Wywoływanie duchów: Dominik Strycharski (i Eric Dolphy) w Pardon To Tu

Dominik Strycharski

Eric Dolphy to fascynująca postać w historii jazzu. Klasyk, którego kariera (w roli lidera) objęła zaledwie 4 lata.  W tak krótkim czasie Dolphy zdążył nagrać  zjawiskową płytę „Out to Lunch!” często stawianą na równi z „Kind of Blue” czy „A Love Supreme”, przez wielu uznawaną za jedną z wybitniejszych w swym gatunku. Osobiście mam równie duży szacunek do mniej pomnikowego albumu „Out There”, nagranego przez klarnecistę cztery lata wcześniej. Gdy pada hasło „Dolphy”, zwykle słyszy się w głowie cały zespół, pełną formę z fenomenalną sekcją rytmiczną, idealnie dopełniającą pokręcone kompozycje lidera. Już sam pomysł zagrania (i nagrania) złożonych utworów jazzmana w wersji solo jest dosyć nietypowy, a zrobienie tego przy użyciu fletów prostych można wręcz określić strategią karkołomno-ekscentryczną. Cóż, do odważnych świat należy.

Dominik Strycharski to jeden z ciekawszych muzyków polskiej sceny improwizowanej. Kto choć raz widział artystę na scenie, w akcji, ten wie o czym mówię. Po pierwsze wyróżnia Strycharskiego instrument (drewniany flet prosty, w różnych odsłonach), po drugie – ważniejsze – sposób w jaki na nim gra, pełen dzikiej, intensywnej ekspresji, determinacji, a jednocześnie niebywałej precyzji wykonawczej. Cechy właściwie idealnie predestynujące do wzięcia na warsztat Dolphy’ego, który nawiasem mówiąc też po flet sięgał (zwykle po poprzeczny, ale jednak).

Obserwowanie tego koncertu było trochę jak oglądanie sportów ekstremalnych. Siedząc w pierwszym rzędzie efekt był niesamowity. Strycharski obstawiony niemal z każdej strony mikrofonami, wpatrzony w partytury, maksymalnie skoncentrowany na grze. Napięcie udzieliło się widowni, która siedziała w wielkim skupieniu, przerywanym jedynie wyjątkowo swobodną konferansjerką bohatera wieczoru, zapowiadającego kolejne utwory.

Strycharski2

Na występ złożyły się głównie utwory z klasycznego „Out to Lunch!”, które Strycharski przearanżował w sposób inteligentny, a w efekcie spektakularny i magnetyczny. Trochę podobna sytuacja jak w przypadku tegorocznego albumu Raphaela Rogińskiego – znów wzięty na warsztat heros jazzu, znów zinterpretowany solo i przy użyciu nietypowego dla pierwowzoru instrumentu. Co prawda w przypadku Strycharskiego rozpoznawalność konkretnych kompozycji była dużo łatwiejsza, to jednak usłyszenie ich w tak surowej formie znacznie potęgowało oddziaływanie, a mówiąc górnolotnie – pokazywało ponadczasowość tej muzyki. Szorstko-delikatne brzmienie fletów, przedęć, nucenie melodii w tle, sąsiadujących tym agresywnie wydobywanym z instrumentów… Strycharski pod względem ekspresji i techniki zrobił na scenie absolutnie wszystko żeby jak najpełniej oddać ducha intensywnej, dzikiej i skomplikowanej twórczości Dolphy’ego, który w ten sposób, niematerialnie zagościł w Pardon To Tu. Człowiek, powietrze i kawałki drewna – cóż można zrobić z takiej kombinacji? Muzykę o temperaturze ognia.

Wykonanie takiego materiału z zespołem za plecami nie należałoby do najłatwiejszych. Tymczasem koncert trwał ponad godzinę. Na sam koniec muzyk zagrał dwie własne kompozycje/improwizacje, które bynajmniej nie odstawały od głównego programu, słychać w nich było echa inspiracji Dolphym, ale przede wszystkim samego Strycharskiego. Dobrze jakby i one znalazły się na zapowiadanej płycie. Jeśli moc tej sesji zostanie zachowana w nagraniu, to szykuje się naprawdę wyjątkowa premiera.

Był to ostatni koncert w tym roku w Pardon To Tu. Mocne zakończenie na miarę bardzo mocnych 12 miesięcy.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Piotr Mełech & Ksawery Wójciński w ADA Puławska

Mełech & Wójciński

Trzecie – jak dotąd – spotkanie Piotra Mełecha i Ksawerego Wójcińskiego w formacie duetu rozegrało się w wychłodzonych przestrzeniach mokotowskiego klubu ADA Puławska. Nie jest to miejsce jakoś szczególnie nastawione na scenę impro (pomijając może eksperymentalny cykl Chrobot, o którym pisałem tutaj), niemniej warunki lokalowe są (jakie są? – pomijając chłód, bardzo przyjemne), a środowiskowa renoma muzyków ściągnęła na koncert stosunkowo pokaźną garstkę słuchaczy w liczbie ok 20. Cóż – było warto.

Mijający rok był niewątpliwie bardzo udany dla Ksawerego Wójcińskiego. Świadczą o tym przede wszystkim płyty, ale – jak to w przypadku improwizatorów bywa – sytuacja koncertowa jest najlepszym weryfikatorem formy, aktualnej dyspozycji artystycznej. W miesiącu poprzedzającym koncert w Adzie, muzyk koncertował z Charlesem Gaylem. Gra z taką postacią to wyjątkowa sprawa. Szczególnie, że Gayle na przekór metryce, jest saksofonistą niesłychanie energicznym, dynamicznym, nieprzewidywalnym, przez co kontrabas nie ma łatwego zadania (o tegorocznym koncercie tria pisałem tu). Z kolei Piotr Mełech w ostatnim czasie jest jednym z bardziej aktywnych muzyków na warszawskiej scenie impro. Okazji by posłuchać klarnecisty na żywo w różnych konfiguracjach jest wiele. W ślad za nimi z pewnością pójdą bardziej trwałe projekty i wydawnictwa – jak na razie ostatnim, które ujrzało światło dzienne jest dość ekstremalna kaseta zespołu Cukier (bandcamp), gdzie klarnecista w równej mierze eksperymentuje z elektroniką. Występ z Wójcińskim miał jednak charakter czysty, w pełni akustyczny i w takiej formie najlepiej można zaobserwować szeroką skalę wyobraźni i umiejętności Mełecha. Zresztą obaj Panowie mają doświadczenie pracy w różnego rodzaju duetach i ewidentnie było słychać, że świetnie odnajdują się w tego typu formacie – potrafią słuchać, podejmować niebanalny dialog lub wspólnie monologować, nie zatracając indywidualnej wyrazistości.

Koncert w Adzie (wraz z bisem) złożył się na 4 części, podczas których duet zagrał muzykę w pełni improwizowaną,  choć wiele segmentów (jak choćby bis) brzmiało niczym skomponowane wcześniej tematy. Największe wrażenie zrobiła na mnie umiejętność płynnego, naturalnego przechodzenia od transowych, wręcz medytacyjnych struktur o szorstkiej fakturze do ognia, intensywnych wybuchów ekspresji. Przy czym muzycy, nawet w tych porywach-odlotach, zachowywali subtelność i skupienie, dzięki czemu improwizacje nie trąciły karykaturalnością, znały umiar, utrzymywały (tak często zatracany we free) nieoczywisty pierwiastek komunikatywności.

Bardzo dobry, zrównoważony koncert. Taki duet powinien przetrwać i kontynuować współpracę, bo potencjał na coś więcej jest ewidentny. Tegoroczne, świetne „Night talks” (bandcamp) nagrane przez Wójcińskiego z Wojciechem Jachną, powstało w spontaniczny sposób po zaledwie jednym koncercie, a podobno historia lubi się powtarzać… A nawet jeśli nie, to występ był rejestrowany, więc jak gdzieś odnajdziecie w odmętach internetu zapis, nie wahajcie się i nie lękajcie – kliknijcie „play”. Ja już teraz poproszę o link.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Rashad Becker & Eli Keszler w Pardon To Tu

Eli Keszler & Rashad Becker

Jak zamknąłem oczy, widziałem to mniej więcej tak:

Wielka, rozciągająca się po horyzont blacha. W jej bliżej niezdefiniowanym centrum – perkusista, wprawiający płaszczyznę w neurotyczne rozedrganie przy pomocy metalu i drewna. Gdzieś w oddali kilka kieliszków podłączonych do prądu, wydających zakręcone dźwięki o różnych częstotliwościach, bez początku i bez końca. W kieliszkach pływają małe robaczki-pływaczki, które skacząc po tafli cieczy (o najpewniej kwasowym odczynie), przemycają do muzyki nieprzewidywalne zakłócenia, szmery, zgrzyty. Te giną w pogłosie, kontrastującym mocno z twardym brzmieniem perkusji/blaszanej tafli. Gdzieś nieopodal przelatuje ptaszek i ćwierka, gdzieś poza polem widzenia jakby ryczał słoń… Wszystko jest przytłumione i nie do końca rzeczywiste, rozmyte.

R.Becker

Jeśli Rashad Becker byłby malarzem, to plasowałby się gdzieś pomiędzy surrealizmem a abstrakcją, gdzie intrygująca dziwaczność formy dominuje nad zwykłą, gładką przyjemnością odbioru. Zdaje się w jedynym wywiadzie dla polskich mediów artysta wyznał, że zanim zajął się muzyką chciał zostać pisarzem. Narracja, którą buduje przy pomocy dźwięków jest linearna, choć programowo gubi wątki, przebiega sinusoidalnie, deformuje zdeformowane moduły, amorficzne plamy dźwięków, niepokojąco wkręca się w uszy jak odgłos dziecięcej zabawki „bączka”. Gdzieś daleko pobrzmiewają echa transowej muzyki etnicznej, ale wszystko jest powykręcane, rozciągnięte i nierealne.

Eli Keszler

W tym roku już trzeci raz mogłem doświadczyć delirycznej muzyki Beckera na żywo. Podobno do trzech razy sztuka… Nie ukrywam – wcześniejsze koncerty producenta nie wywarły na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia i szczerze mówiąc nie do końca rozumiem tak (stosunkowo) szeroką ekscytację jego twórczością. Choć przyznam, że wysoki poziom jej monotematyczności, paranoidalności, rodzaj sterylnego odhumanizowania może budzić respekt. Niemniej występ w duecie z nowojorskim perkusistą Elim Keszlerem był dla mnie jak dotąd zdecydowanie najbardziej satysfakcjonującym koncertem Niemca, a już na pewno najbardziej komunikatywnym. Dodatkowy element performatywny niewątpliwie zrobił swoje. Twarda, nieprzewidywalna perkusja, odrobinę zmodulowana/wytłumiona elektronicznie, upinała płynną muzykę Beckera w ramy mocniej skonkretyzowane, wymagała od niej większej dyscypliny, dając rytmiczny punkt odniesienia. Między artystami zachodziła interakcja na zasadzie kontrastu, który wyjaskrawiał specyfikę brzmienia jednego i drugiego. Efekt? Bardzo psychodeliczny i zaskakująco wciągający. Chociaż większe wrażenie zrobiła na mnie wyobraźnia i astylistyczna kreatywność Keszlera. Nowojorczyk, mając lepsze wyczucie formy, pozwolił spojrzeć na osobliwą muzykę Beckera pod innym kątem i w moim przypadku – nieco łaskawszym okiem. Ciekawy, nietypowy koncert.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Przyszłość, paszporty i nieistniejące papierosy / wpis kulturalny

Nadium

Z początkiem miesiąca, na przestrzeni zaledwie 3 dni miałem okazję usłyszeć na żywo 2 z pośród 3 nominowanych artystów do tegorocznej edycji Paszportów Polityki w kategorii „muzyka popularna”. Na dodatek w tym samym miejscu. Dookreślmy dane. Chodzi o Raphaela Rogińskiego (w tym wypadku Cukunft), oraz Kubę Ziołka (akurat premierowe T’ien Lai). Arena zdarzeń – Cafe Kulturalna. Wówczas jeszcze temat paszportów w kontekście powyższych artystów nie istniał. Niemniej, zważywszy na ich obecny „status ogólny”, jak i jedynie tegoroczny dorobek, nominacje nie są jakimś wielkim zaskoczeniem. Można je wręcz określić mianem względnie oczywistego potwierdzenia wspólnej dla obu Panów rangi „muzyków-instytucji” na polskiej scenie, powiedzmy, muzyki popularnej…
Oczywiście sztuka to nie zawody lekkoatletyczne, a dla rożnych wartości estetycznych próżno szukać wymiernych kryteriów ocen, tworząc hierarchiczne zestawienia (owszem, plwam na rankingi, a końcówka roku to świetny moment na autodafe). Jednakże czysto prestiżowej wagi Paszportu nie da się zdezawuować. Uznanie kapituły dziennikarzy/krytyków z wielu rożnych muzycznych światów ma swoja wartość, jakkolwiek na płaszczyźnie ogólnej demokracji i sztuce raczej nie jest po drodze.. Cóż, „muzyki popularnej” nie wybierają jednostki, a szersze gremia, nawet jeśli w kontekście tegorocznych nominowanych jest to kategoria o przewrotnej, życzeniowej nazwie.
Jakby nie patrzeć wyróżnienie Polityki od lat pozostaje chyba jedyną faktycznie nobilitująca muzyczną nagrodą o ogólnokrajowej sile rażenia, co ciężko zbagatelizować, nawet uwzględniając nieufność do rankingów.

Cukunft w Kluturalnej

Koncerty w Cafe Kulturalnej w obu przypadkach były znamienne. Na zespole Cukunft Raphael Rogiński poniekąd budował zjawisko, które dziś coraz częściej określa się mianem „Nowej Muzyki Żydowskiej”. Gdyby nie Cukunft, a de facto gdyby nie Rogiński, to prawdopodobnie nie byłoby o czym mówić, nie pojawiłyby się kolejne zespoły/projekty twórczo reinterpretujące tradycję muzyki żydowskiej sprzed pokoleń. Nie byłoby kreatywnego wskrzeszenia niemalże zabitej estetyki (mam tu na myśli z jednej strony Holocaust, z drugiej cepeliowe upamiętnianie na rożnego rodzaju festynach, na których większe znaczenie ma pozór i klisza niż żywa tradycja).
Raphael Rogiński pod tym względem wykonał kawał etnomuzykologicznej i artystycznej roboty, poruszył jedną z pierwszych kostek domina, NMŻ to już dzisiaj wyrazista cząstka kultury polskiej ostatnich lat. Zacięcie etnomuzykologa i interpretatora towarzyszyło gitarzyście również w tym roku na czarującej płycie solowej z kompozycjami Johna Coltrane’a, z których wydobył znacznie więcej niż nie jeden saksofonista (o krążku obszerniej pisałem tutaj). Jeżeli jednak paszport miałby trafić w ręce Rogińskiego, to w moim odczuciu przede wszystkim za Nową Muzykę Żydowską, której jest w Polsce podobnym ambasadorem, jak John Zorn ruchu Radical Jewish Culture w NYC. Przy czym polska specyfika nurtu, biorąc pod uwagę lokalny kontekst historyczny, jest chyba nawet bardziej fascynująca. Dla muzyka z takim „dowodem osobistym”, Paszport byłby tylko kolejnym dokumentem potwierdzającym wyrazistą tożsamość artystyczną.
Koncert Cukunft (a może jeszcze bardziej późniejszego big bandowego Banda Nella Nebbia, gdzie Rogiński wystąpił gościnnie) pokazał, że NMŻ żyje już własnym życiem, na nowo i w sposób naturalny, w kraju gdzie tak też funkcjonowała przez setki lat. Cukunft to w jidysz przyszłość. Zespól jest własnie tego rodzaju wehikułem czasu.

T'ien Lai w Kulturalnej

T’ien Lai – fikcyjną markę papierosów wymyślił amerykański gigant literatury sci-fi Philip K. Dick. T’ien Lai – zespól techno-rytualny powołał do życia Kuba Ziolek, artysta o niebywałej wręcz podzielności uwagi i kreatywności (w tym roku 4 płyty, każda na bardzo równym, wysokim poziomie). Koncertowa premiera albumu „RHTHM” nie była już dla mnie takim estetycznym zaskoczeniem jak wakacyjny występ T’ien Lai na Placu Zabaw (klik), podczas którego zespół objawił się dla mnie na nowo. Tym razem ta świeża formuła po prostu znakomicie zafunkcjonowała i tu nie było niespodzianki. Połączenie transowej, psychodelicznej elektroniki z „żywą”, motoryczną sekcją bębniarzy/gongistów, ubranie widowiska w nieco mroczny, tajemniczy płaszczyk (kostiumy, dym, kadzidełka), rytualne wychodzenie w publiczność z tamburynem – wszystko razem złożyło się na występ mocny, wyrazisty i w zasadzie kompletny pod względem przemyślanej formy. Chusta na twarzy Ziołka to też symptomatyczny element. Muzyk, podobnie jak Rogiński, jest przede wszystkim reprezentantem konkretnego środowiska, całego szerokiego kręgu artystów roboczo zwanego sceną toruńsko-bydgoską/bydgosko-toruńską. Wymowny jest fakt, że nawet w solowym projekcie Ziołek nie występuje pod własnym nazwiskiem, tylko pod szyldem Stara Rzeka, tłumiąc trochę jednostkowy charakter tworu. Paszport dla artysty byłby w dużej mierze docenieniem wszystkich twórców z kręgu Milieu L’Acéphale, któremu to wyróżnienie bez wątpienia się należy. Jest to także już kolejna nominacja dla Ziołka i w porównaniu z tą sprzed dwóch lat, muzyk ma za sobą silniejsze argumenty (moje osobiste faworytki to: „Duch Tornada” Alamedy 5 i właśnie „RHTHM” T’ien Lai). Z drugiej strony czy artyście, który łapie się do czołówek prestiżowych zagranicznych podsumowań (np. The Quietus, Fact Magazine), jakikolwiek Paszport jest w ogóle potrzebny? Jako dodatek do imponującej kolekcji świetnych albumów i gest uznania dla szerszego środowiska muzyków – czemu nie.

Obojętnie jaki werdykt padnie podczas paszportowej gali, nie będzie przegranych. Za parę lat o tegorocznej nagrodzie Polityki niewielu będzie pamiętać, natomiast sama muzyka posiada zdecydowanie dłuższy termin ważności i ostatecznie jest najlepszą wizytówką, która sama się wyróżnia.

Niemniej gratuluję wszystkim nominowanym (nie pisałem tutaj o trzecim z nich Błażeju Królu). Społeczne rytuały są potrzebne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Heroin in Tahiti – „Sun and Violence” // czyli „z ziemi włoskiej do Polski”

Heroin in Tahiti - Sun and Violence

Większości osób (szczególnie tym piszącym o muzyce, ale też słuchaczom-szperaczom) znany jest stan „radosnego podniecenia”, który towarzyszy odkryciom niespodziewanym i powalającym. Rozłożeniu na łopatki wtóruje wówczas podobny ciąg myślowy: 1) „ależ TO jest dobre…”; 2) „jakim cudem natrafiam na TO dopiero teraz?!”; 3) „dawno tak nie miałem…”. Wszystko puentuje niema wdzięczność skierowana w stronę losu/internetu/kogokolwiek, i wiara, że fascynująca muzyka, o której nie mieliśmy dotąd w ogóle pojęcia, ciągle czai się „gdzieś tam”, jak mawiał Fox Mulder.

Ten oto „syndrom RP” (radosnego podniecenia, nie Rzeczpospolitej) dotknął mnie w dniu wczorajszym. A nawet nie dotknął – powalił ciosem potężnym i dojmującym, godnym Rocky’ego Balboa (Balboi?), „Włoskiego Ogiera”. Koincydencja nader znamienna, bo właśnie o Włochach będzie tutaj mowa. Przedstawiam Państwu duet Heroin in Tahiti, z dużą dozą prawdopodobieństwa Wasz nowy ulubiony zespół z Półwyspu Apenińskiego.

Psychodelia typowa dla muzyki niemieckiej lat 60/70, eksperymenty w warstwie elektronicznej, producenckiej i sąsiadujący z nimi folk, pochodzący i zakorzeniony w autentycznych nagraniach antropologów z połowy XX wieku (Alan Lomax, Diego Carpitella). Hipnotyczny drone, transowy bit, raz elektroniczny, raz akustyczny, zagrany, samplowany. Do tego wyrastające to tu, to tam melodie gitarowe, niczym wyciągnięte wprost z jakiegoś niepublikowanego wcześniej soundtracku Ennio Morricone do spaghetti westernu. Pierwiastek szamański, ezoteryczny jest w tej muzyce bardzo silny, a jeszcze mocniej wyjaskrawia go wykorzystanie nagrań audio dokumentujących tarantyzm, obrządek specyficzny dla południowych Włoch, którego narodziny przypadają (mniej więcej) na wiek X, ale odnotowywany bywał jeszcze w latach 60. XX w. w mniejszych wioskach na prowincji (i stąd nagrania umiejętnie wplatane w muzyczną tkankę).

Dźwięki Heroin in Tahiti mają w sobie ogromny ładunek mroku i tajemnicy, czających się w kolejnych minutach albumu i wciągających bez reszty. Muzyka o charakterze quasi rytualnym, lecz silnie zniuansowana, pozbawiona krztyny monotonii, choć w pewnym sensie monotonią się bawiąca. Płyta zrealizowana z niesłychanym pietyzmem i wyobraźnią na płaszczyźnie zarówno brzmienia, jak i konceptu, które sytuują grupę w retro-futurystycznym bezczasie w sposób spektakularnie inteligentny. Mimo że całość trwa blisko 70 minut, spoglądanie na zegarek podczas odsłuchu nie grozi – zaręczam.

Być może czar rzymskiego duetu jest jeszcze zbyt wielki, bym umiał zupełnie na chłodno poddać recenzenckiej analizie i interpretacji album „Sun and Violence„, ale szczerze mówiąc nie ma to dla mnie w tym momencie większego znaczenia. Brak analitycznego chłodu zaświadcza w tym przypadku jedynie o sile oddziaływania samej muzyki. Zresztą podobno „tarantysta wracał do normalnego stanu po kilku dniach frenetycznego tańca do specjalnie dobranej muzyki”.

Piszę ten tekst głównie z pobudek popularyzatorskich, gdyż pobieżny przegląd polskiej sieci wykazał, że Heroin in Tahiti nie funkcjonuje w świadomości słuchaczy nadwiślańskich, a ulotna notka na FB nie załatwiłaby tutaj sprawy. Skoro już udało mi się wykonać „lucky click” na bandcampie, to będę propagował. Siła tego materiału nie pozostawiła mi właściwie innego wyboru niż „przenieść” tę muzykę „z ziemi włoskiej do Polski”, zadziałał instynkt recenzenta, „syndrom RP” – jak zwał, tak zwał. Tym bardziej, że stosunkowo podobna estetyka, acz o własnej specyfice regionalnej (mam tu na myśli scenę z kręgu Milieu L’Acéphale) jest już od kilku lat przyjmowana entuzjastycznie. A jak to robią Włosi? Inaczej, po swojemu, ale efekt jest porażający i ciężki do zbagatelizowania. Życzę udanego seansu.

Krzysztof Wójcik (((ii)))