Shofar w Cafe Kulturalna // premiera „Gold Of Małkinia”

Shofar

To nie będzie długi wpis – moją recenzję koncertowej płyty Shofar odnajdziecie (już niedługo) w nowym numerze PopUpMusic.pl, więc polecam trzymać rękę na pulsie.

Jeśli oceniać wartość zespołu po liczbie widzów, których jest w stanie przyciągnąć na koncerty, to trio Rogiński – Trzaska – Moretti stanowi prawdziwy fenomen na polskiej scenie alternatywnej. Co prawda w Kulturalnej wjazd był za free, ale wielokrotnie byłem świadkiem jak ten skład wypełniał po brzegi rozmaite sale i plenery. Nie pamiętam ile razy widziałem już Shofar na żywo, z pewnością było to wiele koncertów i chyba nie starczyłoby palców dwóch rąk żeby zliczyć. Ani jednego nie żałuję. Na dobrą sprawę miałem tego tekstu nie pisać, no bo „Shofar to wiadomo”, „ile można”, pisałem już nie raz itd. Ale nie powstrzymałem się, tym bardziej, że koncert w Kulturalnej był sporym kontrastem dla tego, co usłyszeć można na „Gold Of Małkinia”.

Jak wrzucałem na fb zajawkę występu, to podkreśliłem, że w porównaniu do materiału ze świeżo wydanej płyty (nagranej w 2013 r.) Raphael Rogiński, Mikołaj Trzaska i Macio Moretti są już o dwa lata lepszymi muzykami i można spodziewać się niespodzianek. Lepszymi = bardziej doświadczonymi, dwa lata jeśli chodzi o muzyków improwizujących (a w końcu nie tylko na tej scenie członkowie Shofar się obracają), to szmat czasu na ewolucję języka wypowiedzi. I ten rozwój w Kulturalnej było słychać już od pierwszych dźwięków, choć oczywiście każda sytuacja koncertowa ma swoją własną specyfikę itd.

Shofar2

Shofar zaprezentował się od drapieżnej i nieokiełznanej strony w porównaniu do nagranego występu z Chicago, w dużej mierze wyciszonego, bardziej impresyjnego. Muzycy zagrali głośno, a wewnętrzny smutek i melancholia tematów schodziła na dalszy plan, dominowała energia, pazur, nieokrzesanie. Szczególnie dało się to odczuć w partiach gitary Rogińskiego, które często sprzęgał, przesterowywał, że brzmiały czasami wręcz hendrixowsko. To prawdopodobnie owoc intensywnego grania z psychodeliczno-bluesową Wovoką w ostatnich latach, chociaż znakomity solowy album, też mógł dodać Rogińskiemu większej śmiałości i swobody, nawet jeśli utrzymany jest w znacznie bardziej subtelnej stylistyce (więcej w nadchodzącym PopUp). Moretti zagrał dynamicznie i pewnie. Trzaska mocarnie, agresywnie, ale z dużym wyczuciem. Odniosłem wrażenie, że muzycy napędzali się nawzajem, podkręcali temperaturę z mistrzowską wprawą i wyraźną frajdą z grania. Nie zabrakło też motywów, które słyszałem jak dotąd po raz pierwszy – sprawiały wyraźne wrażenie wyćwiczonych tematów. To dobrze wróży na przyszłość. Nie obraziłbym się gdyby trio kolejne płyty realizowało już tylko w sytuacjach koncertowych.

Czyli w sumie bez zmian – Shofar wciąż gra zjawiskowo, a z każdym rokiem synergia między muzykami jest coraz lepsza. Working band, czyli zespół który działa. W Kulturalnej zadziałał jak żyleta 🙂

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Wojciech Bąkowski „Telegaz”: recenzja + wideo / Lado w Mieście 2015

Powołanie do życia Placu Zabaw w nowej lokalizacji to duża szansa na promocję polskiej muzyki alternatywnej. Bulwar nadwiślański w bliskim sąsiedztwie metra, to dla wielu osób przestrzeń przelotowa podczas wieczornych spacerów, w związku z tym darmowy koncert w plenerze ma szansę na dużo szersze zafunkcjonowanie w jaźni przypadkowych odbiorców w porównaniu z dotychczasową, bardziej punktową siedzibą Placu przy Agrykoli. Organizatorzy Lado w Mieście 2015 sprawnie wykorzystują dobrodziejstwo szerzej dostępnej lokalizacji i co czwartek prezentują program podwójnych koncertów, zapraszając w tym roku artystów i zespoły w większości niezwiązane ze stołecznym Lado ABC. W związku z tym tegoroczna edycja wakacyjnego festiwalu to dla wielu wykonawców niepowtarzalna okazja by zagrać w Warszawie dla publiczności, której liczebność jest teoretycznie nieograniczona, zarówno przez przestrzeń (plener), jak i portfel (free). Można powiedzieć, bez dużej przesady, że Lado w Mieście 2015 to egalitarny przegląd najciekawszych, aktualnych zjawisk muzycznych z różnych zakątków kraju. Tym razem swój program miał okazję zaprezentować artysta rdzennie poznański (i rdzennie wizualny) Wojciech Bąkowski.

Bąkowski1

Przyznam, że trochę obawiałem się czy minimalistyczna, kameralna estetyka, jaką prezentuje Bąkowski zda egzamin podczas otwartego koncertu pod gołym niebem. Muzyka artysty brzmi niczym stworzona do klubowych, klaustrofobicznych przestrzeni zamkniętych, jest bardzo hermetyczna. Okazało się jednak, że pozory mylą. Artysta wyszedł na scenę już pod osłoną nocy, w warunkach, w których czerwień t-shirtu i ekranu projektora zyskiwała na jaskrawości i mocy. Adekwatnie, ponieważ Bąkowski jest twórcą o wyjątkowo ostro zarysowanej i wyrazistej powierzchowności artystycznej, skrywającej wrażliwość poezji pod szczelnie dopracowaną, konsekwentnie surową formą. W skrócie: podkład, głos, projektor i artysta ograniczający sceniczną ekspresję do minimum (choć nie obyło się bez konferansjerki, WSB między utworami przedstawił się, a nawet „zaprosił do wspólnej zabawy”). Zdumiewające było dla mnie jak dużej siły rażenia nabiera muzyka złożona z muzaków (z tego właściwie składa się „Telegaz”) w sytuacji koncertowej, która jeszcze dobitniej podkreślała karykaturalną plastikowość i syntetyczność źródłowych prefabrykatów. Bąkowski dokonał transfuzji własnej, bezdyskusyjnej charyzmy artystycznej, wtłaczając ją w dźwięki programowo miałkie, odhumanizowane, legitymizujące się jedynie swym utylitaryzmem konsumpcyjnym. W ten sposób udało się stworzyć wyjątkowo spójny, oszczędny przekaz podszyty poezją i melancholią, a także specyficznym dla Bąkowskiego rodzajem dekadentyzmu. Ciekaw jestem jak tego typu program zafunkcjonowałby na scenie dużego festiwalu muzycznego typu Opener, chciałbym zobaczyć miny zdezorientowanej publiczności.

Poniżej, w trybie ekskluzywnym, recenzja płyty „Telegaz” , która początkowo miała się ukazać w (zbliżającym się wielkimi krokami) nowym numerze PopUpMusic. Krążek doczeka się co prawda niezależnego opracowania na łamach PopUp, ale już nie mojego autorstwa. Jednak im więcej tekstów o takich albumach, tym lepiej.

Wojciech Bąkowski – „Telegaz”

Wojciech Bąkowski - Telegaz

Jeśli komuś poprzednia solowa płyta Wojciecha Bąkowskiego „Kształt” wydawała się surowa i nieprzystępna, ten może być „Telegazem” mocno zaskoczony. Tym razem artysta czerpie z przebogatego arsenału muzaków, noise’ów otaczającej nas audiosfery elektronicznej, jak choćby – wibracji tel. komórkowego, nagrań zapowiadających przystanki, czy głosu lektora w telewizji. Bąkowski tworzy narrację z dźwiękowych i pisanych przejawów hiperrzeczywistości atakującej codziennie mieszkańców kapitalistycznych miast XXI wieku, pełnych galerii handlowych i nowoczesnych technologii komunikacyjnych. Artysta robi to przewrotnie, nie pozostawiając jednoznacznej odpowiedzi czy tworzy afirmację, krytykę, czy może tylko suchą, reporterską rejestrację. Być może wszystko po trochu?

Prawdę mówiąc ciężko stwierdzić, ponieważ w warstwie tekstowej Bąkowski postanowił zaprezentować niemalże tylko rzeczowniki, wyrazy-stopklatki. Hasła z szyldów reklamowych i znaków drogowych z ulicy dużego miasta okraszone samplami, subtelnym klawiszem, bitem lub hi-hatem. Rzeczywistość narracyjna choć plastikowa, została upięta w sposób inteligentny i poetycki. Wyjątkowym doświadczeniem jest słuchanie „Telegazu” podczas przemieszczania się po mieście. Płyta w pewnym momencie zaczyna doskonale współgrać z tym co dociera zewsząd do oczu i uszu, w pewnym sensie wyostrza zmysły, jednocześnie nie sugeruje bezpośredniej waloryzacji tych wszystkich bodźców – tej musi już dokonać odbiorca.

„Telegaz” to album konceptualny, na którym oszczędna forma została stworzona z zegarmistrzowską precyzją, jest jak dobry kolaż, albo nawet fotomontaż. Dzwiękomontaż? Jeśli „Kształt” był szorstki, dosadnie brutalny, tak „Telegaz” jest sterylnym destylatem, przewrotnym i urzekającym minimalizmem środków. Słucha się tej płyty z niebezpieczną i zastanawiającą przyjemnością, której siła tkwi w poetyckiej niejednoznaczności, oderwaniu od „ja”. Bardzo intrygująca ewolucja.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zobacz też —–> relacja + wideo z koncertu duetu SYNY na Placu Zabaw

DJ Spooky / John Lurie / Thurston Moore / Marc Ribot – in Warshava

New York, New York! Jak śpiewał Frank Sinatra, na przełomie czerwca i lipca zawitał nad Wisłę muzycznie, wizualnie, poetycko, muzealnie. Gdyby ktoś w zeszłym roku powiedział mi, że w przeciągu zaledwie tygodnia zobaczę nad Wisłą DJ-a Spooky’ego, prace Johna Lurie, a w odstępie 2 dni koncert Thurstona Moore’a i Marca Ribota, to odparłbym biblijnie, że póki palca nie wsadzę, to nie uwierzę. A jednak – klimat Downtown spłynął na stolicę obficie i hojnie. Lecimy po kolei, jak w tytule:

Paul D. Miller (DJ Spooky) w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

DJ Spooky w MSN

Nieszczęściem w szczęściu jest konwersja DJ Spooky’ego z artysty w wykładowcę i mędrca jeżdżącego z wykładami po prestiżowych lokalizacjach. Wystąpienie Paula D. Millera w MSN potwierdziło w moich oczach jak bardzo z praktyka, wytyczającego nowe ścieżki własną twórczością, przeobraził się w teoretyka-futurystę. Świat od latdąży do miniaturyzacji, wszystko jest informacją, tekstem w gigantycznej sieci znaków i znaczeń, rolą DJ-a jest tworzenie nieustannych rekombinacji, a to takie piękne, dynamiczne i nowoczesne, każdy może stworzyć aplikację do ogarnięcia rzeczywistości itd. itp. Jeśli ktoś wcześniej zapoznawał się z techno-entuzjazmem Millera (materiałów na youtube jest mnogość), to raczej nie dowiedział się na wykładzie zbyt wiele nowego. Paradoksalnie największym rozczarowaniem była część muzyczna (w sumie może 5-minutowa), której najciekawszym elementem było to, że Spooky zagrał dzięki osobiście napisanej aplikacji na tablecie, a nie na rzeczywistych gramofonach… O tytułowym afrofuturyzmie właściwie nie było mowy, zdaje się, że termin nawet ani razu nie padł na wykładzie.

Niemniej jednak Paul D. Miller sprawił na mnie pozytywne wrażenie człowieka, którego powierzchowność pozbawiona jest nadęcia wynikającego z diapazonu prelegenta. Spooky jest pasjonatem tematu i ma też niesłychaną łatwość w formułowaniu myśli – w zasadzie cały wykład „jechał na wolno”, posiłkując się jedynie zdjęciami z iPhone’a/iPada. Przeglądał je na bieżąco ku uciesze sali, która mogła zobaczyć wszystkie selfie Spooky’ego na ekranie projektora. Mimo wszystko dobrze było zobaczyć Millera na żywo, a zaproszenie go przy okazji (tematycznie pokrewnej) wystawy „After Year Zero”, to ze strony MSN trafne posunięcie. DJ Spooky to dla mnie postać kultowa, autor genialnej płyty „Songs of a Dead Dreamer” i bardzo dobrej „Optometry„. Pierwsza to ikoniczne wydawnictwo dla tzw. illbientu lat 90., cudownego dziecka dubu, hip hopu i ambientu. To arcypsychodeliczny album, z którym kontakt to każdorazowo wyjątkowa, niesamowita przygoda dla ucha i wyobraźni (klik). Niestety z perspektywy lat można powiedzieć, że wysokiego poziomu debiutu Spooky już nigdy nie przeskoczył. Najbliżej tego osiągnięcia był na wysokości 2002 roku, kiedy wydał „Optometry”, swoją najbardziej jazzową płytę z udziałem m.in. Williama Parkera, Matthew Shippa i Joe McPhee. W okresie szczytowej popularności szybko nadgryzającego własny ogon nu-jazzu, „Optometry” brzmiała wyjątkowo świeżo i oryginalnie (i właściwie brzmi tak nadal). Liczę, że DJ Spooky nagra jeszcze kiedyś materiał na podobnie wysokim poziomie. Niestety wydana przed dwoma laty „Of Water And Ice”, to mocny spadek formy.

———————————————————————————–

John Lurie w Zachęcie – „Bądź cicho, próbuję myśleć”

 20150630_140641

Wystawa obrazów Johna Lurie’go w Zachęcie to dla mnie zdecydowanie wydarzenie sezonu. Doskonałym pomysłem kuratorskim jest możliwość oglądania kilkudziesięciu prac artysty, mając na uszach słuchawki, z których sączy się przekrojowa składanka muzyki JL. Szkoda, że wystawie towarzyszy tylko jeden, stosunkowo krótki tekst – Lurie to jednak postać tak złożona, że po wystawie indywidualnej oczekiwałbym pogłębionego ujęcia jego sylwetki. Nawet nie został wyszczególniony fakt, że przez wiele lat artysta malował wraz z Jean Michelem Basquiatem, co z punktu widzenia historyczno sztucznego jest dość znaczącym faktem. Cóż, być może ideą przewodnią było oddanie pierwszeństwa samym pracom, pokazanie Lurie’go-malarza, a nie człowieka renesansu – muzyka, kompozytora, aktora… I chociaż jestem dużym fanem sztuki (i tytułów!) JL, to jednak zawsze w pierwszej kolejności będzie on dla mnie muzykiem, wyjątkowym prymitywistą saksofonu, którego kariera nieszczęśliwym zrządzeniem losu została brutalnie i przedwcześnie zakończona. O muzyce Johna Lurie trafnie i syntetycznie napisał Bartek Chaciński na Polifonii (klik), w komentarzach dorzuciłem kilka pozycji od siebie (jako KrW).

Wystawa potrwa do 2 sierpnia i zdecydowanie warto się wybrać. Instytut poleca.

Tutaj John Lurie z Lounge Lizards, a na gitarze Marc Ribot (czyli dwaj bohaterowie tego tekstu!):

——————————————————————————————-

Thurston Moore w Pardon To Tu

Thurston Moore

Tak, Thurston Moore wystąpił na najważniejszej koncertowej scenie w naszym kraju. I nie mam na myśli Openera. Dokładnie dzień przed gdyńskim festiwalem nowojorski gitarzysta zawitał na Plac Grzybowski w aurze tajemnicy, której emanacją był enigmatyczny tytuł wydarzenia „Ecstatic Peace Library Love-In || Poetry & Music with D. Googe [My Bloody Valentine] – Thurston Moore [Sonic Youth] and more…”. Ostatecznie okazało się, że Moore wystąpi z całym zespołem, ale początkowo konsekwentnie brnął w wieczorek poetycki i czytał własne teksty z tomiku „Stereo Sanctity”. Zobaczenie lidera Sonic Youth na relatywnie kameralnym, klubowym koncercie to duże przeżycie. Thurston Moore to takie przedłużenie Lou Reeda, tak jak Sonic Youth było naturalnymi kontynuatorami awangardowego Velvet Underground. Gitarzysta jest na tyle złożoną osobowością artystyczną, udzielającą się na rozmaitych muzycznych polach, że nie sposób mówić o jednym TM. Słuchając energetycznego, pełnego młodzieńczej werwy koncertu tego już legendarnego muzyka (l. 56), przyszła mi do głowy myśl, że w Sonic Youth zawsze chodziło przede wszystkim o właściwe proporcje. Stosunek piosenkowości do eksperymentu, melodii do hałasu, lekkości do brutalizmu, pierwiastka żeńskiego i męskiego… Większość klasycznych albumów nowojorczyków to rzeczy doskonale zbalansowane, mieszające skrajności z mistrzowskim wyczuciem dawkowania akcentów. Taka też idea przyświecała koncertowi Moore’a w Pardon To Tu, na którym nie zabrakło piosenek, ale też nie zabrakło psychodelicznych, jazgotliwych odjazdów, doskonale współgrających z rzutowanymi na ścianę wizualizacjami kosmosu i grzybów wzrastających w przyspieszonym tempie. Repertuar stanowiły solowe dokonania artysty + improwizacje. Thurston Moore zna przepis na wieczną młodość – dystans do samego siebie. Muzyk, poeta, wokalista, ikona alternatywy, fenomenalny gitarzysta, który nagrał całą masę fantastycznych płyt, wystąpił w klubie, w Warszawie, bez ciśnienia, na spontanie… Pardon To Tu czyni cuda. Więcej takich koncertów paryskiego DJ JoJo 😉

————————————————————————–

Marc Ribot’s Ceramic Dog w Pardon To Tu

Ceramic Dog

Ceramic Dog to według mnie najciekawszy projekt Marca Ribota w perspektywie ostatnich lat, ale nie tylko ostatnich. Ribot cieszy się opinią sidemana marzeń, człowieka, który swoim charakterystycznym stylem jest w stanie skutecznie doprawić nawet najbardziej mdłe muzyczne dania (taki gitarowy glutaminian sodu z niego). Jednak w Ceramic Dog gitarzysta pełni rolę lidera i sprawdza się w niej wyjątkowo dobrze, ponieważ daje Shahzadowi Ismaily’emu i Chessowi Smithowi całkiem spory margines wolności. Najbardziej obficie z tej swobody podczas pierwszego dnia rezydencji w Pardon To Tu korzystał Ismaily. Słuchając płyt ciężko było uchwycić jak dużą rolę muzyk pełni w tym składzie, podczas koncertu widać było, że Ribot ma do basisty pełne zaufanie.

Początek koncertu trochę mnie rozczarował, bo Panowie grali właściwie luźne jam session (mocno w blues) i klub zaczynał niebezpiecznie przypominać saloon na dzikim zachodzie, ale później ta swoboda zaczęła zyskiwać coraz bardziej wyraziste ramy. Występ był w znacznej mierze instrumentalny i zdaje się, że spora część materiału nie doczekała się do tej pory rejestracji na płytach. Ze znakomitej „Your Turn” sprzed dwóch lat trio zagrało zaledwie 4 utwory (w tym jeden z wokalem, ogólnie Ribot raczej unikał mikrofonu). Koncert był bardziej w klimacie szalonego, eksperymentalnego debiutu „Party Intellectuals”.

Ceramic Dog2

Ceramic Dog to mikstura gigantycznego bagażu doświadczeń MR – uroczo koślawy, porwany jazz, blues, noise spod znaku no wave, funk, ale też bardzo wyraźny pierwiastek kubański, karaibski, czy też południowoamerykański (wszak Ribot uczył się gry na gitarze od Haitańczyka). Najbardziej podobały mi się właśnie te kalejdoskopowe kontrasty, obficie podczas koncertu prezentowane. Czasami raziły trochę zbyt dosadne (jak na Ribota) solówki, ale dobrze równoważył je Ismaily na basie i korgu. Ogólnie odniosłem wrażenie, że Ceramic Dog zagrali bardzo wyluzowany koncert, ale czasami świetne momenty ginęły w nagromadzeniu środków. Taki bulgoczący kocioł pomysłów, z którego odparowałbym trochę wody. Niezwykle przyjemnie wypadały fragmenty wyciszone, bazujące mocniej na wspólnie generowanym klimacie, niż jednostkowych popisach – w tym kontekście bardzo przypadł mi do gustu różnorodny, ale spójny i płynny bis. I nawet jeśli koncert nie przyniósł pełnego zachwytu, to udowodnił, że Ceramic Dog to trio z wciąż wielkim potencjałem, który mam nadzieję doczeka się konceptualizacji na kolejnej płycie.

———————————————————-

Nowy Jork, Nowy Jork… DJ Spooky, John Lurie, Thurston Moore, Marc Ribot to artyści z gatunku węzłowisk. Obserwując mocniej ich kariery i twórczość, można natknąć się na rzeczy naprawdę niebywałe, odpłynąć od źródła w zakamarki, o których początkowo nam się mogło nie śnić. Dlatego duże brawa dla MSN, Zachęty i Pardon To Tu za przyniesienie tak silnie promieniujących/prominentnych/kreatywnych osobowości nowojorskich nad Wisłę. A jeśli kogoś bardziej ciekawi fenomen muzycznej sceny NYC, tego odsyłam do drugiego numeru Glissanda, w całości poświęconego temu zjawisku (pdf do pobrania).

 Krzysztof Wójcik (((ii)))

Ciemne synowskie konszachty / „Orient” na Placu Zabaw

SYNY1

Mocno namieszały Syny w polskiej muzyce ostatnich miesięcy. W „mediach alternatywnych” niewiele było szerzej komentowanych płyt. Pamiętam jak w lutym kliknąłem w wideo do „Stoję„, później w repeat i jeszcze raz repeat, i jeszcze raz… Synom wystarczyła minuta 45 żeby rozpalić ciekawość i mocno zainfekować mózg znakomitym podkładem, dziwacznym tekstem, wyjątkowym flow, surową formą. Od tamtego czasu bacznie śledzę poczynania duetu Piernikowski1988. Kilka dni po pierwszym doświadczeniu „Stoję” nadjechał w całej okazałości „Orient” i rozłożył na łopatki. Z dzisiejszego punktu widzenia mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że debiut Synów to jedno z ciekawszych polskich wydawnictw ostatnich lat. Krążek przede wszystkim bardzo spójny, który broni się konsekwentnie prowadzonym konceptem, niesamowitym klimatem, brudną, duszną estetyką, gdzie słowo w sposób naturalny sprzężone jest z dźwiękiem. Syny to „whole package”. Niewielu krajowych albumów słuchałem w ostatnim czasie z taką regularnością i entuzjazmem. Przegapiłem niestety koncertową premierę „Orientu” w Dwa Osiem, dlatego ucieszyła mnie „wieść last minute” o występie plenerowym na Placu Zabaw (po odwołanych ZS nie uroniłem choćby łezki). Wreszcie nadeszła szansa przekonać się na własne oczy „jak oni robią to, że cisną taki rap”.

Syny2

Przeniesienie Placu Zabaw nad Wisłę w okolice stacji metra to strzał w dziesiątkę. Słuchanie muzyki na żywo z widokiem na mosty, pociągi i jednostajnie płynącą rzekę, nadaje sytuacji koncertowej wyjątkowy klimat (nawet Stadion Narodowy irytuje jakby mniej). A biorąc pod uwagę, że Syny to 110% klimatu, ciężko było o lepsze okoliczności dla zaistnienia ich orientalnej muzyki. I właśnie od numeru „Orient” koncert się rozpoczął – 88 za konsoletą na scenie, Piernik przed sceną, z mikrofonem w ręku, spacerujący to tu to tam, jak bokser w ringu. Moja pierwsza wątpliwość – nagłośnienie – została rozwiana bardzo prędko. Brzmienie Synów było tak dobre jak na płycie, a sytuacja występu na żywo mocno podkręcała ekspresję duetu. I chociaż brudny sound to w zasadzie część ich estetyki, to nie było mowy o odpuszczeniu sobie dobrego nagłośnienia, nadwiślański bulwar wypełniły zawiesiste dźwięki pomorskiego hiphop-dubu. Można się było poczuć trochę jak na mikro-Jamajce.

20150701_125451

Tak jak album utrzymany jest w dość umiarkowanym, transowym tempie, to na koncercie numery trochę szybsze zyskały turbodoładowanie, świetnie w tym kontekście wypadła „Babcia”, „Udar”, „Wkurw”, „Stoję”. Okazało się, że kawałki bardziej pokręcone, połamane jak „Gonię”, „Heavy” albo „Supeł” również mają duży potencjał energetyczny, a teksty Syna Piernikowskiego hipnotyzowały swoją przenikliwą, groteskową logiką, charakterystycznym frazowaniem, rytmem i brzmieniem. 88 pokazał się z dobrej strony jako hypeman Piernika, momenty, w których dopowiadał różne kwestie do mikrofonu ewidentnie napędzały zakapturzonego MC. Tematem na osobny tekst jest spontaniczna synowska „choreografia przypadku”, uchwycona na filmiku poniżej. Piernikowski podczas koncertu zrobił chyba kilka kilometrów. Jednocześnie opcja z jednostajnym chodzeniem wśród publiczności świetnie wpisuje się w klimat muzyki Synów.

Około godzinny występ pokazał jak bardzo zgranym składem są twórcy „Orientu”. Panowie zaprezentowali właściwie cały materiał z albumu (łącznie z większością instrumentali i dwiema wersjami „Wkurwu”). Trochę liczyłem na to, że usłyszę jakieś niepublikowane numery, ale jak się okazało trzeba będzie jeszcze na nie poczekać. Pod koniec koncertu było widać, że jak na razie ograniczony synowski repertuar nie pozwala zagrać duetowi dłuższego show. Może ostatecznie na dobre wyszło – publiczność otrzymała bezkompromisowo wykonaną esencję „Orientu” i pozytywny rodzaj niedosytu. Strasznie jestem ciekaw jak dalej potoczy się twórczość Piernikowskiego i 1988. Cieszę się, że są w Polsce ludzie, którzy robią taki hip hop. Myślę, że koncertem na Placu Zabaw duet przekonał do siebie co po niektórych niedowiarków, z całą pewnością odparł absurdalne zarzuty o rzekomą nieautentyczność – Panowie zagrali z pełnym zaangażowaniem i frajdą. Zresztą do zobaczenia z tym wpisem za parę lat, kiedy „Orient” doczeka się w pełni zasłużonego statusu płyty kultowej. Ja co do tego nie mam żadnych wątpliwości. SYNY pokazały kły.

Krzysztof Wójcik (((ii)))