Piotr Kurek / LOTTO na Placu Zabaw

Piotr Kurek

Właściwie czekałem na te dwa koncerty od kiedy po raz pierwszy poznałem line-up tegorocznego Lado w Mieście. Niewielu jest w Polsce muzyków elektronicznych, których darzyłbym takim uznaniem i szacunkiem jak Piotra Kurka. Z dwóch powodów. Po pierwsze artysta nie zaliczył ani jednej skuchy wydawniczej, każda z jego płyt to przemyślana opowieść, immanentny świat dźwięków rządzący się własnymi prawami, obdarzony niezwykłym, trochę „baśniowym” klimatem. Po drugie – koncerty. Widziałem Kurka już wielokrotnie, na rozmaitych scenach, w wydaniu solo, z Piętnastką, dwukrotnie w towarzystwie Łukasza Rychlickiego (w tym raz z Pawłem Szpurą) i zawsze były to wyjątkowe wydarzenia muzyczne. Nie inaczej było na Placu Zabaw.

Przede wszystkim uznanie budzi wrażliwość z jaką artysta dostosował brzmienie i charakter koncertu do okoliczności miejsca i czasu. Kurek zastosował „slow power” w budowaniu onirycznej narracji, która rozlała się na nadwiślański bulwar w sposób nieinwazyjny, a jednak dojmujący. Strukturalna złożoność muzyki idzie tutaj w parze z dużym talentem i łatwością tworzenia subtelnych melodii, ewoluujących organowych polifonii. Dźwięki na poły futurystyczne, na poły old schoolowe, folkowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Kurek to „El Grande Hypnotizer”, elektroniczny kataryniarz, którego muzyka sprawia, że można się poczuć niczym tresowana małpka na sznurku psychodelicznego tripu. Świetny koncert, z całą pewnością jeden z lepszych podczas tegorocznej edycji Lado w Mieście. Mam nadzieję, że artysta niedługo przełamie wydawniczy impas pełnowymiarowym albumem, póki co pozostaje 7″ wydana w lutym w BDTA.

Z większością płyt muzyka można zapoznać się na bandcamp (niestety z wyjątkiem znakomitych „Innych Pieśni”). Instytut szanuje, więc propaguje:

Solo – https://piotrkurek.bandcamp.com/music

Piętnastka – https://pietnastka.bandcamp.com/

Suaves Figures – https://suavesfigures.bandcamp.com/album/nouveaux-gymnastes

————————————————————————-

LOTTO

Miałem cichą nadzieję, że Piotr Kurek wystąpi gościnnie z Lotto (nie byłoby w tym nic dziwnego zważywszy na wcześniejsze wspólne grania z Rychlickim i Szpurą), jednak tak się nie stało. Trochę szkoda, bo okazja była znakomita. Niemniej Lotto to skład samowystarczalny, fuzja trzech talentów i trzech różnych backgroundów, dzięki czemu trio gra  muzykę wymykającą się prostej kategoryzacji. Recenzując „Ask The Dust” (klik) stwierdziłem, że płyta – choć zdecydowanie udana – to nie wyczerpuje w pełni potencjału formacji, który najlepiej widać na koncertach. Cóż, mogę się ponownie podpisać pod tymi słowami. Na Placu Zabaw słychać było, że Lotto jest już muzycznie znacznie dalej niż na albumie (bandcamp). Przede wszystkim trio buduje na koncercie znacznie dłuższe formy. Panowie zaczęli od dynamicznego groove’u, z wyraźnie zarysowanym kontrabasem Mike’a Majkowskiego. Pod osłoną transowych repetycji znalazło się miejsce dla wielu drobnych niuansów gitarowych i perkusyjnych. Potem muzyka Lotto wyraźnie zwolniła, wyciszyła się, ale był to jedynie pretekst by na nowo cegiełka po cegiełce budować ścianę dźwięku. W obecnej odsłonie tria dużą rolę odgrywa rytm, a w zasadzie polirytmie, ponieważ nawet gitara Rychlickiego obok generowania ostrego jak brzytwa hałasu, operuje najczęściej w wyraźnych, choć często nieokrzesanych ramach rytmicznych. Muzyk z koncertu na koncert posługuje się noise’em w sposób coraz bardziej trafny i wyważony, nie unikając przy tym kontrastów i przejaskrawień. Kontrabas pełni rolę stabilnego i względnie oszczędnego ogniwa. Majkowski – w swoim stylu – skupia się bardziej na fakturze brzmienia instrumentu niż na technicznych popisach. Natomiast Paweł Szpura potwierdza, że jest jednym z bardziej kreatywnych i dynamicznych perkusistów. Otwarty, niedookreślony stylistycznie format Lotto doskonale pozwala mu na kanalizowanie energii i wyobraźni w najróżniejsze formy (to zresztą tyczy się wszystkich członków formacji). Mocny, szorstki, a przy tym stosunkowo minimalistyczny występ okazał się dobrym kontrastem dla marzycielskiej, ulotnej muzyki Kurka. Niemniej na Placu Zabaw można było doświadczyć dwóch strategii budowania dźwiękowego transu – podprogowej i bardziej brutalistycznej. Do wyboru, do koloru, co kto lubi. Efektem wieczór kompleksowy i wielce udany.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Chrobot #8 w ADA Puławska (Futoma, VTR / Rychlicki, Szpura)

Futoma

Dziś opowiem o zjawisku, które wydarza się w Warszawie już od jakiegoś czasu, jednak po raz pierwszy przyszło mi w nim uczestniczyć (i już wiem, że z pewnością nie ostatni). Chrobot to cykliczne koncerty organizowane w mokotowskiej Adzie Puławskiej. Miejsce od ponad roku wskrzesza muzycznego ducha, który przed laty tętnił pod tym adresem w czasach Galerii Off. Przestrzenią dla Chrobotu jest niewielka sala, znajdująca się za pierwszymi drzwiami po prawej, gdy miniemy już kratę w bramie Puławska 37. Sala służy przede wszystkim warszawskim muzykom za miejsce prób, natomiast koncerty zdarzają się przy okazji. Po poniedziałkowych występach liczę, że podobnych okazji będzie coraz więcej.

Co do muzyki przedstawianej w ramach Chrobotu, to właściwie nazwa cyklu mówi sama za siebie. Dźwięki eksperymentalne, współczesne, poszukujące, futurystyczne. Podczas pierwszego audiowizualnego, elektronicznego koncertu cząstka „robot” wydawała mi się zdecydowanie dominująca. Futoma to pseudonim Miłosza Pękali, niezwykle utalentowanego perkusisty, o którym niejednokrotnie już na łamach Instytutu pisałem. Okazuje się, że Pękala jest nie tylko wszechstronnym muzykiem, ale także sprawnym organizatorem/animatorem, ponieważ to właśnie on zainicjował cykl Chrobot, na którym dotychczas występował najczęściej. Podczas niespełna 10 wieczorów koncertowych w Adzie pojawili się artyści rozmaici, m.in. Krzysztof Knittel, Władysław Komendarek, Gerard Lebik, Wojciech Traczyk, Hubert Zemler, Piotr Zabrodzki (klik). Zatem dość szerokie spektrum line-up’owe.

Koncert Futomy poprzedził Pękala krótkim wstęp-o-witaniem, kurtuazyjnie błogosławiąc kameralne okoliczności wydarzenia (absolutnie się zgadzam). Muzyk ubrany w koszulkę z napisem „Star Trek” trochę przypominał serialowego Spocka. Ten kontekst okazał się jeszcze silniejszy, gdy Pękala usiadł za konsoletą na tle kosmicznych wizualizacji VTR (czyli Wiktora Podgórskiego). Występ Futomy składał się z dwóch części. Pierwsza operowała przede wszystkim cyrkulującym drone’m o zmiennej intensywności, który wchodził w ciekawą reakcję zarówno z przestrzenią akustyczną sali, jak i z minimalistyczną oprawą wizualną. W efekcie powstała psychodeliczna kombinacja przypominająca trochę lot Dave’a z końcówki „Odysei Kosmicznej”(klik), choć zarówno pod względem muzycznym jak i optycznym była to hybryda dużo bardziej stonowana, subtelna i na tym poziomie fascynująca. Gapiłem się w ekran projektora jak zaklęty, a delikatnie ewoluująca narracja Pękali wprowadzała w przyjemny trans, który mógłby trwać bardzo długo bez ryzyka nudy. Drugi set był bardziej dynamiczny, warstwa audio została poszerzona o różnorakie struktury rytmiczne, bitowe, noise’owe, podobnie wizualizacje zaczęły operować mocniejszymi akcentami w dystrybucji obrazów. Całość występu Futomy i VTR nie trwała dłużej niż pół godziny, lecz tyle czasu absolutnie wystarczyło artystom żeby zaprezentować się od znakomitej strony jeśli chodzi o budowanie wciągającej wypowiedzi i przemyślane podejście do eksperymentu.

Rychlicki-Szpura

Druga część wieczoru należała do Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. Panowie grają wspólnie od dłuższego czasu. Osobiście widziałem ich na scenie wielokrotnie, lecz zawsze w formacie trzyosobowym (w Lotto z Mike’iem Majkowskim, we Free Gate z Mikołajem Trzaską i raz w trio z Piotrem Kurkiem). Jak się okazało nieobecność trzeciego ogniwa nie stanowi dla Szpury i Rychlickiego większego problemu. Muzycy zagrali w Adzie krótki, ale treściwy, galopujący set, który można określić hasłem „impro-free-noise” (jeśli ktoś koniecznie chciałby określać). Duet wyładował energię w sposób bezkompromisowy, tworząc jednostajną kulminację, narrację hałasu, przekrzykujące się kaskady dźwięków gitary i perkusji. W tej muzyce nie było miejsca na intelektualne podejście, chodziło o żywioł, afirmację swobody i świetnego zgrania, bez którego podobny set okazałby się klapą. Dało się też odczuć, że muzycy w formie krótkiego, pełnokrwistego sparingu eksperymentują z technikami i patentami wykorzystywanymi na co dzień przy okazji różnych innych składów, jenak przepuszczając je przez ekstremalną soczewkę. Muzyczny ekwiwalent action painting, ale bardziej w stylu Burroughsa, czyli strzelanie ze strzelby w puszki z farbą, zawierzenie intuicji. Rychlicki i Szpura również zagospodarowali na występ około pół godziny – zaprezentowana estetyka „tour de force” zdecydowanie nie wymagała dłuższej formy.

Cały Chrobot trwał w sumie jakąś godzinę, lecz pokazał naprawdę rozległy wachlarz brzmień, a kameralna atmosfera wydarzenia sprzyjała przyswajaniu. Fantastycznie, że takie rzeczy dzieją się w Warszawie, że są poligony doświadczalne, gdzie za darmo można obserwować jak hartuje się muzyczna stal. Jestem pewien, że jeszcze nie raz stawię się na Chrobocie i zalecam to wszystkim, którzy są ciekawi niestandardowego podejścia do dźwiękowej materii.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Wywiad z Piotrem Damasiewiczem, kuratorem festiwalu Art Meetings

Piotr_Damasiewicz_www

Festiwal Art Meetings 2015 zbliża się wielkimi krokami. Zaczynamy 6 września, w niedzielny wieczór we Lwowie. Zaczynamy tym, w czym czujemy się najlepiej – występami znakomitych gwiazd muzyki improwizowanej. Z niecierpliwością wyczekujemy rozpoczęcia, tym bardziej, że w tym roku festiwal realizowany będzie w partnerstwie z prestiżowymi wydarzeniami w Ukrainie: Book Forum we Lwowie oraz Kongresem “Kultura dla Partnerstwa Wschodniego”.

Przygotowując program chcieliśmy zaprezentować najciekawszych artystów z kręgów szeroko rozumianej sceny improwizowanej i jazzu. Lwowskiej publiczności zaprezentują się między innymi , a międzynarodowy kolektyw muzyków w różnych projektach “Trans-fuzja”: Andrzej Bauer (Polska), Cezary Duchnowski (Polska), Igor Boxx (Polska); “Czym pachnie Lwów?”: Soren Knudsen (Dania),  Piotr Damasiewicz (Polska), William Soovik (Szwecja), Andre Roligheten (Norwegia),Bjørnar Habbestad (Norwegia) i “Elements”: William Soovik (Szwecja), Maciej Garbowski (Polska).

Osobą, która łączy wymienione składy i również wystąpi podczas wymienionych koncertów jest ceniony trębacz, aktywista i kompozytor Piotr Damasiewicz, występujący jednocześnie w roli kuratora lwowskiej sceny Art Meetings 2015. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z artystą.

Igor Waniurski: W jednym z materiałów filmowych, które powstały w trakcie ostatniej edycji Art Meetings powiedziałeś, że “waga tych spotkań objawia się w dźwiękach”. Co miałeś na myśli?

Piotr Damasiewicz: Trzeba zacząć od ogólnego spojrzenia na Art Meetings. W trakcie edycji w 2013 roku miała miejsce realizacja filmu “Zapach Lwowa”. W kolejnym roku duży nacisk położyliśmy na muzykę, która odnosiła się do zapachu. Wspomniany film wchodził w korelację z muzyką, odnosił się też do zmysłu zapachu.

W roku 2014 nacisk postawiony został na samą muzykę?

Tak, to była orkiestra – kolektyw improwizatorów stąd owa waga spotkania. To muzyka niesie ze sobą wagę czy też rangę spotkania. W projekcie wzięli udział muzycy najwyższej klasy, w zasadzie czołówka europejskiej awangardy, która spotkała się w jednym miejscu, we Lwowie. Zapach jest czymś symbolicznym, mówi o tym co bardzo ulotne ale niesie informację zbiorową. Każdy odkodowują ją inaczej, subiektywnie – jest ona na tyle abstrakcyjna. Abstrakcję tę można porównać do muzyki. Zresztą wydaje mi się, że zapach jest najszybszą formą przekazania informacji, ponieważ potrafi przenieść najwięcej treści; uruchamia naszą wyobraźnie w ułamku sekundy. Z zapachami często wiążą się wspomnienia z przeszłości, z dzieciństwa, przestrzeń, dźwięk, obraz, ruch. Podobnie rzecz ma się z muzyką, która nie jest namacalna, nie przekażemy jej w innej formie, jak przez słuch – też abstrakcyjny, ulotny zmysł, podobnie jak zapach. Te dwie sfery można więc porównać. Dlatego też położyliśmy nacisk na muzykę.

Dodajmy, że Art Meetings to spotkania z muzyką eksperymentalna, improwizowaną i przez to tym bardziej abstrakcyjną.

Stąd właśnie to rozszerzenie w stronę muzyki eksperymentalnej, czyli podjęcie tematu zapachu, co koreluje się z poszukiwaniami, z eksperymentem, który w dużym stopniu może tym bardziej przybliżyć do pogłębiania się w świadomości.

W latach 60. dwudziestego wieku, wśród ruchów kontrkulturowych uznane zostało, że muzyka i sztuka w ogóle potrafi zmienić świat. Poruszyć do zmiany, choćby młodzież. Czy dzisiaj coś z tego zostało? Może sztuka potrafi wpłynąć na relacje polsko – ukraińskie?

Wręcz zwiększyło się znaczenie sztuki, rozumianej jednak jako pojęcie interakcji międzyludzkiej. To kultura tworzy warunki do tego, żeby móc później rozmawiać o rzeczach bardziej praktycznych, które już na innym poziomie zbliżają społeczeństwa. Można powiedzieć, że powinniśmy iść od kultury do polityki. Na pewno warto szukać różnorodności, w której możemy znaleźć jedność. Poprzez akceptację i tolerancję różnorodności powstaje nową jakość: bogatsza, głębsza. Dzisiaj to wygląda inaczej niż w latach 60. Jest mniej buntu, więcej dystansu. Powinniśmy podchodzić do tego mniej partykularnie, czy nie tylko w oparciu o swoje własne podwórko, państwo czy narodowość. Wolałbym, żebyśmy przyjmowali perspektywkę: nasza planeta, nasz kosmos, nasz Wszechświat.

Do kolejnej lwowskiej edycji Art Meetings zostało niewiele czasu, jak idą przygotowania?

Bardzo dobrze. Już mamy potwierdzonych niemal wszystkich artystów. Będziemy mieli ciekawe zespoły i projekty. Między innymi interesującą “Trans-fuzję” z Warszawy, czyli zespół złożony z czterech muzyków: Andrzej Bauer, Cezary Duchnowski, Igor Boxx i ja. Transfuzję robiliśmy dla Programu Drugiego Polskiego Radia, jesteśmy niezwykle ciekawi, jaki będzie odbiór we Lwowie. Będzie Fire!, znakomity skandynawski zespół awangardowy. Wystąpi też trio Elements, trio nawiązujące do żywiołów. Planujemy też ciekawe przedsięwzięcie z forum literackiego (Book Forum we Lwowie – przyp. IW), wejdziemy w muzyczną interakcję ze słowem, tekstem lwowskiego poety.

Według jakiego klucza dobierani są artyści tworzący program we Lwowie?

Plan był taki, aby odnieść się do organizmu, ludzkiego ciała i wykorzystać jego brzmienie. Stąd w składzie pojawi się projekt “Trans-fuzja”. Jednocześnie wystąpi też trio Elements, które swoim brzmieniem nawiązuje do żywiołów. Kązdy utwór będzie skorelowany z jakimś żywiołem. Szwedzki zespół Fire! to już oczywisty wybór.

Program jest bogaty w warsztaty, uwagę zwraca na przykład Samoróbka, czyli zajęcia wytwarzania instrumentów muzycznych z przedmiotów codziennego użytku.

Stwarza to duży wachlarz możliwości, wychodzimy z takiego założenia, że wszystko, w tym muzyka, najpierw musi powstać w głowie, w wyobraźni. Dopiero potem, poprzez świadomość, poznajemy świat dźwięków i instrumentów. Wszystko może być zjawiskiem dźwiękowym, które możemy wykorzystać do tworzenia muzyki. To jest podstawą tego warsztatu. Dopiero kolejnym krokiem jest przyjrzenie się przedmiotom materialnym i przerobienie ich tak, aby mogłyby być one użyte w kontekście muzycznym.

Jak ukraińska scena muzyki eksperymentalnej prezentuje się na tle reszty Europy?

Wygląda troszeczkę inaczej niż w Europie zachodniej. Wschód bliższy jest organicznemu, ludycznemu pojmowaniu sztuki. Zachód z kolei, bliższy jest podejściu intelektualnemu, konceptualnemu, choć ma swoje potrzeby emocjonalne i duchowe. Dochodzi więc do zderzenia różnorodności. Mnie się wydaje, że zarówno zachód nie powinien tracić z idei, którą rozwinął, podobnie wschód swojej duchowości.

Zebry a Mit / Bye Bye Butterfly na Placu Zabaw

Zebry a Mit

Tegoroczne Lado w Mieście, to w 90% prezentacja zespołów/artystów niezwiązanych bezpośrednio z warszawskim labelem. Znalazło się jednak miejsce dla kilku wyjątków i jednym z nich jest właśnie kwartet Zebry a Mit, pod wodzą trębacza Kamila Szuszkiewicza. Muzyka wydana na minidiscu, to trzecia premiera tego lata w Lado ABC (po „Beethovenie” Marcina Maseckiego i „Heroizmie Woli” Lomi Lomi), która doskonale wpisuje się w profil estetyczny warszawskiej oficyny.

Koncert na Placu Zabaw był bodaj pierwszym występem Zebry a Mit pod tą zagadkową nazwą. Nazwiska muzyków zaangażowanych w kwartet mocno podkręciły oczekiwania. Szczególne nadzieje rozbudził udział Huberta Zemlera, z którego pomocą Szuszkiewicz wydał w maju tego roku znakomitą, zwięzłą, liryczno-eksperymentalną kasetę „Istina” (bandcamp). Miałem po cichu nadzieję, że Zebry okażą się koncertową inkarnacją materiału z „Istiny”. Tak się nie stało, ale można powiedzieć, że kwartet do pewnego stopnia stanowi rozwinięcie pomysłów subtelnie sygnalizowanych na kasecie – mam tu na myśli zwłaszcza relację akustycznego instrumentarium i elektronicznej modulacji brzmienia.

Zebry a Mit 2

Główną wartością dodaną jest odrobinę post punkowy, kwadratowy groove na linii bas-perkusja. Zemler i Traczyk grają przeważnie twardo, prymitywistycznie, co nadaje muzyce przyjemnej, brudnej motoryki. Taki szkielet bardzo dobrze dopełniają kreatywne perkusjonalia Dąbrowskiego (blachy, piły, gongi, miski etc.), tworzące tło pełne sonorystycznych efektów specjalnych, atrakcyjne w sposób audio-wizualny. Nad całością unosi się trąbka Szuszkiewicza – oszczędna, głównie skupiona na kreśleniu wyrazistych melodii wchodzących w dialog z elektronicznymi pętlami (co przypomina trochę strategię Roba Mazurka w Chicago Underground). Ten dualizm, współistnienie żywego i przetworzonego syntetycznie brzmienia jest znacznie bardziej wyrazisty i czytelny na płycie, w formie koncertowej wymaga jeszcze dopracowania, chociaż jak na pierwszy występ i tak wyszedł muzykom całkiem nieźle. Zebry a Mit eksperymentują w sposób logiczny, wyważony i nieprzypadkowy. Jestem ciekaw rozwinięcia tej metody, bo ewidentnie ma potencjał – szczególnie w swoich bardziej dynamicznych, intensywnych, rytmicznych przejawach. Koncert (podobnie jak płytkę) zwieńczył „zmultiplikowany chór anielski”, muzycy puścili podkład i bez słowa zeszli ze sceny. Intrygująca coda, intrygujący występ.

 ————————————————————————————–

Bye Bye Butterfly

Nie bardzo byłem w stanie skupić się na Bye Bye Butterfly. Właściwie ciężko mi powiedzieć z czego to wynikało. Ola Bilińska, Daniel Pigoński i (gościnnie) Maciej Cieślak zagrali na dobrą sprawę przyzwoity, przyjemny koncert, ale jakoś nie potrafiłem go słuchać inaczej niż w charakterze tła. Dziwna sytuacja, bo teoretycznie pojawienie się na scenie lidera Ścianki powinno zadziałać jak bonus + 100 do charyzmy. Chociaż ostatnie przedsięwzięcia wydawnicze Bilińskiej (płyta z kołysankami w jidysz  „Berjozkele”) i Pigońskiego (drapieżny album Der Father) uważam za rzeczy bardzo udane i oryginalne, to w Bye Bye Butterfly jakoś nie potrafię dostrzec synergii, zespół brzmi aż nadto jednorodnie. Odrobinę większą różnorodność i niuanse w prowadzeniu narracji można usłyszeć na świeżo wydanym albumie formacji (bandcamp), jednak elementy wyraziste toną w rozwodnionej, pościelowej psychodelii. Po zapoznaniu się z całością ciężko rozróżnić poszczególne numery. Niemniej materiału słucha się przyjemnie, jest dobrze zrealizowany, ale nie zostaje w głowie na dłużej niż czas trwania płyty. Szkoda, bo osobom zamieszanym w „Do Come By” ciężko imputować deficyty talentów… Jeżeli przez takie realizacje Maciej Cieślak nie ma czasu na pracę nad nowym albumem Ścianki (solowym lub jakimkolwiek własnym), to ja tu widzę spore nieporozumienie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

T’ien Lai / Souvenir De Tanger na Placu Zabaw

Souvenir De TangerPod względem niepokojącego, elektronicznego klimatu, zahaczającego o brzmienia etniczne, był to prawdopodobnie najbardziej spójny wieczór koncertowy podczas tegorocznego Lado w Mieście. Zestawienie Souvenir De Tanger, czyli niezwykle obiecującego producenta czerpiącego z bliskowschodnich sampli, z obecną orientalno-ezoteryczno-klubową inkarnacją T’ien Lai, okazało się strzałem w dziesiątkę. Oba występy doskonale się uzupełniły.

Początek wieczoru należał do Wiktora Milczarka, artysty ukrywającego się pod szyldem Tangerskiej Pamiątki. Muzyk wszedł na scenę Placu Zabaw skąpaną w ostatnich promieniach zachodzącego słońca (a tego dnia mocno przygrzało…) i momentalnie wykreował zawiesistą ścianę dźwięku, na którą składały się początkowo niskie drone’y i gęste szumy. Po chwili z głośników zaczęły wylewać się również dalekie echa śpiewu muezina, zniekształcone dźwięki arabskich instrumentów – wszystko pod głośną, obezwładniającą falą pierwszego, noise’owego komponentu. Przysłowiową wisienką na torcie był bit. Milczarek ciął nim tę wschodnio-elektroniczną masę na porcje, dzięki czemu całość oddziaływała jeszcze silniej. Słuchanie tego brutalnego występu było jak wąchanie wypalanych przez Saddama Husajna pól naftowych, bądź oglądanie naturalistycznego dokumentu o dżihadzie. Muzyka Souvenir De Tanger jest mocno sugestywna i niesie ze sobą tego typu skojarzenia, a na żywo jeszcze bardziej zyskuje na sile, rozwija pomysły z płyt w sposób radykalny. Okoliczności przyrody również sprzyjały tej dusznej, agresywnej i jednolitej, linearnej wypowiedzi scenicznej. Gdy intensywność występu zaczęła mnie przerastać i powędrowałem w stronę baru, muzyka po chwili uległa wygaszeniu. Także timing niemal idealny. Rzadko kiedy elektronika potrafi mnie aż tak wciągnąć na koncercie. To dobrze wróży na przyszłość.

T'ien LaiOstatni raz widziałem T’ien Lai na żywo podczas występu, wtedy jeszcze duetu, w Pardon To Tu w połowie zeszłego roku (klik). Gdy wychodząc z Placu Zabaw przypomniałem sobie tamten koncert (swoją drogą bardzo ciekawy, bo połączony z występem duetu Jachna/Buhl) to ciężko mi było uwierzyć, że mam do czynienia z tym samym zespołem. T’ien Lai z płyty „Da’at”, to postapokaliptyczna, niepokojąca elektronika bazująca na radiowych samplach, przetworzonych gitarowych loopach, ekstatycznych drone’ach. Muzyka w dużej mierze linearna, o ambientowym potencjale. Tymczasem na Placu Zabaw pojawiło się czterech zamaskowanych jegomości, którzy zaprezentowali muzykę uber-rytmiczną z okolic etno-kosmik techno.

T’ien Lai to obecnie kwartet, którego jedynie połowa jest znana z imienia i nazwiska (Łukasz Jędrzejczak i Kuba Ziołek), dwaj pozostali członkowie wizualnie przypominają trochę duet BNNT przekwalifikowany na afrykańskie instrumenty perkusyjne (konga w roli głównej). To właśnie akustyczna sekcja rytmiczna wpływa obecnie najsilniej na brzmienie zespołu. Bębniarze przez około godzinny występ grali jak w transie, przeważnie bardzo szybki, gęsty, plemienny rytm (czasami okraszany uderzeniami w różnego rodzaju idiofony). Na tle motorycznych kong „oryginalne” T’ien Lai nawarstwiało psychodeliczne drone’y, a w dalszej części dorzuciło również elektroniczny bit. Efekt takiej mieszanki był podwójnie atrakcyjny. Po pierwsze pierwiastek performatywny powodował, że można się było poczuć jak podczas jakiegoś rytualnego obrządku – co potęgowały maski, dym i muzyk wychodzący z tamburynem w publiczność. Po drugie idealnie wyważony i skomponowany kontrast akustyczno-elektronicznego transu, który atakował na równi intelekt (pytanie: jak oni to robią?) i ciało (konstatacja: „nóżki nie oszukasz”). Zatem jeśli chodzi o T’ien Lai a.d. 2015, to można mówić nie tyle o ewolucji, co bardziej o rewolucji w podejściu do grania muzyki. I mówię tu o rewolucji zdecydowanie pozytywnej. Jeśli zespół zachowa dynamikę i swobodę rozwoju, to naprawdę nie mogę się doczekać kolejnych koncertów i płyt. Mam nadzieję, że najbliższa, nagrana jeszcze w duecie „Rotor Wołgograd”, ukaże się jak najprędzej, bo bardzo chętnie posłuchałbym już tej w wydaniu czteroosobowym. Tak czy inaczej, warto trzymać rękę na pulsie, bo T’ien Lai na Placu Zabaw zabrzmiało imponująco i obiecująco.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Innercity Ensemble na Placu Zabaw

Innercity7

Czas szybko leci, od ostatniego podwójnego albumu Innercity Ensemble minęło już półtora roku. Ten dystans słychać było podczas występu na Placu Zabaw, który stanowił swoistą rozgrzewkę formacji przed wyjazdem na Off Festival. Z Katowic – wedle kilku relacji – Panowie wrócili z tarczą, a nawet triumfalnie. Na podstawie warszawskiego koncertu nie jest trudno w te pogłoski uwierzyć.

Dla osób mających zacięcie encyklopedyczne pisanie o Innercity Ensemble to w 50-75% przytaczanie nazw zespołów, z których poszczególni muzycy się wywodzą. Nuda, ale znamienna. O tych zespołach słuchacze dysponujący elementarną wiedzą dotyczącą polskiej sceny niezależnej naczytali się już po stokroć. Dlaczego? Otóż dlatego, że tak zwana scena bydgosko-toruńska (okolice Milieu L’Acéphale) to w ostatnich latach prawdziwy fenomen. Członkowie Innercity rozsiani po rozmaitych składach, lub tworzący solo, przeżywają obecnie fantastyczny, twórczy okres. W zasadzie każdy spośród 7 muzyków kolektywu podpisał się ostatnio pod płytą bardzo dobrą (o kilku z nich można poczytać w aktualnym PopUp). Natomiast samo Innercity Ensemble to synergia – połączenie różnych artystycznych osobowości, skład demokratyczny, improwizujący i wyjątkowy w pejzażu polskich „big bandów”, ponieważ septet nie czerpie bezpośrednio z tradycji jazzowej – ona pojawia się niejako przy okazji bogactwa wszelkich pozostałych wpływów.

Innercity2

 Zespół – mimo dużej aktywności wszystkich muzyków na własnych polach – pozostaje na dobrą sprawę working bandem, dość regularnie jeżdżącym w trasy i wypuszczającym nowy materiał. Słuchając występu na Placu Zabaw można było odnieść wrażenie, że kolejny rozdział w karierze Innercity jest właśnie in statu nascendi.

Na narrację kolektywu głównie składa się mocno rozbudowana, czteroosobowa sekcja rytmiczna i to właśnie szeroko rozumiany „beat” był pierwszoplanowym bohaterem nadwiślańskiego koncertu. Rafał Iwański, Rafał Kołacki, Radek Dziubek i Tomek Popowski potrafią wspólnymi siłami wygenerować bardzo złożone polirytmie, które tworzą naturalne, gęste, lecz przyjazne środowisko dla hipnotycznych gitar Kuby Ziołka i Artura Maćkowiak. Na pozycji uprzywilejowanej znajduje się w zespole jedyny solista Wojciech Jachna, ponieważ trąbka ma do dyspozycji stosunkowo największy margines swobody. Niemniej Jachna korzysta z tej wolności w sposób subtelny i powściągliwy, dzięki czemu relacja tło/pierwszy plan pozostaje nieoczywista. Groove nieustannie ściera się z drobnymi niuansami brzmienia poszczególnych instrumentów (a jest ich na scenie multum) i elektroniki. Na dobrą sprawę mimo siedmioosobowego składu muzyka Innercity jest oszczędna, szalenie spójna, podporządkowana płynnym ewolucjom w budowaniu niezwykłej onirycznej atmosfery.

Jestem bardzo ciekaw kolejnego wydawniczego kroku formacji. Kolejne już doświadczenie koncertowe utwierdziło mnie w przekonaniu, że zespół dysponuje wciąż rosnącym potencjałem, który być może warto by było skrzyżować z udziałem jakichś „elementów zewnętrznych” na kolejnym krążku? Otwarta forma muzyki Innercity Ensemble wydaje mi się wprost stworzona do artystycznej absorpcji gości. Myślę, że w Polsce (i nie tylko) nie zabrakłoby chętnych do zagrania z jednym z najciekawszych big bandów w tym kraju – wejścia do wspólnej piaskownicy na muzycznym placu zabaw.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

William Parker solo w Pardon To Tu

William Parker 2

Początek sierpnia 2015… Front atmosferyczny znad krajów północnoafrykańskich przywędrował nad Polskę, co zaowocowało falą upałów niespotykanych w nadwiślańskim kraju od wielu lat. Susze spowiły 13 województw, kometa pojawiła się na niebie, truskawki skończyły się szybciej niż zwykle, woda zaczęła wysychać, a nad stolicą unosi się widmo blackoutu. Rozmaite znaki na niebie i ziemi zdają się mówić… Gorąco. Jednym z owych znaków było wyprzedanie całego koncertu solowego Williama Parkera w Pardon To Tu, co pokazuje jaką niezłomnością odznaczają się warszawscy fani muzyki jazzowej i improwizowanej. Wytrwanie, słuchanie i przyswajanie (ale też generowanie) dźwięków w warunkach ponad 30-stopniowych upałów stanowi prawdziwe wyzwanie. Koncert był doskonałym przykładem na to jak bardzo okoliczności są w stanie zdeterminować odbiór. Można wręcz powiedzieć, że w Pardon To Tu dało się zaobserwować klasyczne starcie sił natury i kultury, opisywane przez filozofów i rozmaitych teoretyków od setek lat. I znów to ta pierwsza okazała się zwycięska, choć druga trwała – a jakże – niezłomnie.

William Parker gościł już co prawda w Pardonie, jednakże po raz pierwszy przyjechał do Polski z programem solowym. O ile się nie mylę podobny koncert nie miał w naszym kraju precedensu, w każdym razie nie w tak kameralnych okolicznościach. Parker nie kazał na siebie długo czekać, wkroczył na scenę po kwadransie oczekiwania i bez specjalnych wstępów zaczął grać. Okazało się, że wzmacniacz znajdujący się za muzykiem pełni bardziej funkcję dekoracyjną, bo nawet jeśli był włączony – a był – to pokrętło „volume” znajdowało się chyba na jednej kreseczce. Gdyby nie ta scenograficzna zmyła, to mógłbym przysiąc, że kontrabasista gra  akustycznie. Niestety tym razem warunki w Pardonie nie do końca do takiego koncertu się nadawały. Z mojej perspektywy odbiorczej (a stałem raczej w tylnych szeregach) usłyszenie cichszych fragmentów było dość trudne z powodu jednostajnego szumu klimatyzacji – bez której swoją drogą w ogóle nie wyobrażam sobie przetrwania tego wieczoru, więc ciężko mieć tutaj pretensje do klubu. Jak się okazało – „sorry, taki mamy klimat”. Nie należę co prawda do audiofilskiej arystokracji, zwykle niespecjalnie przeszkadzają mi dźwięki offu, to jednak tym razem sam muzyk chyba nie do końca wyczuł przestrzeń i okoliczności klimatyczne – jednym słowem korona z głowy by nie spadła jakby podkręcił wzmacniacz.

William Parker1

Co się tyczy samej muzyki… William Parker to wybitny kontrabasista i improwizator – na takich muzyków idzie się w ciemno, chociaż może nie jest to najbardziej fortunne określenie, bo wiadomo czego się spodziewać. W jasno? Gorąco… W każdym razie Parker zagrał na swoim poziomie (czytaj – wysokim). Głównie szarpał struny palcami, smyczka dobywał incydentalnie. Wypowiedź pełna była groove’u, jazzowego pulsu, a nawet swingu. Kilkakrotnie miałem wrażenie, że Parker przemyca w narracji cytaty z Jimmy’ego Garrisona i Paula Chambersa, ale pewnie mi się wydawało, temperatura roiła audialne fatamorgany… Duży plus za wytrzymałość w utrzymywaniu nieustannie żwawego, galopującego tempa. Słuchając Parkera można było uszami wyobraźni wręcz zaobserwować towarzyszący mu zespół – grał na tyle sugestywnie. Z drugiej strony zabrakło mi w tym występie niuansów, różnorodności w kreowaniu atmosfery (i cały czas grał obok ten wyimaginowany band..). A przecież kontrabas solo potrafi być suwerenny i mienić się bogactwem barw nie gorzej jak fortepian czy saksofon. W Polsce mamy akurat szczęście do wyjątkowo utalentowanych i kreatywnych kontrabasistów, którzy śrubują poziom – bez nazwisk, ale pisałem o nich.

Ciężko mi było zaangażować się w występ Parkera emocjonalnie, brakowało mi niepewności, że za chwilę usłyszę coś, czego się nie spodziewam. Miałem poczucie, że obserwuję muzyka niezwykle sprawnego, ale posługującego się językiem w sposób może nie tyle bezrefleksyjny, ale bardziej wyczynowy, trochę jakby ćwiczył w nowojorskim lofcie. To też miało swój urok, lecz nie na tyle duży żebym wytrwał do końca. Z zegarkiem w ręku 50 minut, ale było warto. Mam nadzieję, że przyjdzie mi zobaczyć Parkera solo w bardziej sprzyjających okolicznościach klimatycznych. Jak głoszą plotki – może już tej jesieni…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))