11 Mózg Festival: The Love And Beauty Seekers / Roscoe Mitchell + Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki, Qba Janicki

Grzegorz Pleszyński - "Kreatywność"

Już druga edycja międzynarodowego festiwalu klubu Mózg odbywa się równolegle w Warszawie i Bydgoszczy. Tegoroczna inauguracja w Teatrze Powszechnym miała charakter odrobinę bardziej kameralny niż przed rokiem (klik), co jest jednak zrozumiałe – wówczas festiwal był także symbolicznym rozpoczęciem funkcjonowania klubu w Warszawie. Zmniejszyła się również liczba wykonawców – nie licząc występów Grupy Fluxus na małej scenie Powszechnego zabrzmiały zaledwie 2 koncerty (rok temu bodaj 5). Czyli nie było przesytu. Zmiana zdecydowanie na plus tyczy się również tegorocznej „dyscypliny czasowej”. W 2014 całość skończyła się z potężną obsuwą mocno po 2 w nocy – tym razem każdy kolejny punkt wieczoru rozpoczynał się niemalże z zegarkiem w ręku. Jednym słowem organizatorzy odrobili lekcję na 5.

Szczerze mówiąc zaskoczyła mnie trochę frekwencja. Była co prawda przyzwoita, ale spodziewałbym się znacznie większych tłumów. Roscoe Mitchell to nie jest grajek, który wyleciał sroce spod ogona, tylko żywa legenda awangardowego jazzu, który – jak chcę wierzyć – cieszy się w Warszawie relatywnie dużą popularnością. Cóż, jeśli o wydarzeniu nie informowały w internecie serwisy teoretycznie do tego powołane – „pierwsza strona jazzu”, ludzie „bezgranicznie jazzowi”, nie wspominając już o  „European Jazz Magazine” – to nie ma się czemu dziwić. Zdaje się, że jedynie JazzPress wyłamał się z internetowej „zmowy milczenia”. Ciężko mi uwierzyć, że przedstawiciele tych mediów nie zarejestrowali tego wydarzenia, że im „umknęło”. Szkoda tylko, że stracili na tym odbiorcy, którzy mogli przez to zwyczajnie przegapić Mitchella. Ech… Mamy kolejne potwierdzenie, że niniejszy skromny portal jest potrzebny.

Fluxus

Ale wróćmy do samego festiwalu. Inauguracja w Powszechnym mocno zaznaczyła, że Mózg Fest. jest nie tylko wydarzeniem muzycznym. Od 18 do 21 swój czas mieli przedstawiciele Grupy Fluxus (Ann Noel, Ben Patterson, Eric Andersen) pod polską kuratelą Grzegorza Pleszyńskiego. Fluxusowcy zaprezentowali serię działań performatywnych silnie nastawionych na aktywny udział publiczności. Osobiście obserwowałem pierwsze i ostatnie wydarzenie w ramach tego bloku festiwalu – masowanie (do wyboru) uszu, stóp i dłoni, do którego publiczność ustawiała się w kolejkach, oraz zajadanie bitej śmietany z napompowanej gumowej centralnej figury obrazu „Krzyk” Edvarda Muncha przy wtórze muzyki Wagnera (o ile się nie mylę). Widzowie dość ochoczo uczestniczyli w przedsięwzięciach, więc wnioskuję, że „cel” (?) został osiągnięty. Sam przeznaczyłem segment Fluxusu głównie na konsumpcję poza Powszechnym, gdyż nie specjalnie lubię brać udział w tego typu akcjach, być wykorzystywanym jako tworzywo czyjejś wizji artystycznej, a obserwacja bez aktywnego uczestnictwa raczej nie miała sensu. Ze sztuką wygrała natura – głód. Zresztą przyszedłem na festiwal głównie po muzykę… Co nie zmienia faktu, że sam ruch Fluxus jako zjawisko historyczno-sztuczne jest dość fascynującym fenomenem (ciekawie opisanym w stosunkowo świeżej publikacji „Narracje, estetyki, geografie: Fluxus w trzech aktach„).

The Love And Beauty Seekers

Pierwszy i ostatni raz widziałem trio The Love And Beauty Seekers w zeszłym roku podczas koncertu urodzinowego Jerzego Mazzola, wówczas młodzi muzycy rekonstruowali z klarnecistą klasyczną już płytę „a” (klik). Zespół towarzyszył zresztą Mazzollowi w występach z yassowym materiałem w kilku miastach. Troszkę obawiałem się, że TL&BS w line-upie na inauguracji festiwalu będzie rodzajem „koleżeńskiej oferty supportowej” przed główną gwiazdą wieczoru… Niezwykle szybko okazało się jak bardzo jestem w błędzie.

Po koncercie w Powszechnym jestem przekonany, że trio tworzone przez Szymona Gąsiorka, Jędrzeja Łagodzińskiego i Franciszka Pospieszalskiego bardzo prędko przestanie być zapowiadane i opisywane jedynie jako „zespół Polaków studiujących w Kopenhadze”. Na scenie widać było po prostu znakomicie funkcjonujący młody skład, w którym ostateczne brzmienie jest summą talentów i wyobraźni każdego z muzyków. Widać było, że Panowie są samoświadomi swych umiejętności i podchodzą do estetyki jazzowego trio bez kompleksów, ze świeżym spojrzeniem, fantazją i młodzieńczą bezkompromisowością.

Co warto podkreślić The Love And Beauty Seekers zagrali własne kompozycje. Zwykle ich podstawą był mocny basowy groove i wyraziste linie melodyczne, niemniej utwory ciekawie ewoluowały i często okazywały się dużo bardziej złożone i nieszablonowo skonstruowane niż początkowo mogłoby się wydawać. Muzycy zmierzali zwykle od tematów do improwizatorskiej dekonstrukcji, lecz robili to w sposób uporządkowany, słuchając siebie nawzajem, nawiązując ciekawe dialogi rozszerzali formę nie dopuszczając do jej całkowitego pęknięcia. Niepisanym liderem tego składu wydaje mi się perkusista Szymon Gąsiorek, odpowiedzialny również za subtelne wstawki elektroniczne oraz przeszywający kornet. Podobała mi się oszczędność saksofonu i „stabilna dzikość” kontrabasu, trafne odczytywanie intencji między muzykami… Jednym słowem trio ma w sobie bardzo duży potencjał, który mam nadzieję utrwali niedługo jakimś wydawnictwem, bo niewątpliwie jest co utrwalać.

Mitchell, Mazzoll, Janicki, Janicki

Paradoksalnie historia współpracy Roscoe Mitchella z triem Mazzoll/Janicki/Janicki sięga lat 90. – wtedy to lider Art Ensemble of Chicago zainteresował się polskimi muzykami na podstawie płyty „Out Out to Lunch„, nagranej jeszcze jako Mazzoll & Arhytmic Perfection. Niestety wówczas nie doszło do wspólnego grania. Dziś w 2015 roku z dawnej drużyny gdańskiego klarnecisty ostał się jedynie kontrabasista Sławek Janicki, a trio już przed kilkoma laty dopełnił Qba Janicki na perkusji. I choć zespół ma na koncie tylko jeden krążek „Minimalover” z 2012 roku, to na dzień dzisiejszy jest najbardziej stałym i dość regularnie występującym składem Mazzolla.

Kwartet „MMJJ” rozpoczął koncert nagle – instrumenty po prostu zaczęły grać, a struktura miała przyjść w sposób naturalny. Szybko się okazało, że postacią zdecydowanie dominującą na scenie jest amerykański saksofonista. Wypowiedź Mitchella przypominała trochę strumień świadomości – była ciągła, nieprzerwana, często sprawiała wrażenie przypadkowej kakofonii, lecz z czasem obezwładniała determinacją, pewnością i ekspresją. Mitchell należy do muzyków free jazzowych, którzy wykształcili własny język wypowiedzi i to był właśnie ten język. W pierwszych kilkunastu minutach wydawało mi się, że na scenie dochodzi do przyspieszonej, symbolicznej podróży Polska-USA. Muzykom potrzebna była dłuższa chwila by złapać wspólne flow, jednak gdy już zostało odnalezione siła rażenia i dzikość płynących dźwięków warte były oczekiwania. W efekcie koncert im dłużej trwał, tym lepsze sprawiał wrażenie, trochę jakby zespół rodził się na naszych oczach.

Bardzo dobrze w konfrontacji z Mitchellem sprawdziła się sekcja rytmiczna, a w zasadzie rytmiczno-elektroniczna (tutaj rola Qby Janickiego). Dotrzymanie tempa 75-letniemu saksofoniście było zadaniem wręcz karkołomnym. Kontrabas Sławka Janickiego operujący szorstką fakturą, a czasami śpiewną ludowością (partie grane pod mostkiem) dobrze współgrał z rozpędzonym Mitchellem, imponował wyczuciem. Chyba nigdy też nie słyszałem tak intensywnej perkusji pod rękami Qby Janickiego. Tej intensywności towarzyszyła finezja i ewidentna chęć na wpływanie grą na przebieg koncertu. Początkowo – o dziwo – najbardziej zagubiony w tej konfiguracji wydawał mi się Mazzoll. Artysta krążył po scenie, zmieniał klarnety jak rękawiczki, próbując wedrzeć się w potok dźwięków Mitchella frazą bardziej uchwytną, miał też ewidentne problemy z nagłośnieniem, a w pewnym momencie na chwilę w ogóle zszedł ze sceny. Czasami można było odnieść wrażenie, że muzyk czerpie większą frajdę z samego słuchania saksofonisty, niż ze wspólnego grania. Ostatecznie Mazzoll słusznie zrezygnował ze ścigania się z Mitchellem na szybkie solówki i zaczął bardziej bazować na sonorystycznych dopełnieniach, na „kolorowaniu” brzmienia całości okazjonalnymi, ale mocnymi wejściami, czasami równoważąc chaos melodią, jednak nie przejmując ciężaru gry na siebie. Finalnie dało to dobry rezultat, a Panowie ewidentnie złapali wspólny język, szczególnie podczas wyciszonej improwizacji zagranej wspólnie na siedząco.

Mazzoll, Mitchell, Janicki

Takich spokojniejszych momentów było niewiele, ale dobrze balansowały całość, którą jednak mocno (czasami jak dla mnie aż za mocno) dominował saksofonowy skowyt Mitchella. Podejrzewam, że to w znacznej mierze kwestia dotarcia muzyków grających ze sobą pierwszy raz – prawdopodobnie koncert w Bydgoszczy był już zupełnie inną historią. Niemniej dzikość i gromy miotane ze sceny Teatru Powszechnego miały swój nieodparty, fascynujący urok ścierania się różnych, ale silnych i bezkompromisowych osobowości. Być może dobrym zwieńczeniem byłaby wspólna płyta? Miłość z Lesterem Bowie miała „Not Two”. Myślę, że tutaj adekwatnym tytułem byłoby „Not One”.

A to dopiero początek 11 Mózg Festiwalu. W najbliższych tygodniach w Warszawie i Bydgoszczy wystąpi jeszcze cała rzesza interesujących artystów (jakich? – klik). Jednym słowem warto trzymać rękę na pulsie aż do 12 listopada.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Ad Libitum 2015: Dzień I

Ad Libitum 2015

Ciężko uwierzyć, że festiwal taki jak Ad Libitum doczekał się 10 edycji. Impreza choć od lat boryka się z trudnościami natury finansowej, odradza się co roku niczym feniks z popiołów i wciąż konsekwentnie realizuje swój ambitny program, ściągając do Warszawy prawdziwą ekstraklasę światowej improwizacji. Mając w pamięci lata ubiegłe, muszę przyznać, że jubileuszowa edycja przyciągnęła nieco większe grono odbiorców, co niewątpliwie jest zjawiskiem budującym, które optymistycznie nastraja na przyszłość. Takie festiwale są w Polsce potrzebne. Dlaczego?

Choćby dlatego, że powstają w reakcji na oddolne procesy kulturowe. Innymi słowy muzyka improwizowana o mniej lub bardziej jazzowym backgroundzie, jest jedną z prężniej rozwijających się gałęzi twórczości muzycznej o ambicjach artystycznych w Polsce. Dowodem na to są nie tylko dziesiątki koncertów organizowanych spontanicznie w różnych małych klubach na przestrzeni całego kraju, ale też wypowiedzi czołowych przedstawicieli, by nie użyć słowa „gwiazd”, międzynarodowego jazzu. Ken Vandermark od lat powtarza, że koncerty w Polsce są dla niego wyjątkowe, ponieważ przychodzą na nie głównie ludzie młodzi, a publiczność jest autentycznie skupiona na muzyce. Peter Brötzmann – ikona europejskiej improwizacji – na zakończenie swego tegorocznego występu podziękował tłumnie zebranym słuchaczom i powiedział, że granie w Polsce zawsze jest dla niego wielką przyjemnością. Kto choć trochę zna szorstki temperament niemieckiego artysty, ten wie, że saksofonista nie strzela podobnymi komplementami zbyt często. Kolejnym żywym dowodem na mocne zakorzenienie „impro music” w polskiej kulturze współczesnej są też takie inicjatywy jak Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa. Orkiestra złożona głównie z młodych muzyków, która od lat działa na pograniczu polsko-litewskim jest prawdziwym fenomenem, nie tylko w skali kraju. Do Sejn zjeżdżają artyści tego kalibru co  Arvo Pärt, a także wybitni przedstawiciele polskiej sceny muzycznej. Pod przewodnictwem jednego z nich Orkiestra z Sejn zagrała na tegorocznym Ad Libitum.

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa

Mikołaj Trzaska, bo o nim mowa, przy asyście Tomasza Dąbrowskiego, Mike’a Majkowskiego, a także znakomitego brytyjskiego nestora gatunku Evana Parkera, zaprezentował warszawskiej publiczności 15-osobową Sejneńską Spółdzielnię Jazzową. Nie ukrywam, że chęć zobaczenia takiego składu w akcji była bodaj głównym powodem, dla którego przyszedłem na pierwszy dzień festiwalu. Zestawienie muzyków można uznać za symboliczne – Trzaska jest emblematycznym przedstawicielem muzyki improwizowanej w Polsce, artystą o niebywale charakterystycznym języku, który wciąż szuka nowych wyzwań; Dąbrowski i Majkowski to muzycy młodzi, od początku karier działający z powodzeniem w skali międzynarodowej; Parker – wiadomo – jeden z ojców i głównych przedstawicieli impro music. Fantastyczne w koncercie na Ad Libitum było to, że podczas występu każdy z artystów schował CV do kieszeni – wszyscy muzycy obecni na scenie stanowili kolektyw. Było to wyraźne nawet nie tyle w partiach granych wspólnie, ale w mniejszych segmentach, kiedy każdy grał jak równy z równym. Tutaj doskonałym przykładem była choćby sytuacja dialogu na linii sędziwy Parker – młody, na oko 12-letni trębacz z Sejn. A podobnych momentów było znacznie więcej. Duża klasa, zero protekcjonalności. W ogóle w perspektywie całego koncertu Parker był wręcz wycofany. Widocznie wziął sobie do serca hasło przewodnie festiwalu „wolność w jedności”.

Sejneńska Spółdzielnia Jazzowa2

19-osobowy skład zagrał utwory Mikołaja Trzaski, równie znakomitego kompozytora co improwizatora. Ostatni raz widziałem saksofonistę w roli lidera większego zespołu podczas wyjątkowego wykonania „Róży” na Off Festiwalu. W Laboratorium kilka motywów z tego filmu również zabrzmiało. Trzaska ewidentnie potrafi wykorzystać doświadczenie jakie zdobył na przestrzeni ostatnich lat grając chociażby w Resonance Vandermarka i kierowanie tak liczną grupą nie stanowiło dla niego większego problemu. Widać też było, że muzycy – poczynając od Parkera a skończywszy na najmłodszych trębaczach – darzą gdańskiego saksofonistę szacunkiem i uznaniem. Podczas jednego z solowych, ekspresyjnych popisów Trzaski, oczy wszystkich wlepione były w ryczący, pędzący na łeb na szyję alt, a na twarzach malowało się słowo „respect”. Według mnie tego wieczoru polski muzyk zdecydowanie przyćmił wielkiego Evana Parkera. Ale – cytując trenera Nawałkę – brawa należą się całej drużynie. I nie ma to ani krztyny kurtuazji. To był naprawdę bardzo dobry, zajmujący koncert, z wieloma wyjątkowymi momentami, w których każdy miał swój udział. [fragment wideo]

Brotzmann Quartet

Dzielić jedną scenę z Evanem Parkerem to z pewnością duże doświadczenie. Podejrzewam, że nie mniejszym było dzielenie backstage’u z „rzeźnikiem z Wuppertalu”, „najgłośniejszym saksofonistą globu” – Peterem Brötzmannem. Początkowo artysta sprawiał wrażenie jakby był delikatnie mówiąc „nie w sosie”. Osobiście przearanżował układ sceny na własne potrzeby, przy okazji dość opryskliwie skarcił technicznego i dosadnie uderzył stołem o podłogę. Później wyraźnie nie pasował mu mikrofon, kręcił głową, mamrotał, ostatecznie w ogóle zrezygnował z używania jakiegokolwiek nagłośnienia. Cóż, po co nagłośnienie najgłośniejszemu saksofoniście świata? Faktycznie okazało się niepotrzebne. Brötzmann wraz ze swoją brygadą zagrał koncert bezkompromisowy w każdym calu. Tak jak widziałem już saksofonistę wielokrotnie, to jeszcze nigdy jego gra nie wydała mi się tak brutalna, momentami wręcz agresywna. Hardcore punk przy brzmieniu 74-letniego Brötzmanna, to jak kwilenie niemowlaka przy ryku słonia. Ten ryk bardzo dobrze balansowały rozmyte partie wibrafonu Jasona Adasiewicza, a sekcja Steve NobleJohn Edwards doskonale utrzymywała obłąkańcze tempo narzucone przez Niemca. Duże wrażenie zrobiły też na mnie partie solowe, szczególnie w wykonaniu bezbłędnego Noble’a. Ten koncert był doświadczeniem bardziej fizycznym niż intelektualnym. Obserwowanie jedynej w swoim rodzaju ekspresji brötzmannowskiej, na dodatek w tak intensywnym wydaniu, nikogo nie pozostawiło obojętnym (tak sadzę). Gdy koncert się skończył wydawało mi się, że trwał bardzo krótko, co okazało się nieprawdą – Brötzmann świstem saksofonu zakrzywił czasoprzestrzeń. Kwartet wyszedł jeszcze na krótki bis, który w zestawieniu z główną częścią występu można było wręcz nazwać lirycznym i subtelnym. Wszystkich nienasyconych muzyką kwartetu odsyłam do płyty „Mental Shake„, gdzie Brötzmann, cytując klasyka, jest „still crazy after all these years”. [fragment wideo]

Cybulski - Pałosz - Wojciechowski

Trzecim, a w kolejności chronologicznej pierwszym występem w Laboratorium był koncert tria strunowo-elektronicznego w składzie Krzysztof Cybulski, Mikołaj Pałosz, Sławomir Wojciechowski. Była to muzyka na przeciwległym biegunie do tej, którą zaprezentował Brötzmann – zdecydowanie bardziej intelektualna, podporządkowana wymyślnemu konceptowi formalnemu. Sądzę, że trio lepiej odnalazłoby się na Warszawskiej Jesieni. Zabrakło mi w ich wykonaniu pierwiastka, który miał przyświecać tej edycji Ad Libitum, a mianowicie wolności. Odniosłem wrażenie, że muzycy w trosce o jak najdokładniejsze odwzorowanie pewnej idei formalnej zatracili całkowicie spontaniczność, wydawali się nie tyle skupieni co spięci, jakby grali z pistoletem przyłożonym do skroni. Z czasem ich wypowiedź stawała się trochę bardziej komunikatywna, a wplatane jazzowe sample w sonorystyczno-elektroniczną improwizację odrobinę rozszerzały spektrum recepcji eksperymentu. Niemniej całość wydała mi się sztucznie przekombinowana, na siłę udziwniona. Koncert tria odebrałem jako zdecydowanie najsłabsze ogniwo wieczoru, na tyle mało charakterystyczne, że po bisie kwartetu Brötzmanna ledwie je pamiętałem.

Nie zmienia to faktu, że inauguracja Ad Libitum 2015 była wielce zadowalającym i ciekawym przeżyciem. Już jestem ciekaw w jaki sposób festiwal wejdzie w drugie dziesięciolecie działalności. Sądzę, że najlepszym tropem będzie dalsze i możliwie jeszcze ściślejsze zestawianie przedstawicieli sceny krajowej z muzykami z zagranicy. W Polsce jest cała masa świetnych improwizatorów. Koncert Sejneńskiej Spółdzielni Jazzowej był tego doskonałym przykładem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Jachna & Wójciński Duo – „Night Talks” w Pardon To Tu

Wójciński & Jachna3

Duet na trąbkę i kontrabas to – przynajmniej na polskiej scenie – rzecz niecodzienna. Miałem szczęście, że rok temu w klubie Chmury byłem świadkiem poczęcia się nowego muzycznego bytu, jakim okazał się duet Wojciecha Jachny z Ksawerym Wójcińskim. Dziś Panowie mają już na koncie świetny, kameralny, bardzo nastrojowy album pt. „Night Talks” – owoc dwudniowej, grudniowej sesji nagraniowej. Koncert w Pardon To Tu był dopiero ich drugim spotkaniem na jednaj scenie, w co biorąc pod uwagę jakość występu aż ciężko uwierzyć.

Duet Jachna-Wójciński jest doskonałą reprezentacją zjawiska, które określane jest często jako tzw. „chemia między muzykami”. Komunikacja na linii kontrabas – trąbka zachodziła w sposób niezwykle naturalny, wręcz organiczny, był w niej rodzaj pozytywnej oczywistości, którą rozumiem jako samowystarczalność – ani na moment podczas koncertu nie miałem poczucia przesytu lub braku. Muzycy świetnie gospodarowali dźwiękiem, dystrybuując go z wielką wrażliwością na brzmienie. W jednym z wywiadów Ksawery Wójciński na pytanie o inspiracje muzyczne wyznał mimochodem, że nie słucha zbyt dużo muzyki, a cisza jest podstawą, brzmi najpiękniej, choć jest utopią (klik). Ten kontekst utopijnej ciszy, z której dopiero rodzi się dźwięk jest we współpracy z Wojciechem Jachną bardzo dojmujący. Artyści szanując ciszę unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej.

Koncert, podobnie jak płyta „Night Talks”, pokazał, że Jachna i Wójciński są muzykami niebywale lirycznymi, a melancholia to dla nich wspólny mianownik, na którego bazie są w stanie tworzyć spójne konstrukcje o wyjątkowym klimacie. Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem powstanie tych konstrukcji jeszcze więcej, zarówno na żywo, jak i na nagraniach.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Solistów trzech: Wacław Zimpel / Piotr Kurek / Kuba Ziołek

Solistów trzech

Wstęp

          „Opowiem inną przygodę dziwniejszą…” – tak zaczyna się „Kosmos” być może najdoskonalsza z książek Witolda Gombrowicza. Gombrowicz pisał solo, wiedział jak to robić, miał duże ego i potrafił je przekuć w dzieło. Pisarze to siłą rzeczy soliści, nawet jeśli pod względem intelektu i formy są tylko niesamodzielnym zlepkiem konwencji typowych dla epoki. Trochę inaczej jest z muzykami. Muzyka to przeważnie rodzaj gry zespołowej, dyscyplina „we współpracy”, której maksimum dostajemy – dajmy na to – podczas kolektywnej, swobodnej improwizacji, w zespole, gdzie następuje zjawisko zderzania się wielu różnych ego (w szyderczym tłumaczeniu „crushing eggs”).
Słuchając muzyki wszelakiej, dość szybko złapałem się na tym, że interesują mnie przede wszystkim poszczególni jej twórcy, nawet w obrębie większych składów. A już najbardziej jednostki, autorzy samodzielni, którzy odpowiadają za „produkty estetyczne” od początku do końca, odbijają w nich linie papilarne swej osobowości (tzw. „autentyczność”), bądź konkretnego konceptu formalnego (tzw. gra w konwencji lub gra konwencją). Właśnie dlatego lubię koncerty solo – są to prawdopodobnie najbardziej bezpośrednie momenty kontaktu z czyjąś twórczością, przekazem, wrażliwością, umiejętnością kreowania autonomicznej, zamkniętej/otwartej wypowiedzi. Osobiście „gram solo” na niniejszym blogu, wiec trochę wiem jak to jest. A jest ciężko, bo gdy grasz solo to tym bardziej zależy ci na jakości, jakość=ty, pełna odpowiedzialność w całej wolności i swobodzie. Artyści, do których wymienienia z imienia i nazwiska ten tekst właśnie zmierza, choć oczywiście nie tylko oni, wchodzą na pozycję pisarzy muzycznych światów, posługując się bogactwem języka dźwięków, stosując różne gramatyki, zachowując (lub gubiąc) własny akcent… Koniec wywodu natury ogólnej – gratulacje dla tych z Państwa, którzy są jeszcze z nami! A zmierzając do meritum…
Dzień po dniu w Warszawie wystąpili trzej twórcy, którzy w znacznej mierze decydują o jakości szeroko rozumianej polskiej muzyki alternatywnej: Wacław Zimpel w Pardon To Tu / Piotr Kurek i Kuba Ziołek w Narodowym Instytucie Audiowizualnym.

———————————————————————————

Wacław Zimpel

I. Ryzykowny interes…

Na chwilę obecną, jeśli chodzi o światek muzyki improwizowanej, chyba ciężko znaleźć w Polsce klarnecistę bardziej rozpoznawalnego na arenie międzynarodowej niż Wacław Zimpel. Muzyk zasłynął nie tylko jako doskonały instrumentalista, ale przede wszystkim kompozytor i lider. Talent Zimpla zyskał największy rozmach na zeszłorocznym krążku „Nature Moves” nagranym z To Tu Orchestra. Materiał epicki, o którym już miałem okazję pisać (tutaj), pokazał ewidentny dryf klarnecisty w stronę minimalizmu, a dzisiejsza, solowa aktywność potwierdza, że inspiracja amerykańską muzyką współczesną XX-wieku jest dla artysty jednym z najważniejszych punktów wyjścia. Obok tego mamy jazz, mamy muzykę etniczną… W Pardon To Tu usłyszałem jeszcze coś.

Był taki film z lat 80., nazywał się „Risky Businesss” z młodym Tomem Cruisem. Dokładnie z roku 1983, czyli tego samego kiedy urodził się Zimpel. Muzykę do filmu skomponował Tangerine Dream, a najbardziej znana scena, to ta, w której Tom jedzie miejską kolejką z młodą, urodziwą Rebeccą De Mornay (tutaj muzyka bez wideo, w trosce o niewinność najmłodszych czytelników). Gdy Wacław Zimpel podczas koncertu zapętlił organy, to cały czas miałem przed oczami nieopierzonego Cruise’a w miłosnym uniesieniu… Dość niefortunne skojarzenie, lecz dojmujące i kładące się wyraźnym cieniem na mojej recepcji koncertu. Edgar Froese z lat 80. był równie czytelny, co kolejni Youngowie, Reichowie i Riley’owie, do których Zimpel od początku występu robił dość wyraźne linki. Nie w tym jednak rzecz, bo właściwie lubię numer „Love on a real train”, bo dobra muzyka w windzie, to wciąż dobra muzyka (choć wciąż w windzie). Mam tutaj bardziej na myśli pewne rozrzedzenie, które dokonało się za sprawą dość mało finezyjnego zastosowania loopów i ogólnego przeładowania. Zimpel piętrzył kolejne warstwy samego siebie (na klarnecie/organach), by na koniec wskoczyć w tak skonstruowany, gęsty podkład z płomiennym solo.  Taki był de facto pomysł na cały koncert. Powstawała w ten sposób muzyka złożona, lecz również mocno przewidywalna, a wzniosłe wierzchołki tak budowanych struktur (wspomniane „płomienne solówki”) stały bardzo blisko przepaści kiczu. Pewne nieumiarkowanie było również dostrzegalne w liczbie instrumentów, na których Zimpel postanowił zagrać (3 rodzaje klarnetów, organy, 2 aerofony z Dalekiego Wschodu). Przy czym akurat ta różnorodność trochę urozmaicała hermetyczną loopową strategię. Najciekawszym momentem koncertu było fantastycznie zagrane, rytmiczne solo na dęciaku z północnej Tajlandii, instrumencie wynalezionym przed 3 tysiącami lat.

Na koncercie można było odnieść wrażenie, że Zimpel w programie solowym chce połączyć tradycję amerykańskiego minimalizmu z jazzem i muzyką etniczną, a wszystko skleić przy pomocy loop stacji. Ambitnie, ale też trochę za dużo – nie potrafiłem pozbyć się uczucia przeładowania. W występie solo chciałbym usłyszeć więcej samego artysty, a nie grania na pętli, do podkładu, nawet jeśli jest preparowany w czasie rzeczywistym. W efekcie powstała muzyka „niewygodnie wygodna”, zbyt oczywista jak na artystę tego formatu co Wacław Zimpel. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, gra solo to „ryzykowny interes”.

By rozrzedzić wiadro dziegciu miodem, polecam dwa albumy z tego roku, na których klarnecista prezentuje się od jak najlepszej strony. Free jazzowy Switchback oraz krążek „Green Light” kwartetu z Evanem Ziporynem, Hubertem Zemlerem i Gyanem Rileyem. Oba albumy wydane w zacnym, poznańskim Multikulti.

———————————————————————————

Piotr Kurek

II. Folktronica narodowa

Zobaczyć koncerty takich artystów jak Piotr Kurek i Kuba Ziołek, w sali z bardzo dobrą akustyką, za darmo? Tak się stało w Narodowym Instytucie Audiowizualnym. To budujące, że wreszcie doczekaliśmy się w stolicy miejsca, a którym z budżetu państwa (czyli „z naszych pieniędzy!”) promowana jest prawdziwie wartościowa polska muzyka. Muzyka aktualna i artyści znajdujący się w „kwiecie twórczym”. Tak własnie powinno być, a najlepszym tego dowodem była frekwencja – wszystkie miejsca siedzące, a nawet wszystkie schodki były zajęte. Koncert promowany był jako premiera drugiej (i ostatniej) płyty Starej Rzeki z gościnnym udziałem Piotra Kurka. Ostatecznie okazało się, że płyta nie dotarła, a gościnny udział polegać będzie na oddzielnym solowym koncercie – i bardzo dobrze, bo spotkanie na jednej scenie dwóch tak wyrazistych osobowości jak Kurek i Ziołek mogłoby poskutkować sygnalizowanym we wstępie zjawiskiem „crushing eggs”.

Trochę szkoda, że w opisie wydarzenia nie było powiedziane nic na temat premiery, którą w ostatnich dniach odnotował Piotr Kurek. Artysta wydał na początku miesiąca płytę „ACH-OCH” jako Heroiny (bandcamp). Album stanowi według mnie dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Kurka, bazującej na analogowym sprzęcie, na poły folkowych, charakterystycznych melodiach i wielu przenikających się warstwach najróżniejszych psychodelicznych dźwięków. Przy okazji jest to chyba najbardziej „przebojowy” materiał w karierze muzyka. Na „ACH-OCH” w glorii i chwale powraca surowy bit, który tak dobrze zaistniał na kasecie Piętnastki przed czterema laty (bandcamp). Poszczególne kawałki przesiąknięte są rytmem przywodzącym na myśl oldchoolowe techno, obok wskakują sample rozbujanej, „kowbojskiej” gitary, strzępki wokaliz, w tle słychać elektro puls… Jednocześnie materiał naznaczony jest oryginalnym „brzmieniem Piotra Kurka”, trochę futurystycznym, trochę retro i w dalszym ciągu onirycznym, przy całym energetycznym potencjale kompozycji. Wyraźna ewolucja, daleki sus na przód z zachowaniem jakości. Bardzo dobra płyta i kolejny ciekawy rozdział w karierze.

Heroiny - ACH-OCH

Jednakże koncert w Ninie nie prezentował numerów z „ACH-OCH”, tylko Piotra Kurka jako Piotra Kurka, a solowa twórczość muzyka jest obdarzona znacznie większym pierwiastkiem „outer-space”. Tutaj warunki akustyczne sali doskonale uwydatniły wszelkie niuanse pączkujących, permanentnie ewoluujących utworów. Występ pod względem zaprezentowanego materiału był dość podobny do tego, który Kurek zagrał na tegorocznym Lado w Mieście (relacja), ale w przestrzeni zamkniętej zabrzmiał bardziej soczyście. Tutaj również sama sytuacja odbioru była zupełnie inna niż w przypadku plenerowego koncertu – wspomagała nieustanne fokusowanie uwagi na dźwiękach. Kurek jest wprawnym narratorem, którego opowieść niepostrzeżenie zasysa odbiorcę we własne uniwersum, zabiera go na „dobrą wycieczkę”, tak ciekawą, że zakończenie każdorazowo wydaje się zbyt prędkie i trochę nie na miejscu.

 Stara Rzeka

Stara Rzeka, solowe dziecko Kuby Ziołka, to projekt-sensacja, o którym w ostatnich latach napisano bardzo dużo. Na fali popularności albumu „Cień chmury nad ukrytym polem” artysta nieomal dostał Paszport Polityki. Sequel w postaci płyty „Zamknęły się oczy ziemi” ma być jednocześnie zamknięciem wydawniczej historii Starej Rzeki. Bardzo dobrze. Postawienie kropki w momencie szczytowym to u muzyków rzadka umiejętność ( „Trzeba wiedzieć kiedy…” i tak dalej). A akurat Kuba Ziołek w ostatnich latach jest bodaj największym pracusiem polskiej alternatywy i na kolejne wydawnictwa pod innymi nazwami nie trzeba będzie długo czekać (nowe T’ien Lai już w drodze…).

Niemniej Stara Rzeka była projektem wyjątkowym, autorskim mariażem folku i gitarowego hałasu, drone’ów, psychodelicznych odlotów, klimatów prasłowiańskich. Duża w tym zasługa kontekstu, który jest charakterystyczny dla wszystkich przedsięwzięć Ziołka – nagrywanie albumu w specyficznych okolicznościach przyrody, tytuły kompozycji odwołujące do jednoznacznych kulturowo skojarzeń, pewien mistyczny potencjał. Artysta ukuł nawet nazwę własnej praktyki – „brutalizm magiczny”. Fenomen muzyka bardzo dobrze, niemal monograficznie na łamach Dwutygodnika zanalizowała Andżelika Kaczorowska (klik). Przy okazji koncertu w Ninie, Ziołek udzielił też ciekawego wywiadu, w którym samodzielnie opisuje siebie i Starą Rzekę (wideo). Wniosek płynący z nagrania jest jednoznaczny – Stara Rzeka to po prostu współczesna, swobodna wizja muzyki folk.

Był to bodaj piąty raz, kiedy miałem okazję słuchać na żywo Starej Rzeki i pierwszy, kiedy odbyło się to w warunkach ku temu odpowiednich (choć pewnie idealne byłyby Bory Tucholskie…). Trochę szkoda, że koncert rozpoczął się od razu po występie Piotra Kurka, sądzę, że choćby kilkuminutowa przerwa, reset, przysłużyłyby się lepszemu odbiorowi. Ziołek zaprezentował się na wstępie jako dobry konferansjer, bezpośredni i „inteligentnie zabawny”. Natomiast muzyka Starej Rzeki zabrzmiała… jak muzyka Starej Rzeki, w jej cięższej, gitarowo-elektronicznej odsłonie, z charakterystycznym piętrzeniem motywów i dbałością o fakturę. Koncert trochę stracił na spójności poprzez drobne przerwy między utworami i wspomnianą konferansjerkę, ale z drugiej strony bez nich byłby nazbyt przytłaczający, szczególnie po jednolitym, nieprzerywanym występie Kurka. Szkoda też, że Ziołek postawił niemal tylko i wyłącznie na potężne brzmienie. Zabrakło mi zdecydowanie większej ilości niuansów, takich jak choćby moment niespodziewanego wrzucenia w narrację kwadratowego techno bitu. Przez tę jednorodność koncert gubił napięcie, a niekiedy nawet nużył jednorodnością. W tym kontekście bardzo dobrze wypadła końcówka i pieśń „My Only Child”. Podobnych, delikatniejszych fragmentów jest na nowej płycie Starej Rzeki więcej i dziwię się, że Ziołek zrezygnował z nich podczas – było nie było – premierowego występu.

Podstawową, już stricte kuratorską, zaletą koncertów w Ninie było samo zestawienie artystów, którzy de facto stanowią dziś w dużej mierze o oryginalności i specyfice polskiej sceny, a w każdym razie pewnego jej segmentu. Mam nadzieję, że wydarzenia o podobnym ciężarze gatunkowym będą się odbywać w Narodowym Instytucie Audiowizualnym częściej – są ku temu świetne warunki lokalowe, a przede wszystkim jest wielki potencjał w polskiej muzyce i autorach ją tworzących.

Krzysztof Wójcik (((ii))) 

Mostly Other People Do The Killing w Pardon To Tu

MOPDTK2

Na temat MOPDTK w ostatnich latach napisano bardzo wiele. Nie ma specjalnie sensu dodawać kolejnej sążnistej szczapy do kominka pełnego pochwał. Więc tylko kilka refleksji a propos porywającego występu w Pardon To Tu.

  1. Jazz to także muzyka rozrywkowa.
  2. Jazz to język, którym można operować kreatywnie w XXI wieku, nawet odwołując się do klasycznego brzmienia.
  3. Jazz można grać z uśmiechem na ustach (słuchać też).
  4. Kwartet bez Petera Evansa jest trochę jak Barcelona bez Messiego (czyli wciąż znakomity zespół, ale już nikt nikogo nie nazywa geniuszem).
  5. Miasteczka w Pensylwanii rzeczywiście mają absurdalne nazwy.
  6. Zdecydowanie zobaczyłbym to jeszcze raz!

A jeśli ktoś ma głód konkretów, to odsyłam do arcyciekawego wywiadu z kontrabasistą, kompozytorem, mistrzem konferansjerki i założycielem zespołu Moppą Elliottem na łamach PopUpMusic (rozmawia Piotr Lewandowski) —> KLIK.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zebry a Mit w Pardon To Tu

 

Kamil Szuszkiewicz

Kwartet pod wodzą Kamila Szuszkiewicza oficjalnie zdobywa pierwszą nagrodę w kategorii „zespół o najmniej komercyjnej nazwie 2015 roku”. Zagadkowość znaczenia szyldu Zebry a Mit idzie jednak w parze z niejednoznacznym charakterem granej muzyki, którą z braku lepszego określeni można nazwać „eksperymentalnym jazzem”… Jednak przyklejanie etykietek to niebezpieczna praktyka, a Zebry zdecydowanie nie są zespołem etykietofriendly. Pokazuje to króciutki, trwający lekko ponad kwadrans minidisc „16′ 25″” wydany przez Lado ABC, a sytuacja „live” dobitnie potwierdza.

Drugi już koncert kwartetu umacnia mnie w przekonaniu, że główną siłą tego składu – pomimo kombinatorskich tendencji – jest konsekwentna prostota, która w odpowiednich proporcjach tworzy napięcie dużo większe niż improwizatorskie adhd. Występ utrzymywał słuchacza w niepewności kolejnych dźwięków. Muzyka Zebry a Mit choć operuje w dość melancholijnym, jesiennym wachlarzu emocjonalnym, to potrafi być raz słodka, pozytywkowa, innym razem dzika, a nawet na granicy zgiełku.

Traczyk_Zemler

Ten dualizm dobrze ilustrują instrumenty Huberta Zemlera – twardy, pozbawiony blach zestaw perkusyjny i metalofon o delikatnym, ulotnym brzmieniu. Kolejna relacja kontrastu: akustyczne instrumentarium (z wyjątkiem basu Wojtka Traczyka) – przetwarzanie, zapętlanie i loopowanie w czasie rzeczywistym. Ten elektroniczny pierwiastek podczas koncertu w Pardonie był trochę bardziej wyważony i przemyślany niż na Placu Zabaw (klik). I wreszcie ostatnia cecha, która moim zdaniem szczególnie wyróżnia Zebry – budowanie formy eksperymentalno-improwizowanej w ścisłym oparciu o melodie. Charakterystyczne melodie (głównie oszczędna trąbka, rozbujany, powtarzalny bas i nowość – przetworzone pianino) cały czas się gdzieś unoszą, nawet pod intensywnymi taśmowo-perkusyjnymi wariacjami. Czasami te ostatnie były może trochę zbyt nachalne w wykonaniu Piotra Dąbrowskiego (choć później potrafił je dobrze zbalansować), momentami muzycy wymieniali też porozumiewawcze spojrzenia, milczące „co dalej?”. Ale odnajdywali (wynajdywali?) kolejne sekwencje bez specjalnego wymuszenia. W efekcie koncert bazujący na kwadransie nagranego materiału rozrósł się do jakichś 45 minut esencjonalnego występu. Pomimo dość ożywionych braw zespół nie przystąpił do grania bisu, co tylko potwierdza, że zależy im na konkretnej, zamkniętej strukturze wypowiedzi – przegadanie w takiej sytuacji nie miałoby sensu i bardzo dobrze, że nie nastąpiło. Nawiasem mówiąc w przypadku podobnej estetyki bisy w 95% powinny być zastąpione ukłonami.

 

Zatem oszczędność, prostota, melodyjność, umiejętna gra kontrastami, stopniowaniem napięcia… Mam nadzieję, że kwartet Zebry a Mit dopisze kolejny rozdział do tej historii. Nie mam wątpliwości, że warto to zrobić. Cytując klasykę – „the force is strong with this one”.

Krzysztof Wójcik (((ii)))