Alameda 5 / Duży Jack / Przepych / The Kurws na Placu Zabaw

Ostatnie dwie sierpniowe odsłony Lado w Mieście miały zdecydowanie najbardziej gitarowy charakter ze wszystkich dotychczasowych. Były to również w moim odczuciu jak dotąd najmocniejsze wieczory tegorocznej edycji nadwiślańskiej imprezy. Dlaczego? Step by step…

Alameda 5

Alameda 5

Płytę „Duch tornada” bydgosko-toruńska formacja bez wątpienia nagrała pod natchnieniem… ducha. Recenzując materiał swego czasu na PopUpMusic.pl (klik), pisałem o albumie w superlatywach, porównując go nawet do kultowych, ściankowych „Dni wiatru”. Cóż, hiperbolizacja i porównawcza mania to wśród osób piszących o muzyce klasyczne i powszechne zwyrodnienia, choroby zawodowe (powiedzmy). Niemniej w przypadku „Ducha…” nie sądzę bym przesadził z cukrem. To znakomity materiał, który w sytuacji koncertowej nabiera dodatkowych barw. Występ na Placu Zabaw był świadectwem doskonałej formy Alamedy, a także nieustannego artystycznego fermentu, jaki w formacji zachodzi (mam tu na myśli nowe utwory, których kilka nad Wisłą zabrzmiało). Idealne połączenie rytualnego, transowego rytmu z kosmicznymi odlotami elektroniki i gitar generuje psychodeliczny koktajl Mołotowa, który na dzień dzisiejszy nie ma sobie równych jeśli chodzi o krajowe granie.

Duży Jack

Duży Jack - Uczucia

Trochę zdziwiło mnie, że Panowie wystąpili po „bardziej utytułowanej” Alamedzie, ale może miało to związek z tym, że Łukasz Jędrzejczak po koncercie Jacka nie miałby siły syntezatorzyć w Alamedzie? Cóż, szczerze powiedziawszy nie jestem wielkim fanem karykaturalno-brutalnej formuły artystycznej, jaką prezentuje Duży Jack… W każdym razie tak sobie myślałem stojąc w sporym oddaleniu od sceny, łapiąc muzyczne i wokalne strzępy. Ale! Gdy zbliżyłem się do strefy zero, okazało się, że zespół wypruwa z siebie krew, pot i łzy, gra na 100%, czego tak naprawdę można było doświadczyć dopiero w bezpośrednim kontakcie z wydarzeniami scenicznymi. Nagle okazało się, że w Dużym Jacku podoba mi się nie tylko seksualnie niebezpieczna, oczojebna okładka ich debiutanckiej płyty „Uczucia” (bandcamp), ale też koncertowa „karykaturalno-brutalna formuła artystyczna”. Surprise. I prawdę mówiąc piszę ten tekst słuchając właśnie „Uczuć” – energia zaklęta w dźwiękach, której potrzebuję o tej porze dnia. Była kiedyś taka piosenka, że fantazja jest od tego, aby bawić się na całego – Duży Jack idzie tym tropem, a zabawa się udziela.


Przepych

Przepych

Kolejny wieczór na Ladzie (?) upłynął pod hasłem „Breslau calling”. Dwie drużyny z Wrocławia. Rozpoczął duet Przepych, czyli dziecko muzyków The Kurws (Jakub Majchrzak) i Ukrytych Zalet Systemu (Łukasz Plata). Jak się okazało z takich rodziców potomstwo nie ma prawa się nie udać (nawet jeśli jest wychowane bezstresowo i ma adhd). Właściwie chciałem zobaczyć Przepych na żywo odkąd usłyszałem pierwsze nagranie duetu pt. „Polska Szkoła Filmowa” (bandcamp), wtedy figurujące jeszcze jako „Bez tytułu” (poniżej wideo). Po koncercie na Placu Zabaw będę natomiast czekał na debiutancki album duetu, bo materiał już jest, a w dodatku mocny. Biorąc pod uwagę szybkość, energię i zniuansowanie muzyki Przepychu, wielkie wrażenie zrobiło na mnie zgranie muzyków, doskonale wyłapujących wzajemne intencje. Brzmienie zespołu jest surowe i galopujące, zawadiacko zrytmizowane, podobnie jak w przypadku Kurwsów, jednakże większe wykorzystanie elektroniki robi różnicę, a melodie trochę przypominają odurzoną wizytę w lunaparku. Krótko mówiąc rokowania Przepychu oceniam na bardzo dobre.

The Kurws

The Kurws

Gdybym musiał policzyć na palcach jednej ręki „niezawodne koncertowe polskie zespoły”, to bez wątpienia jednym z palców byliby The Kurws. Już kilkukrotnie pisałem o Kurwsach  w superlatywach i tym razem wyjątku nie będzie. Aczkolwiek był to koncert inny niż te, na których byłem dotychczas, ponieważ po raz pierwszy zobaczyłem wrocławian w podstawowym trzyosobowym składzie. I chociaż szkoda, że zabrakło nieprzewidywalnego Oskara Carlsa na saksofonie, to i tak doświadczenie (powiedzmy)”The Kurws bez ozdobników” należało do zdecydowanie udanych. Fajnie, że Panowie zagrali sporo nowego materiału, który sprawia wrażenie trochę bardziej monumentalnego, potężnego w zestawieniu z poszarpanymi, nieprzewidywalnymi i wybuchowymi strukturami z pierwszych dwóch płyt. Jakby trio zaczęło rzeźbić w większych bryłach dźwięku, delikatnie, acz kreatywnie zmieniając ich formę. Zresztą obserwując bacznie Kurwsów na koncertach w ostatnich latach, za każdym razem słychać, że są to lepsi muzycy i lepszy zespół, jako kolektyw, a artystyczna wizja i fantazja krystalizuje się wprost proporcjonalnie. Apetyt na kolejne wydawnictwo został skutecznie podsycony. Tylko mam nadzieję, że jednak znajdzie się na nim miejsce także dla saksofonu Carlsa.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS:

Kolejne (już ostatnie 2) wieczory z Lado w Mieście to:

1.09 ->„Żywizna” (Raphael Rogiński & Genowefa Lenarcik) / „Istina” (Kamil Szuszkiewicz & Hubert Zemler)

8.09 -> LXMP / Deerhoof

Instytut gorąco poleca.

Reklamy

Marcin Ciupidro / JAAA! na Placu Zabaw

Czyli kolejna, dotychczas najzimniejsza odsłona Lado w Mieście nad Wisłą (serio, byłem w szaliku, ale w sumie wolę chłód niż gorąc). Zacznę od końca.

JAAA!

JAAA

Zanim zdążyłem w ogóle zanotować egzystencję zespołu JAAA! i zastanowić się, czy to przypadkiem nie jakaś niemiecka kapela neo-krautrockowa (była „Nowy!”, teraz mogła by być „Taaak!”), dostałem maila z singlem „Arsenio” bezpośrednio od zespołu, mniej więcej w okolicach maja zeszłego roku. Maila w języku polskim, chociaż wokalista Miron Grzegorkiewicz śpiewa po angielsku, w dodatku robi to nieźle, z charakterystyczną rozpaczliwą manierą (tak jest, trochę nadwiślańska hybryda Thom Yorke / Justin Vernon). Od tego czasu zespół wydał album „Remik” (bandcamp) i zagrał na kilku większych i mniejszych krajowych festiwalach, generalnie znajduje się w trybie ofensywno-ekspansywnym, jest coraz bardziej rozpoznawalny i coraz częściej komentowany, zwykle w entuzjastycznym tonie.

Z pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że JAAA! to nie anonimowi debiutanci, tylko trzech muzyków zaprawionych w innych, względnie rozpoznawalnych i dosyć różnorodnych stylistycznie projektach (m.in.: Napszykłat – Marek Karolczyk; Daktari, How How – Miron Grzegorkiewicz;  Contemporary Noise Quartet, Quintet, Sextet – Kamil Pater) – ta informacja zwykle zajmuje akapit w tekstach poświęconych JAAA!, więc nie będę się wyłamywał z trendu.

To the point… Gdybym miał określić jednym słowem muzykę, która znalazła się na „Remiku”, przede wszystkim powiedziałbym, że jest ekstatyczna. Dobra do szybkiej jazdy na rowerze. Na płycie fajne jest to, że ścieżka wiedzie przez nieoczywiste tereny krajobrazowe, dźwiękowe i emocjonalne – bywa melancholijnie, paranoicznie, słodko-kwaśnie… Z całą pewnością jest spójnie. Natomiast podczas koncertu dominuje energia, mocny bit, świetne psychodeliczne wizualizacje (generowane na żywo przez Karolinę Głusiec), a wszystko zlepia odpowiednia dawka stroboskopu. Nie trudno było się rozgrzać.

„Remik” odrobinę przypomina mi klimatem młodszego, bardziej przystępnego, elektro-popowego brata znakomitej płyty „NP” duetu Napszykłat, tworzonego przez Marka Karolczyka z Robertem Piernikowskim. Debiut JAAA! nie ma dla mnie tak dużej siły rażenia (to trochę mniej moja bajka), jednak utwory takie jak „Ivo”, „Lunatic”, „Berlin”, „Zamek”,  czy finalne”Bujillo” pokazują, że trio potrafi pisać niebanalne kompozycje, w których eksperyment brzmieniowy idzie w parze z popowym, tanecznym potencjałem. Dodając do tego angielski wokal, powstaje naprawdę interesujący produkt eksportowy z „made in Poland” na papierze. Chociaż, umówmy się, wokal w JAAA! pełni bardziej rolę muzyczną niż treściową, dla mnie mógłby to być nawet język mongolski (no offence).


Marcin Ciupidro

Marcin Ciupidro band

Początek wieczoru na Placu Zabaw należał do wibrafonisty Marcina Ciupidro z zespołem. Artystę kojarzyłem do tej pory z płyty „MetaMuzyka”, nagranej wraz z Kubą Sucharem i Maciejem Filipczukiem. Płyty zresztą bardzo ciekawie podejmującej wątek tradycyjnej muzyki wiejskiej (mazurki). Tymczasem kompletnie umknął mi solowy album Marcina Ciupidro pt. „Talking Tree” (bandcamp) z 2013 roku. Koncert wypełniły kompozycje własnie z tego wydawnictwa, bardzo przyjemnego, zwięzłego, o dosyć bajkowej narracji, choć tu i ówdzie pojawiają się nagłe zwroty akcji – trochę jak w strukturze bajki magicznej Proppa, drodzy kulturoznawcy. Chociaż nie wiem czy akurat Ciupidro zrealizował punkt po punkcie wszystkie 31 funkcji… Niemniej jednak w pozornie uroczych, subtelnych melodyjkach artysta zainstalował wiele niespodzianek, dzięki czemu muzyka nabiera niejednoznacznego, odrobinę groteskowego charakteru. Duży soundtrackowy potencjał. Zresztą wystarczy obejrzeć świetne wideo autorstwa Huberta Pokrandta (full screen!):

To był bardzo porządny, poukładany koncert, co można poczytywać jako jednocześnie zaletę i wadę. Trochę zabrakło mi tzw. scenicznego szaleństwa, ognia, chociaż im dłużej występ trwał, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że tego typu muzyka wymaga właśnie takiej skrupulatnej konwencji performerskiej. Największe wrażenie zrobił na mnie klarnecista Mateusz Rybicki, który pomysłowo wdzierał się z instrumentem w precyzyjne rytmiczne struktury reszty zespołu (Reich, Tortoise, te sprawy). Fajnie jakby muzycy zagrali do jakichś, nazwijmy to, niebanalnych wizualizacji (patrz wyżej^), albo do filmu niemego, animowanego… Tak czy inaczej, wysłuchałem występu Marcina Ciupidro z przyjemnością.

Kto wie, czy nie był to jak dotąd najbardziej wyrównany wieczór jeśli chodzi o poziom koncertów na tegorocznym Lado w Mieście… Ja nie wiem, ale tak mi się wydaje. Mogło tak być. A było zdecydowanie dobrze. Do końca całości pozostały 4 czwartki i każdy zapowiada się świetnie (a mówię to nie tylko z patronackiej kurtuazji). Lepiej być!

Krzysztof Wójcik (((ii)))