Ray Dickaty & Bartosz Tkacz na Chłodnej 25

Dickaty - Tkacz duo

Chłodna reaktywacja? Czyżby jazz miał powrócić pod adres tak zasłużony dla „historii sceny warszawskiej XXI wieku”? Czas pokaże, choć koncert duetu Ray Dickaty – Bartosz Tkacz, zatytułowany „Eksperyment #1”, rodzi pewne nadzieje i pozostaje czekać na dalsze cyferki. Wszak piwniczka na Woli w przeszłości wielokrotnie udowadniała, że jest idealną przestrzenią dla muzycznego eksperymentu. Pod tym względem występ Dickaty – Tkacz wpisuje się w kontinuum.

Przyznam, że spodziewałem się po tym koncercie nieokrzesania, free jazzowej jazdy po bandzie. Myślenie życzeniowe. Specyfika wieczoru i względy natury osobistej podkręciły moją żądzę intensywnej dezynfekcji mózgu przez uszy. Tymczasem duet zagrał w sposób wyjątkowo zrównoważony, budował narrację wychodząc od subtelnych dźwięków na granicy słyszalności i płynnie dochodził do przesileń poszczególnych pulsujących fraz. Duża wrażliwość i precyzja w kreowaniu wspólnego brzmienia, często opartego na rozbudowanych repetycjach. Obszerne fragmenty oddalające koncert od dosłowności idiomu jazzowego były dla mnie tymi najciekawszymi. Muzyka Dickaty’ego i Tkacza ma w sobie spory potencjał ilustracyjny i sądzę, że dobrze funkcjonowałaby w towarzystwie obrazu (to nie tylko moje zdanie – oddaje copyrajty). Choć warstwa audio krzesana przez „dwóch tenorów” była zajmująca sama w sobie, to zdecydowanie wymagała od słuchacza skupienia i koncentracji – czyli specyficznych okoliczności dla muzyki kameralnej. Z całą pewnością Chłodna 25 posiada warunki do prezentacji tego rodzaju twórczości na pograniczu jazzu i wolnej improwizacji. Dobry, stonowany, nieco melancholijny koncert. Mam nadzieję, że klub pójdzie za ciosem i będzie częściej organizował występy tego typu, które ewidentnie kontynuują muzyczny etos adresu na Woli. Nie mam nic przeciwko „Chłodnej 2.0”.

Jak ktoś spragniony dłuższej formy, to odsyłam do zeszłorocznego koncertu duetu TUTAJ.

Krzysztof Wójcik (((ii))) 

Łukasz Rychlicki & 1988 w Pardon To Tu

Rychlicki + 1988

Niewielu muzyków krajowej alternatywy ma obecnie tak świetną passę (i „prassę”). Bardzo dobre płyty „The Secret Map” Kristen, „Ask The Dust” LOTTO, występy na prestiżowych festiwalach w Polsce i za granicą, wzmożona aktywność na polu muzyki improwizowanej – to krótki wykaz ostatniego roku w karierze Łukasza Rychlickiego, jednego z najciekawszych gitarzystów polskiej sceny niezależnej. Z kolei Przemysław Jankowiak, od kilku lat doceniany za producenckie talenty (weźmy choćby solowe „Lovely Interstellar Trip” ), z początkiem roku rozbił bank wypuszczając wraz z Robertem Piernikowskim „Orient” . O debiucie Synów wielu pisało podkreślając przede wszystkim znakomitą instrumentalną warstwę płyty. Z tymi zachwytami ciężko się nie zgodzić, choć osobiście należę do osób doceniających w równej mierze rap. Zresztą jeśli zestawić synowski krążek z „Się Żegnaj” , przepełnioną brudnymi samplami solową płytą Piernikowskiego, to słychać, że muzyka na „Oriencie” ma zdecydowanie dwóch tatusiów i do każdego z nich jest podobna.

Dźwiękom skrzesanym przez 1988 i Rychlickiego w Pardon To Tu również można przypisać podwójne ojcostwo. Choć był to oficjalnie pierwszy koncert duetu, Panowie mieli okazję współpracować już w przeszłości – Etamski wspomagał Kristen na albumie „Western Lands” i na koncertach, Rychlicki dograł gitarę do kilku solowych utworów 1988, zanim jeszcze ten przybrał nowy, cyferkowy pseudonim. Bez wątpienia wzajemna znajomość poetyk wpłynęła pozytywnie na charakter wspólnego występu. Można powiedzieć, że bazą dla wypowiedzi muzyków stanowił gęsty, tężejący dub, pełen echa, deley’ów, reverbów, pętli i nagłych „plaskaczy” bitu. Oszczędna, skupiona gitara Rychlickiego pełniła bardziej rolę szorstkiej faktury, koloru subtelnie zmieniającego odcień, barwę i nasycenie. Kiedy indziej instrument powtarzał melodie wychodzące od 88 i pokazywał je w lekko krzywym zwierciadle. Podobało mi się, że artyści nie pozostawali długo w jednym miejscu, starali się rozwijać wypowiedź, kierować ją na nowe tory. Nawet w momentach gdy łapali przysłowiowe bandżery, to już za moment poddawali je stopniowej dekonstrukcji, bawili się nimi jak gumą do żucia. Choć kilka razy eksperymenty były trochę zbyt rozwlekłe, to i tak muzycy szybko ratowali sytuację wprowadzając do układanki jakiś nowy element. Określiłbym ten koncert jako kontrolowaną burzę mózgów, podczas której głównie grzmiało, a pioruny zdarzały się incydentalnie, wyładowania elektryczne przebiegały gdzieś na horyzoncie, co w rezultacie dało intrygujący kontrast napięcia i relaksu. Można było się skupić na poszczególnych drobiazgach przemycanych tu i ówdzie, ale też swobodnie popłynąć z dźwiękiem. I tutaj mamy uchwycony „the secret of dub”.

Słychać, że muzycznie jest Rychlickiemu i 88 bardzo po drodze i sądzę, że marnotrawstwem byłoby nieprzekucie tej współpracy w coś więcej niż koncert. Na bis został puszczony bit, który ma się znaleźć na kolejnym wydawnictwie Synów (fragment w końcówce powyższego filmiku). Występ w Pardonie potwierdził, że warto bacznie obserwować poczynania artystów. Czyli dobrej prasy ciąg dalszy.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Der Father plenerowo na Ząbkowskiej

Der Father2

Ilekroć mam okazję zobaczyć na żywo formację Der Father, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to obecnie mój faworyt w kategorii „polski zespół grający piosenki (z tekstami po angielsku)”. Gdyby jednak tylko do tego cudzysłowu sprowadzała się propozycja artystyczna Der Father, to nie byłoby o czym mówić, a zdecydowanie jest o czym. Zespół to przewrotna hybryda stylistyczna serwująca piosenki-petardy, w wersji „live” po brzegi wyściełane sceniczną charyzmą. Zeszłoroczna, debiutancka płyta „Wake Up” jest odpowiedzią na pytanie: Jak stworzyć inteligentny, oryginalny, porywający album, który łączy popową chwytliwość, punkowy pazur i estetyczne wyrafinowanie? Kupcie ten krążek, posłuchajcie, a dowiecie się jak to się robi.

Przybycie w niedzielny wieczór na Ząbkowską wymagało nie lada heroizmu. Der Father ma szczęście do grania koncertów podczas kiepskich warunków pogodowych. Opłakane były podczas występu zespołu w Dziku na początku roku (klik), z kolei na OFF-ie formacja zagrała na głównej scenie w pełnym słońcu w okresie szczytowych upałów… Plenerowy praski koncert trafił za to na pierwszy dzień permanentnej ulewy, której Warszawa nie doświadczała przez długie tygodnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zła pogoda podkręca obroty koncertowej machiny o nazwie Der Father. Zespół zdominował nieprzychylne okoliczności towarzyszące już w pierwszym, tytułowym, fenomenalnie ewoluującym kawałku „Wake Up”. Kwartet pod wodzą magnetycznej Joanny Halszki Sokołowskiej ma w zwyczaju grać koncerty wedle albumowej setlisty, co jest zdecydowanie dobrą strategią, w myśl futbolowej zasady, że „zwycięskiego składu się nie zmienia”. Oprócz niemal wszystkich numerów z debiutu Der Father zaprezentowało 3 nowe utwory, które kreatywnie rozwijają estetykę nieprzewidywalnego, energetycznego elektro-punku, zręcznie operując kontrastami słodyczy i hałasu. Mam nadzieję, że zespół nie będzie specjalnie zwlekał z nagraniem kolejnej płyty – trzeba kuć żelazo póki gorące.

Der Father3

Niemalże wymarła, skąpana w deszczu Ząbkowska budziła się do życia z każdą kolejną piosenką i ostatecznie koncert, nad którym wisiało widmo frekwencyjnej porażki okazał się sukcesem. Der Father to pop-perła w katalogu Lado ABC, zespół mający wszelkie predyspozycje do zawładnięcia każdą sceną i każdą publicznością. Koncert na Pradze był tego dobitnym potwierdzeniem. Charyzma i mistrzowski songwriting mówią same za siebie. Pozostaje przyklasnąć i czekać na dalszy rozwój wypadków.

[jakość audio nagrania nie do końca daje radę, polecam głośniki i wyobraźnię – pozdrowienia dla firmy LG]

Krzysztof Wójcik (((ii)))

kIRk w Miłości / koncert premierowy

kIRk

Od premiery albumu „III” wydanego na początku wakacji minął już blisko kwartał. Emocje związane z długo wyczekiwanym krążkiem i transferem formacji do stajni Asfalt Records zdążyły już trochę opaść. Wreszcie po kilkumiesięcznej koncertowej wstrzemięźliwości kIRk powraca na scenę.

O klubie Miłość na Kredytowej można powiedzieć wiele różnych rzeczy, lecz nie sposób odmówić lokalizacji wyjątkowego klimatu, który zawdzięcza przede wszystkim przestrzeni. Trio zagrało pod gołym niebem na dzedzińcu przedwojennej kamienicy. Były to okoliczności wręcz idealne do prowadzenia nastrojowej, płynnej narracji, tak dobrze utrwalonej przez zespół na ostatnim albumie. kIRk potwierdził jednak po raz kolejny, że jest przede wszystkim składem bazującym na improwizacji. Kto oczekiwał odgrywania tematów z krążka, ten oszukał się w jakichś 90 procentach. Koncert zamknęła najdłuższa kompozycja zespołu wieńcząca „III”, natomiast cała reszta została oparta o nowe formy. Największym zaskoczeniem był numer otwierający występ – „Za ostatni grosz”, szlagier Budki Suflera, który kIRk poddawał stopniowej dekonstrukcji. Absolutnie nie był to pastisz, raczej kreatywne wykorzystanie znakomitego, arcy-rozpoznawalnego motywu melodycznego. Dubowo-eksperymentalne potraktowanie „klasyki polskiego rocka” z pokerową twarzą i świetnym rezultatem. Mogła to być dobra, bezkolizyjna inicjacja dla osób, które trafiły na koncert przypadkowo. Przez Budkę Suflera do kIRka? Czemu nie.

W dalszej części koncertu muzycy poszli za ciosem mocnego „rozpoczęcia-niespodzianki” i budowali opowieść z dużą swobodą i wyobraźnią, pozostając we własnym, illbientowym kluczu estetycznym. Trio wpuściło do muzyki nieco więcej światła hip-hopowych bitów i przestrzennej świeżości ambientu. Mroczne, duszne brzmienie tak często kojarzone z formacją było w ten sposób kilkukrotnie ciekawie przełamywane. Mimo tego, odniosłem wrażenie, że w drugiej połowie koncert odrobinę stracił impet i gładkie, płynne flow. Zrzucam to jednak na karb dłuższej przerwy w graniu na żywo. A kIRk jest zdecydowanie „zwierzęciem scenicznym”, które powinno występować częściej. Reszta relacji należy do Budki:

„Jaki jest wynik gry
Nie wiem, nie pytaj mnie,
Jak na imię tej grze,
Tego nie wiem już też.

Wczoraj tak było tak,
Nie znaczyło zaś nie,
Nie mieszało się nam
Czarne z białym co dzień.

Z drugiej strony mych snów
Wszystko lepszy ma smak,
Bo w powietrzu jest luz
I muzyka wciąż gra.”

A moją recenzję „III” przeczytacie TUTAJ na PopUpMusic.pl. Warto tę płytę poznać, nawet za ostatni grosz.

Krzysztof Wójcik (((ii)))