak piguła dla otwartych i cierpliwych uszu. Moje były zadowolone.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s