LOTTO w Kadrze (relacja)

lotto-2

Ostatni raz widziałem na żywo zespół Lotto relatywnie dawno, bo jeszcze chwilkę przed wydaniem drugiej płyty Elite Feline (bandcamp), która  trochę niespodziewanie zdominowała podsumowania roku 2016. Niespodziewanie głównie ze względu na dość radykalnie minimalistyczną zawartość, która równie dobrze mogłaby być potraktowana po macoszemu. Dlaczego tak się nie stało? Na tym chyba właśnie polega sekret i czarodziejstwo muzyki Mike’a Majkowskiego, Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. A ta magia w sytuacji koncertowej działa wielokrotnie mocniej.

Lotto należy do polskich zespołów, o których w ostatnich latach pisałem z dosyć dużą regularnością (3 relacje z różnych etapów działalności + recenzje obydwu płyt: 1, 2). Przyznam, że obserwowanie rozwoju formacji w perspektywie czasu jest fascynujące. Każde kolejne spotkanie z Lotto pokazuje jak bardzo witalna i artystycznie płodna potrafi być prosta, transowa, hipnotyczna formuła grania. Obecnie trio osiągnęło wyjątkowo wysoki poziom scenicznego zgrania, porozumienia. Koncert w warszawskim Domu Kultury Kadr był dobitnym potwierdzeniem entuzjastycznych opinii wielu muzycznych komentatorów. Jednocześnie pokazał, że zespół – jak przystało na trio improwizatorów – na żywo wykracza daleko poza albumowe ramy, kadry i kreuje nowe na oczach/uszach słuchaczy.

W Kadrze, pomijając otwierający koncert utwór „Gremlin-Prone” z debiutu, Lotto zaprezentowało zupełnie nowy materiał, w którym jak dotąd chyba najbardziej słyszalne są odległe inspiracje rozkołysanym country – w wersji tria przybierającym osnowę mroczną, duszną, psychodeliczną. W premierowych motywach melodycznych i rytmicznych patentach kryje się duża doza specyficznie rozumianej „przebojowości”, którą trio bawi się, rozciąga, dekonstruuje, modyfikuje z fantazją i polotem. Jeśli musiałbym wyróżnić jednego z muzyków, który zrobił na mnie największe wrażenie piątkowego wieczoru, to byłby nim Paweł Szpura. Perkusista grał z niesłychaną mocą i precyzją, nadając całości bardziej agresywny, energetyczny odcień niż znany z ostatniej, „medytacyjnej” płyty Lotto. Żywiołowość Szpury doskonale upina w ramy stateczna, ultra-dokładna gra Majkowskiego, pozwalająca z kolei Łukaszowi Rychlickiemu na rozlewanie abstrakcyjnych gitarowych plam tu i ówdzie.

Około godzinny koncert w Kadrze nie miał jak dla mnie słabych punktów. Był porywający i wciągający od początku do końca. Pokazał znakomity zespół w doskonałej formie, a przede wszystkim zasygnalizował, że Lotto szykuje dla słuchaczy nowy, intrygujący materiał, na który mam nadzieję nie będziemy musieli długo czekać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Patrick Higgins w Cafe Kulturalna

Co skłoniło mnie by pójść na koncert Patricka Higginsa? Zespół ZS, w którym muzyk od ostatniej płyty „XE” (bandcamp) pełni dosyć doniosłą rolę (zagrał na gitarze, wyprodukował i zmiksował cały materiał). Poza tym Higgins określany jest przez niektórych piszących mianem „ikony sceny eksperymentalnej”… Cóż, z całym szacunkiem dla Patricka, to chyba jednak przesada i myślę, że sam zainteresowany uderzyłby się tutaj w pierś. Niemniej solowy występ muzyka w Warszawie, ogłoszony właściwie w trybie last minute, zapowiadał się jako koncertowa gratka.

Higgins serdecznie przywitał relatywnie liczne audytorium i zaprosił do słuchania, zaznaczając pół żartem (lub nawet całkowicie żartem), że „to wszystko będą piosenki o miłości”. Jeśli faktycznie tak było, to muzyk ewidentnie zapragnął opowiedzieć o miłości trudnej, surowej i pokomplikowanej na każdym niemal kroku (bywa i tak).

Chyba nikt z przybyłych nie spodziewał się usłyszeć od Higginsa muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej, ale sądzę, że artysta mimo wszystko lekko skonfundował audytorium radykalizmem dźwięków. Gdybym nie widział, że Higgins ma w rękach gitarę, to bardzo trudno byłoby wywnioskować, że właśnie z niej wyczarowuje kakofoniczne kaskady, chaotyczne erupcje elektronicznie brzmiących noise’ów, w których następnie delikatnie zarysowywał szkic, schemat, pozwalający słuchaczowi na chociażby minimalne pozostanie w strefie poznawczego komfortu. Wyprowadzenie z owego komfortu muzyk podejmował jednak nieustannie i po początkowym wrażeniu dezorientacji, można było docenić: 1) kunszt z jakim Higgins panował nad dźwiękiem, 2) bezkompromisowość, 3) oryginalność wymagającą od słuchacza dużej otwartości. To wszystko razem wzięte, w sytuacji koncertowej, dało efekt być może nie porywający, nie urzekający, lecz bez dwóch zdań imponujący. Występ nie trwał dłużej niż 50 minut i była to porcja w sam raz jak na muzykę o takim natężeniu nietypowości i złożoności. Było warto – chociaż to przygoda, którą z pewnością zapamiętam, ale niekoniecznie miałbym gigantyczną ochotę powtarzać. Liczę wciąż na to, że następnym razem zobaczę Higginsa wraz z kolegami z ZS.

PS: Tymczasem już 17 grudnia, również w Cafe Kulturalna, zagra kolega Higginsa z ZS, perkusista Greg Fox (wydarzenie na fb).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Gnoza, X-Navi:Et, Rapoon w Śnie Pszczoły

Potrójny wieczór muzyczny w klubie Sen Pszczoły upłynął na dźwiękach mrocznych, rytualnych, transowych. Rozpoczął warszawski duet Gnoza, łączący żywe instrumenty perkusyjne (przede wszystkim bębny) z psychodelicznymi podkładami. Dobra, intensywna rozgrzewka przed kolejnymi bardziej medytacyjnymi występami. Ciekawe jak rozwinie się ten projekt. Jak na razie Gnoza dość mocno przypomina aktualną, silnie zrytmizowaną odsłonę T’ien Lai (swoją drogą znakomitą na żywo). Sceniczna prezencja duetu jedynie te skojarzenia podkręca. A mimo wszystko nie sądzę by Gnoza chciała być karykaturą T’ien Lai.

Koncert X-Navi:Et, czyli Rafała Iwańskiego, był jak dla mnie centralnym punktem wieczoru. Muzyk zaprezentował materiał z najnowszej płyty „Technosis” (bandcamp), na której utkał wyjątkową, organiczną pajęczynę dźwięków pozornie elektronicznych. Album jest rodzajem krytyki muzyki laptopowej, syntetycznej, natomiast koncert poświadczył, że przy pomocy prostych, etnicznych instrumentów, mikorfonów kontaktowych i samplera można stworzyć psychodeliczną, wciągającą układankę oszukującą zmysły. „Technosis” jest najlepszym dowodem na to, że Iwański ma pomysł na swoją muzykę i – po równie interesującym, zeszłorocznym „Vox Paradox” (bandcamp), które umieściłem nawet w podsumowaniu 2015 r. (klik) – konsekwentnie podąża własną ścieżką i rozwija koncepcję psychoaktywnej muzyki elektroakustycznej.

Występujący na sam koniec Rapoon zaprezentował chyba najbardziej zróżnicowany zestaw brzmień. Skojarzenia, które od razu przyszły mi na myśl, to aktualne dokonania duetu Future Sound of London. Przyjemnie się tej muzyki słuchało, ponieważ Rapoon nie pozostawał zbyt długo w jednym „obszarze klimatycznym”, niemniej po dwóch intensywnych, mrocznych i angażujących występach Gnozy i X-Navi:Et ciężko było mi się wkręcić w mocno kalejdoskopowe brzmienie Anglika. Zresztą po ciekawie odrywającej się od elektroniki muzyce Rafała Iwańskiego, słuchanie setu na bazie laptopa już nie dawało mi poznawczej frajdy i ostatecznie wyszedłem przed końcem koncertu.

 

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Tortoise w Niebie

tortoise

To była moja pierwsza wizyta w stołecznym Niebie. David Byrne śpiewał: „Heaven is a place. A place where nothing, nothing ever happens” – cóż, nie tym razem. Tortoise trafili/zaprowadzili słuchaczy do muzycznego nieba już w połowie lat 90., a do warszawskiego Nieba w zeszłym tygodniu.

Pisaniu o zespołach pokroju chicagowskiej formacji towarzyszy pułapka popadnięcia w banał, powielenia dziennikarskich kliszy. No bo cóż nowego można dodać na ogólnym poziomie docenienia, uznania? Chyba niezbyt wiele. Żeby bezsensownie nie mnożyć literkowych bytów, skupię się na części reportażowo-osobistej.

Po pierwsze: zaskoczenie rozstrzałem wiekowym na widowni. Powiedzmy, że przedział: liceum – wiek przedemerytalny. Po drugie: refleksja i zrozumienie. Ten zespół gra już przecież od ponad ćwierć wieku (!). Siwy włos zdążył już przyprószyć włosy na głowach i brodach muzyków. Czy w tym kontekście można mówić o „chicagowskich żółwiach” (ach te spolszczenia…) jak o dinozaurach alternatywy? Hmm, być może. Gdybym był cynicznym doradcą marketingowym zalecałbym formacji rozpad i reaktywację po paru latach dla festiwalowego chajsu (kto wie, czy po umiarkowanie udanym „The Catastrophist” nie byłaby to słuszna strategia?). Ale nie jestem doradcą marketingowym, a Tortoise życzę długowieczności. Zresztą koncert w Niebie pokazał, że zespół równą sympatią darzy nowe i stare kompozycje, a entuzjazmu i werwy do gry wciąż nie braknie.

Dla mnie Tortoise jest zespołem szkolnym w dwójnasób. Po pierwsze słuchałem go będąc jeszcze w szkole (dodam, że w momencie, gdy największe dzieła formacji w postaci „Millions…”, „TNT” i – jednak – „Standards” miały już kilka lat). Po drugie – dla nastolatka ciekawego dźwięków rozmaitych, to były znakomite lektury. „Modern classic”. Otwierały w głowie nowe szufladki, linkowały do całego mnóstwa muzycznych zjawisk, artystów, estetyk itp. Dziś odtworzyć tę sieć nie sposób, ale chociażby takiego Isotope 217, jak i samej postaci Roba Mazurka nie poznałbym gdyby nie Tortoise właśnie. Dlatego obejmując jako Instytut patronat nad koncertem w Niebie czułem się jakbym miał trochę patronować własnym nauczycielom… Ironia losu, chociaż bardzo miła i nobilitująca.

Co do samego koncertu… To był dobry występ znakomitych muzyków, a nieustanne, płynne zamienianie się instrumentami mówiło samo za siebie. Może występ muzyków już nie tak kreatywnych i nowatorskich jak przed laty, ale jednak mistrzów w swojej klasie. Zresztą jeden z nowych utworów (drapieżny „Shake hands with danger”) był jak dla mnie  jednym z lepszych momentów wieczoru. Niemniej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że koncert w Niebie był trochę jak wizyta w parku, w którym zna się wszystkie alejki, siedziało się na każdej ławce przy rozmaitej pogodzie i w różnych porach roku. Park po latach wciąż lubimy, darzymy sentymentem, ale ponowna wizyta w nim nie przynosi tej pierwotnej ekscytacji, ponieważ już dawno temu wyszliśmy jedną z alejek badać nowe, bardziej  nas interesujące terytoria.

Tak czy inaczej zobaczenie Tortoise na żywo było  doświadczeniem wyjątkowym. Trochę z gatunku „powrót do przeszłości”, ale są przecież rzeczy do których zawsze wraca się z prawdziwą przyjemnością, a nie tylko z łezką nostalgii w oku. I tak było w tym wypadku.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Colin Stetson solo w Pardon To Tu

2-colin-stetson-fot-marcin-marchwinski

Colin Stetson to muzyk oryginalny z wyrazistym pomysłem na własną twórczość.  Ów pomysł opiera się na połączeniu perfekcyjnego opanowania instrumentu, wyjątkowej sprawności fizycznej i talencie kompozytorskim.  Środki, których używa saksofonista są znane, ale to JAK się nimi posługuje decyduje w ostateczności o wyjątkowej sile oddziaływania i uniwersalności muzyki Amerykanina.

Ciężko nie lubić Colina Stetsona w szczególności po usłyszeniu koncertu, podczas którego artysta daje z siebie wszystko. Fizyczność jego występów  nie polega jedynie na tym, że na scenie występuje przystojniak o posturze drwala i stylówce marynarza (to jedynie bonus wizualny) – muzyczna metoda Stetsona wymaga od niego niebywałej, wręcz atletycznej sprawności, o czym świadczą już same gabaryty saksofonu, ale przede wszystkim circular breathing jako główny modus operandi. Nieustanny strumień dźwięków specyficznie dobranych i poukładanych. Stetson tworzy przy pomocy saksofonu polifonie, polirytmie, prowadzi melodie w sposób z jednej strony charakterystyczny dla minimalizmu, lecz wtłacza w nie niebywale silny ładunek ekspresji typowy już dla muzyki improwizowanej. Niemniej po trzecim razie ze Stetsonem na żywo, dochodzę do wniosku, że muzyk jest przede wszystkim znakomitym kompozytorem i wykonawcą-wirtuozem, a improwizacja jest dla niego sposobem na urozmaicenie narracji. Było to słychać chociażby w fenomenalnie zmodyfikowanym i rozbudowanym „hicie” saksofonisty, czyli kompozycji „Judges”.

Największe wrażenie zrobiły na mnie nowe numery, które mają znaleźć się na kolejnej płycie artysty. Od jednego z nich Stetson rozpoczął koncert w Pardon To Tu. Był to utwór bardzo drone’owy, transowy, powoli ewoluujący w niemalże elektronicznie abstrakcyjny walec wraz ze wszystkimi perkusyjnymi drobnostkami, które muzyk systematycznie wplatał w strukturę. Ta gęstniejąca inauguracja wieczoru trwała ponad 10 minut. Tyle wystarczyło saksofoniście by wprowadzić słuchaczy w stan hipnotyczno-euforyczny, który utrzymywał się już do końca koncertu. Muzyk poprzedzał kolejne utwory spontaniczną, serdeczną konferansjerką, wprowadzając nieco luzu w ten intensywny saksofonowy rytuał.

colin-stetson-fot-marcin-marchwinski

W dalszym ciągu pamiętam jak po raz pierwszy usłyszałem Stetsona na żywo w Pardonie ponad dwa lata temu (pisałem). To był absolutnie zjawiskowy występ, a tegoroczny w niczym mu nie ustępował. Pamiętam też jak dzieliłem się moim entuzjazmem z Włodarzem stołecznego klubu. Usłyszałem wtedy, że powtórka raczej nie wchodzi w grę, że Stetson jest już zbyt sławny i tak dalej… Jak się okazało w Pardon To Tu nothing’s impossible. O czym świadczy sam jesienny program – zwięzły, ale cholernie mocny. Już na dwóch koncertach wystąpił Rob Mazurek z Sao Paulo Underground (wspomnienie), teraz Colin Stetson, a już 9-10 listopada rezydencję przy Placu Grzybowskim będzie miała prawdziwa armia światowej klasy improwizatorów pod wodzą Matsa Gustafssona (NU Ensemble). Klasa, klasa, po trzykroć klasa.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

zdjęcia: Marcin Marchwiński

PS: Już 18 grudnia Colin Stetson wraz z zespołem wykona w Katowicach własną interpretację III Symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego. Więcej informacji tutaj.

Szkatułkowa muzyka sfer – Resina w NInA (premiera płyty)

resina-w-nina

Tytuł dla tego tekstu przyszedł mi do głowy, gdy jeszcze siedziałem w wygodnym fotelu sali audytoryjnej Narodowego Instytutu Audiowizualnego. Abstrakcyjna, oszczędna, acz sugestywna, kolista wizualizacja za plecami artystki od razu przywołała mi na myśl przestrzeń kosmiczną. Początkowo był to Księżyc w pełni, jaśniejący zimnym blaskiem, w późniejszej kolejności niedookreślone obrazy przemykające przez lunetę, następnie Wenus, a może bardziej złowroga, błękitna planeta Melancholia ze wspaniałego filmu Larsa von Triera. Krótko mówiąc oprawa wizualna, tworząca aurę niesamowitości, zawieszenia w czasie i przestrzeni, doskonale podkreśliła charakter wielowymiarowej, onirycznej muzyki Karoliny Rec.

Resina to projekt solowy, w którym paradoksalnie oszczędność środków wyrazu przekłada się na wzmocnione oddziaływanie na słuchacza. 3 elementy: artystka, wiolonczela i loopstacja. Zapętlanie zagranych partii i dokładanie kolejnych dźwięków, sekwencji, motywów… Zagęszczanie faktury. Gdy Resina dogrywała ostatnie wierzchnie warstwy poszczególnych kompozycji, to fascynujące z perspektywy odbiorcy było cofanie się „wstecz”, do wszystkich głębszych, ją poprzedzających. I nagle okazywało się, że układanka każdorazowo jest świetnie przemyślaną, zniuansowaną całością o niezwykle wciągającej dramaturgii. Przypominało to trochę precyzyjne układanie fantazyjnych domków z kart, tylko kartami były dźwięki, a palcami jednej ręki smyczek.

Muzyka Resiny jest w pierwszej kolejności melancholijna, pełna napięcia, nastrojowa i uwodzicielsko romantyczna (choć mam tu na myśli raczej czarny romantyzm). Jest również szalenie… organiczna? Dajmy na to. Choć teoretycznie można ją określić hasłem „elektroakustyka”, to tak naprawdę elektroniki – pomijając loopowe zapętlanie w czasie rzeczywistym – próżno w niej szukać. Wszystko opiera się na niezwykłej wrażliwości i talencie artystki do tworzenia i łączenia kolejnych warstw. Oglądanie tego procesu na żywo było aktywnością hipnotyczną, błogą, a jednocześnie na tyle magnetyczną, że ciężko było odwrócić wzrok od sceny choćby na moment.

Karolina Rec zagrała podczas koncertu cały materiał z albumu (bandcamp). O ile się nie mylę w podobnej kolejności, z powtórką jednego z bardziej żywiołowych utworów na bis. Sama płyta ma na tyle intrygującą i dobrze poukładaną narrację, że przełożenie jej na występ było bezpiecznym, ale koniec końców dobrym posunięciem. No i piękny finał z wokalem w utworze „Not Here”… Wyobrażam sobie, że ten wątek głosowy Resina mogłaby jakoś ciekawie rozwinąć na kolejnym albumie (na debiucie sprawdza się świetnie jako pojedynczy epizod). Szczerze mówiąc nie mam krytycznych uwag. Znakomity występ, czarująca płyta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

PS: Dobra nowina – NInA nie zwalnia tempa i kontynuuje bardzo ciekawy, ambitny program muzyczny. W listopadzie wystąpią m.in. Artur Majewski i Bartek Kapsa. Także stay tuned…

Rob Mazurek & Sao Paulo Underground w Pardon To Tu

sao-paulo-underground

Godzinę temu zakończył się wyjątkowo intensywny i emocjonalny koncert Roba Mazurka i Sao Paulo Underground na scenie Pardon, To Tu. Występ odbył się w cieniu śmierci ojca trębacza. Henry Mazurek odszedł tego samego dnia. Opisywanie niniejszego koncertu byłoby czymś na kształt relacjonowania czyjejś żałoby, w obliczu której słowa tracą jakąkolwiek wagę. Rob Mazurek wraz z zespołem przekuł ból po stracie we wzruszający, wielobarwny muzyczny krzyk. Słuchanie go było przeżyciem jedynym w swoim rodzaju. Henry Mazurek R.I.P.

rob-mazurek

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Evan Parker i Jerzy Mazzoll w Mózgu

jerzy-mazzoll-evan-parker

Chciałem zatytułować ten tekst „Spotkanie z mistrzem”, ale wówczas sugerowałbym zaledwie jednego mistrza. Zatem „Spotkanie mistrzów”? „Improwizowanie mistrzów”? Za dużo skojarzeń z Vonnegutem.  Niemniej na scenie warszawskiego Mózgu wystąpiło dwóch wyjątkowych artystów, z których jeden przed wielu laty zaczął wydeptywać własną muzyczną ścieżkę, wyciosywać ją saksofonem, a drugi, nieco później, poszedł w jego ślady, rąbiąc zeschnięte gałęzie jazzu klarnetem basowym. To był koncert z cyklu „trzeba zobaczyć”. A dokładniej rzecz ujmując, z cyklu „Super Sam + 1„, w którym Mózg przybliża słuchaczom wybitnych indywidualistów muzyki współczesnej.

Jerzy Mazzoll bez wątpienia należy do powyższej kategorii. Odkąd klarnecista po dłuższej przerwie powrócił do muzycznej aktywności minął już szereg lat i jak dotąd prezentuje cały czas wysoką formę. Gra z najlepszymi, z improwizatorami-ikonami pokroju Petera Brötzmanna i Roscoe Mitchella, a teraz jeszcze z Evanem Parkerem, żywą legendą brytyjskiego impro. Przede wszystkim jednak Mazzoll pozostaje twórcą bezkompromisowym, o charakterystycznym brzmieniu, lecz wciąż eksperymentującym z nowymi środkami i formami wyrazu. Świadczą o tym wydawnictwa z ostatnich lat, z których każde nosi piętno nieszablonowego, kreatywnego podejścia do tematu: „Rite of Spring Variation” – znakomity duet ze skrzypkiem Tomaszem Sroczyńskim zarejestrowany na stulecie wybitnego dzieła Igora Strawinskiego; „+” niekonwencjonalnie nagrany future jazz z konceptem a la film „Siedem”; „Mazzmelancolie” elektro-akustyczny kolaż o niemalże słuchowiskowej narracji nagrany wraz z Robertem Skrzyńskim. To w sumie niewiele pozycji, ale wydawnicza zachowawczość jest w tym wypadku atutem, ponieważ sprawia wrażenie przemyślanej i świadomej. A kolejne płyty (z Roscoe Mitchellem i właśnie Evanem Parkerem) podobno nadchodzą.

Koncert w Mózgu składał się z trzech części, dwóch solowych i wspólnej na zakończenie. Publiczność dopisała. Podobało mi się, że między poszczególnymi setami w klubie puszczany był ambient – dobrze oczyszczał kubki smakowe, wyciszał przed kolejnymi dętymi przesileniami. Rozpoczął Mazzoll i przez jakieś 50 minut żonglował rozmaitymi technikami gry, swego rodzaju tour de force. Najbardziej podobało mi się rytmiczne, perkusyjne wykorzystanie klarnetu basowego oraz przeciągłe drone’owe faktury wzbogacane delikatnymi „zakłóceniami”. Muzyk momentami osiągał niemalże elektroniczną abstrakcyjność w sposób akustyczny , po czym kontrastował ją z brzmieniem instrumentu. Miałem trochę wrażenie, że Mazzoll chce wystrzelać za jednym podejściem cały magazynek, pokazać maksymalnie dużo sztuczek na czym odrobinę ucierpiała spójność występu. W efekcie powstała improwizacja ultra dygresyjna, niemniej na nudę nie można było narzekać.

Z kolei Evan Parker zaprezentował permanentny, skoncentrowany strumień świadomości. Grał tylko i wyłącznie na saksofonie sopranowym z wykorzystaniem circular breathing tak, że dźwięki nie ustawały ani na chwilę. Były to w zasadzie proste tematy, ale tak skumulowane, intensywne i płynnie przepoczwarzające się, że wirtuozeria wydaje się najlepszym słowem by opisać to, co działo się na scenie. Podczas występu Parker wplótł w improwizację kompozycje Monka, Dolphy’ego i Lacy’ego, ale konia z rzędem temu, kto zdołał je rozpoznać (ja nie rozpoznałem, Parker wskazał na źródło). Cóż, był to transowy, bardzo dynamiczny set, choć momentami brzmiał jak dla mnie zbyt jednorodnie i trochę brakowało mi kombinowania Mazzolla z pierwszej części. To wrażenie sugerowało, że występ w duecie może się okazać w sam raz…

mazzoll-parker

Tak też się stało, duet Parker-Mazzoll był zdecydowanie ukoronowaniem wieczoru. Muzycy doskonale wyczuwali własne intencje i naprawdę ciężko było uwierzyć, że występują po raz pierwszy na jednej scenie. Wydaje mi się też, że Mazzoll lepiej zgrał się z Parkerem niż z Roscoe Mitchellem przed rokiem. Albo może po prostu było to zgranie innego rodzaju? Wówczas też nie było duetu, tylko kwartet ze Sławkiem i Qbą Janickimi (pisałem tutaj). Tak czy inaczej obie płyty będą bez wątpienia wielkimi wydarzeniami i mam nadzieję, że zaowocują kolejnymi koncertami.

Tymczasem warto obserwować kolejne wydarzenia z cyklu Super Sam + 1. Do końca roku wystąpią jeszcze m.in. Barry Guy, Toshinori Kondo, Kazuhisa Uchihashi w towarzystwie polskich muzyków.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Festiwal „The Artists” – Nagrobki, Flora Quartet, Arszyn

Zwykle imperatywem do napisania tekstu o muzyce/wydarzeniu muzycznym są dla mnie zjawiska interesujące w stopniu ponadprzeciętnym, które należy przeanalizować i „rozdmuchać”, rzadziej skupiam się na pozycjach miernych (staram się wystrzegać, poza tym przeważnie szkoda czasu). Tym razem jednak imperatywem do napisania relacji z warszawskiego festiwalu The Artists, organizowanego przez Zachętę, jest irytacja lub jak kto woli wkurw („dźwiękowy wizualny artysta totalny rezydencja kurwa projekt stypendysta” – pisownia oryginalna, Syny, włanczaj). Ale po kolei, bo początkowo nic nie wskazywało na to, że wyjdę z imprezy przedwcześnie i z niesmakiem. Wręcz przeciwnie – początek nastroił mnie dość pozytywnie.

nagrobki

Przede wszystkim zachęcił mnie line-up. Nagrobki, autorzy jednej z najlepszych polskich płyt zeszłego roku – tak w każdym razie zapamiętałem „Stan Prac” (bandcamp) w podsumowaniu 2015 (klik), a i zdarzyło mi się popełnić recenzję samego wydawnictwa TU.  Gdański  duet otworzył festiwal instrumentalnym, ciężkim i monumentalnym intro po czym trójka kuratorów powitała zebranych, przerywając na moment występ zespołu (w sumie ciekawy, zaskakujący zabieg, chociaż nie wiem czy nie popsuł trochę dramaturgii). Problemy pojawiły się gdy przyszło do wykonywania utworów albumowych. Ściślej mówiąc były to problemy techniczne, nagłośnieniowe jeśli chodzi o wokal i niestety nie ustąpiły aż do końca występu. Natomiast sam koncert był porywający i pokazał jak duży instrumentalny progres zaliczył duet w ostatnich miesiącach (warto tutaj zaznaczyć, że muzycy nauczyli się grać na swoich instrumentach na potrzeby zespołu, „oryginalnie” Adam Witkowski jest gitarzystą, a Maciej Salamon wokalistą) . Poprzednim razem widziałem Nagrobki pod koniec 2015 roku w piwnicy Klubu Komediowego i wówczas usłyszałem bardzo dobre garażowe brzmienie o uroczej i funkcjonalnej prostocie – tym razem duet postawił na potężny sound, bliższy nawet metalowi niż punkowi. Oprócz utworów ze „Stanu Prac” zespół zagrał utwory z pierwszej EPki „Pańskie wersety” i zdaje się kilka nowych, bardzo obiecujących numerów. Moc wciąż w Nagrobkach silna.

Podczas koncertu publiczność w dalszym ciągu, z wolna gromadziła się we wnętrzu Reduty Banku Polskiego, a w okolicach nagrobkowego finału Salamon zachęcił słuchaczy do „wydarcia ryja, bo to nie wernisaż w Zachęcie”. Niestety owa sugestia przyświecała zebranym w dalszym ciągu festiwalu. Krótko mówiąc ryje się nie zamykały, co skutecznie zrujnowało odbiór kolejnych występów.

flora-quartet

 Flory Quartet Marcina Dymitera byłem ciekaw jeszcze bardziej niż Nagrobków, ponieważ dotychczas nie widziałem formacji na żywo, a właśnie do występów live projekt został predestynowany z racji swej audiowizualności (muzyce towarzyszą wizualizacje diaskopowe Małgorzaty Wawro). Zespół operuje bardzo subtelnym brzmieniem, którego siła tkwi w drobnych detalach, fantastycznie funkcjonujących na albumie „Muzikka Organikka” (pisałem o wydawnictwie szerzej TU). Niestety muzyka kwartetu była nieustannie zagłuszana przez „słuchaczy”, lub raczej gadaczy. Gdy pierwszy utwór dobiegł końca zabrzmiały jedynie jakieś pojedyncze brawa, sugerujące, że 95% zebranych ma występ w głębokim poważaniu. Żenada. W późniejszej części Flora Quartet zaczęła grać odrobinę głośniej, co jednak nie spowodowało dużej różnicy jeśli chodzi o zachowanie publiki. Na sam koniec nawet do zespołu dołączył Krzysztof Topolski na perkusji, co dość radykalnie zmieniło charakter brzmienia z abstrakcyjnego, impresyjnego dialogu instrumentów i elektroniki na ekspresyjny jam. Wypadło to całkiem ciekawie, jakkolwiek ciężko mi jednoznacznie oceniać występ, któremu towarzyszył jednostajny harmider osób przybyłych na wydarzenie. I tutaj wielka szkoda, że  organizatorzy, zważywszy na delikatne brzmienie Flory Quartet, nie umieścili muzyków w innej przestrzeni – do dyspozycji mieli kilka pięter budynku, a większość z nich była zaaranżowana właściwie bez pomysłu. Także „kurator” w tym wypadku to zdecydowanie za duże słowo. Podwójna szkoda bo miejsce festiwalu miało wyjątkowy potencjał i kto wie, czy nie było ostatecznie największą atrakcją całej imprezy. Zmarnowana szansa.

arszyn

Kolejnym punktem programu był solowy występ Arszyna (Krzysztofa Topolskiego) na perkusję i sample. Muzyk miał do zaprezentowanie dwa utwory Waltera De Marii (jedyne jakie ten artysta skomponował). Ciekaw byłem tego wykonania, bo przed kilkoma miesiącami słuchałem materiału w trójkowym Nokturnie (klik). Pomyślałby kto, że festiwal typu The Artists będzie idealnym miejscem na tego typu recital, nawiązujący do twórczości artysty kojarzonego przede wszystkim ze sztukami wizualnymi. Niestety. Tym razem oprócz bucerii słuchaczy doszły w trakcie występu problemy techniczne z odpaleniem dźwięków towarzyszących grze Topolskiego. Muzyk za ów error gęsto przepraszał, choć moim zdaniem powinien rzucić pałkami i zrezygnować z grania. Ciekawe czy ktoś w ogóle by to spostrzegł? Arszyn jednak wykazał większa kulturę niż zebrani (i profesjonalizm niż organizatorzy) i godnie dograł utwory De Marii do końca, chyba bardziej dla siebie niż dla niesłuchającej publiki. [Tych, którzy jednak chcieliby posłuchać odsyłam na bandcamp Arszyna].

U mnie czara goryczy w tym momencie się przelała. Po pobieżnym zwiedzeniu wyższych pięter budynku, wyszedłem z poczuciem niesmaku. Ponoć była to ostatnia edycja festiwalu The Artists. Szczerze mówiąc nie będę tęsknił. A The Bucers zebrani na widowni? Chyba też niespecjalnie. Proponowałbym wypłacić artystom odszkodowanie za straty moralne. Show some respect.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

KRISTEN – „LAS” w NInA (premiera płyty)

kristen2

Jak się okazało „Sekretna Mapa” z 2014 roku zaprowadziła muzyków Kristen w „Las”, lecz w żadnym razie nie są to artystyczne manowce.
Zespół zagrał pierwszy koncert promujący wydawnictwo w Narodowym Instytucie Audiowizualnym w sali „Ziemia obiecana”  i tenże kontekst nazwy okazał się w stosunku do „Lasu” bardzo adekwatny.
Las to przestrzeń specyficzna, pozornie chaotyczna i bezładna, lecz w rzeczywistości harmonijna, rządząca się własnymi prawami. Wieloelementowość lasu na pierwszy rzut oka jest niezauważalna, poszczególne warstwy od ściółki po koronę drzew zdają się być jednolitą masą, podczas gdy każda z nich pełni swoją określoną rolę w powiązaniu z innymi elementami, tworząc jeden złożony organizm. Podobną złożoność można zaobserwować na płycie Kristen – pod fasadą prostoty w większości instrumentalnych numerów kryje się całe mnóstwo brzmieniowych drobiazgów, które decydują o wysmakowaniu wydawnictwa. Dzięki temu „Las” można przyswajać na powierzchownym poziomie groove’u, polirytmii, repetycji, ale też istnieje opcja wsłuchania się w subtelne elementy „pozornie-niepozorne”, acz funkcjonujące równolegle w muzykosystemie tych 35 minut, nadające im głębi, która niepostrzeżenie wciąga.

Biorą pod uwagę formę, to „Las” Kristen przypomina gęste, krautrockowe lasy niemieckie lat 70., jednak wzrastające już w powietrzu XXI wieku. Słuchając zespołu w NInA, miałem momentami skojarzenia z tegorocznym koncertem Follakzoid w Pardon To Tu (pisałem tu), chociaż muzyka Kristen ma w sobie znacznie więcej światła niż w przypadku chilijskiego tria. Najwięcej psychodeliczno-gitarowego mroku można zaznać w wieńczącej album, znakomitej kompozycji tytułowej, w której Michał Biela po raz pierwszy śpiewa (a raczej melorecytuje) po polsku. Gdy usłyszałem utwór „Las” z tekstem w duchu realizmu magicznego, skojarzenia poszybowały w stronę Ścianki i jej przewrotnych quasi-mikro-słuchowisk. Kompozycja doskonale sprawdza się jako finał albumu i nadaje całości płyty specyficzny kontekst, ni to muzyki drogi, ni to zagłębiania się w podświadomość, przechodzenia przez kolejne warstwy… „Las” – cały album, jak i sam utwór – interpretowałbym tutaj jako metaforę stanu umysłu.

Co do samego koncertu. Kristen jest zespołem, który na żywo nabiera dodatkowych barw i nie inaczej było w NInA. Oprócz materiału z najnowszej płyty kwartet zagrał kilka starszych, bardziej drapieżnych, piosenkowych utworów, co dobrze zbalansowało impresyjne kompozycje z „Lasu”. Sam koncert był zwięzły, podobnie zresztą jak wszystkie płyty Kristen i trwał niespełna godzinę (razem z bisem). Format esencjonalny, jak dla mnie w sam raz. A dodając do tego świetne warunki do grania (i słuchania) jakimi dysponuje Narodowy Instytut Audiowizualny, wieczór zaliczam do zdecydowanie udanych. Bardzo fajnie, że instytucja dba o ambitny program muzyczny i w dodatku organizuje koncerty egalitarne z wejściem za free. Kolejny tego typu wieczór już 8 października, gdy zagrają w NInA Marcin Dymiter i Paul Wirkus (klik). Będzie to wydarzenie z gatunku unikalnych, gorąco polecam się wybrać.

Krzysztof Wójcik (((ii)))