Mazzoll & Szamburski w Mózgu

Mazzoll & Szamburski

To był dla mnie koncert z kategorii „must-see”. Co prawda nad Wisłą akurat pod dostatkiem klarnecistów wyborowych,  niemniej Jerzy Mazzoll i Paweł Szamburski to bez wątpienia ścisły top. W dodatku artyści kluczowi dla dwóch wyjątkowych zjawisk ostatniego ćwierćwiecza w polskiej muzyce kreatywnej, czy też konwencjom uciekającej, czyli dla sceny yassowej oraz warszawskiego środowiska Lado ABC. A biorąc jeszcze pod uwagę, że było to pierwsze spotkanie klarnecistów na jednej scenie, to robi się nagle wydarzenie o wręcz historycznej randze.

Byłem bardzo ciekaw tego koncertu. Mazzoll i Szamburski to muzycy wyraziści i charyzmatyczni, potrafiący jak prawdziwi zaklinacze zaczarować scenę wraz z publicznością. Istniało poważne ryzyko, że spięcie tak silnych osobowości będzie zgrzytać, a artystyczne ego rozsadzi Mózg… Cóż, tak się nie stało. Panowie zagrali niezwykle „wsłuchany w siebie” koncert, jak równy z równym, bez pustego gwiazdorzenia, choć z właściwą sobie performerską fantazją i ikrą. Szamburski po doświadczeniach w graniu z Mikołajem Trzaską, Michałem Górczyńskim i Wacławem Zimplem w Ircha Quartet, ma opanowane do perfekcji nawiązywanie dialogu z drugim klarnetem. Było to doskonale słychać podczas występu z Mazzollem, muzykiem dość dominującym i występującym zazwyczaj na pozycji lidera. Jednak tego wieczoru w Mózgu żadnego lidera nie było, tylko dwaj mistrzowie swego fachu wspólnie bawiący się dźwiękami – na swój specyficzny sposób, który mimo różnic w podejściu do gry obu Panów, ostatecznie okazał się komplementarny.

Mazzoll & Szamburski 2

A różnice są ewidentne i w dużej mierze one zadecydowały o atrakcyjności przedsięwzięcia. Mazzoll zdecydowanie preferuje surowe brzmienie instrumentu, unika elektroniki na rzecz sonorystycznych eksperymentów. Wykorzystuje drone’owy potencjał basklarnetu, równoważąc go zacięciem do konstruowania prostych, wwiercających się w głowę melodyjek (tak jest, pojawiło się też „Ojczyzną naszą…”). Z kolei Szamburski doskonale łączy akustyczny klarnet z efektami, dzięki czemu potrafi wykreować w mgnieniu ucha własne, zapętlone środowisko dźwięków, na którego tle odlatuje w ognistej, intensywnej, acz skupionej improwizacji. To wykorzystanie efektów i loopów było o tyle fajne, że znało umiar, nawet gdy bywało naprawdę mocarne, to idealnie wpasowywało się w klarnetowy strumień świadomości obu Panów, który był tutaj zdecydowanie najważniejszy. Bardzo podobało mi się w tym koncercie zróżnicowanie klimatu i płynne poruszanie się artystów po różnych, czasem biegunowych odcieniach ekspresji.  Widać było, że muzycy mają do siebie duży szacunek i uważnie podchwytują wzajemne pomysły, rozwijając je na własną modłę, lub podkręcając w tle solowe popisy inicjatora. Jeżeli czegoś zabrakło, to nudy.

Mazzoll & Szamburski 3

Swego rodzaju pozamuzycznym smaczkiem okazał się czas. Koncert zapowiadano na 21:16 i… rzeczywiście rozpoczął się dokładnie o tej godzinie, co do minuty! Podobno to pierwszy punktualny występ w historii Mózgu. Adekwatnie, bo muzyka też trafiała w punkt. Z przyjemnością posłuchałbym duetu Mazzoll / Szamburski jeszcze raz. Nawet z ryzykiem poślizgu czasowego. W końcu sami klarneciści czekali na to spotkanie ładnych parę lat… Było warto.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

BNNT zbombardowało Plac Zabaw

BNNT + Łukasz Rychlicki

Czy w obecnej dekadzie na krajowym rynku tzw. muzyki niezależnej ukazała się jakakolwiek bardziej  agresywna, surowa i głośna pozycja niż album duetu BNNT pt. „_ _” z 2012 roku? Śmiem wątpić. Debiut Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda to muzyczny ekwiwalent koktajlu Mołotowa, płyta o drapieżności zarazem magnetycznej i obezwładniającej. Brązowa nuta (BrowN NoTe)? Sound bombing? Guerrilla gigs? Przecięcie sztuk wizualnych, performansu i muzyki? Tak jest – BNNT to whole package, przemyślany spójny, precyzyjnie skonstruowany mechanizm, koncertowe monstrum działające wielokanałowo na zmysły odbiorców.

Na Placu Zabaw Smoleński i Szwed nie objawili się jednak jako muzyczni terroryści ingerujący niespodziewanie, znienacka w tkankę miejską – zagrali zapowiedziany koncert na normalnej, plenerowej scenie przed australijskim trio My Disco. I to była jedna z tych sytuacji, kiedy support przyćmiewa „gwiazdę wieczoru”. Po dzikim, surowym, quasi-rytualnym występie BNNT, My Disco zabrzmieli dosyć… konwencjonalnie. Być może była to kwestia tego, że oba składy prezentują podobnie ciężką, skondensowaną muzykę i po prostu zadziałał nadmiar. W każdym razie jakoś nie byłem w stanie zaangażować się w występ Australijczyków i odpuściłem go sobie bez żalu po kilkunastu minutach.

BNNT zagrali tego wieczoru w rozszerzonym, trzyosobowym składzie – duet uzupełnił na gitarze Łukasz „Pan Lotto” Rychlicki. Ciekawa kombinacja. Na tegorocznym, minimalistycznym „Elite Feline” (bandcamp / recenzja) Rychlicki zaprezentował się od strony niezwykle subtelnej, by nie powiedzieć delikatnej. Wraz z BNNT mógł natomiast dać upust gitarowemu żywiołowi hałasu, którym na przestrzeni wieloletniej kariery nauczył się operować w stopniu niemal mistrzowskim. Udział trzeciego muzyka sprawił, że Konrad Smoleński ze swoją specyficzną dwustrunową „bombotarą” przesunął się bardziej na pozycję basową, dając większą przestrzeń dla noise’ów Rychlickiego. Wszystko upinała motoryczna, twarda i bezlitosna perkusja Daniela Szweda. Muzyk grał z wręcz dingerowską energią, powściągliwością i precyzją, dzięki czemu BNNT+ zabrzmiało trochę jak mroczny, zły brat bliźniak Neu!. Przedstawienia dopełniał oczywiści charakterystyczny wizerunek sceniczny.

BNNT+Rychlicki3

Wyjątkowo magnetyczny, intensywny koncert. Ciężko porównywać BNNT a.d. 2016 z tym znanym z płyty „_ _”, która jednak dużo zawdzięczała wykorzystaniu różnorakich sampli i udziale gości. Niemniej występ na Placu Zabaw sugeruje, że na kolejnym, zapowiadanym na ten rok krążku, brzmienie będzie nieco mniej frywolne, a wybuchowe, noise’owe adhd, duet przekuje w bardziej rozbudowane, potężne, transowe struktury. Jakby mniej młotów pneumatycznych na rzecz ciężkich, acz rozpędzonych walców. Ale to tylko spekulacje. Natomiast jedno jest jak dla mnie pewne – drugi, regularny album BNNT będzie głośnym wydarzeniem. I już nie mogę się doczekać koncertów go promujących.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Akpatok Ensemble w Muzeum Narodowym (Ucho Gmachu #3)

Akpatok Ensemble

Przyznam szczerze: Akpatok, projekt Dawida Adrjanczyka, zanim zagościł w programie cyklu Ucho Gmachu był mi całkowicie nieznany. Właściwie z premedytacją nie sprawdziłem przed koncertem płyty „Two Winters, Two Springs” (bandcamp), chciałem dać się zaskoczyć. I spotkało mnie zaskoczenie zdecydowanie pozytywne. A najlepszym tego dowodem jest fakt, że od czasu koncertu przesłuchałem album Akpatok już kilkukrotnie.

Cykl Ucho Gmachu wymaga od artystów umiejętności odnalezienia się w niekonwencjonalnych wnętrzach Muzeum Narodowego (każdy występ organizowany jest w innej sali ekspozycyjnej). W związku z tym muzycy mają możliwość „zagrania” z ekspozycją i nawiązania interakcji ze specyfiką przestrzeni wystawienniczej. Jak dotąd Akpatok Ensemble chyba najlepiej wykorzystał ten potencjał. Koncert rozpoczął się  w dwóch miejscach na raz. Po kilku rytualnych uderzeniach Dawida Adrjanczyka i Marka Styczyńskiego w gongi, z niewidocznej dla słuchaczy sali, sąsiadującej z Galerią Dawnego Malarstwa Europejskiego, zaczął dochodzić śpiew, abstrakcyjne wokalizy w wykonaniu Niny Adrjanczyk i Anny Nacher. Głos był w tym przypadku elementem dodanym, niewystępującym na samej płycie, jednakże wprowadzającym do muzyki silny, oniryczny pierwiastek. Początek występu upłynął na powolnym przechadzaniu się artystów dookoła publiczności, a specyfika galerii sprawiała, że czasami znikali oni zupełnie z pola widzenia, tylko dźwięk cyklicznie zbliżał się i oddalał. Gdy ostatecznie zespół zatrzymał się w strefie prowizorycznej sceny, słuchacze mogli rozpocząć własne wędrówki.

Akpatok - Two Winters, Two Springs

Muzyka Akpatok  na płycie „Two Winters, Two Springs” jest szalenie minimalistyczna, a dualizm zasygnalizowany w tytule, przejawia się w samej muzyce. Z jednej strony mamy gongi i dzwonki pasterskie rozpływające się w ciszy, de facto zarysowujące ciszę, wydobywające ją drobnymi subtelnymi ingerencjami.  Z drugiej strony potężne, drone’owe brzmienie liry korbowej tworzy majestatyczną ścianę dźwięku całkowicie ciszę zakłócającą, wypełniającą ją aż po brzegi przeszywającą, katartyczną falą. Ten kontrast sprawia, że album mimo tak dużej prostoty formalnej absolutnie nie nuży, a pewien dobry rodzaj monotonii nadaje tej muzyce wyjątkowy, medytacyjny charakter. Podczas koncertu element wokalny dodał całości bardziej ezoterycznego zabarwienia, co wraz z performatywnym zacięciem od razu przywiodło mi na myśl zespół Księżyc.

Brzmienie Akpatok w pierwszym kontakcie sprawia wrażenie folkowego, mocno zanurzonego w tradycji i przeszłości, jednak po chwili, dźwięki zyskują bardziej pierwotny, abstrakcyjny i ahistoryczny wyraz. Pod tym względem „Two Winters, Two Springs” kojarzy mi się z tegorocznym albumem „Yonder” (bandcamp) duetu Mutant Goat (tutaj pisałem recenzję). Ten uniwersalny, ambientowy potencjał muzyki Akpatok, został podczas koncertu wypełniony kontekstem wizualnym obrazów z XVI i XVII wieku, które dzięki zespołowi Adrjanczyka zyskały niesłychanie sensualną ścieżkę dźwiękową. I chociaż widziałem już te płótna wielokrotnie, to mam wrażenie, że dopiero w doświadczeniu audiowizualnym udało mi się je zobaczyć „tak naprawdę”. A to bez wątpienia zasługa dźwięków o niezwykle kontemplacyjnej sile oddziaływania.

Ucho Gmachu coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że muzealne sale wystawiennicze powinna wypełniać non stop odpowiednio dobrana muzyka . Cóż, zawsze można chodzić do muzeów w słuchawkach tak jak niżej podpisany.

Krzysztof Wójcik (((ii))) 

PS: 31 maja w kolejnej, czwartej już odsłonie cyklu w Galerii Sztuki XX i XXI wieku zagra Micromelancolié. Szczegóły tutaj.

Żywot Briana Eno. 68 utworów na 68 urodziny (część I)

Brian Eno

Brian Eno to postać szczególna dla szeroko pojętej muzyki ostatniego półwiecza. Prawdziwy wizjoner i awangardzista w świecie popkultury, współpracownik idealny, człowiek o tak bogatym, mocnym i wielowątkowym CV, że głowa mała. Ujmę to tak: gdybym nagle trafił do więzienia na długie lata i z całej muzyki miał do dyspozycji tylko i wyłącznie pełną dyskografię Briana Eno (poszerzoną o pozycje, w których maczał palce jako producent, bądź współautor), to uwierzcie, nie byłaby to tak przykra odsiadka. Wielokrotnie zbierałem się do tego, żeby napisać jakiś tekst o Brianie, jednak zawsze ogrom dorobku przytłaczał mnie tak mocno… Przypadek jak z hydrą – strącasz jedną głowę, wyrastają trzy kolejne. Ostatecznie zawsze gdy zaczynałem pisać kończyło się na kilku zdaniach i na tym, że po prostu zaczynałem słuchać od nowa tych wszystkich genialnych utworów i płyt. Czyli w zasadzie każdorazowo było to przemiłe zakończenie. Aż dziś, w dniu 68 urodzin naszego bohatera, przyszedł mi do głowy pomysł na narrację alternatywną. Niech muzyka opowie za siebie. Przed Wami zestaw wyselekcjonowanych przeze mnie 68 utworów autorstwa lub współautorstwa Briana Eno, które w sposób (powiedzmy) syntetyczny przybliżą sylwetkę tego wyjątkowego artysty. Taki mój prywatny, subiektywny hołd. Chronologicznie. Zaczynajmy!

1/68 Roxy Music – „Ladytron” (Roxy Music, 1972)

Od tego albumu wszystko się zaczęło. Co prawda wszystkie kompozycje Roxy Music są autorstwa Bryana Ferry’ego, to jednak piętno jakie Brian Eno odcisnął na brzmieniu dwóch pierwszych albumów formacji jest nie do przecenienia. Pamiętajmy, że obsługiwanie prymitywnego syntezatora w tamtych czasach to był futuryzm i egzotyka. Eno długo nie cieszył się pozycją szarej eminencji Roxy Music i z powodu „różnic artystycznych” opuścił zespół po nagraniu drugiej płyty For Your Pleasure, na której eksperymenty elektroniczno-krautrockowe poszły jeszcze dalej. Nigdy później zespół Ferry’ego nie brzmiał tak ekscytująco.

2/68 Roxy Music – „The Bogus Man” (For Your Pleasure, 1973)

3/68 Eno – „Baby’s on Fire” (Here Come the Warm Jets, 1973)

Pierwsza solowa płyta Eno, to kreatywne, brawurowe rozwinięcie eksperymentów ze strukturą piosenki pop, które nasz bohater przeprowadzał już w Roxy Music. Here Come the Warm Jets to debiut triumfalny, łączący awangardowe techniki studyjne (manipulacji taśmami, modulacji wokali, instrumentów) z przebojowością i sporą dawką absurdu w tekstach. Art rockowe, glamrockowe arcydzieło – wyraźnie słychać, że Brian obok Bowiego był jednym z pierwszych fanów The Velvet Underground. W „Baby’s on Fire” pojawia się Robert Fripp, z którym Eno kilka miesięcy wcześniej nagrał duet (No Pussyfooting), antycypujący muzykę ambient (niestety nie było na youtubie). A w poniższym „Driving Me Backwards” śpiewa piosenkę od tyłu, a następnie puszcza ją od drugiej, właściwiej strony w akompaniamencie rozstrojonego pianina. Efekt? Psychodeliczny majstersztyk.

4/68 Eno – „Driving Me Backwards” (Here Come the Warm Jets, 1973)

5/68 Eno – „The Fat Lady of Limbourg” (Taking Tiger Mountain (by Strategy), 1974)

Jeśli pierwsza solowa płyta Eno była rozsadzaniem brzmieniowych granic piosenki pop, to na Taking Tiger Mountain (By Strategy), Brytyjczyk idzie jeszcze dalej. W każdym utworze zaprezentowana jest jakaś ciekawostka aranżacyjna, czasami w tle, a czasami jest na niej osadzony cały utwór (np. „The Great Pretender” i te syntezatorowe cykady). Słychać, że Eno dryfuje coraz bardziej w stronę abstrakcji. Po raz pierwszy używa też swego wynalazku, kart „Oblique Strategies” (wymyślonych wraz z malarzem Peterem Schmidtem), pomagających w sytuacjach kreatywnego impasu. Wykorzystuje pomyłki i buduje na ich bazie całe kompozycje (np. proto-punkowy „Third Uncle” opiera się na basowym kiksie). Na koniec znakomicie ewoluującego „The True Wheel” pojawia się prorocza zapowiedź Sida Visciousa (na rok przed powstaniem Sex Pistols. Nie wiem jak on to zrobił…) i fantastyczna, lekko shoegaze’owa partia gitary Phila Manzanery. W „China My China” mamy z kolei solówkę perkusyjną zagraną na maszynie do pisania. Avant-pop w najczystszym wydaniu.

6/68 Eno – „The Great Pretender” (Taking Tiger Mountain (By Strategy), 1974)

7/68 Eno – „Third Uncle” (Taking Tiger Mountain (By Strategy), 1974)

8/68 Eno – „The True Wheel” (Taking Tiger Mountain (By Strategy), 1974)

9/68 Eno – „Sky Saw” (Another Green World, 1975)

Tutaj właściwie mógłbym zalinkować całą płytę (spokojnie, jest na youtubie). Another Green World to rzecz absolutnie arcydzielna od początku do końca. Płyta wypełniają po części cudownie upośledzone piosenki pop, jednak to nie one robią największe wrażenie, tylko producencka maestria Eno, wyobraźnia z jaką buduje kolejne instrumentalne, abstrakcyjne miniatury, które na albumie zdecydowanie przeważają. Płyta po ponad 40 latach od wydania wciąż brzmi nowatorsko, świeżo i niezwykle esencjonalnie jeśli wziąć pod uwagę całość kariery Brytyjczyka. Jest to przedostatnia część z cyklu czterech albumów piosenkowych wydanych przez Eno w latach 70. (Here Come the Warm Jets, Taking Tiger Mountain (By Strategy), Another Green World Before and After Science) i w moim odczuciu część najbardziej kompletna.

10/68 Eno – „The Big Ship” (Another Green World, 1975)

11/68 Eno – „Spirits Drifting” (Another Green World, 1975)

12/68 Brian Eno – „Discreet Music” (Discreet Music, 1975)

Po poszerzeniu i wyeksploatowaniu w kilka lat formuły art i glam rocka oraz zarysowaniu kilku wzorców dla nadchodzącego nurtu punk, Brian Eno przystąpił do konstrukcji nowej muzycznej formy, z której dziś jest najbardziej znany, czyli ambientu. Discreet Music to jednocześnie pierwszy album, na którym artysta podpisał się jako „Brian Eno”, wcześniejsze trzy wydawnictwa (i liner notesy Roxy Music) firmowały trzy litery „ENO”. To znamienne. Również w okolicach ’75 roku Brytyjczyk zrywa z wizerunkiem glam rockowego kosmity-elfa. Kończy się w pewien sposób teatralizacja i wchodzenie w konwencje gwiazdy pop. Zaczyna się muzyka dyskretna, tak subtelna, że można nią oddychać, cudownie nieabsorbująca, wypełniająca przestrzeń niczym mebel. Nie byłoby Discreet Music i ambientu jako takiego, gdyby nie amerykańscy minimaliści, w szczególności Steve Reich, ale też XIX-wieczny francuski kompozytor Erik Satie jak najbardziej może się tytułować dziadkiem ambientu. Wraz z wydaniem tej płyty Eno powołał do życia label Obscure Records, przy pomocy którego w pewnym sensie spopularyzował (jako gwiazda pop) ówczesną muzykę eksperymentalną i kompozytorów takich jak Michael Nyman, John Cage, Gavin Bryars, czy Harold Budd. Również po zasłuchiwaniu się  Discreet Music, współpracy z Eno zapragnął David Bowie.

13/68 Harmonia ’76 – „Vamos Companeros” (Tracks and Traces, wyd. 1997)

Dla artysty tak silnie zaangażowanego w elektroniczne eksperymenty muzyczne jak Eno, naturalnym kierunkiem w latach 70 musiały być Zachodnie Niemcy. W ’76 roku nawiązał współpracę z supergrupą krautrockową Harmonia, a utworów wówczas nagrane czekały na wydanie ponad 20 lat (dopiero w ’97 ukazała się płyta Tracks and Traces). Co zabawne, te 20 lat nie zrobiło specjalnej różnicy, bo Harmonia + Brian Eno w już w połowie lat 70 brzmieli jak powiedzmy Boards of Canada dwie dekady później. Na Harmonii nie skończył się jednak krautrockowy rozdział w karierze Brytyjczyka. W dwóch kolejnych latach (w sensie ’77’, ’78) ukazały się płyty Cluster & Brian Eno oraz After Heat podpisana przez trio Eno – Moebius – Roedelius (czyli de facto znów duet Cluster). Mieszanka ambientu, kosmiche musik i czarodziejskiej old schoolowej elektroniki.

14/68 Cluster & Eno – „Ho Renomo” (Cluster & Eno, 1977)

15/68 Eno, Moebius, Roedelius – „The Belldog” (After the Heat, 1978)

16/68 David Bowie – „Warszawa” (Low, 1977)

„Warszawa” to pierwszy utwór podpisany nazwiskami „Bowie – Eno” i jedyna kompozycja na Low, której współautorem jest Eno. Niemniej wpływ, jaki muzyka młodszego o rok Briana wywarła na Bowiego jest niesłychanie wyraźny na całym albumie. Low przypomina trochę mrocznego brata bliźniaka Another Green World – mam tu na myśli piosenkową lapidarność, impresyjność tematyczną, położenie nacisku na brzmieniowe, futurystyczne eksperymenty i splecenie ich z estetyką popu, przeglądającą się w krzywym zwierciadle. Bowie znalazł w Eno współpracownika idealnego. Tzw. „trylogia berlińska” to przykład jak z płyty na płytę więź między Panami zacieśnia się coraz bardziej. Efekty są zdumiewające, spektakularne i wyprzedzające swoje czasy.

17/68 David Bowie – „Neuköln” („Heroes”, 1977)

18/68 David Bowie – „Abdulmajid” („Heores”, 1977, bonus track do wydania z ’91 r.)

„Neuköln” to kompozycja chyba jeszcze bardziej dramatyczna i przejmująca niż „Warszawa”. Tym razem wokalizę zastępuje saksofonowe solo w wykonaniu Bowiego, a wszystko na tle abstrakcyjnej sonicznej faktury. Natomiast wydany po latach (w ’91 r.) jako bonus utwór „Abdulmajid” to przyszłość muzyki elektronicznej zaklęta w dźwiękach. W latach 90 takie brzmienie uzyskuje Aphex Twin, czy Future Sound of London. Bowie i Eno wyprzedzili ich o kilkanaście lat.

19/68 Brian Eno – „No One Receiving” (Before and After Science, 1977)

Before and After Science to de facto ostatnia z czterech klasycznych piosenkowych płyt Briana Eno. Słychać na niej doskonale ewolucję jaką Brytyjczyk przeszedł przez poprzednie lata, w szczególności wyraźnie rysuje się wpływ muzyki niemieckiej (Eno zaprosił do współpracy wybitnych przedstawicieli sceny krautrockowej – Dietera Moebiusa, Jakiego Liebezeita, Conny’ego Planka). Album dobrze wskazuje kierunki w jakich Eno podąży w najbliższych latach – pierwsza, bardzo rytmiczna, dynamiczna część płyty wyraźnie odbije się na współpracy  z Talking Heads, natomiast druga, wyciszona i subtelna, to zwiastun pogłębionego wejścia w ambient.

20/68 Brian Eno – „Julie with…” (Before and After Science, 1977)

21/68 Brian Eno – „By This River” (Before and After Science, 1977)

22/68 Brian Eno – „2/1” (Ambient 1: Music for Airports, 1978)

Ambient 1: Music for Airports to kamień milowy (a po części i węgielny) w historii całej muzyki ambient, która ukazała się do tej pory. Album klasyczny, z założenia site specific, w sposób niezwykle subtelny łączący brzmienie organiczne z prostymi elektronicznymi zabiegami studyjnymi. Całość nie zestarzała się ani odrobinę. Anielska muzyka, której lepiej doświadczać niż o niej czytać.

23/68 Brian Eno – „1/2” (Ambient 1: Music for Airports, 1978)

24/68 Brian Eno – „Aragon” (Music for Films, 1978)

Album Music for Films, wydany w tym samym roku co Music for Airports, trochę niesłusznie stoi w cieniu swojej poprzedniczki. Tak jak Ambient 1 odnosiło się do przestrzeni stricte określonej, Music for Films z założenia ma być soundtrackiem do filmów zmyślonych, nieistniejących. Album składa się ze zwięzłych miniatur o dość posępnym klimacie (powiedzmy „proto dark ambient”), również eksperymenty z brzmieniem są tutaj bardziej radykalne. Całość robi duże wrażenie i jest w pewnym sensie zapowiedzią genialnej, mojej ulubionej, czwartej płyty z serii Ambient, czyli On Land.

25/68 Brian Eno – „Task Force” (Music for Films, 1978)

26/68 David Bowie – „African Night Flight” (Lodger, 1979)

Moim zdaniem Lodger to cześć berlińskiej trylogii, na której Brian Eno odcisnął największe piętno. Mówi już o tym sam fakt, że w 2/3 materiał został skomponowany wspólnie przez Bowiego i Eno. Choć „skomponowany” to może nie do końca właściwie słowo. Może raczej zmontowany? Zważywszy, że pierwszy tytuł płyty brzmiał Planned Accidents, a Panowie kazali muzykom w studiu grać po prostu to, co im przyjdzie do głowy. Lodger to nade wszystko zbiór dziwacznych, trochę szkicowych utworów, osadzonych na studyjnych eksperymentach (analogia do pierwszych piosenkowych albumów Eno jest według mnie ewidentna). To lekko ponad 35 minut intensywnej burzy mózgu dwóch szalenie kreatywnych artystów, ogarniętych twórczym adhd, bawiących się brzmieniem w ramach struktury piosenki pop. W przypadku tej płyty rodzaj dynamicznej niespójności jest siłą.

27/68 David Bowie – „Red Sails” (Lodger, 1979)

28/68 David Bowie – „Look Back In Anger” (Lodger, 1979)

29/68 Talking Heads – „I Zimbra” (Fear of Music, 1979)

Co prawda współpraca Eno z Talking Heads zaczęła się rok wcześniej, na wysokości drugiego albumu formacji More Songs About Buildings and Food, jednak dopiero na Fear of Music nowojorczycy dopuścili Brytyjczyka do wspólnego komponowania. Dzięki temu powstała znakomita klamra spinająca płytę. Zanurzone w afrobeacie i dadaizmie „I Zimbra” oraz zdehumanizowane, perfekcyjnie wyprodukowane „Drugs”. Jak miało się okazać zasilenie szeregów Talking Heads głową Briana Eno miało przynieść jeszcze lepsze rezultaty…

30/68 Talking Heads – „Drugs” (Fear of Music, 1979)

31/68 Talking Heads – „Born Under Punches” (Remain in Light, 1980)

Cóż, tutaj na dobrą sprawę mógłbym zalinkować wszystkie 8 utworów wypełniających Remain in Light, album genialny i w moim odczuciu absolutnie kuloodporny. Na tej płycie Brian Eno stał się de facto pełnoprawnym członkiem zespołu i jest współautorem wszystkich kompozycji, co słychać bardzo wyraźnie na każdym kroku (bogactwo produkcyjne, syntezatorowe „solówki”, chórki, polirytmia etc.). Symbioza Brytyjczyka z Talking Heads chyba nie mogła wypaść lepiej. I tutaj trochę powraca sytuacja z czasów Roxy Music – muzycy (może z wyjątkiem Davida Byrne’a) przestraszyli się jak duży wpływ Eno odciska na brzmieniu zespołu i postanowili zakończyć współpracę właśnie na Remain in Light. W sumie bardzo ciężko byłoby im jeszcze raz wspólnymi siłami przebić poziom tego albumu, więc może dobrze się stało… Polecam gorąco edycję rozszerzoną z 4 bonusowymi utworami.

32/68 Talking Heads – „The Great Curve” (Remain in Light, 1980)

33/68 Talking Heads – „Houses in Motion” (Remain in Light, 1980)

34/68 Talking Heads – „Listening Wind” (Remain in Light, 1980)

Tak oto jesteśmy na półmetku, a zebrałem tu zaledwie ekstrakt z okresu… 8 lat kariery Briana Eno. 2 albumy z Roxy Music, 4 solowe albumy avant-pop, pierwsze płyty ambientowe, trylogia z muzykami niemieckimi, trylogia z Bowiem, trylogia z Talking Heads… Oprócz tego była chociażby praca producencka z DEVO, Johnem Calem, a także składanka No New York, dokumentująca scenę no wave u samego jej zarania. Eno z lat 70 to synonim kreatywności, eksperymentu i nowatorstwa.

Ciąg dalszy nastąpi.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Szuflado otwórz się! Nowy PopUp #48 (garść recenzji i wywiadów)

PopUp #48

Sporo nam to zajęło, ale w końcu jest! Nowy, 48 numer PopUpMusic – czyli „niezależnego magazynu internetowego poświęconego muzyce”. Przy dobrej koniunkcji planet, jeszcze w tym roku będziemy świętować 50 wydań, złote gody! Od numeru 47 minęła dłuższa chwila, wystarczająca by na świecie mogło się począć i pojawić kilku potencjalnych przyszłych czytelników PopUp… Przez ten okres nie siedzieliśmy jednak bezczynnie – oprócz systematycznie aktualizowanych relacji z koncertów i festiwali, zaczęliśmy prowadzić regularną audycję w RadioJazz.fm (czwartki godzina 23).

9 miesięcy to w muzyce szmat czasu, który swoją drogą najlepiej weryfikuje kolejne pozycje wydawnicze. Taka przerwa zmusza do syntezowania i pogłębionej selekcji materiału. W związku z tym aktualny numer stoi jedną nogą (no może tylko piętą) w roku 2015 i znajdziecie w nim nie mało recenzji albumów z okresu, gdy teoretycznie taki David Bowie mógł jeszcze tej muzyki posłuchać. Niemniej w przeważającej części poświęcamy uwagę płytom z roku bieżącego, który jak dotąd – w mojej prywatnej opinii – trzyma bardzo dobry poziom.

Zapraszam rzecz jasna do czytania całości. Od siebie dorzuciłem 21 recenzji i 3 wywiady. Wszystkiego miało być więcej (i wcześniej), ale jak głosi starożytna maksyma – lepiej mniej.  A poniżej tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam materiał, w którego przygotowaniu maczałem palce.

Wywiady:

@ ŁUKASZ KACPERCZYK

@ KAMIL SZUSZKIEWICZ

@ WACŁAW ZIMPEL

———————————————-

Recenzje:

@ „A” Trio & Alan Bishop – „Burj Al Imam”

cms_A Trio & Alan Bishop - Burj Al Imam

@ Anenon – „Petrol”

cms_Anenon - Petrol

@ Artur Majewski – „Unimaginable Game”

cms_Artur Majewski - Unimaginable Game

@ Bachorze – „Okoły gnębione wiatrem”

cms_Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

@ David Bowie – „Blackstar”

cms_David Bowie - Blackstar

@ Flora Quartet – „Muzikka Organikka”

cms_Flora Quartet - Muzikka Organikka

@ Heroiny – „Ach-Och”

cms_Heroiny - Ach-Och

@ Iggy Pop – „Post Pop Depression”

cms_Iggy Pop - Post Pop Depression

@ Kamil Szuszkiewicz – „Robot Czarek”

cms_Kamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

@ Kolega Doriana – „Kolega Doriana”

cms_Kolega Doriana

@ Lotto – „Elite Feline”

cms_Lotto - Elite Feline

@ Mikołaj Trzaska – „Delta Tree”

okladka_delta_free_grzbiet_druk_q

@ Modular String Trio – „Part of the Process”

cms_Modular String trio - Part of The Process

@ Mutant Goat – „Yonder”

Mutant Goat - Yonder

@ Nagrobki – „Stan Prac”

cms_Nagrobki - Stan Prac

@ Olgierd Dokalski – „Mirza Tarak”

Basic RGB

@ Paper Cuts – „Divorce Material”

cms_Paper Cuts - Divorce Material

@ Saagara – „Saagara”

cms_Saagara

@ Sefff – „Coats”

Sefff - Coats

@ Ścianka – „Niezwyciężony”

cms_Ścianka - Niezwyciężony

@ Travis Laplante & Peter Evans – „Secret Meeting”

cms_Travis Laplante & Peter Evans - Secret Meeting

—————————————–

Życzę miłego czytania, słuchania i mam nadzieję, że doczekacie się kolejnej porcji tekstów od autorów PopUp jeszcze przed końcem wakacji.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Rob Mazurek i Chad Taylor – CUD w Pardon To Tu

CUD

Werbalizacja doznania muzycznego, szczególnie gdy jest ono bardzo silne, potrafi osłabić u piszącego czystą, niepokalaną jak Matka Boska, przyjemność emocjonalną, (powiedzmy) pozaintelektualne przeżycie estetyczne. Mam wrażenie, że czasami relacja/recenzja powinna być zamykana jedynie w wyrazach dźwiękonaśladowczych, które odpowiadają stanom euforycznym. Upięcie doświadczenia muzyki w słowach, z perspektywy piszącego, trochę zabija jej magię. Być może właśnie dlatego czasami zwlekam z pisaniem, żeby jeszcze odrobinę dłużej pocieszyć się czystym i nienazwanym. Tego typu odczucia zwiastują problem, biorąc pod uwagę, że „literki o dźwiękach” są solą tego bloga… Cóż, może kolejną recenzję wystękam lub ubiorę w jęki. Ale jeszcze nie teraz, ja i świat nie jesteśmy na to gotowi. Innym razem.

O ile dobrze pamiętam, to wszystko zaczęło się od „Protestu” . Nie koncert w Pardon To Tu, lecz moja prywatna relacja z zespołem Chicago Underground i w ogóle z twórczością Roba Mazurka jako taką. To między innymi odkrywanie dyskografii chicagowskiego kornecisty/trębacza i działalności jego współpracowników, doprowadziło mnie na przestrzeni lat do punktu, w którym zacząłem pisać o muzyce. O takiej a nie innej, choć o innej też piszę wiele…  na dobrą sprawę muzyka programowo inna interesuje mnie teraz chyba najbardziej. I sądzę, że do tej dzisiejszej konstatacji w dużej mierze przyczynił się nie kto „inny” jak Rob Mazurek.

Od kiedy pierwszy raz usłyszałem CUD minęło ładnych parę lat i, jak to się czasami pisze, kariera wielu artystów zdążyła w międzyczasie rozbłysnąć i zgasnąć, bla bla bla. Tymczasem od początków XXI wieku do 2016 roku Mazurek rozwijał swoje dossier w sposób doprawdy spektakularny, przemyślany i dziś jest jednym z najważniejszych muzyków współczesnego jazzu – moim zdaniem (choć z pewnością nie tylko moim). Przez te wszystkie lata, przygody z tropikalną, brazylijską elektroniką, prowadzenie znakomitego big bandu Exploding Star Orchestra, nagrywanie płyt w rozmaitych konfiguracjach i stylach (również z gigantami pokroju Billa Dixona i Roscoe Mitchella), chicagowski trębacz pozostał najbardziej wierny Chadowi Taylorowi. Chicago Underground Duo gra już od bez mała dwóch dekad, co jak na w większości efemeryczne składy jazzowe jest ewenementem. Chociaż nazwanie CUD po prostu „składem jazzowym” zakrawa na mocne uproszczenie… A może właśnie nie? Chciałbym żeby każdy zespół jazzowy grał przez lata na tak wysokim poziomie, by tak odważnie poszerzał granice gatunku, tak ewoluował z płyty na płytę. Byłoby wówczas wkoło strasznie dużo cholernie dobrej muzyki. A i tak jest jej całkiem sporo, tylko trzeba wiedzieć gdzie szukać i więcej słuchać niż czytać.

Lekko ponad rok temu Chicago Underground Duo zagrało w Pardon To Tu, promując wtenczas świeżo wydany album „Locus„. Byłem, słuchałem i pisałem o tym koncercie tutaj (i troch go nagrałem^). Występ tegoroczny jest świetnym przykładem jak muzyka Mazurka i Taylora ulega nieustannej progresji. Pomijając kilka „hitów” z ostatniej płyty (jak „Boss„, czy fenomenalny, narastający „Dante” na bis), wieczór zaprezentował kolejne oblicze formacji, oparte tym razem nieco bardziej o brzmienia akustyczne. Bodaj największym zaskoczeniem było to, że Mazurek niemal połowę koncertu spędził za fortepianem, z którym – śmiem twierdzić – radzi sobie równie dobrze jak z trąbką. Nie na płaszczyźnie wirtuozerii, lecz przekazu emocjonalnego. Ogromna wrażliwość melodyczna, łatwość w tworzeniu tematów o genialnej prostocie, mistrzowska artykulacja, przechodzenie od subtelnych motywów do szaleńczej, pełnej pasji improwizacji – to stałe elementy języka, które Mazurek prawdopodobnie potrafi przełożyć na dowolny instrument. Artysta miał już przed trzema laty epizod z fortepianem na znakomitej solowej płycie „Episodes” (nomen omen) – wówczas dogrywał minimalistyczną trąbkę do mięsistych klawiszowych plam. W Pardon To Tu fortepianowe frazy podbijała i cieniowała bezbłędna perkusja Chada Taylora, panowie ogólnie odczytywali swe intencje z niemal telepatyczną zgodnością. Mazurek-pianista zrobił słuchaczom świetną niespodziankę grając przez dłuższą chwilę majestatyczne akordy na pograniczu „Orientu” Dona Cherry’ego i „Sound of Silence” Simon & Garfunkela – jak dla mnie highlight wieczoru.

CUD2

Co tu dużo mówić – a muszę przestać, by zatrzymać choć odrobinę magii – to był fenomenalny koncert, różnorodny, a jednocześnie płynny i szalenie absorbujący. Muzycy grali właściwie jednym ciągiem przez ponad półtorej godziny, aż się zdziwiłem, że tak długo gdy spojrzałem na telefon. Cóż – ostatni występ na europejskiej trasie. Jeśli tak ma brzmieć ósmy album podpisany przez Mazurka i Taylora, to szykuje się coś naprawdę potężnego. Już się nie mogę doczekać by opisać tę płytę wyrazami dźwiękonaśladowczymi.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Echoes of Yul (Ucho Gmachu #2) / Bachorze (Chrobot #13)

Ucho Gmachu, cykl koncertów w warszawskim Muzeum Narodowym, skłania do refleksji nad relacją przestrzeni i dźwięku, nad rolą kontekstu miejsca dla percypowania muzyki.  Po występie duetu HATI w Galerii Faras (relacja), Echoes of Yul zagrało w Galerii Sztuki Średniowiecznej w otoczeniu oryginalnych Chrystusów, Matek Boskich, świętych i męczenników w wersjach 2 i 3D.

DSCF6979

Echoes of Yul to de facto projekt jednego człowieka, Michała Śliwy. Muzyka EoY jest dość oryginalną mieszanką post rocka (moje skojarzenia wiodą do Mogwai), metalowych, mocniejszych uderzeń, ale też bardziej melancholijno-impresyjnych tematów melodycznych, odwołujących się do ambientu. Narracja budowana przez Michała Śliwę jest złożona z wielu elementów, ma duży potencjał ilustracyjny, słuchając chociażby ostatniej płyty „The Healing” (klik) w głowie pojawiają się obrazy, wyobraźnia zaczyna pracować. Konfrontacja dźwięków Echoes of Yul z przestrzenią silnie oddziałującą na odbiorcę warstwą wizualną, można uznać za posunięcie inteligentne, choć ryzykowne.

20160426_201840

Średniowiecze nie jest moim ulubionym okresem w historii sztuki (z kilkoma wyjątkami, abstrahującymi od przedstawień stricte sakralnych), w związku z tym podejrzewałem, że skupię się głównie na muzyce. Tymczasem niespodzianka. Właściwie przez 95% czasu trwania godzinnego koncertu przemierzałem sale Muzeum Narodowego, przypatrując się sztuce średniowiecznej, która dzięki futurystycznym, mrocznym dźwiękom Echoes of Yul, nabrała ciekawszego, niepokojąco-groteskowego charakteru. Pogwałcenie mitycznej (kościelno-)muzealnej ciszy okazało się zbawienne dla odbioru eksponatów, które zaczęły angażować uwagę bardziej niż sama muzyka. Koncert pełnił tutaj istotną funkcję katalizatora, umożliwiającego unikalne przeżycie audiowizualne, z gatunku „site specific”. Relacja muzyki i przestrzeni okazała się komplementarna i silniej oddziałująca niż pojedyncze elementy składowe. Zadziałała synergia, która (jeśli dobrze odczytuję ideę Ucha Gmachu) pozwoliła na poszerzenie doświadczenia muzealnego, na zmianę perspektywy odbioru. W moim przypadku zdecydowanie się udało, chociaż zwykle gdy odwiedzam galerie/muzea samotnie, to mam na uszach słuchawki – rodzaj niegroźnego zboczenia, które „serdecznie polecam”. Szczególnie w obliczu nadchodzącego majowego armagedonu pt. Noc Muzeów. Uwierzcie mi, jako ex-muzealnik wiem co mówię.

[kolejny koncert w cyklu Ucho Gmachu zagra Akpatok Ensemble 17 maja w Galerii Dawnego Malarstwa Europejskiego / wstęp wolny, ale liczba miejsc ograniczona, obowiązują zapisy, a ich start 4 maja o 19 TU]


Trio Bachorze na Chrobocie #13

Bachorze

Kolejnym muzycznym cyklem, o którym słów kilka, jest Chrobot (fb), organizowany przez Miłosza Pękalę, członka zespołu Kwadrofonik w sali prób przy Aktywnym Domu Alternatywnym, ADA Puławska. Koncerty-Chroboty odbywają się z mniej więcej miesięczną regularnością i każdorazowo prezentują co najmniej dwa występy, dokumentowane w formie nagrań audio/wideo (jakiś czas temu pisałem o edycji nr 8 tutaj). Niestety nie zdążyłem na pierwszą część wieczoru, czyli Chrobocik (Feliks Zemler z ojcem Hubertem), ale udało mi się dotrzeć na cały koncert młodego poznańskiego składu o wdzięcznej nazwie Bachorze.

Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

Kaseta „Okoły gnębione wiatrem” (klik), wydana przez trio w labelu Pawlacz Perski, to bardzo intrygująca, nastrojowa mieszanka popsutego bluesa, noise’u, drone’ów i free impro. Więcej o tym wydawnictwie napisałem do nowego PopUpMusic.pl, którego premiera już niebawem, zatem tyle o samej kasecie (chociaż już teraz polecam). Zachęcony nagranym materiałem, byłem bardzo ciekaw jak Bachorze brzmi na żywo. Występ na Chrobocie był ostatnim podczas krótkiej trasy promującej „Okoły…”, które w sali przy Puławskiej 37 gnębił nie tyle wiatr, co nieprzewidywalny wiosenny chłód. Temperatura rzeczywiście trochę utrudniała grę, niemniej Bachorze zagrali przyzwoity, około 40 minutowy set.

Podobała mi się w tym koncercie wrażliwość muzyków na budowanie wspólnego brzmienia, dokładanie własnych elementów (preparowana gitara/saksofon barytonowy/syntezator modularny) było skoncentrowane na tworzeniu demokratycznego, brudnego strumienia dźwięków.  Bachorze grają w dużym skupieniu, a pojawiające się tematy zmierzają w rozwinięciach ku abstrakcji, instrumenty zatracają cechy dystynktywne, zaczynają po prostu wydawać odgłosy wpisujące się w duszny, transowy klimat całości. Brzmienie tria było momentami na tyle gęste, że niemalże popadało w ślepą uliczkę „permanentnego nagromadzenia” i tu paradoksalnie lekarstwem okazało się kolejne, niespodziewane źródło dźwięku – Miłosz Pękala subtelnie dogrywający niskie akordy na fortepianie. Odniosłem wrażenie, że sami muzycy dopiero po chwili zorientowali się, że mają w składzie jednego pasażera na gapę, niemniej podeszli do sytuacji profesjonalnie i rozwinęli całość w potężny, posępny finał. Bardzo fajny mini-niuans na zakończenie intensywnego koncertu.

Bachorze zdecydowanie mają potencjał, a ich estetyka dobrze wpisała się w eksperymentalny program Chrobotu. Podczas kolejnej, 14 edycji zabrzmi m.in. kompozycja „In C” Terry’ego Rileya, w której wykonaniu mają uczestniczyć wszystkie osoby zgromadzone w salce przy Puławskiej… Zatem warto trzymać rękę na pulsie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

BONUS: „Statement 2016, czyli 2 zdania na 2 urodziny Instytutu Improwizacji”

Teksty na tym blogu odpowiadają  zwykle (na swój sposób) na 3-4 pytania: „Co?”, „Gdzie?”, „Jak? / Dlaczego?”. W ten sposób uprawiam aktywną krytykę uczestniczącą, dla której kategorie czasu i miejsca mają zasadnicze znaczenie.