LOTTO / Mike Majkowski solo w Pardon To Tu

Lotto

Nie znasz jeszcze grupy LOTTO? Zapytaj/poproś Pył (bandcamp), a opowie Ci o sobie językiem dźwięków. Ja opowiem inaczej, ale dobrze mieć podkład. Szczególnie gdy na wyciągnięcie kliknięcia mamy „taśmę profesjonalną”.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… Był lot. (Od) Lot to był daleki… Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel, a moc była z nimi. Triolot, lottrio..?
Rozwikłanie nazwy jednej z najciekawszych polskich grup improwizowanych spoza idiomu „jazz” nastręcza wiele możliwości i wariacji. Paradoksalnie przypadkowość skaczących piłeczek z kabiny maszyny losującej nie do końca oddaje coraz bardziej poukładany i procesualny sposób prowadzenia narracji tria. Jeśli chodzi o jakość, to do wspólnych koncertów Mike’a Majkowskiego, Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury bardziej pasowałoby określenie „twój szczęśliwy numerek” – łatwiej go trafić, a póki co zespół trafia bez pudła. Ale mniejsza o nazwy, nie o nie tutaj chodzi.  Zacznijmy inaczej, na około lot to będzie.

Gdy przed rokiem pisałem recenzję płyty „Ask The Dust” (w grudniu krążek obchodzi swoje pierwsze urodziny), powiedziałem mniej więcej, że nagranie w pełni nie wyczerpuje potencjału zespołu, który najjaśniejszym blaskiem świeci podczas koncertów. Cóż, chyba najgorszą sytuacją dla składu improwizowanego byłoby właśnie „wyczerpać swój potencjał” na albumie. Występ w Pardon To Tu pokazał jak na dłoni, że w Lotto wciąż spoczywają potężne pokłady możliwości, które na scenie potrafią wygenerować samozapłon.

Mike Majkowski

Z całą pewnością koncert Lotto nie zadziałałby aż tak silnie gdyby nie pierwsza, wyciszona, kontemplacyjna część wieczoru pod znakiem solowego występu Mike’a Majkowskiego. Najlepszy nadgarstek III RP zaprezentował publiczności materiał ze swojej świeżutkiej płyty „Bright Astonishment of the Night„, wydanej przez Bocian Records (fragmencik). Cóż, dla osób, które miały już styczność z koncertami Majkowskiego w pojedynkę, występ w Pardon To Tu nie mógł być zaskoczeniem. Polsko-australijski kontrabasista dysponuje bardzo wyrazistym językiem, opartym na doskonałym opanowaniu instrumentu, a także ogromnej wrażliwości na choćby najdrobniejsze niuanse brzenia. Oszczędność i precyzja to dwa pierwiastki, które Majkowski wykorzystuje do maksimum. Elementy te w toku jednostajnych repetycji hipnotyzują słuchacza, przestrajają percepcję i w efekcie wyostrzają zmysły na każdy mikro-detal wykonania. Koncerty Majkowskiego solo są jak obserwowanie pracy zegarmistrza. Dokładność rozciągnięta w czasie, dźwięki gasnące w ciszy. Minimalizm i wirtuozeria wysokiej próby. Muzyka aż tak subtelna, że paradoksalnie wytrącająca słuchacza ze strefy komfortu – wprowadzająca w coś znacznie ciekawszego. Klasa.

Łukasz Rychlicki

W formacie Lotto ponadprzeciętna precyzja Majkowskiego jest najbardziej stabilnym elementem konstrukcji, oparciem i punktem zaczepienia. Było to doskonale widoczne i słyszalne podczas pierwszych kilkunastu minut koncertu, które okazały się absolutnym popisem ekspresyjnej, kreatywnej acz nieprzegadanej perkusji. Szpura mając w tle metronomiczny puls kontrabasu wyraźnie poczuł husarię. Przez dłuższą chwilę jego gra opierała się jedynie na talerzu, ale obezwładniała intensywnością i wysoką amplitudą temperatur. Gitara Rychlickiego wyłaniała się z ciszy tak powoli i płynnie, że aż nie zauważyłem kiedy dokładnie stała się częścią narracji, dodając całości ciekawej, elektronicznej faktury i potęgując tym samym psychoaktywne brzmienie całości. Wszystko zmierzało nieubłaganie do przesilenia, potężnej jazgotliwej kulminacji.

Koncert Lotto można określić właśnie jako permanentne budowanie, zwiększanie, dozowanie napięcia. Wypowiedź tria była ultra-linearna, przypominała muzyczny ekwiwalent kina drogi, w którym bardziej chodzi o podróż, proces, niż o samo osiągnięcie celu. I chyba największą siłą Lotto jest właśnie to, że słuchacz chce jak najdłużej pozostać w stanie lekkiego niedosytu, czytania przecinków zamiast kropek. Muzykom udało się to uczucie utrzymać,  również za sprawą bisu, krótkiego przytoczenia marzycielskiego tematu „Divider”.

Trio nagrało już podobno materiał na kolejną płytę i jeśli mistrzowskie wyczucie dramaturgii koncertowej zostanie zachowane na krążku, to szykuje się naprawdę mocna rzecz. Lot-to może być niezwykły…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Piotr Damasiewicz, Gerard Lebik + RED Trio w Pardon To Tu

Red trio + Damasiewicz, Lebik 2To był koncert wysokiego napięcia, o niesłychanej intensywności, idącej w parze z wyjątkową koncentracją i precyzją. Już drugi raz w tym roku miałem ogromną przyjemność podziwiać na scenie połączone siły polsko-portugalskie. Marcowy występ kwintetu w warszawskim CSW (relacja/poniżej krótki filmik) wywarł na mnie wielkie wrażenie i szczerze mówiąc trochę powątpiewałem w możliwość powtórzenia wyczynu tak kompletnego. Jak się szczęśliwie okazało – myliłem się. Muzycy wspięli się w Pardon To Tu jeszcze wyżej, zagrali mocniej, drapieżniej, dźwięki sprawiały wrażenie maksymalnie skondensowanych, był w nich taki ładunek determinacji, że ciężko było choćby na chwilę oderwać uwagę od narracji, zwątpić w jej zasadność.

RED trio to skład działający na zasadzie synergii, znakomitego porozumienia w operowaniu estetyką intensywnego free. Bez wątpienia zespół z najwyższej półki światowego impro. Duet Piotr DamasiewiczGerard Lebik jest zjawiskiem równie niezwykłym i plasującym się zdecydowanie na tej samej półce. Gra wrocławskich muzyków jest komplementarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Aż ciężko uwierzyć, że artyści z osobna operujący tak charakterystycznymi językami, są w stanie na jednej scenie grać z tak dużą otwartością i wrażliwością na brzmienie całości. Widać było, że nie tylko generowali dźwięki, ale w równej mierze (a może nawet przede wszystkim) ich słuchali – celem była spójność, wzajemne podkręcanie napięcia, gra do jednej bramki. I chyba właśnie to jest miarą klasy wielkich improwizatorów, umiejętność schowania ego do kieszeni i wyjmowanie go tylko wtedy gdy trzeba.

Cóż, nie ma co dłużej strzępić słów. To był fenomenalny, ekstatyczny występ, dobitnie pokazujący, że idiom free w XXI wieku może mieć młodzieńczą witalność i siłę porównywalną z najznamienitszymi dokonaniami nurtu. Bez cienia wątpliwości jeden z lepszych koncertów jazzowych, jakie widziałem w tym roku, o ile nie w szerszych ramach czasowych. I nie zmieni tego nawet niepotrzebny bis. Chylę czoła.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kwintet promował w tym roku LP pt. „Mineral” wydane w Bocian Records, ale niebawem ma nagrać kolejny krążek – tym razem już studyjny – w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. I chociaż w pełni rozumiem rangę królewskiego nośnika jakim jest winyl, to mam jednak wielką nadzieję, że materiał ukaże się także na cd. Na pewno nie przyniesie to ujmy muzyce tego kalibru, a z pewnością pozwoli na dotarcie do szerszej grupy odbiorców. Warto dać im szansę.

Slalom w Pardon To Tu / premiera płyty

Slalom + goście

Zasadniczo można wyróżnić co najmniej kilka rodzajów slalomu. Slalom, dawniej nazywany slalomem specjalnym, to dyscyplina narciarska „o proporcjonalnie największej liczbie zmian kierunku jazdy” (za wiki). Mamy też slalom gigant, czyli coś pomiędzy zjazdem a slalomem – tutaj tyczki, a właściwie bramki, rozstawione są znacznie rzadziej. Trzeci slalom, prawdopodobnie najbardziej powszechnie uprawiany, to slalom pijacki, dla którego przeszkody i częstotliwości zmian kierunków bywają już nieprzewidywalne. Dziś opiszę jednak Slalom warszawski. Trio (Bartek Tyciński, Bartosz Weber i Hubert Zemler) wydało w ostatnich tygodniach drugą płytę „Wunderkamera” (bandcamp) i zaprezentowało premierowy materiał na koncercie w Pardon To Tu w asyście gości.

Debiutancki album „Slalom” sprzed dwóch lat plasował się bliżej giganta, zawierał cztery długie gitarowo-elektroniczne utwory o swobodnej strukturze, płynące na mocnym perkusyjnym drive-ie, zbaczając częstokroć w terytoria nieprzewidywalne, pozornie poza trasą. Tym razem zespół postawił na krótsze, bardziej zwarte formy, o większej dyscyplinie strukturalnej, choć zdecydowanie nie wyzbył się szaleństwa. „Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Podstawą znakomitej większości utworów są proste melodyjki, przypominające odrobinę ścieżki dźwiękowe do old-schoolowych gier komputerowych. Obok nich pojawia się rozbujana gitara, trochę kowbojska, trochę hawajska. W tle dudni solidna, motoryczna perkusja, być może najbardziej stabilny element muzycznej układanki, która nieustannie podlega modułowym modyfikacjom i dekonstrukcjom. Kompozycyjne eksperymenty Slalomu nie podważają jednak w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru. Jednocześnie ilość niuansów brzmieniowych pojawiających się to tu, to tam, pozwala smakować tę muzykę z zadowoleniem (i zaskoczeniem) wielokrotnie. Slalom stawia też w impasie recenzenta, który chciałby przyporządkować zespół do konkretnego stylu, gatunku. Trio wymyka się, finezyjnie lawiruje między tyczkami „eksperyment”, „post-rock”, „elektronika”, „country”, „psychodelia”, „krautrock”, właściwie jest już na mecie zanim zdążymy się zastanowić czego właściwie słuchamy. I tutaj tytuł „Wunderkamera”, odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny, który na koncercie zyskuje dodatkowej łobuzerskiej siły rażenia.

Slalom - Wunderkamera

Pod koniec do Slalomu przyłączył się Miłosz Pękala na instrumentach perkusyjnych, wzbogacając brzmienie tria o kolejną rytmiczną warstwę. Po chwili na scenie Pardon To Tu pojawiła się także Joanna Halszka Sokołowska, której wyjątkowe umiejętności wokalne można usłyszeć na płycie w utworze „Delphinne”. Zapraszając takich gości można jedynie podnieść walory występu. Było to znakomite zwieńczenie bardzo energetycznego, wręcz rozrywkowego koncertu. I może właśnie tutaj ocieramy się o sedno? Slalom na „Wunderkamerze” pokazuje, że muzyczna rozrywka może być osobliwa, inteligentna i ambitna, pozostając przy tym świetną zabawą, której ciężko się nie poddać. Ja się poddaję.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

SYNY w Kulturalnej

Syny2

EEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE

W rozświetlonych oparach dymu przechadza się wysoka postać z plecakiem. Kto to? Syn. Gdzie on idzie? Do Orientu. Zaraz poprowadzi tam całą napchaną po brzegi salę. Po co ciągnie te manele? Co to za plecak? Bagaż krytyczny. Ciężkooo. W chUUUUUUU!

A jednak nie tak bardzo.

SYNY od początku generowały spore emocje, często rozbieżne, których pełna kulminacja nadeszła w sposób naturalny wraz z wydaniem „Orientu„. W międzyczasie minęło 9 miesięcy. Ciąża. Trasy, koncerty, festiwale… Trzeba przyznać, że duet Piernikowski / 1988 donosił swoje dub-hopowe retro dziecko. Dziś pochylają się nad nim, tarmosząc za poliki z uwielbieniem, nawet ci, którzy początkowo prognozowali rychłe poronienie, ewentualnie ciążę urojoną (brak autentyczności). A bagaż krytyczny systematycznie rósł i pęczniał, jak plecak Syna Piernikowskiego – duży, niewygodny, zawadzający… Sam dorzuciłem do niego 2 cegiełki w postaci recenzji „Orientu” i relacji z koncertu na Placu Zabaw. Z tym, że ja akurat nigdy nie byłem niedowiarkiem, a kolejne kontakty z Synami – poprzez płytę, koncerty, materiały publikowane w sieci – doprowadziły mnie do jasnej konkluzji, z którą podejrzewam nie jeden się zgodzi: rok 2015 w tzw. „polskiej muzyce alternatywnej” upłynął pod znakiem „Orientu”. Nie było chyba pozycji odbijającej się szerszym echem, bardziej wyrazistej i polaryzującej, magnetycznej, a zarazem wciąż ciężkiej do klasyfikacji. Wreszcie – bardziej polskiej (język, teksty, styl, flow). Syny to współczesny polski hip hop (lubię tak o tym myśleć, jest w tym pewna perwersja jeśli spojrzeć na ogól polskiego hip hopu), oryginalny, niewywołujący poczucia żenady. Ludowy i ludyczny zarazem. Poetycki. Autentyczny? Dajmy spokój. Pokażcie mi autentyczną sztukę, jestem bardzo ciekaw. Sztuka i autentyczność to oksymorony. Sorry – zawsze występuje element kreacji. Wszystko rozbija się o to „jak?” coś się robi. A „Orient” jest zrobiony znakomicie.

Syny

I wcale nie chodzi tu tylko o klimat, o „bekę” (jak usłyszałem stojąc do szatni po koncercie od rozentuzjazmowanej grupki słuchaczy). Wystarczy się wsłuchać w teksty. Zachęcam. Czy numeru „Stoję” nie można odczytywać jako krytyki zachodniego kapitalizmu, pędu, wyścigu szczurów, tzw. successful life? „Nie chcesz grać w tą grę – spierdalaj”. Z kolei jeden z moich ulubionych wersów: „To nie ja, to mój cień, który wlecze się za mną” można odnieść do samych Synów, do towarzyszącego im „bagażu krytycznego”, recenzji itp. Też do wspomnianej autentyczności. Wszystko w minutę i 45 sekund. „Wkurw” to szydera bez wazeliny na „polskie narzekanie”, tutaj akurat wymierzone bezpardonowo w środowisko alternatywy. „Babcia” – pokażcie mi numer, który tak dobrze odzwierciedla smutek egzystencji polskich emerytek. Kto w ogóle bierze się za taką tematykę?! SYNYYY. A zrobienie z tego kawałka koncertowego rozpierdalacza, to już wyższa szkoła jazdy. Tak można długo, nie będę tu każdego utworu analizował, lepiej sobie posłuchajcie (klik). Wreszcie sama koncepcja splecenia całości znaczeń zawartych na albumie przewrotnym słowem „orient”. Kto chętny na przeczytanie płyty Synów przez „Orientalizm” Edwarda Saida? Dałoby się to zrobić. Tak – Polska jest tutaj Wschodem, zdecydowanie. Ale czy to źle?

Adam Gołębiewski

Koncert w Kulturalnej odbył się w cieniu tragedii paryskiej, która nadała występowi jeszcze jeden, tym razem złowrogi, dramatyczny kontekst. Pałac Kultury rozświetliły barwy flagi francuskiej, a ogólne napięcie unosiło się w powietrzu. Okazało się, że przed Synami zagra perkusista Adam Gołębiewski, który również w Latarni wydał w tym roku solowy album „Pool North„. Artysta zaprezentował bardzo bezkompromisowy i głośny set. Zaczął uderzając w zestaw blachami, później zmienił je na metalowe pałki… Gołębiewski gra siłowo, tworzy akustyczną zawieruchę, ale jest taki moment, gdy ucho odbiorcy zaczyna nadawać na tych samych falach, łapie ekstremalną poetykę i nagle okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda, a oprócz hałasu przemyślana forma. Trochę żałuję, że stałem tak blisko zestawu, a jeszcze bardziej, że zostawiłem w kurtce zatyczki do uszu, bo właśnie w sytuacji gdy trochę się wytłumiło dźwięk, można było usłyszeć większą ilość niuansów, warstw wypowiedzi. Ten odrobinę zbyt rozciągnięty w czasie, brutalny, nerwowy set stanowił dla mnie doskonały komentarz do wydarzeń europejskich wieczoru poprzedniego, był bardziej adekwatny niż tysiące słów komentatorów i polityków.

20151114_232134

Syny rozpoczęły koncert od nowego kawałka instrumentalnego, który ma się znaleźć na kolejnej płycie. Tak przynajmniej wyznał 88 podczas występu z Łukaszem Rychlickim w Pardon To Tu dwa miesiące temu (klik). Ten obiecujący opener podsycił nadzieje, że duet podzieli się jeszcze jakimiś nowymi numerami. Tak się jednak nie stało. Zabrzmiał natomiast cały „Orient”, z wyjątkiem niektórych instrumentali. W porównaniu z wakacyjnym, plenerowym koncertem warszawskim, występ w Kulturalnej był jeszcze bardziej energetyczny, a dramaturgia poprowadzona wzorowo. Nagłośnienie – jak na trudną przestrzeń klubu -wyjątkowo dobre, „tłuste”. Same Syny w świetnej formie. Wielką zaletą koncertów duetu jest świadomość ich scenicznego charakteru, tzw. „performatywnego aspektu”. Kulturalna systematycznie tonęła w dymie, w powietrzu unosił się zapach kadzidełek, publiczność chłostana była reflektorami, Robert Piernikowski uprawiał swój autorski, synowski catwalk, praktycznie ani razu nie gubiąc flow. 88 jest coraz lepszym hypemanem, w kwestii jakości samych bitów nie ma sensu dalej piętrzyć pochwał – kto słuchał albumu, ten wie. Z tym, że płyta to jedno, a występ na żywo drugie. Syny przechodzą weryfikację koncertową doskonale. Chylę czoła i czekam w napięciu na następcę „Orientu”. Nie będzie łatwo, bagaż krytyczny ciężki, ale po takim roku można obdarzyć duet zaufaniem, nawet nie na kredyt.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

[poniżej zapis koncertu z Łodzi ⓒ Efektpol]

 

Paper Cuts na Chłodnej 25

Paper Cuts

Współpraca Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja) pod szyldem Paper Cuts rozpoczęła się w 2013 roku. Wówczas Panowie podzielili się ze światem zapisem swojej „Pierwszej Randki”, krótkim, lecz pełnym pomysłów materiałem – surowym, improwizowanym, psychodelicznym, o transowym perkusyjnym drive’ie. Na „First Date” (bandcamp) pierwiastki kreatywne tworzą iskry, a chemia między muzykami jest wyczuwalna od pierwszych minut. W roku następnym duet wydał jeszcze dwie dłuższe sesje – hipnotyczny, narastający i dość mroczny materiał o przewrotnym tytule „Muzak” (bandcamp), oraz półgodzinny koncert z klubu Chmury, z gościnnym udziałem saksofonisty Natana Kryszka (bandcamp). Po tej ofensywie słuch o Paper Cuts zaginął na 1,5 roku. Duet przypomniał o swoim istnieniu dopiero pod koniec września 2015, wydając  kasetę „Divorce Material” (bandcamp) w labelu Wounded Knife. Materiał zdecydowanie bardziej wyciszony niż poprzednie, w jeszcze większym stopniu skupiony na detalach brzmienia, bardzo dobrze funkcjonuje jako całość. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i (jak dotąd) jest bez wątpienia najbardziej kompletnym owocem współpracy duetu Kacperczyk-Kurek. Co ciekawe została nagrana jeszcze w 2013 roku (za rejestrację odpowiadał Tomasz Mirt, co też z pewnością wpłynęło na ostateczny efekt). W takich sytuacjach naturalną koleją rzeczy są koncerty…

Paper Cuts + Tkacz Występ Paper Cuts na Chłodnej 25 był pierwszym po ponad 1,5 rocznej przerwie, czego nie dało się specjalnie odczuć. Muzyka duetu – podobnie jak na tegorocznej kasecie – rodziła się powoli, lecz nieubłaganie, angażując słuchacza nieprzerwanie przez cały koncert kaskadą rozproszonych, acz okiełznanych mikro dźwięków. Wieczór podzielony został na dwie części, w drugiej dołączył do Paper Cuts saksofonista Bartosz Tkacz (nie tak dawno pisałem o jego koncercie z Ray’em Dickaty pod tym samym adresem). Było to ciekawe posunięcie dramaturgiczne, pokazujące, że Paper Cuts jest w stanie działać równie dobrze jako skład suwerenny, jak i „gościnny”. Nazwijmy to roboczo „hospitable improvisation”.

Łukasz Kacperczyk jest osobą łamiącą niepisany stereotyp, który  mówi, że koncert muzyka elektronicznego nie posiada walorów performatywno-wizualnych. Stół, zastawiony rozmaitym analogowym sprzętem, przypomina stanowisko szalonego naukowca, który pozostaje w nieustannym w trybie „experiment”. Kacperczyk często preparował dźwięki generowane w czasie rzeczywistym przy użyciu łańcucha, pałeczek, starego instrumentu przypominającego cymbały… Jednocześnie przeprowadzając soniczne doświadczenia zachowywał umiar, nie przefajnował, grał oszczędnie z dużym wyczuciem, wsłuchując się w precyzyjną narrację bębnów. Wojciech Kurek należy do perkusistów, którzy potrafią grać ciszą i nie tracić wątku, budować formę, cieniować i podkreślać drobne elementy, które nagle stają się kluczowe. Interakcja Paper Cuts była pod tym względem komplementarna. I tutaj nazbyt dominujący saksofon mógł niepotrzebnie zakłócić układankę… Początkowo faktycznie dźwięki dęciaka trochę za bardzo „bujały”, próbowały uderzać w jazz, jednak Tkacz dość prędko zrewidował strategię i postawił na repetycje, sonorystykę, z którymi elektronika wchodziła w ciekawy dialog. Brzmiało to czasami jak dwa saksofony i „kosmische musik” w tle + motorik od Kurka, chociaż ogólna struktura była ciężko uchwytna, płynna, amorficzna. Fajnym efektem wizualnym podbijającym psychodeliczny wymiar muzyki było obfite zadymienie sceny, centralna lampka tworzyła klepsydryczny cień… Był klimat.

W światku polskiej alternatywy chyba najbardziej znanym duetem na syntezator modularny i perkusję jest Piętnastka w swej koncertowej inkarnacji z Hubertem Zemlerem na bębnach. Paper Cuts to trochę taka Piętnastka po drugiej stronie lustra (w równaniu: kompozycja / lustro / improwizacja). Zagranie tak dobrego, płynnego koncertu po dłuższej przerwie to sztuka. Mam nadzieję, że Panowie pójdą za ciosem – „Divorce Material” jest zdecydowanie zbyt ciekawym wydawnictwem by nie odnowić przysięgi ślubnej.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

John Tilbury & Hubert Zemler w Królikarni

John Tilbury

John Tilbury to postać szczególna dla muzyki współczesnej. Brytyjski pianista-improwizator, aktywny artystycznie od mniej więcej połowy XX wieku, przyjechał w październiku do Polski na serię koncertów „Grand Tour” organizowanych przez Culture.pl, Fundację 4.99 i wydawnictwo Bołt. Występ w Muzeum Rzeźby w warszawskiej Królikarni był ostatnim przystankiem na trasie artysty, która w swym założeniu miała stanowić klamrę dla pierwszej wizyty Tilbury’ego w Polsce w latach 60. Wówczas artysta kształcił się w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie u Zbigniewa Drzewieckiego. Zatem powrót o charakterze symbolicznym.

Od końca lat 60 John Tilbury mocno zaangażował się w wykonywanie muzyki współczesnej, awangardowej i eksperymentalnej – pod tym względem często jest porównywany do Davida Tudora, wieloletniego pianisty Johna Cage’a. Chyba najbardziej znanym dokonaniem Tilbury’ego w obrębie muzyki współczesnej są interpretacje utworów Mortona Feldmana. Blisko współpracował ze słynnym kompozytorem Cornaliusem Cardew (w 2008 roku opublikował nawet jego biografię). Od lat 80. jest regularnym członkiem brytyjskiej AMM, formacji pionierskiej jeśli chodzi o muzykę improwizowaną nie odnoszącą się do jazzowego idiomu, lecz bazującą głównie na tradycji europejskiej awangardy. Uczestnictwo w koncercie artysty o takim życiorysie i dorobku jest jak przyspieszona lekcja historii muzyki XX wieku. Osoby chcące pogłębić swoją wiedzę o pianiście odsyłam do znakomitej anglojęzycznej publikacji autorstwa Macieja Lewensteina pt. „Polish Jazz Recordings and Beyond„, po którą warto sięgnąć z naprawdę wielu względów. Dość powiedzieć, że w książce zostało opisane przeszło 1700 płyt.

Polish-Jazz-Recordings-and-Beyond_Maciej-Lewenstein

W Królikarni podczas mini-festiwalu „Słuchy. Koncerty do zwiedzania” John Tilbury wystąpił dwukrotnie. Najpierw zagrał duet z Hubertem Zemlerem, a następnie wykonał solo kompozycje Mortona Feldmana pt. „Palais de Mari”. Tak więc z jednej strony wolna improwizacja, z drugiej interpretacja muzyki współczesnej, czyli dwa oblicza Tilbury’ego. Nie ukrywam, że pierwsza odsłona wywarła na mnie dużo większe wrażenie, ponieważ była znacznie bardziej angażująca i różnorodna. Ale cóż począć, kompozycje Feldmana mają swą specyfikę… Koncert Tilbury’ego i Zemlera odbył się w centralnej, okrągłej sali Muzeum Rzeźby, która – w myśl przewodnią „Słuchów” – uniemożliwiała klasyczny podział na scenę i widownię. Wszystko odbywało się w jednym, kolistym tyglu z muzyką w roli centrum. Improwizacja miała charakter niezwykle subtelny i precyzyjny, wrażliwy na każdy niuans brzmienia. Artyści zostali ulokowani w przestrzeni sali w sposób uniemożliwiający bezpośredni kontakt wzrokowy, dzięki czemu de facto jedyną płaszczyzną komunikacji były dźwięki.

Hubert Zemler

Granie z muzykiem o takim doświadczeniu jak Tilbury to z pewnością duże wyzwanie – i tutaj Hubert Zemler zaprezentował się w sposób naprawdę imponujący. Nie była to zresztą duża niespodzianka. Raptem kilka tygodni wcześniej perkusista dostał ogromne owacje podczas Warszawskiej Jesieni i niewątpliwie przeżywa aktualnie znakomity okres kariery, która wyraźnie wskoczyła na piąty bieg po wydaniu świetnego solowego albumu „Gostak & Doshes„. Zemler jest mistrzem w budowaniu mikroskopijnych struktur, które potrafi przekuć w większą formę, jednak to właśnie ogromna wrażliwość na brzmieniowe detale i niesłychana dokładność ich dystrybuowania sprawiają, że mamy do czynienia z muzykiem i improwizatorem najwyższej klasy. Tilbury okazał się dla Zemlera partnerem idealnym. Pianista znany z nieortodoksyjnych, wręcz perkusyjnych technik wykonawczych w mgnieniu ucha znalazł z polskim muzykiem wspólny język. Tilbury grał minimalistycznie, bawił się natężeniem poszczególnych dźwięków, traktował instrument w sposób totalny np. szurając fortepianem po posadzce, poprawiając krzesło „w sposób głośny”, drapiąc i uderzając w struny… Wszystko co generowało zjawiska akustyczne miało w tym występie znaczenie i muzycy mieli tego pełną świadomość. W wywiadzie (klik), który przeprowadziłem z Hubertem Zemlerem na początku tego roku, powiedział on coś, co można bezpośrednio odnieść do wieczoru w Królikarni: „Muzyka jest grą emocji, a instrument jest po prostu jednym z narzędzi”. Trzecim, niematerialnym muzykiem była przestrzeń, która w sposób zjawiskowy podkreślała każdy najdelikatniejszy niuans. Fenomenalny koncert w istnej świątyni dźwięku.

John Tilbury 2

Poprzedzając późniejsze wykonanie solo „Palais de Mari”, Tilbury odczytał po polsku kilka zdań. Podziękował za gościnność, na którą zawsze mógł w Polsce liczyć, wspomniał swój pierwszy pobyt, a także zaznaczył, że prawdopodobnie – z względów zdrowotnych i wiekowych – po raz ostatni koncertuje w Warszawie. W tym kontekście melancholijna kompozycja Mortona Feldmana nabrała podwójnie wyjątkowego charakteru. John Tilbury zakończył swój „polski epizod” rozpoczęty w latach 60. w pięknym stylu, z klasą właściwą największym mistrzom. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że było to pożegnanie przedwczesne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))