Cukier w Dwa Osiem

To nie będzie wpis dla noise’owych diabetyków. Przed Państwem Cukier – trio eksperymentalno-jazzowo-hałasowe!

Cukier

Zespół w składzie (od lewej) Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech i Michał Kasperek, zagrał w jeden z bardziej niewdzięcznych dni koncertowych maja – musiał walczyć o publiczność z 5 innymi wydarzeniami (m.in. z Kenem Vandermarkiem i Wovoką). I choć słuchacze nie przyszli do Dwa Osiem tłumnie, to z pewnością nie mogli narzekać na brak wrażeń.

Muzyka Cukru wbrew nazwie nie jest słodziutka, choć bez wątpienia silnie atakuje kubki smakowe. Może również zapewnić energetyczne odurzenie… Trio ma interesujący pomysł na grę. Syntezator modularny, klarnet i perkusja to cząsteczki, które przy zręcznym powiązaniu mogą dać zdumiewające, nieoczywiste rezultaty. Podczas koncertu w Dwa Osiem na pierwszym planie były: hałas, szum, szmer (efekty akustyczne określane w angielskiej nomenklaturze jednym, zbiorczym słowem: „noise”). Dźwięki elektroniczne o wysokich rejestrach kilkukrotnie rozlewały się ze sceny na widownię gorącą melasą, ciekawie wykorzystującą stereofonię, zniuansowaną na poziomie drobinek, kryształków. Duża w tym zasługa Łukasza Kacperczyka, który po raz kolejny zaimponował dużą wrażliwością na brzmieniowe detale. Muzyk umiejętnie łączy mocne, elektroniczne uderzenie z mikroskopijnymi, organicznymi drobiazgami (muzyka konkretna, sample nagrań terenowych?), ma wyczucie proporcji, które owocuje ciekawą wielowątkową narracją o „ludzkim”, analogowym obliczu. Zatem zawiesista melasa zmieszana z ulotnymi cząsteczkami cukru pudru, niekiedy grubiej zmielonego, zapewniającego błyski i świetlne refleksy.

Kacperczyk_Mełech

Mostem łączącym elektroniczne i akustyczne oblicze Cukru jest Piotr Mełech, w równym stopniu korzystający z klarnetów i bawiący się efektami pod wysokim napięciem. Zdarzały się podczas koncertu momenty gdy siła ściany dźwięku trochę przytłaczała – ginęła wówczas perkusja. Na szczęście trio podobne fragmenty potrafiło po chwili zbalansować muzyką skupioną na detalu, wchodzącą w bardziej subtelne interakcje. Cukier jest zbiorem osobowości o różnym artystycznym zapleczu, dzięki czemu ciężko przewidzieć efekt finalny, a brzmienie całości co chwila wymyka się kategoryzacji. Pierwiastek freejazzowy najsilniej inkorporowany jest przez Mełecha, szczególnie gdy chwyta za basklarnet – posługując się zwykłym klarnetem uzyskuje bardziej abstrakcyjne, sonorystyczne rezultaty. Fajnie, że zestawia ze sobą te dwa pierwiastki. Według mnie powinien częściej sięgać po instrument kosztem elektroniki, którą co prawda też posługuje się sprawnie, ale paradoksalnie brzmi ona najciekawiej, gdy generuje dźwięki zbliżone do barwy klarnetu. To pokazuje koherencję muzycznej wyobraźni niezależnie od medium. Jestem jednak przekonany, że Mełech jest za dobrym instrumentalistą na tak częste odkładanie klarnetu na bok.

Cukier3

Dobrze, że w Cukrze gra perkusista bez akademickiego, stricte jazzowego zaplecza, dysponujący bardziej post-punkowym, klubowym feelingiem. Stabilna i prosta, nieidiomatyczna rytmika jest tutaj wartością. Szkoda, że Kasperek nie wychodził specjalnie na pierwszy plan, raczej odnosił się do kolegów niż wpływał na wolty. Perkusja często ginęła pod elektroniką, a mogłaby bardziej dążyć do konfrontacji. Tutaj jest moim zdaniem potencjał do wykorzystania – mam na myśli spięcie ciekawych eksperymentów formalnych wyrazistym rytmem, silniej wpływającym na cieniowanie i intensyfikację całości. Kasperek powinien polegać na prostocie, wówczas muzyka tria ma szanse na zyskanie większej ostrości, komunikatywności.

Cukier jest zespołem znajdującym się dopiero w stadium embrionu, krystalizacji. Skład zagrał dotąd koncerty, które można policzyć na palcach jednej ręki – chociaż w Poznaniu Panowie mieli już okazję występować przed Kenem Vandermarkiem (zaledwie dzień przed koncertem w Dwa Osiem). Na moje ucho Cukier dysponuje sporym potencjałem, lecz jest na etapie szlifowania/poszukiwania brzmienia, work in progress, a to chyba najciekawszy czas dla zespołu. Może nawet najlepiej by było nigdy finalnego, jasno zdefiniowanego brzmienia nie znaleźć i pozostać naturalną, nierafinowaną demerarą? Jedno jest pewne: Cukier nie ma nic wspólnego z oszukanym syropem glukozowym, cieszy oryginalnym smakiem. I jestem bardzo ciekaw efektów, które w najbliższych miesiącach mają się ukazać w labelu Pawlacz Perski. Liczę na przebłyski tryboluminescencji…

Za Wikipedią:

„Uderzając silnie dwie kostki cukru o siebie, można zobaczyć zjawisko tryboluminescencji. Zabłysną na ułamek sekundy niebieskim światłem. Ale można to dostrzec tylko w absolutnych ciemnościach”.

Tutaj mamy aż trzy kostki, więc może być ciekawie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Charles Gayle Trio w Pardon To Tu (premiera płyty)

Kugel, Gayle, Wójciński

Rok temu z hakiem miałem okazję opisywać sylwetkę Charlesa Gayle’a dla portalu Jazzarium (klik). Był to poniekąd tekst okolicznościowy – właśnie wielkimi krokami zbliżała się pierwsza trasa tria z Ksawerym Wójcińskim w składzie. Poza tym o tak ciekawej postaci jak Gayle po prostu warto pisać, warto czytać, ale przede wszystkim warto słuchać jego muzyki, szczególnie jeśli jest okazja doświadczenia jej na żywo. Niestety przed rokiem nie udało mi się z tej możliwości skorzystać. Tym razem zespół nie zawitał już do Pardon To Tu z pustymi rękami, ale z płytą świeżo wydaną przez For Tune pt. „Christ Everlasting”. Krążek został nagrany na żywo w kwietniu 2014 w poznańskim klubie Dragon.

Koncert takiego składu jak Charles Gayle Trio przypomina trochę lekcję free jazzu w pigułce. Na dodatek lekcję poprowadzoną przez trzy wyraziste osobowości z różnych pokoleń i z różnych stron globu, a co za tym idzie ze zróżnicowanym muzycznym backgroundem. To jednak klasyczne free było tu nadrzędną wartością, a głównym rozdającym Gayle, najstarszy, charyzmatyczny i bez wątpienia najbardziej doświadczony. Nowojorski saksofonista dysponuje charakterystyczną rozedrganą, a zarazem bardzo intensywną frazą. Warto zauważyć, że grał bez nagłośnienia, a mimo to potrafił osiągnąć niesłychanie mocarne brzmienie. Odniosłem też wrażenie jakby wystawiał na próbę kolegów z zespołu – było to szczególnie wyraźne w interakcji z Wójcińskim, któremu saksofonista narzucał niekiedy obłąkańcze tempo. Kontrabasiście ani razu nie powinęła się noga w podobnych dialogach i nawet czasem Gayle dawał za wygraną. Galopujący bas i porywczy, rozkołysany, zawodzący saksofon doskonale równoważył Klaus Kugel grą raczej delikatną, stabilną, przestrzenną i bardzo „talerzową”.

Charles Gayle & Ksawery Wójciński

Koncert znakomicie zażarł już od pierwszych minut – słychać było między muzykami chemię, naturalne wyczuwanie intencji, swobodne flow, co przełożyło się na występ o pasjonującej, wciągającej dramaturgii. Trio pomiędzy własne kompozycje wplatało „hity” emblematyczne dla gatunku jak np. „Ghosts” Aylera, czy „Giant Steps” Coltrane’a. Nie jestem wielkim fanem sięgania po standardy, ale w żywiołowej interpretacji zespołu Gayle’a wysłuchałem ich z prawdziwą przyjemnością. Zresztą saksofonista ma wszelkie podstawy (i predyspozycje) do grania podobnie natchnionej i do pewnego stopnia wyczynowej, ekspresyjnej muzyki.

Jeśli free jazz posiada swą istotę, to koncert w Pardon To Tu stanowił udaną próbę jej uchwycenia. Jaka to istota? Ona tkwi w muzyce i znacznie lepiej jej doświadczyć niż przyswajać tekstowy ekwiwalent. Zdumiewające, że free, którego rodowód przypada (mniej więcej) na połowę ubiegłego wieku, brzmi tak świeżo w dniu dzisiejszym. Tak to bywa gdy świetni muzycy grają na 100% z pełnym zaangażowaniem i pasją. Pisząc te słowa słucham „Christ Everlasting” i znów „doświadczam”, ponieważ krążek trzyma równie wysoki poziom co koncert. Jest też ciekawy pod tym względem, że pokazuje Gayla jako pianistę (swoją drogą CG nagrywał też albumy wyłącznie na klawiszach i ogólnie jest multiinstrumentalistą).

PS: Po występie główny bohater wieczoru opowiedział kilka anegdot, a także emocjonalnie pochwalił Ksawerego Wójcińskiego, którego określił jednym z dwóch (tutaj liczby zaczynają już ulegać plotkarskim wariacjom) najlepszych kontrabasistów, z jakimi kiedykolwiek grał (!). A grał z takimi kozakami jak William Parker czy Dominic Duval. „Bądźcie świadomi kogo macie w kraju”. Bądźmy (klik).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Trzaska / DJ Lenar / Masecki / Rogiewicz / Sienkiewicz w Cafe Kulturalna

Nazwiska imponujące w intrygującym zestawieniu nieprawdaż? Wyżej wymienieni Panowie, artyści charakterystyczni i zasłużeni dla polskiej muzyki/kultury ostatnich lat/dekad, musieli zagrać w jeden z najgorszych wieczorów jakie co roku odbywają się w Warszawie. Noc Muzeów to bodaj najbardziej upiorny termin na wychodzenie z domu. Impreza charakteryzuje się masowym przyswajaniem kultury w wersji instant, rozwodnionej, festyniarskiej, fasadowej. Swego rodzaju muzealny odpust, który można przypieczętować kiełbasą z grilla lub belgijską frytą na Placu Defilad. W Noc Muzeów można paradoksalnie zobaczyć jak dużo osób do instytucji kultury nie chadza. Piszę te słowa mając świadomość jak to wygląda od kuchni, jako osoba do niedawna związana z muzealnictwem. Zresztą nie jest to żadne odkrycie Ameryki. W Noc Muzeów kultura jest jak łapczywie chwytany, darmowy napój Zbyszko z radomskiej wigilii. Smakuje (jakoś) i gasi pragnienie (jakoś), ale nie dostarcza organizmowi nic poza wodą, cukrem i sztucznymi aromatami.

O tej „przeklętej” dacie przypomniałem sobie niestety dopiero w chwili wyjścia na koncerty do Cafe Kulturalnej (które przy okazji były zwieńczeniem festiwalu filmowego Docs Against Gravity). Zatem podwójna kumulacja… Niemniej jednak nazwiska muzyków zachowały magnetyczną siłę przyciągania. Dawno tak dobitnie nie odczułem, że kontekst determinuje sytuację, że byt kształtuje świadomość, czy coś w tym rodzaju.

Proponuję zatem foto-story. Jak na Noc Muzeów jest to chyba idealna forma wpisu.

Mikołaj Trzaska na czerwonym dywanie:

Mikołaj Trzaska

Absolutnie nie dziwię się saksofoniście, że wybrał tak ustronne miejsce, zapewniające minimalną dozę autonomii względem otaczającego zewsząd zgiełku. Pamiętam jak przed kilkoma laty miałem wielką przyjemność słuchać solowego występu Trzaski w warszawskiej Synagodze im. Nożyków – to był wyjątkowy koncert z fenomenalnym klimatem, doskonale korespondującym z muzyką. Ultra-komfortowe okoliczności. Tym razem Trzaska musiał walczyć o audialną czasoprzestrzeń w warunkach festynu, musiał zabrzmieć bezkompromisowo, jak free jazzowy wojownik. I chociaż wystąpił w najbardziej wycofanym zakątku, to zagrał swoje, a przeszywające, szorstkie brzmienie altu pozwalało na rozedrgany azyl w pulsującej rzeczywistości. Autentyzm i konsekwencja – za to duży szacunek. Przy okazji słychać, że Trzaska nie ma najmniejszego problemu z sytuacją samodzielnego koncertu i odnajduje się w podobnej sytuacji równie dobrze jak podczas występów z innymi muzykami. Narracja artysty wciąga, intryguje, „nie pozostawia obojętnym” – i nie jest to slogan. Warto podkreślić, że wyjątkowo mało wyczuwalny był pierwiastek żydowskiej melodyki, gdzieniegdzie pobrzmiewał, lecz nie zdeterminował wypowiedzi. Mankamentem była natomiast mała wizualna dostępność Trzaski, mogła go dostrzec zaledwie garstka słuchaczy.

DJ Lenar pokazuje sufit:

DJ Lenar

Po koncercie Trzaski była niewiadoma: co dalej? Pozostali muzycy – wedle opisu wydarzenia – mieli występować w różnych, nie do końca jasnych konfiguracjach. Zaczął solo DJ Lenar – z dużą dozą prawdopodobieństwa najbardziej oryginalny „dysk dżokej” polskiej, a w każdym razie warszawskiej sceny. Lenar należy do muzyków, którzy przede wszystkim tworzą klimat, wypełniają audiosferę dźwiękami przypominającymi podkręcone i zniekształcone szumy rzeczywistości otaczającej. Muzyka Lenara jest w pozytywnym sensie niedomknięta, tworzy hipnotyczne, noise’owe tło do zastanej sytuacji. Brak bitu, brak skreczów i turntablistycznych popisów zastępuje bardzo przemyślana, horyzontalna warstwa dźwięków o zmieniającym się natężeniu. Wielu DJ-ów mogłoby się od Lenara uczyć sztuki powściągliwości i minimalizacji środków. Program solowy mocno przypominał wydawnictwo „Re:PRES” sprzed trzech lat, na którym artysta poddał autorskiej modyfikacji „Miniatury” Eugeniusza Rudnika. Warto o tym wspomnieć, by ów cykl nestora polskiej elektroniki właśnie doczekał się wydania przez Requiem Records w formie imponującego boxu 4 płyt (klik). Propozycja Lenara na podobnie awangardowy set w sytuacji klubowego zgiełku była dość radykalna, lecz paradoksalnie doskonale wpisała się w klimat, przykuwając uwagę wielu słuchaczy. Wielka szkoda, że DJ Lenar od czasu wspomnianego „Re: PRES” nie wydał żadnego nowego materiału.

Marcin Masecki w blasku światła (i CCTV):

Marcin Masecki

Kolejny solista. Tym razem pomysł na formułę koncertu okazał się lepszy niż samo wykonanie. Improwizacja na pianinie i keyboardach do ujęć zarejestrowanych przez kamery przemysłowe brzmi ciekawie, szczególnie w świetle kończącego się Docs Against Gravity. Jednakże Masecki podszedł do zagadnienia w mało kreatywny sposób, ograniczając się do typowych dla siebie „popsutych” zagrywek, od czasu do czasu bawiąc się mocą elektronicznego brzmienia. Równie dobrze mogłoby nie być warstwy wizualnej, skądinąd dość interesującej (obraz spod mikroskopu, ludzie biegnący po ulicy, satelitarne zdjęcia Ziemi, bojówkarze z karabinami, opakowanie laptopa…). Ciekawe, choć też nie do końca wykorzystane były sekwencje, w których na ekranie pojawiały się ujęcia z przestrzeni Kulturalnej. Masecki zagrał jak na siebie dość „konwencjonalnie niekonwencjonalnie”, ale zabrakło wyrazistości i związku z warstwą wizualną. Cały set można podsumować „pianista sobie, obraz sobie”. Szkoda, bo sam pomysł miał duży potencjał.

DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz (poza zdjęciem, za konsoletą Jacek Sienkiewicz):

DJ Lenar & Jerzy Rogiewicz

Cóż, był to dla mnie ostatni muzyczny obrazek podczas wieczoru w Kulturalnej. Tym razem Lenar zaproponował bit, a trzaski i szumy upiął rytmiczną siatką, do której plecenia dołączył po chwili Rogiewicz z Sienkiewiczem. Brzmienie łączyło brud z coraz bardziej gęstniejącym, prostym klubowym drivem. Hi-hat i werbel Rogiewicza nadawały elektronicznemu garage-tandemowi przyjemny organiczny, „żywy” pierwiastek. Dobrze się tego słuchało, struktura powoli się rozwijała, a trans wisiał w powietrzu. Tym akcentem zakończyłem wizytę w Kulturalnej, a uwodzicielski zapach grillowanej kiełbasy na Placu Defilad odprowadził mnie do metra.

Wnioski po koncertach: za dużo, nie do końca wykorzystana szansa konfiguracyjna, ogólnie niejasny zamysł kuratorski całego przedsięwzięcia. Choć chaos i niejasność, a czasem łopatologia to akurat pewniki jeśli chodzi o Noc Muzeów. I piszmy jednak z małej – noc muzeów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Ksawery Wójciński solo w Dwa Osiem

Ksawery Wójciński

O tym, że Ksawery Wójciński jest muzykiem zdolnym do budowania samodzielnej, zróżnicowanej i wciągającej wypowiedzi artystycznej z nawiązką zaświadczył zeszłoroczny solowy album kontrabasisty „The Soul” (recenzja). To specyficzne wydawnictwo, na którym muzyk zagrał na wszystkich instrumentach (głównie kontrabas, pianino, perkusja), a w niektórych kawałkach pokazał się od strony wokalnej. Choć koncert w Dwa Osiem zatytułowany był właśnie „The Soul”, to próżno było oczekiwać po występie odtworzenia zawartości krążka. Zresztą w przypadku już tak doświadczonego improwizatora jak Wójciński nie miałoby to sensu. Niemniej echo końca albumu pojawiło się odpowiednio na zwieńczenie wieczoru.

Koncert złożył się z trzech wyraźnych bloków. Pierwszym z nich była minimalistyczna improwizacja smyczkiem, bardzo horyzontalna i transowa, z której gdzieniegdzie można było wyodrębnić ludowe motywy melodyczne. Były one jednak zaserwowane na tyle subtelnie i mimochodem, że nie zdeterminowały charakteru narracji. Ten opierał się zdecydowanie na narastającej, gęstniejącej atmosferze jednostajnych pociągnięć smyczkiem i nieznacznie zmieniającej się melodii. Kolejna część występu była popisem możliwość grania na kontrabasie palcami. Powstawały mocne, pulsujące groove’y, rozpędzone, bujające riffy. Być może jednak najbardziej spektakularny okazał się koniec koncertu, bis, w którym Wójciński zaprezentował się jako wokalista. Muzyk posługuje się głosem jakby był on kolejnym instrumentem, a niekoniecznie narzędziem do werbalnego przekazu. Choć nie zabrakło też słów. Trochę szkoda, że wers „Hold on just a little while longer” nie stał się zwiastunem wydłużenia występu, jednak warto pamiętać, że pozostawienie słuchacza w pozytywnym niedosycie to też duża sztuka – w muzyce improwizowanej często niedoceniana.

Oto fragmenty każdej z trzech części występu:

Wieczór w Dwa Osiem miał wszystkie cechy kameralnego koncertu, na który przychodzi publiczność nieprzypadkowa, ale też gotowa na niespodziewane. Tradycyjnie szczęściem w nieszczęściu okazała się malutka frekwencja. Pozwoliła nawiązać bardzo intymny kontakt z dźwiękami płynącymi ze sceny, jednak te zdecydowanie zasługiwały na większą ilość uszu i oczu chętnych do absorpcji scenicznego wystąpienia. Jak już nie raz w tekstach podkreślałem sytuacja koncertu solowego jest wyjątkowa pod wieloma względami. Jeśli ktoś choć raz był na jednoosobowym występie muzycznym w towarzystwie raptem kilku słuchaczy, to doskonale wie o co chodzi. Podobne koncerty pozwalają na bezpośrednie wejście w dźwiękowe uniwersum danego twórcy, co często bywa procesem fascynującym, ciężko opisywalnym. Oczywiście odpowiedzialność za tego typu doznania leży w znakomitej większości na barkach artysty, choć kontekst miejsca i odpowiednia otwartość odbiorcy też są nie do przecenienia. Tym razem okoliczności na każdej płaszczyźnie okazały się sprzyjające. Bardzo dobry, nastrojowy, wręcz poetycki koncert, po którym nie mam wątpliwości, że wers „everything’s gonna be alright” można odnieść bezpośrednio do twórczości Ksawerego Wójcińskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w niedzielę 17.05 kontrabasista wystąpi wraz z Charlesem Gaylem (klik) i Klausem Kugelem w Pardon To Tu. Instytut poleca! wydarzenie na FB

Peter Evans Zebulon Trio w Pardon To Tu

Zebulon 1

Od kwietnia ubiegłego roku Peter Evans odwiedził Pardon To Tu już czterokrotnie. Czyli mniej więcej raz na kwartał możemy w Warszawie zobaczyć jednego z najwybitniejszych amerykańskich trębaczy młodego pokolenia. To dla fanów muzyki improwizowanej standardy cieplarniane – doprawdy możemy się czuć jak pączki w maśle. Nie tak dawno temu, bo w marcu Evans wystąpił jako gość Rodrigo Amado Motion Trio i był to koncert fenomenalny (klik). Tym razem przyjechał z własnym zespołem Zebulon Trio, określanym często jako najbardziej jazzowy ze wszystkich projektów trębacza. Na dodatek Zebulon zagrał dwa wieczory z rzędu. Pardon To Tu – twój własny kawałek Nowego Jorku na mapie Warszawy, można by rzec.

Traf chciał, że mogłem przyjść tylko na pierwszy dzień rezydencji i chyba nie było to najgorsze posunięcie, bo z innych relacji wynika, że kolejnego wieczoru trio trochę wytraciło impet. Zresztą czasami po prostu lepiej mniej. Szczególnie w przypadku muzyki tak bogatej i – nie bójmy się tego powiedzieć – wyrafinowanej.

Opisywanie tego typu występów  1:1 – pomijając fakt, że oddanie ich w słowie jest niemożliwe – trochę mija się z celem. A cóż jest celem? Zwrócenie uwagi na fenomen. W związku z tym lepiej zastanowić się jakie wnioski przyniósł wieczór z Zebulonem. Pytanie zasadnicze: co czyni z Petera Evansa artystę, który wyprzedza dziś o kilka długości szeroko rozumianych „innych trębaczy”? Dlaczego każdy występ nowojorskiego muzyka jest wydarzeniem, które tak elektryzuje publiczność i komentatorów?

Peter Evans 1

Oczywiście odpowiedź ma tutaj charakter czysto hipotetyczny, niemniej warto przynajmniej pokusić się o jej udzielenie. Sam zastanawiam się nad tą kwestią ilekroć wychodzę z kolejnych koncertów muzyka. Co się stało z dźwiękami w czasie i przestrzeni? Otóż wszystko rozbija się o ich uporządkowanie, a może bardziej adekwatnie: sposób ich dystrybuowania. Peter Evans jest instrumentalistą-wirtuozem i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Muzyk opanował grę na trąbce w stopniu tak wysokim, że dla niektórych wręcz niezrozumiałym, jedynie wyczuwanym intuicyjnie. Ale może właśnie nie chodzi o rozumienie, tylko o zaczarowanie zmysłów poza intelektem? Czyli o feeling i flow. Koncert z Zebulonem utwierdził mnie w przekonaniu, że sednem, istotą brzmienia Evansa jest nie tyle perfekcja wykonawcza, czy koncepcyjne zawikłanie kompozycji, ale niesłychana pewność i determinacja, z jaką muzyk przekazuje każdą z fraz. Imponująca swoboda wypowiedzi dzieje się niejako przy okazji. Obserwując Evansa na scenie widać artystę, który doskonale wie co chce przekazać, wykrzyczeć, wypluć przez trąbkę. Muzyk robi to korzystając z ogromnego arsenału swych umiejętności, „właściwości”, spośród których wyobraźnia i odwaga wydają mi się najistotniejsze. Dzięki nim twórczość trębacza jest tak zdumiewająca i uwodzicielska – przekracza granice muzycznej samoświadomości. Evans proponuje słuchaczowi coś więcej, pozwala wyjść poza strefę komfortu, bezpieczeństwa ram konwencji, stylu, instrumentu. Być może właśnie w tym tkwi sedno muzyki free, którą trzeba czuć, a nie można jej się nauczyć… Co do jednego nie mam wątpliwości, w Pardon To Tu zabrzmiał „shape of jazz” na miarę XXI wieku. Myślę, że Ornette Coleman byłby dumny.

 

Jeśli chodzi o sam koncert, to zarówno Kassa Overall na perkusji, jak i John Hébert na kontrabasie tworzyli doskonale stabilny background dla swobodnych popisów Evansa, bezdyskusyjnego lidera. Nie był to absolutnie występ solisty z sidemanami, każdy instrument był niezwykle ważnym ogniwem finalnej konstrukcji ufundowanej na jazzie, lecz w szczegółach zdecydowanie wykraczającej poza gatunek. Highlight, który utkwił mi najbardziej w pamięci – narastający kontrabas muskany smyczkiem i nagłe, przeciągłe, mocarne zadęcie Evansa na piccolo trumpet. Malutki dęciak zabrzmiał niczym syrena okrętowa. Podobnie imponujących momentów była cała konstelacja.

Warto na zakończenie przekazać dobrą nowinę. Trio nagrywa występy podczas aktualnej trasy i prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości efektem będzie kolejna płyta składu Zebulon. I być może jest to najistotniejsze zdanie całego tego tekstu. Tak znakomita muzyka improwizowana powinna być utrwalana i wysyłana w świat. Przyszłość pokaże, że historia jazzu, a w każdym razie imponująca karta jaką zapisuje w niej Peter Evans, rozgrywała się na naszych oczach i uszach.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Dzień Jazzu: Power of the Horns w Studiu im. W. Lutosławskiego

Power of the Horns 1

W historii najnowszej polskiego jazzu Power of the Horns zapisało już swoją kartę. Big band Piotra Damasiewicza rejestrując na żywo album „Alaman”, położył kamień węgielny pod narodziny wydawnictwa For Tune, które przez dwa lata funkcjonowania wypuściło już kilkadziesiąt albumów artystów polskich i zagranicznych. To wyjątkowe osiągnięcie, które w sposób niebagatelny wpłynęło na krajową scenę jazzową i okołojazzową. Oprócz tego „Alaman” w warstwie muzycznej był doskonałym przykładem witalności i mocy jaką w XXI wieku może wykreować jazzowy kolektyw złożony ze znakomitych instrumentalistów pod wodzą charyzmatycznego lidera. Płyta zbierała zewsząd entuzjastyczne recenzje i stała się trampoliną dla wielu muzyków wchodzących w skład kolektywu, z samym Piotrem Damasiewiczem na czele.

W świetle tych ciężko podważalnych faktów, koncert Power of the Horns w Studiu Polskiego Radia był pod wieloma względami najsensowniejszym pomysłem na uczczenie Międzynarodowego Dnia Jazzu. A w każdym razie na pewno bardziej zasadnym niż zeszłoroczny występ Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim (z całym szacunkiem). Można zatem zaryzykować teorię, że ensemble Damasiewicza pojawił się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Choć do tego drugiego miałbym pewne „ale”… Ale to za chwilę.

Na scenie, po krótkiej konferansjerce  Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka, pojawiło się 15 muzyków łącznie z liderem i gościem – w tej roli wybitny tubista Zdzisław Piernik. Czyli mała jazzowa orkiestra z podwójną sekcją rytmiczną, fortepianem i 10 instrumentami dętymi. Okazało się już w trakcie wstępu, że Power of the Horns AD 2015, to nie to samo co PotH 2012. Przede wszystkim skład uległ zmianie od strony rytmicznej – kontrabasiści Max Mucha i Jakub Mielcarek zostali zastąpieni przez Marka Tokara i Ksawerego Wójcińskiego, a zamiast Wojciecha Romanowskiego na jednej z perkusji zagrał Samuel Hall. Modyfikacji uległ też zestaw „hornów”, do których dołączyli: Gerard Lebik, Piotr Łyszkiewicz, Mateusz Rybicki oraz Adam Milwiw. Wraz z Piernikiem dało to dwukrotnie większą liczbę dęciaków niż na „Alamanie”. Nie będzie zatem przesadą nazwanie zespołu wersją Power of the Horns 2.0. Band wystąpił w takim składzie po raz pierwszy (i w ogóle grał pierwszy raz od dłuższego czasu).

Power of the Horns 2

Zmianie uległa jednak przede wszystkim muzyka, pomysł na granie tak dużym składem. Piotr Damasiewicz przygotował na potrzebę koncertu kompozycję pt. „Suita 29”, która operowała zupełnie inną poetyką niż żywiołowy, soczysty, wręcz agresywny „Alaman”. Tym razem muzycy zostali okiełznani partyturą o wiele mniej bazującą na energetycznym potencjale dużego składu. „Suita 29” zasadzała się głównie na rozgrywaniu dźwięku w podzespołach, w mniejszych składach kolejno podejmujących wątek. Sam Damasiewicz występował na scenie przede wszystkim w roli dyrygenta, reżysera spektaklu, który chwyta za instrument jedynie od czasu do czasu. Podobne rozwiązanie było dość ryzykownym, choć odważnym posunięciem – z całą pewnością duża część słuchaczy znających PotH z albumu musiała być zaskoczona, żeby nie powiedzieć rozczarowana takim scenariuszem występu. Rezultatem był co prawda „power”, lecz budowany miarowo, oscylujący pomiędzy poszczególnymi sekcjami, ale bardzo rzadko wybuchający pełnią kolektywnej mocy. Trochę szkoda, że Damasiewicz nie pozostawił muzykom większej dozy improwizatorskiej wolności i swobody w budowaniu narracji – czynników intuitywnych, tak istotnych we współczesnym jazzie. Przez to skład brzmiał momentami aż nazbyt grzecznie, jakby grał pod linijkę. Często dochodziło też do sytuacji, w których dłuższe fragmenty grało jedynie kilku spośród 15 muzyków. Owszem, były to partie ciekawe, pokazujące indywidualność poszczególnych artystów, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że stały one w sprzeczności z potencjałem zróżnicowanej, big bandowej gry. Były to serie improwizacji, trzymanych na krótkiej wodzy w ramach jednej kompozycji.

Występ określiłbym świetną ilustracją wyraźnego dualizmu, który można zauważyć we współczesnym jazzie. Może nawet nie jednego, a dwóch – po pierwsze: kompozycja/improwizacja; po drugie: indywidualizm/kolektywizm. Wydaje mi się, że koncert Power of the Horns w większej mierze pokazał zbiór interesujących osobowości artystycznych, niż zgrany zespół o wspólnej tożsamości. I tutaj powracam do „ale” z drugiego akapitu – bardzo możliwe, że po prostu zabrakło czasu żeby zespół w takim składzie osiągnął większy poziom muzycznego porozumienia, nabrał lekkości, przekładającej się na spontaniczną wypowiedź. To chyba główny problem, ponieważ wymienione wartości są – w moim mniemaniu – jednymi z najważniejszych w jazzie w ogóle. Na dobrą sprawę, to co usłyszeliśmy w Lutosławskim można nazwać nie tyle jazzem, co muzyką współczesną zagraną przez jazzmanów, improwizatorów. Rezultat wielokrotnie bywał interesujący, ale pozostaje poczucie niedosytu i trochę niewykorzystanej szansy na puszczenie wodzy fantazji w tak ciekawej konfiguracji wyrazistych artystów. Jak na ironię zabrakło mi w występie Power of the Horns przede wszystkim mocy, operowania kontrolowanym chaosem z większą swobodą kolektywnego flow.

Power of the Horns 3

Być może to właśnie nieszczęsna, poniekąd zobowiązująca data wydarzenia wpłynęła na przesadne wykonawcze napięcie emanujące ze sceny? Może udział wybitnego gościa? Może presja wynikała z gabarytów sali? Może z racji transmisji na żywo w radio? Pewnie wszystko po trochu. I chociaż z całą pewnością nie był to koncert zły, to nie spełnił do końca pokładanych w nim oczekiwań. A największy paradoks tkwi w tym, że okazał się również doświadczeniem dużo bardziej pouczającym niż występ jednoznacznie wspaniały, z którego każdy wyszedłby w niemym zachwycie. To też znak czasu – jazz w Polsce to nieustanne work in progress. Ta praca odbywa się w klubach i na regularnych koncertach, a niekoniecznie na wydarzeniach okazjonalnych.

Jak napisał na swoim profilu warszawski Mózg: „Świat ma jeden Międzynarodowy Dzień Jazzu w roku. Dziś. Mózg ma takich 365”. Szczęśliwie dla jazzu, miejsc w Polsce o podobnej filozofii jest jeszcze trochę i warto je odwiedzać nie tylko od święta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Shanir Ezra Blumenkrantz’s Abraxas gra Johna Zorna w Pardon To Tu

Abraxas1

„Zorn” z niemieckiego oznacza gniew. To samo słowo z „muzycznego” można tłumaczyć jako nadprodukcja, nadpotencja, przerost ilości nad jakością. Gdy spogląda się w katalog płyt pod hasłem „John Zorn” rzeczywiście można wpaść w gniew. Wciąż pączkująca spuścizna inicjatora ruchu Radical Jewish Culture opiewa na kilkaset (!) pozycji wydawniczych. Na większości z nich Zorn występuje jako dostarczyciel partytur. Jednym z najbardziej spektakularnych kompozytorskich przedsięwzięć nowojorczyka jest z całą pewnością seria The Book of Angels, na którą składają się (jak dotąd) 23 części. Zorn komponował z myślą o konkretnych muzykach, dlatego każdy wolumin to materiał albumowy przygotowany przez specjalnie wybranych artystów. Część 19 o nazwie „Abraxas” nagrał kwartet prowadzony przez basistę Shanira Ezre Blumenkrantza. Szyld Abraxas przylgnął do zespołu i muzycy nagrali w zeszłym roku kolejny materiał Zorna pt. „Psychomagia”. W Pardon To Tu mogliśmy posłuchać na żywo numerów z obu krążków. I na tym kończą się węzłowate przypisy.

Sam koncert można określić takimi słowami jak „łomot” albo „porządne łojenie” – z naciskiem na „porządne”. Blumenkrantz już na wstępie zaznaczył, że „ta muzyka nawet nie została napisana z myślą o waszej rozrywce” (w wolnym tłumaczeniu), co było stwierdzeniem dość kokieteryjnym. Właściwie dawno nie widziałem tak sprawnie działającego gitarowego składu, a i publiczność sprawiała wrażenie zdecydowanie „entertained”. Niekwestionowanym liderem formacji był Blumenkrantz i to od jego gimbri/bassu wychodziły niemalże wszystkie numery (co dobrze ilustruje fragment na filmiku poniżej). Przy okazji mocną stroną Blumenkrantza była lekka, humorystyczna konferansjerka, z której popłynął bardzo jasny przekaz – potwierdzony zresztą w dużej mierze przez muzykę – „There’s nothing intellectual in this music. It’s purly phisical experience”. W zasadzie koncert mógłby być przeprowadzony bez krzeseł, tak energetyczną muzykę Abraxas zaserwował. Kolejne ciekawe spostrzeżenie Blumenkrantza – noise jest potrzebny, jest gwarantem postępu, a przynajmniej wybudzenia z marazmu, stagnacji. Ten noise realizowany był przez bardzo no wave’owo chodzące gitary i mocną, dosyć kanciastą, niekiedy perwersyjnie rockową perkusję. Kwartet operował właściwie podobną poetyką co Electric Masada, tylko z czytelniejszymi strukturami kompozycji i jedynie wąskim marginesem improwizacji.

Abraxas realizowali jeszcze jeden zasygnalizowany postulat – połączył ideę muzycznego brutalizmu z pierwotnie leczniczym potencjałem instrumentu gimbri, z afrykańską rytmiką. Marokańscy muzycy gnawa wykorzystywali „trzystrunowiec basopodobny” do transowych, niekończących się rytuałów medycznych. I faktycznie Blumenkrantz powtarzał kolejne riffy tworząc hipnotyczny groove, którego końca nie było widać, nawet gdy nakładały się na niego kaskady przesterowanych gitar i perkusyjny galop – cały czas podskórny puls był w tej muzyce wyczuwalny. Raptem kilka dni wcześniej miałem okazję słuchać w Cafe Kulturalnej Joshuy Abramsa (klik) grającego również na gimbri i muszę przyznać, że instrument ten faktycznie ma w sobie niesłychaną zdolność do organizowania dźwięków dookoła, wpływając kojąco na zmysły. Kind of magic? Może psychomagia? W każdym razie „nothing intellectual”. I bardzo dobrze, taka muzyka jest potrzebna, działa jak antidotum na niekiedy zatruwającą nasze uszy toksyczną awĘgardę i często wtórne, niewiele wnoszące, wyprane z emocji eksperymenty. John Zorn, niczym zbawiciel muzyki żydowskiej z NYC Downtown, objawił się w Pardon To Tu pod postacią czterech ewangelistów niosących nowinę wesołą, bezpretensjonalną, pełną energii i humoru. Ironia losu, której absolutnie się nie spodziewałem. Podobnie jak nie byłem przygotowany na tak satysfakcjonujący występ.

W tym samym czasie John Zorn siedząc w Wielkim Jabłku zdążył pewnie napisać materiał na kolejnych kilka albumów. I tak oto życie toczy się dalej…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Sean Noonan, Gerard Lebik i Franciszek Pospieszalski w Mózgu Powszechnym

Sean Noonan

Sean Noonan nowojorski perkusista i „opowiadacz historii” (lub jak kto woli storyteller) przyjechał do Warszawy zaprezentować swój solowy materiał „Bruised by Noon”, na którym – ni mniej ni więcej – gra na perkusji i deklamuje/śpiewa/krzyczy/melorecytuje surrealistyczne opowiastki. Podczas koncertu w Mózgu Noonan zaprezentował cały materiał z krążka. Perkusista wkroczył na scenę w pięściarskim szlafroku i spodenkach (z przodu tygrys, z tyłu napis „NOONAN”) i od pierwszych chwil nie pozostawiał wątpliwości co do kabaretowo-groteskowego charakteru występu. Właściwie już po kwadransie muzyk wyrzucił na stół wszystkie atuty, czyli energetyczny, wręcz punk-rockowy perkusyjny flow oraz purnonsensowe historyjki podporządkowane i współgrające z wykonawczym adhd.

Oprócz tego Noonan łatwo nawiązywał kontakt z publicznością balansując dość pretensjonalną propozycję artystyczną stosunkowo bezpretensjonalną konferansjerką. Bardzo cenię w muzyce dziwaczność, jednak występ Noonana operował wciąż tym samym schematem wykonawczym, który w żaden sposób nie był w stanie mnie bardziej zaangażować. W zasadzie nie mogę nawet powiedzieć, że występ mi się nie podobał – wymknął się tego typu jednoznacznym kategoriom, pozostawiając poczucie obojętności. Cóż, Noonan jako „zjawisko solo” mnie nie przekonał, chociaż patrząc na publiczność byłem w mniejszości, więc tylko moja strata… Jednak nie dla perkusisty z NYC downtown przyszedłem tego wieczoru do Mózgu, zaciekawiła mnie przede wszystkim koncertowa kombinacja numer dwa, w której na scenie obok Noonana pojawił się Gerard Lebik i Franciszek Pospieszalski.

Gerard Lebik_Sean Noonan_Franciszek Pospieszalski

Z mojej perspektywy Gerard Lebik jest obecnie jednym z ciekawszych polskich saksofonistów. Artysta dysponuje niezwykle wyrazistą, oszczędną, a zarazem mocną frazą – nie boi się kontrastów. W grze Lebika w sposób nieoczywisty słychać doświadczenie pracy z muzyką elektroniczną, którą w ostatnich latach eksploruje w równym stopniu, co improwizację na instrumencie. Szczególnie po fantastycznym tegorocznym koncercie z Piotrem Damasiewiczem i portugalskim RED Trio (klik) nie wahałem się ani chwili przed pójściem do Mózgu. Z kolei Franciszek Pospieszalski to obiecujący młody kontrabasista, uczeń kopenhaskiego konserwatorium muzycznego, członek trio The Love And Beauty Seekers, które pod koniec zeszłego roku koncertowało wraz z Jerzym Mazzollem (tutaj relacja z występu w Mózgu). Z tego co wiem trio Lebik-Noonan-Pospieszalski spotkało się na scenie po raz pierwszy, choć ciężko w to uwierzyć, bo muzycy zagrali naprawdę kawał porządnego impro.

Szczęśliwie Noonan ograniczył się do obsługiwania perkusji i tutaj pozytywnie zaskoczył – po występie solo spodziewałem się dominacji, zgiełku i przejaskrawień, tymczasem muzyk imponował wrażliwością na interakcję ze składem, bacznie wsłuchiwał się w grę pozostałej dwójki. Jednocześnie nie zrezygnował z dynamiki, budował ciekawy i zróżnicowany groove, którym co prawda zagospodarowywał większość muzycznej przestrzeni, lecz specjalnie nie przytłaczał. Tutaj dobrze spisał się Pospieszalski – cieniował odloty Amerykanina lub wychodził na pierwszy plan z ekspresyjnym riffem. Lebik wpisywał się w całość przeciągłymi, dość minimalistycznymi zadęciami o zmiennym natężeniu, które dobrze równoważyły rytmiczne „rozpasanie” sekcji. Kiedy indziej wbijał się w groove meandrującą free jazzową frazą podkręcając temperaturę występu. Bardzo dobry, dynamiczny i zaskakujący koncert, w którym każdy z muzyków znalazł dla siebie miejsce.

Krzysztof Wójcik (((ii)))