Fire!, Matana Roberts, Pękala/Kordylasińska/Pękala – czyli „warszaska proza koncertowa”

Tak w ogóle mógłby się nazywać ten blog, czyż nie?
„Jedziesz na Offa?” – ostatnio tym pytaniem atakują mnie rożne spotykane osoby, im bliżej końca lipca tym częściej. Odpowiadam, w zależności od sytuacji: a) nie mam nadmiaru kabony na przepicie i przejedzenie, b) nie mam siły i ochoty na całodzienne bieganie od sceny do sceny, c) Off? co tam w ogóle gra w tym roku?, d) w Warszawie mam koncertów pod dostatkiem. I chyba własnie ostatnia odpowiedz jest w tej całej offowej zawierusze najbardziej optymistyczna. Zwłaszcza, że ostatnio – w trybie jednostajnie przyspieszonym – maleje u mnie ciśnienie na przyswajanie muzyki na żywo w ilości hurtowej, niesprzyjającej uważnemu jej odbiorowi. W Warszawie w okresie wakacyjnym można sobie zorganizować przyjemny indywidualny festiwal, chodząc na koncerty to tu, to tam, na luzie. No i można przy tym spełniać przyjemne obowiązki patronackie… (sesesese)

Fire!

Nie żebym kompletnie deprecjonował Offa. Na przykład takie Fire! usłyszałem po raz pierwszy na żywo właśnie podczas katowickiej imprezy trzy lata temu i był to jak dla mnie jeden z najlepszych koncertów tamtej edycji. A w tym roku proszę bardzo – Fire! gra w Warszawie za darmo. Na dodatek miał być to koncert plenerowy, ale niestety fałszywe prognozy pogodowe pokrzyżowały te plany i ostatecznie trio zagrało w upiornie nagrzanej Cafe Kulturalnej. Cóż, jak ogień, to ogień.

Ostatnim razem oglądałem Skandynawów na tej samej scenie w PKiN, mniej więcej rok temu z okazji festiwalu Match&Fuse. W tym roku zespół przywiózł jednak ze sobą nowy znakomity materiał z wciąż jeszcze ciepłego albumu „She sleeps, she sleeps„. Stosunkowo wyciszone ostatnie kompozycje w wersji koncertowej nabrały typowej dla Fire! mocy. Chyba już to gdzieś pisałem, ale w muzyce Gustafssona najbardziej cenię sobie pełne zaangażowanie, determinację w kondensowaniu muzycznej energii, granie na 100% możliwości, zachowujące jednocześnie formalną powściągliwość. Fire! oparte na potężnym groove’ie (doskonała sekcja) i gęstniejących repetycjach, sprawia, że koncerty w mgnieniu oka zmieniają się w rodzaj porywającego, ekstatycznego rytuału. (Nomen omen, ostatnia płyta Fire Orchestra! nosi właśnie tytuł „Ritual„). W Cafe Kulturalna można było zaobserwować znany z lekcji chemii fakt, że paliwem dla ognia jest tlen. Było go w klubie z każdą minutą coraz mniej, a Fire! grali coraz intensywniej i nawet starczyło im energii na bis. A lekko podduszona publika (ta frekwencja, wow!) nie szczędziła zespołowi w pełni zasłużonych braw.

Mając już „wspólną przeszłość” z Fire!, nie pchałem się w oko cyklonu i oglądałem koncert z dystansu (jak na nikczemnej jakości fotce, sorry), a pozwalało na to świetne nagłośnienie. Jak się okazało muzyka Skandynawów sprawdza się równie dobrze w roli tła. Tak jak z ogniem, w który można się wgapiać godzinami, ale można też po prostu przyjemnie posiedzieć, pozwolić by grzał. Mimo ekstremalnych warunków temperaturowych, koncert udał się znakomicie i zdecydowanie podtrzymuję opinię, że to mój ulubiony zespół Matsa Gustafssona.


Raptem kilka dni wcześniej, na tej samej scenie, w Cafe Kulturalnej, wystąpiła wyjątkowa artystka amerykańska – Matana Roberts. Saksofonistka od kilku lat realizuje monumentalny, w założeniu 12-albumowy cykl „Coin Coin„, w którym za pomocą muzyki i słów przedstawia wielowątkową, autorską wizję historii (czarnej) Ameryki, w mocnym oparciu o doświadczenia osobiste, własnej rodziny, przodków. Jak dotąd poznaliśmy trzy rozdziały tej opowieści, z których ostatni „River Run Thee” uchodzi za najbardziej eksperymentalny, oddalony od jazzu w stronę elektroniki, organicznych sampli, przeplatanych słowną/saksofonową narracją. Właśnie ten program artystka zaprezentowała w Kulturalnej, wzbogacając swój performance klimatycznymi czarno-białymi wizualizacjami.

Matana Roberts

Koncert pokazał jak bardzo charyzmatyczną osobą jest Matana Roberts, z jak dużą łatwością potrafi skupić maksimum uwagi odbiorców na przekazie dalekim od oczywistości, banału, easy-listeningu. Artystka nawiązała już na wstępie świetny kontakt z publicznością, angażując nas w skandowania haseł, w aktywne uczestnictwo w występie. Dzięki temu dosyć ciężka, enigmatyczna warstwa muzyki, dźwięków, narracji, zyskiwała na komunikatywności i sile, a publiczność mogła poczuć rodzaj wspólnotowości inny niż w sytuacji zwyczajnego koncertu. Bardzo się cieszę, że Matana wplotła w występ swoją kompozycję z pierwszej części cyklu Coin Coin, a mianowicie „I am”. Jak głosi pewna teza, której autorstwo nie ma większego znaczenia, muzyk na scenie przede wszystkim odgrywa siebie (powiedzmy, że prezentuje własną wizję siebie). Matana Roberts jest na tyle intrygująca postacią, artystką, że oglądanie jej na żywo jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału „Coin Coin”. Roberts należy do tego typu oryginalnych twórców, po których spodziewać się można absolutnie wszystkiego i zawsze warto czekać na kolejne wypowiedzi żeby się z nimi po prostu zmierzyć.

Na support w wykonaniu Wacława Zimpla spóźniłem się, a nie lubię słuchać koncertów od połowy (jakie by one nie były). Ciekawe jest natomiast zjawisko jak bardzo solowa aktywność klarnecisty spolaryzowała odbiorców. Osobiście bliżej mi do stanowiska jakie zajął Piotr Lewandowski, jakkolwiek sądzę, że Zimpel jeszcze nie jednym nas zaskoczy, ponieważ jest muzykiem bądź co bądź poszukującym (o czym w pewnym sensie świadczy także tegoroczne „Lines”). Ale szukać nie zawsze znaczy odnajdywać.

Pękala-Kordylasińska-Pękala

Do Kulturalnej trafiłem wprost z Placu Zabaw, kolejnego czwartkowego Lado w Mieście, gdzie wysłuchałem bardzo ciekawego (i wizualnie atrakcyjnego) koncertu Miłosza Pękali i Małgorzaty Kordylasińskiej-Pękali na instrumenty perkusyjne i elektroakustyczne. Muzycy doskonale panowali nad spójnością narracji, co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę perfekcję warsztatu. Występ zwiastował nadejście albumu duetu, na którym można usłyszeć oryginalne interpretacje utworów m.in. Franka Zappy, Felixa Kubina, Steve’a Reicha, ale też jedną kompozycję spod ręki Miłosza Pękali. Cóż, koncert był na tyle dobry, że z wielką przyjemnością sięgnę po płytę (czyli zadanie pt. „promocja albumu na żywo” wykonane na 5).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w czwartek 28.07 kolejne Lado w Mieście, na Placu Zabaw zagra Złota Jesień i Oren Ambarchi. Instytut poleca.

Reklamy

Lado na Wsi #3: Cierliński – Szamburski – Domagalski // Jurkiewicz – Kozieł

Jak mawiają do trzech razy sztuka… W końcu udało mi się dotrzeć na trzecią odsłonę nowego, plenerowego cyklu koncertowego, organizowanego przez muzyków Lado ABC na warszawskim Jazdowie w każdą środę. Występy w założeniu zwięzłe i kameralne odbywają się pośród trawy i listowia, w świetle dogasającego słońca, a w późniejszej kolejności przy świecach/lampionach. Cóż, dawno nie słuchałem muzyki w tak pięknych, spokojnych i klimatycznych okolicznościach.

To, że jeszcze jakiś czas temu osiedle domków fińskich na tyłach parku Ujazdowskiego chciano usunąć ze względu na ich „niereprezentatywny charakter” poczytuję za skandal (swoją droga doskonale wpisujący się w poronioną stołeczną politykę urbanistyczną). Zniszczenie tak unikalnego kawałka miasta – niemalże wiejskiej, sielskiej i zacisznej enklawy w centrum dużej europejskiej stolicy – byłoby zbrodnią niewybaczalną. Osiedle Jazdów to miejsce wyjątkowe na mapie Warszawy, z którego miasto powinno być dumne. Koncerty organizowane pod adresem Jazdów 7/14, to jedna z wielu inicjatyw kulturalnych, które w ostatnim czasie znalazły wśród fińskich domków bezpieczną przystań – miejmy nadzieję na jak najdłużej.

Maciej Cierliński & Paweł Szamburski

Wieczór rozpoczął występ duetu Pawła Szamburskiego (klarnet) i Macieja Cierlińskiego (lira korbowa). Koncert opierał się o ludowe melodie, które muzycy kreatywnie i luźno reinterpretowali. Połączenie klarnetu i liry korbowej okazało się doskonałym posunięciem. Dronowe, nieco bzyczące brzmienie, dźwięki jednostajne i transowe wydawane przez lirę, stanowiły gęste, niebanalne tło dla meandrycznych i skupionych solówek klarnetowych. Panowie świetnie kontrolowali dramaturgię występu, kolejne jego części rozwijali w sposób sprzyjający pełnemu „wejściu”, zaangażowaniu się w graną muzykę, której charakter dodatkowo podkreślił (i podkręcił) wiejski, naturalny kontekst miejsca.

W drugiej części dołączył do duetu Piotr Domagalski (najpierw na barabanie, później na kontrabasie). Tak poszerzony skład zyskiwał dodatkowe możliwości brzmieniowe. Domagalski, grając smyczkiem stabilne, powolne frazy, odciążył nieco lirę Cierlińskiego, który mógł dzięki temu wchodzić w bardziej zniuansowane dialogi z Szamburskim. Całość zyskiwała momentami bliskowschodniego, mistycznego wymiaru. A może po prostu polska muzyka folkowa ma w sobie ten nieuchwytny transowy, bliskowschodni pierwiastek? Trio na koniec zagrało ciekawą wersję kujawiaka, wtłaczając w starą, ludową formę muzyczną nowe życie. Fantastyczny koncert, właściwie bez słabych punktów. Mógłby być spokojnie nagrany i wydany. Chociaż oczywiście na żywo taka muzyka sprawdza się najlepiej. Chętnie zobaczył/usłyszałbym ten skład ponownie.

Anna Jurkiewicz & Olga Kozieł

W ogóle nie wiedziałem czego się spodziewać po kolejnym występie duetu wokalnego Sekunda Mała (Anna Jurkiewicz i Olga Kozieł). I bardzo lubię tego typu niespodzianki. Artystki zaśpiewały dwu i jednogłosowe bałkańskie pieśni ludowe, wykonały je pośród publiczności zgromadzonej na działce, w pełnej ciszy, przy świetle lampionów, bez akompaniamentu. Śpiewały unisono, białym głosem, z tymi wszystkimi niewielkimi acz znaczącymi odchyleniami, dzięki którym całość brzmi tak niesamowicie, pierwotnie, mocno. Występ trwał nie dłużej jak pół godziny, ale wywarł na mnie potężne wrażenie. W dodatku doskonale dopełnił pierwszą, instrumentalną część wieczoru. Na sam koniec zagrał jeszcze Dj Lenar, ale już niestety musiałem się zbierać.

W plenerze, jak wiadomo, atmosfera to czynnik arcyważny. Na Jazdowie jest swobodnie, spokojnie i sielsko. Nawet gdy w pewnym momencie programowo kameralne koncerty przyciągnęły grubo ponad 100-osobowe audytorium. Magnes: klimat wiejski, świetni artyści i rodzaj muzycznej chłopomanii.

Pamiętajcie więc o wakacyjnych środach na Jazdowie 7/14. Już w najbliższą (27.07) wystąpią: Joanna Halszka Sokołowska, Bartek Tyciński, Hubert Zemler, Dj Lenar.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Lado w Mieście [+Torstraßen Festival]: Lutto Lento / Sun Araw | Jaakko Eino Kalevi / Gelbart / Camera

Wyjątkowo i jednorazowo w tym roku Lado w Mieście odbyło się 2 dni z rzędu. Po regularnym czwartku, w piątek warszawski festiwal połączył się z berlińskim Torstraßen Festival, co zaowocowało intensywną muzyczną końcówką tygodnia. Dużo różnego, dla każdego coś miłego. A w szczegółach…

Czwartek 14.07, Cafe Kulturalna – Lutto Lento / Sun Araw

Jak dla mnie największą siłą muzyki Lutto Lento jest jej przygodowy potencjał, zdolność zaskakiwania słuchacza kolejnymi niekonwencjonalnymi, kolażowymi zestawieniami oraz dekonstrukcjami tworzywa bazowego. Raz mamy wycinankę o ostro zarysowanych krawędziach, innym razem wydzierankę o konturach nieostrych, poszarpanych. Raz elementy sprawiają wrażenie precyzyjnie scalonych, to znów ociekają klejem, kiedy indziej są sczepione jakimś pozornie nieprzystającym plastrem, albo taśmą dwustronną.

Lutto Lento1

Ale wracając do przygody. Moja przygoda z Lutto Lento rozpoczęła się na wysokości kasety „Unlucky” (bandcamp), z pamiętnym wykorzystaniem sampli z Enyi, ich „podwodnym” rozpuszczeniem w utworze „Siren”. Załapałem się na falę względnej popularności tego numeru w 2013 roku. I to była przygoda. Lutto Lento ma ciekawy, dygresyjny styl budowania narracji, a przy okazji smykałkę do budowania (wygrzebywania?) zapadających w pamięć motywów. Plądrofonia o bardzo imprezowej, atakującej czachę specyfice. Taka muzyka najlepiej brzmi głośno i późno przy ździebko przytępionych/wyostrzonych chemicznie/organicznie zmysłach (niepotrzebne skreślić). Biorąc to pod uwagę spodziewałem się, że występ Lutto Lento będzie zamykał koncerty drugiego tygodnia Lado w Mieście, które przez złą pogodę przeniosły się do Cafe Kulturalna. Niestety kolejność okazała się odwrotna, co w moim odczuciu nie przysłużyło się dramaturgii wieczoru. Szczególnie, że grający później Sun Araw raczej rozrzedzili intensywność i dynamikę, którą tak żmudnie budował Polak. Lub jak kto woli rozkakofonili (zastrzegam kopirajty). Następstwo niefortunne i złowróżbne, jak picie piwa po kilku kieliszkach wódki – nie może się dobrze skończyć. W dodatku piwa, które w założeniu ma oczarować zmysły bogactwem i zniuansowaniem nut smakowych…

Sun Araw

Cóż, fenomen Sun Araw jestem jeszcze w stanie zrozumieć na nagraniach, ale na żywo Panowie niemiłosiernie odlatywali w elektroniczne kliklikliklikliklik*%&$#&()*^%##@$%&*((()&^%$#@!klikliklik. Przy tym było trochę przyjemnego funku, odrobina dubowej psychodelii, ale miałem wrażenie, że trio za punkt honoru obrało strategię „zróbmy dziwnie, skorzystajmy naraz z tych wszystkich guzików i efektów, które mamy”. Pod koniec zespół zaczął bardziej osadzać muzykę na groovie, rozpędzeniu sekcji, ale ciężko mi powiedzieć jak brzmiał finał, bo nie doczekałem. Jak to się mówi, prawdopodobnie „nie zrozumiałem Sun Araw”. Zgadzam się. Nie byłem jedyny, chociaż wiele osób zostało, a polaryzacja słuchaczy to też rodzaj artystycznego triumfu. Nie zawsze musi się podobać. Nagłośnienie było natomiast bardzo przyzwoite, co dobrze wróży w przypadku zbliżających się koncertów w Kulturalnej.


Piątek 15.07, Plac Zabaw / BarKa

Żałuję, że spóźniłem się praktycznie na cały koncert Better Person (czyli Adama Byczkowskiego). Zdążyłem zaledwie na ostatni numer, więc ciężko mi się wypowiadać, aczkolwiek dopracowany sceniczny wizerunek a la lata 20. i dekadencki klimat muzyki robiły wrażenie, a znajomi, którzy widzieli cały występ byli bardzo zadowoleni. Cóż, innym razem.

Jaakko Eino Kalevi

Fuzyjny wieczór Lado w Mieście – Torstraßen Festival rozpocząłem de facto od koncertu fińskiego wokalisty Jaakko Eino Kaleviego z zespołem. I gdym nie wiedział, że artysta pochodzi ze Skandynawii, to pomyślałbym, że mieszka na jednym osiedlu w Kalifornii z Arielem Pinkiem. Co prawda Jaakko ma znacznie mniej krzykliwy wizerunek, ale już muzycznie bardzo blisko mu do estetyki prezentowanej przez Pinka albo np. Toro Y Moi. Psychodeliczny, rozmarzony, ciekawie zaaranżowany synth-pop (dużo dał udział saksofonu, perkusji i dodatkowej wokalistki). Słuchałem trochę Kaleviego przed koncertem na youtubie i brzmienie wydało mi się zbyt syntetyczne, produkcyjnie przepieszczone. Te mankamenty ulotniły się podczas występu na żywo, zespół zyskał odpowiedni pierwiastek życia i surowości. Sam Jaakko Eino Kalevi kilkukrotnie schodził z mikrofonem przed scenę by śpiewać wśród publiczności. Generalnie przyjemny, solidny i bardzo wakacyjny koncert w sam raz na plenerowe warunki Placu Zabaw.

Gelbart

Kolejne dwa występy były tymi, dla których specjalnie przyszedłem tego wieczoru nad Wisłę, a w szczególności jeden z nich. Mam tu na myśli berlińską neo-krautrockową Camerę. Zanim jednak warszawska publiczność przekonała się, że motorik, grany przez prawdziwych Niemców w blisko pół wieku od „wynalezienia”, dalej brzmi zajebiście, na scenie Placu Zabaw z solowym setem wystąpił Adi Gelbart. Artysta wywodzi się z hamburskiego Gagarin Records, wytwórni założonej przez Felixa Kubina pod koniec XX wieku i powinowactwo z brzmieniem Kubina było bardzo wyraźne. Charakterystyczne, naiwne melodyjki podlegające ciągłym transformacjom i bitowym stymulacjom Gelbart przełamywał od czasu do czasu partiami saksofonu. Te momenty były jak dla mnie najciekawsze, chociaż całego koncertu wysłuchałem z przyjemnością. Rodzaj prymitywistycznej, radosnej i bezpretensjonalnej elektroniki jaki lubię. W dodatku Gelbart jest multinstrumetalistą i widać było, że dobrze panuje nad tym co robi na scenie, a co najważniejsze nie puszczał muzyki z kompa. Do tego za plecami Niemca przewijały się lekko absurdalne wizualizacje, dobrze korespondujące z dźwiękiem.

Camera

Camera wystąpiła już na Barce, ponieważ późna pora wymusiła exodus z Placu Zabaw. W rezultacie Niemcy zagrali nie tylko dla publiczności zgromadzonej na łódce, ale też siedzącej na bulwarowych schodkach, czyli w sumie same plusy, szczególnie, że nagłośnienie było tip-top, a zespół zagrał bez wątpienia najbardziej porywający koncert wieczoru. Co z tego, że muzyka Camery daleka jest od nowatorstwa i brzmi jak jakiś zaginiony, surowy album Neu! w rozszerzonym składzie, jeśli funkcjonuje perfekcyjnie w sytuacji występu na żywo? Szczerze mówiąc wolę jeśli zespół sprawnie i kreatywnie rozwija patenty sprzed lat niż na siłę próbuje odkrywać Amerykę, a w dodatku robi to nieudolnie (piję tu do przekombinowanego Sun Araw). Imperatyw nowatorstwa w muzyce w XXI wieku jest utopią, sprzyjającą powstawaniu często jałowych i karykaturalnych eksperymentów. Camera zagrała porządny, pełnokrwisty i bardzo energetyczny koncert. Występ o na tyle silnym fizycznym uroku i oddziaływaniu, że absolutnie nie mam problemu z jego teoretyczną wtórnością. Dobry bit pozostanie dobrym bitem, a grunt to umieć nim operować. Camera potrafi.

Usatysfakcjonowany występem Niemców odpuściłem sobie trzy kolejne sety. Chociaż trochę żałuję niezobaczenia na żywo Xosar… W każdym razie, jak donoszą nieoficjalne, niezależne źródła, zabawa była przednia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kolejna odsłona Lado w Mieście już 21.07. Zagrają Kobiety i Pękala/Kordylasińska/Pękala. Instytut poleca.