Mikołaj Trzaska – premiera płyty „Delta Tree” w Pardon To Tu

Mikołaj Trzaska

Mikołaj Trzaska to postać wyjątkowa jeśli chodzi o scenę muzyki improwizowanej. Miałem dopisać „w Polsce”, ale gdański saksofonista cieszy się przecież względnie dużą rozpoznawalnością międzynarodowa – gra z największymi (m.in. Joe McPhee, Michael Zerang, Peter Brötzmann, Ken Vandermark), a najwięksi grają z nim. Dlaczego? Być może z tego prostego względu, że Trzaska jest jednym z nich – posiada własny, oryginalny język,  jego kariera wciąż zyskuje nowe odcienie, a przede wszystkim jest artystą bezkompromisowym, chodzącym własnymi ścieżkami. Tym razem, po 25 latach grania muzyki w rozmaitych konfiguracjach personalnych i stylistycznych, Trzaska wkracza na kręty, w pełni solowy czarny szlak. „Delta Tree” to pierwsza płyta w dyskografii saksofonisty, na której znajduje się on sam na sam z instrumentem, rodzaj dźwiękowego autoportretu.

Pisanie, że solowa wypowiedź muzyczna ma charakter osobisty i emocjonalny to banał, bo właściwie każda poważna artystyczna aktywność posiada te cechy. Niemniej głos dojrzałego twórcy, z imponującym bagażem doświadczeń, który dopiero w wieku 50 lat postanawia przemówić w pełni samodzielnie, nabiera zdecydowanie innej rangi i wagi. „Delta Tree” to tytuł ładnie brzmiący, ale nade wszystko trafny w swej wieloznaczności. Delta to rozgałęzienie pojedynczej rzeki na mnogą liczbę oddzielnych ujść. Podobnie w karierze Mikołaja Trzaski można dopatrzeć się co najmniej kilku artystycznych „ujść”. Najbardziej oczywiste to: jazz, improwizacja, muzyka żydowska, muzyka filmowa. Tytułowe drzewo wyrosło właśnie na przecięciu tejże siatki, czerpie życiodajne soki kreatywności z wielu źródeł.

Mikołaj Trzaska - Delta Tree

W Pardon To Tu Trzaska rzecz jasna nie odegrał materiału z albumu, bo nie o to chodzi w koncertach muzyki improwizowanej. Natomiast uchwycił w dźwiękach moment, przepuścił „tu i teraz” przez własną wrażliwość i ekspresję, tworząc opowieść przynależną danej chwili. Dlatego był to wieczór jedyny w swoim rodzaju. Narracja saksofonisty miała charakter intensywnego strumienia świadomości. Specyficzne dla Trzaski szorstkie brzmienie instrumentu bywało liryczne, a melancholia niektórych tematów przeplatała się z desperacką agresją i energią saksofonowych szarży.  Nie był to może zbyt przystępny koncert, ale z całą pewnością szczery i magnetyczny w swej introwertyczności. Bywałem już kilkukrotnie na solowych występach artysty (najlepiej chyba wspominam niesamowity koncert w Synagodze Nożyków sprzed kilku lat), lecz za każdym razem jestem ciekaw cóż nowego muzyk ma do powiedzenia. I słuchając tych historii jeszcze nigdy się nie zawiodłem, bo to po prostu nie są puste dźwięki. Tym razem deltą, przez które przepływały, były uszy licznie zgromadzonych słuchaczy w Pardon To Tu. W końcu nie codziennie jeden z najważniejszych polskich saksofonistów wydaje solową płytę. Premiera co się zowie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Dla warszawskiej publiczności kolejną okazją do posłuchania Mikołaja Trzaski na żywo (w różnych składach) będzie koncert w Studiu Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego [info] z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu i 50 urodzin saksofonisty. Instytut poleca.

LOMI LOMI – koncertowy „Heroizm woli” w Pardon To Tu

LomiLomi1

Pamiętam jak usłyszałem w zeszłym roku utwór „halo halo halo halo” ozdobiony oldskulowym, psychodelicznym teledyskiem (klik). Pomyślałem – osobliwość, chwytliwy kawałek nasączony tęgim absurdem i dzięki niemu wymykający się pretensjonalności, która zawsze się czai na wszelkie przejawy „zabawnego piosenkopisarstwa”. Trochę obawiałem się, że Lomi Lomi na płycie przeszarżuje z żartobliwością.

Jednak gdy przesłuchałem „Heroizm woli” okazało się, że śpiewane (?) piosenki (?) to zaledwie 1/3 albumu, a reszta to utwory instrumentalne. Całość bazuje na dobrze zaaranżowanych, w gruncie rzeczy prostych numerach, które gładko wsączają się w uszy lekko psychodelicznym, lekko folkowym odczynem. Muzyka oparta jest na dobrze rozbujanej, acz stabilnej i powściągliwej sekcji rytmicznej (Artur Lipiński, Krzysztof Cybulski), którą świetnie ubarwiają z jednej strony pląsające cymbały Mateusza Szemraja, z drugiej dość manzarkowe klawisze lidera Piotra Domagalskiego (czasami aż głowa zaczyna się kręcić w te i we w te). Niekiedy pojawia si też kornet i gitara akustyczna. Utwory stoją bridżami, a ich pozornie naiwna, lekka estetyka stanowi w gruncie rzeczy największą siłę muzyki Lomi Lomi. Zresztą znając inne dokonania członków grupy (chociażby impro-jazzowe Levity, w którym grał Domagalski, elektroakustyczne kompozycje Cybulskiego, folkowe składy Szemraja), wiadomo, że ta prostota absolutnie nie wynika z dyletantyzmu, tylko jest świadomie podjętą konwencją.  „Heroizm woli” zarówno w wersji albumowej, jak i na koncercie „robi dobrze” uszom, to ten rodzaj inteligentnej i niebanalnej przystępności, który bardzo mi odpowiada. I pod tym względem występ w Pardon To Tu spełnił w zupełności moje oczekiwania, a nawet je przerósł (pojawiło się trochę nowych, obiecujących utworów). Radosne brzmienie Lomi Lomi przypomina odrobinę pierwszy album Pink Floyd wypełniony uproszczonymi, acz genialnymi utworami Syda Barretta. Bardzo przyjemne, spontaniczne doświadczenie koncertowe, dało się poczuć wiosnę.

Dobrze, że Pardon To Tu urozmaica program takimi nietypowymi ciekawostkami. Jak mawiał klasyk: awangarda nie musi być smutna. Nie zawsze też musi być przekombinowana i słuchana na kolanach. Może mieć popowy potencjał. Ja na Lomi Lomi podrygiwałem i nie czułem by była to „winna przyjemność”. Jakby się tak zastanowić, to niewiele polskich zespołów gra taką muzykę… Liczę, że kwartetowi starczy heroizmu woli na kolejny album. Taki skład jest w stanie nie jednym zaskoczyć.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Norma/nie instytucjona/nie: HATI w Narodowym (Ucho Gmachu) / Mełech & Kurek w Eufemii (Impro Trening)

Fajnie gdy publiczne instytucje kultury, takie jak muzea, podejmują się realizacji programu muzycznego. Niestety wciąż zdarza się to dosyć rzadko, od przypadku do przypadku, dlatego tym bardziej cieszą takie inicjatywy jak Ucho Gmachu, cykliczne koncerty ambitnej polskiej muzyki, organizowane w Muzeum Narodowym w Warszawie. Inauguracja tego mini-festiwalu (de facto 5 występów różnych artystów na przestrzeni 2 miesięcy), przypadła w udziale duetowi HATI.

HATI1

Muzycy formacji – Rafał Iwański i Rafał Kołacki – sami dysponują bogatym doświadczeniem jeśli chodzi o kuratorowanie koncertów w przestrzeni muzealnej, ponieważ od 8 lat prowadzą w toruńskim CSW arcyciekawy festiwal CoCArt. Krótko mówiąc – właściwi ludzie na właściwym miejscu. Znając muzykę HATI z płyt, od dawna chciałem usłyszeć duet na żywo, a niestety jak dotąd zawsze coś stawało mi na przeszkodzie… Dopiero gdy zostałem patronem Ucha Gmachu, koniunkcja planet sprawiła, że nareszcie dostąpiłem przyjemności obcowania z HATI w czasie rzeczywistym.

HATI to pod kilkoma względami zespół niezwykły w pejzażu polskiej alternatywy. Właściwie muzykę  formacji dobrze ilustruje postawa, w jakiej duet gra koncerty – robi to na kolanach z niemalże religijnym skupieniem i powagą. Ten szacunek i pokora wobec akustycznego dźwięku, wybrzmiewania rozmaitych gongów, blaszek, bębenków, smyczków, plastikowych trąbek, ale też etnicznych piszczałek, rogów bawolich, jest podczas występu dojmujący. Muzyka HATI ma głęboki wymiar rytualny, mistyczny, wymyka się konwencjonalnemu podejściu do grania, jest szalenie organiczna i  w tej organiczności ahistoryczna – brzmi zarówno starodawnie, jak i futurystycznie, może nawet postapokaliptycznie. Artyści grają na instrumentach etnicznych, ale łączą je bezpośrednio z dźwiękami generowanymi przez odpadki współczesności, sprzęty z recyklingu zyskują w ten sposób nowe muzyczne życie poprzez nietypowy kontekst ich zastosowania.

HATI3

Specyfika Ucha Gmachu polega na tym, że każdy z koncertów odbywa się w innej sali wystawienniczej Muzeum Narodowego. HATI zagrali w Galerii Faras, eksponującej wczesnochrześcijańskie malarstwo nubijskie, co zdecydowanie podkręciło mistyczny klimat występu. Choć sądzę, że duet gra muzykę tak uniwersalną, że równie dobrze zaistniałaby na przykład na surowym dziedzińcu modernistycznego gmachu Muzeum (choć mogłoby to być dosyć ryzykowne pod względem nagłośnienia). Bardzo udany koncert o charakterze kolektywnej medytacji nad dźwiękiem.

[koncerty w ramach Ucha Gmachu są bezpłatne, jednak obowiązuje system zapisów, z którym możecie się zapoznać TUTAJ. Kolejni wykonawcy to: Echoes of Yul, Akpatok Ensemble, Micromelancolie, Berjozkele]

——————————————————————–

Piotr Mełech & Wojtek Kurek w Eufemii

Mełech

Tego samego wieczoru, nieopodal Narodowego w klubie Eufemia, miało miejsce innego rodzaju muzyczne przedsięwzięcie cykliczne o stosunkowo krótkiej historii – Impro Trening. To właściwie młodszy brat Impro Mitingu, który odbywa się w tym samym miejscu, w każdy czwartek – obecna inkarnacja cyklu doczekała się już 25 odsłon, o jubileuszowej, 18, pisałem jakiś czas temu (klik). Biorąc pod uwagę regularność, można śmiało powiedzieć, że Impro Mitingi (a teraz też wtorkowe Impro Treningi), są obok działalności Warsaw Improvisers Orchestra, najbardziej jaskrawym świadectwem znakomitej kondycji stołecznej sceny muzyki kreatywnej. Mówię tu oczywiście o kondycji artystycznej i zdolności do samoorganizacji twórców lokalnych (osobnym tematem jest fenomen klubu Pardon To Tu, który w krajowym pejzażu pełni bardziej rolę nobilitującego salonu, realizującego również szalenie ambitny program międzynarodowy). W Eufemii co tydzień można natrafić na przejawy żywej, rozwijającej się sceny muzycznej. A animatorem jej części pt. Impro Trening jest Piotr Mełech, od pewnego czasu mieszkający w Warszawie (wcześniej Poznań). Utalentowany muzyk i improwizator, którego wiernym czytelnikom (((ii))) nie muszę specjalnie przedstawiać.

Wizja połączenia klarnetów Mełecha ze (zwykle) nieidiomatyczną, kreatywną perkusją Wojciecha Kurka, stanowiła dla mnie wystarczającą zachętę by po koncercie HATI zaliczyć dokładkę w przestrzeni bardziej swobodnej. Tym razem tradycyjne solidne opóźnienie koncertu przywitałem z radością (w innym wypadku w ogóle bym nie zdążył). Zresztą muszę przyznać, że frekwencja była bardzo solidna. Okazało się, że Mełech zagra bez wsparcia elektroniki, czyli powstał de facto klasyczny duet unplugged. Nie wiem czy Panowie grali wcześniej wspólnie (o ile się orientuję, to nie), dlatego stal hartowała się na oczach i uszach słuchaczy, z ryzykiem niezłapania chemii. Lubię odwagę i nieprzewidywalność takich przedsięwzięć.

Mełech zaczął koncert na klarnecie  basowym okrągłymi, rozbujanymi partiami, odwołującymi się do języka jazzowego. Kurek grał natomiast twardo, mocno, prymitywistycznie, przez co skutecznie temperował lekko swingowe zapędy basklarnetu. Fantastyczna była perkusyjna solówka, nerwowy dialog werbla i hi hatu – triumf prostoty nad rozgadaniem, typowym dla wielu bębniarzy. Całość zażarła w momencie, gdy Mełech chwycił po zwykły klarnet i wykorzystując circular breathing, nadał instrumentowi niezwykłej intensywności i ekspresji. Wówczas perkusja trochę wyhamowała, zaczęła operować lżejszymi akcentami. Muzycy reagowali na swoje wypowiedzi w sposób może nie do końca oczywisty, ale w gruncie rzeczy efektywny, jakby naprzemienny. W zdecydowanej większości słuchałem tego krótkiego, bo około 45-minutowego występu z dużą przyjemnością.

Koncert zakończył apel Mełecha o zgłaszanie się muzyków do kolejnych Impro Treningów – a zatem pozwolę sobie przesłać to zaproszenie dalej w eter. Muzyka i frekwencja udowodniły, że gra jest warta świeczki, choć wstęp darmowy – wystarczyło przyjść, usiąść i otworzyć się na dźwięki. Polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))