Tomasz Stańko i Alexander von Schlippenbach – na żywo – w Pardon To Tu

Schlippenbach_Stańko1

Gdybyśmy chcieli stworzyć listę nazwisk najbardziej rozpoznawalnych jazzmanów w Polsce (czy też rodzaj absurdalnego „rankingu wszechczasów”), to prawdopodobnie Tomasz Stańko znalazłby się na podium zestawienia, a może nawet na najwyższym pięterku. Rzeszowski trębacz jest wciąż aktywną artystycznie tzw. żywą legendą, postacią ikoniczną z – siłą rzeczy – przylepioną gombrowiczowską „gębą”.

Muzykom pokroju Stańki, chociaż mogą zawsze liczyć na 100% frekwencji i pełną atencję „branżowych mediów”, w brew pozorom nie jest tak łatwo. Jeśli chcą w dalszym ciągu iść na przód, to muszą walczyć nie tylko z muzyczną materią tu i teraz, ale także z własnym dorobkiem i wizerunkiem ukształtowanym w oczach odbiorców. Sytuacja koncertu duetu Stańko – Schlippenbach miała charakter bardzo ciekawy przede wszystkim z tego punktu widzenia.

Trębacz obecny był w Pardon To Tu niejako w trzech osobach. Jeden: „Tomasz Stańko” ikona, hasło jednoznacznie kojarzone z jazzem, obecne chociażby na słynnej pardonowej ścianie, czy też główny bohater wywiadu-rzeki „Desperado”, dostępnego na wyciągnięcie ręki w klubowej księgarni. Drugi Stańko to ten rzeczywisty, stojący na scenie, o ironio, tuż pod swoim nazwiskiem napisanym na czerwonej ścianie. Natomiast z tym najbardziej nieuchwytnym „trzecim Stańką” każdy słuchacz przyszedł do klubu indywidualnie. Ja na przykład jechałem do klubu słuchając znakomitej płyty artysty z 1973 roku pt. „Fish Face” nagranej wraz z dwoma perkusistami i syntezatorem. Ciężko o jednoznaczny stosunek do twórczości tak bogatej, więc pewnie ilu odbiorców tyle indywidualnych perspektyw. Trochę o kontekście miejsca występu duetu, bo odniosłem wrażenie, że w klubie nie było wielu gości regularnych.

Stańko

Na dzień dzisiejszy Pardon To Tu jest najważniejszą sceną jazzową w Polsce. Co do tego nie ma wątpliwości, wystarczy spojrzeć na program (przeszły, przyszły, aktualny). Piszę „jazzową” z pełną premedytacją, ponieważ mam na myśli jazz jako żywioł, ideę, estetykę nieustannie ewoluującą, poszukującą nowych perspektyw. Ten jazz nie ma nic wspólnego z cepeliadą standardów i muzyków udających amerykańskich czarnych jazzmanów sprzed kilkudziesięciu lat. Dzisiaj moim zdaniem jazz to coś, co robi np. Nate Wooley, Peter Evans, Ken Vandermark, Mary Halvorson, Mats Gustafsson, Rob Mazurek, Joe McPhee czy Peter Brotzmann. Świadomie przytaczam postacie, które w ostatnim czasie wystąpiły lub niebawem wystąpią na scenie Pardon.

W takim miejscu Tomasza Stańkę należy postrzegać niekoniecznie jako artystę, który przybywa uświetnić swą obecnością dane miejsce (chociaż też), aale raczej jako doświadczonego muzyka chcącego zagrać w klubie, który coś znaczy, nobilituje, bo muzyka jest w nim na co dzień w stanie work in progress. Pan Stańko chciał znów poczuć się jak przed laty – zagrać jak jeden z wielu artystów bez przytłaczającego bagażu. Tutaj wybór Alexandra von Schlippenbacha jako partnera też nie jest bezzasadny, ponieważ z artystami młodszego pokolenia Stańko zawsze grałby mimo wszystko na pozycji mistrza, a tak zagrał ze sławnym kolegą z dawnych lat jak równy z równym. I chociaż cena biletu (jak na standardy Pardonu jedna z wyższych, jak na standardy trębacza raczej promocyjna) niekoniecznie potwierdzała charakter „zwyczajnego koncertu”, to moim zdaniem w założeniach tak właśnie ten wieczór miał wyglądać. Można powiedzieć, że z perspektywy estetycznej tak też było.

Schlippenbach_Stańko2

Występ rozpoczął się całkiem obiecująco. Trąbka gładko wkroczyła w dość impresyjną, stosunkowo oszczędną fortepianową uwerturę Schlippenbacha. Początkowo wydawało się, że koncert obierze bardziej swobodne improwizowane oblicze. Stańko miarowo rozpędzał partie trąbki o charakterystycznym delikatnie chropowatym brzmieniu. Widać było, że muzycy z łatwości mogliby grać wspólnie, lecz z osobna, tworząc jedną strukturę na zasadzie intuicyjnych indywidualnych poszukiwań. Mówiąc krótko – pierwsze minuty sprawiały wrażenie jakby duet zmierzał w kierunku fryty, o dość umiarkowanej intensywności, ale jednak. Po pewnym czasie okazało się, że na występ złożą się mniejsze formy, w dużej części oparte na kompozycjach, uprzednio przygotowanych tematach. Zresztą zarówno Stańko jak i Schlippenbach mieli przed sobą kartki. Te krótsze numery miały charakter zamkniętych całości z jasno zarysowanym przebiegiem, pojawiały się czytelne przestrzenie na solowe popisy itp. (całe szczęście nie było po nich kurtuazyjnych braw). Fortepian dysponował dość rozkołysaną i zwykle nieprzegadaną frazą, nad którą trąbka meandrowała na różne sposoby, bądź podejmowała temat nieznacznie go modyfikując. Zdarzały się w tej interakcji momenty ciekawsze, ale nie obyło się bez fragmentów przewidywalnych gdzie zręby utworu potraktowane zostały moim zdaniem zbyt sztywno. W połowie koncertu, po jakichś 30 minutach Schlippenbach sprawiał wrażenie jakby chciał już zejść ze sceny, ale Stańko coś mu szepnął i ostatecznie duet zagrał (razem z bisem) mniej więcej drugie tyle. Bisy ostatecznie padły dwa, ponieważ publiczność Pardon To Tu nie chciała się rozstać z muzykami aż tak łatwo.

Pytanie tylko, czy Stańko zagrał przed pardonową publicznością? Moim zdaniem nie, bo osoby, które kojarzę z innych koncertów mógłbym policzyć na palcach powiedzmy półtorej ręki. Co prawda byłem tylko pierwszego dnia rezydencji, ale jednak. Z drugiej strony jeśli Pan Tomasz chciałby zagrać faktycznie dla publiczności tego klubu, to musiałby się pojawić na scenie w charakterze niespodzianki na jednym z regularnych występów za 20-30 złotych. Wtedy jednak znów wróciłby do sytuacji „gościa specjalnego”, muzyka na piedestale, a wydaje mi się, że właśnie koncerty w Pardonie miały być dlań rodzajem odskoczni od takiego formatu. Sam fakt, że muzyk z takim dorobkiem i o takiej randze chce dalej grać w klubach, gdzie faktycznie pod względem muzycznym cały czas coś się dzieje, uznaję za jak najbardziej pozytywny symptom i za to zdecydowanie szacunek. Ale raczej był to koncert przed własną publicznością.

Stańko2

Chociaż poszedłem na koncert duetu bardziej z ciekawości niż jakiejś dojmującej potrzeby, to jestem zadowolony, że Stańkę i Schlippenbacha zobaczyłem. Brzmi to jak tekst słuchacza rozkapryszonego, ale Pardon To Tu potrafi rozpuścić swoją publiczność. W swoim gatunku był to występ dobry, a takich wiele przy Placu Grzybowskim. Jeżeli za sprawą dwudniowej rezydencji Tomasza Stańki klub zacznie przyciągać szerszy „target”, to uważam podobne inicjatywy za jak najbardziej zasadne. Powtórka z liceum: „głównym celem pracy u podstaw było uświadomienie ludu, iż nadeszły czasy nowych możliwości”. Zatem pozytywizm i praca u podstaw. Na koncert dnia drugiego już nie poszedłem, a w poszukiwaniu „nowych możliwości” udałem się do warszawskiego Mózgu [klik].

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Brötzmann, Adasiewicz, Noble w Pardon To Tu – dzień pierwszy

20141122_133234

W sierpniu 2013 sprowadzenie do Pardon To Tu Petera Brötzmanna było dla klubu spełnieniem marzeń i ambicji (patrz – plakat i autografy na honorowym filarze z książkami). Mamy listopad 2014 i w tym roku „radykalny Niemiec” już drugi raz odwiedza scenę przy Placu Grzybowskim i podobnie jak za pierwszym razem, przyjeżdża na dwudniową rezydencję. Można powiedzieć, że Brötzmann zaczyna być w Pardon To Tu gościem regularnym, co tyczy się większości zagranicznych muzyków, którzy choć raz klub odwiedzili. W kwietniu towarzyszył saksofoniście Steve Noble, a w tym tygodniu skład poszerzył się o chicagowskiego wibrafonistę Jasona Adasiewicza, muzyka głównie kojarzonego ze współpracy z Robem Mazurkiem.

Adasiewicz_Noble

Przyznam, że byłem ciekaw tej artystycznej konfiguracji na żywo, a moje zainteresowanie w znacznej mierze podkręciła tegoroczna, bardzo dobra płyta „Mental Shake”, którą skład nagrał wraz z kontrabasistą Johnem Edwards’em. Z wibrafonem mam pewien problem, otóż bardzo rzadko ten instrument wykorzystany jest w sposób odmienny niż dwa najbardziej klasyczne zastosowania: 1. kolorowanie tła, rozpuszczanie całości w miękkich, delikatnych plumkaniach i 2. popisówka, solistyczna hochsztaplerka wykorzystująca spektakularną grę na instrumencie, ale bardziej bazująca na technicznej woltyżerce, niż koncepcji przekładającej się na ciekawe brzmienie. U Adasiewicza można jednak zaobserwować złoty środek, wypadkową tych dwóch podejść, dzięki czemu zarówno obserwowanie artysty na scenie, jak i słuchanie jego muzyki jest doświadczeniem interesującym.

Adasiewicz_Noble_Brotzmann

Występ tria był o tyle ciekawy, że prezentował trzy osobowości mówiące swoim językiem, a nie Brötzmanna z sidemanami. Steve Noble narzucał całości dość intensywne tempo, bazujące w równej mierze na mocnych uderzeniach, co subtelnych, niespodziewanych przejściach, bądź koncentracji na pojedynczych elementach zestawu perkusyjnego. Adasiewicz był z kolei ogniwem łagodnym, które doskonale równoważyło szorstkie, agresywne brzmienie Brötzmanna. Marzycielska barwa wibrafonu została potraktowana pomysłowo i niekiedy przypominała dźwięki elektroniczne, szczególnie w momentach bazujących na repetycjach, dobrze zgrywanych z bitem perkusyjnym. Tkanka muzyczna tworzona przez Noble’a i Adasiewicza sama w sobie była szalenie intrygująca, a gdy do głosu dochodził Brötzmann bardzo często przekuwający moc brzmienia na rytmiczny, stosunkowo melodyjny groove, całość zyskiwała potężną siłę rażenia. Saksofonista zmieniał dęciaki jak rękawiczki poczynając od altu, przez sopran, tenor, aż po tarogato. Elementy liryczne, wyciszone mieszane z generalnie dość brutalnym i bezkompromisowym brzmieniem, są chyba najciekawszą „sztuczką” jaką Brötzmann obecnie prezentuje. I przysłowiowy diabeł wcale nie leży tutaj w kontraście tych dwóch porządków, tylko raczej w mistrzowskim, płynnym, a zarazem zagadkowym ich połączeniu. Saksofonista również bardzo czujnie wsłuchiwał się w pracę kolegów, często dając im przestrzeń do gry w duecie. Ogólnie rzecz biorąc fragmenty grane w podgrupach, niezależnie od konfiguracji (a były raptem trzy możliwe), były równie, a czasami nawet bardziej ciekawe niż wspólne brzmienie tria, ponieważ pozwalały lepiej śledzić pomniejsze niuanse.

Noble_Brotzmann

Solidny, żywiołowy i zaskakujący koncert. Brötzmann pomimo dość, nazwijmy to, niemieckiego, minimalnego kontaktu z publicznością, uraczył zebranych krótkim bisem. I chociaż raczej nie jestem zwolennikiem poszerzania koncertowego spektaklu o często psujące odbiór całości bonusy, to tym razem słuchało mi się dogrywki bardzo dobrze.

 

Krzysztof Wójcik

Made to Break – 2 dni i 6 setów w Pardon To Tu

Made to Break 2

Pisząc przed dwoma miesiącami recenzję ostatniej płyty Made To Break (klik) nie spodziewałem się, że będę miał okazję tak prędko zobaczyć zespół na żywo. Biorąc pod uwagę, że była to jedna z lepszych płyt, jakie przyszło mi recenzować do numeru PopUp #45, perspektywa dwóch wieczorów ze składem Kena Vandermarka brzmiała ekscytująco. W efekcie nie odpuściłem żadnego spośród sześciu setów, na które złożył się program „2 Nights with Made To Break”, z czego bardzo się cieszę, ponieważ właściwie wszystkie występy pokazały nieco inne oblicze współczesnej muzyki improwizowanej. Każdy dzień cyklu został rozplanowany wedle klucza: cząstka MtB, cząstka MtB + reprezentant warszawskiej sceny i na koniec koncert rezydującej formacji. Tak zgrabnie rozłożona symetria wręcz determinuje analizę porównawczą obu wieczorów.

 

Vandermark + Daisy // Vandermark + Kurzmann

Sety otwierające można określić jako duety „Vandermark +”. Znając albumy nagrane przez saksofonistę w duecie z Daisy’m właściwie wiedziałem czego mogę się po występie muzyków spodziewać. Umówmy się – znakomici improwizatorzy grający ze sobą już tak długo, z tak dobrym porozumieniem scenicznym właściwie nie są w stanie zagrać złego koncertu. Vandermark z Daisy’m postawili na pierwiastek energetyczny, grając niezwykle rytmicznie i melodyjnie. Trochę większe wrażenie zrobił na mnie Tim Daisy swoim fenomenalnym akcentowaniem i niestandardowymi przejściami. Ogólnie koncertowy ekwiwalent kofeiny, otwierający rezydencje muzyków z przytupem. Chociaż nic mnie nie zaskoczyło, to słuchało mi się duetu znakomicie.

Daisy & Vandermark

O wiele ciekawiej zapowiadał się natomiast set otwierający drugi wieczór na klarnet i elektronikę, którą Christof Kurzmann zdążył już uraczyć słuchaczy dnia poprzedniego. Można powiedzieć, że pod względem klimatu była to antyteza duetu z Daisy’m. Vandermark tym razem ograniczył się jedynie do klarnetu, na którym sonorystyczne eksperymenty umiejętnie przeplatał z charakterystyczną dla siebie łatwością do budowania silnie zrytmizowanej melodii. Instrument modulowany na żywo przez Kurzmanna zyskiwał futurystyczne brzmienie, które na zmianę tworzyło dla Vandermarka kontrapunkty noise’owe i bardziej linearne, ambientowe, które Amerykanin albo balansował, albo podkręcał. Całość utrzymana w dość psychodelicznym, mrocznym klimacie z sonicznego punktu widzenia była najbardziej odrębną propozycją estetyczną zaprezentowaną podczas dwóch dni w Pardonie. Muzyka duetu przypominała do pewnego stopnia solowe nagrania Jeremiaha Cymermana, które cenię dość wysoko.

Kurzmann_Vandermark

 

Daisy + Stadhouders + Dickaty // Vandermark + Daisy + Wójciński

Czyli tria hybrydyczne, zestawiające muzyków, którzy na scenie spotkali się (wedle moich szacunków) po raz pierwszy. Jednocześnie każdorazowo powstawał format free jazzowego power trio: perkusja-bas-saksofon. Przyznam, że przed „2 Nights with” koncerty z udziałem warszawskich reprezentantów ciekawiły mnie niemal równie bardzo, co występ samego Made to Break. Przede wszystkim dlatego, że wybór padł na silne, wyraziste osobowości – Ray Dickaty i Ksawery Wójciński to muzycy, którzy mogą stanąć na jednej scenie z ekipą Vandermarka bez kompleksów. Mało tego – niejednokrotnie warszawscy improwizatorzy potrafili zdominować, a może raczej ukierunkować brzmienie całości. W większym stopniu odczułem to podczas występu z udziałem Dickaty’ego. Saksofonista początkowo stanął przed gęstą, nieco beefheartowską strukturą rytmiczną. Oczywistym krokiem było rzucenie się w wir ognistej improwizacji, jednak Anglik wybrał dużo ciekawszą strategię kontrastu. Dickaty generował przeciągłe, subtelne saksofonowe motywy, które niepostrzeżenie przecinały pracę sekcji, nadając całości bardziej wielowymiarowy charakter. W dalszej części występu Daisy ze Stadhoudersem jakby wytrąceni przez Dickaty’ego z własnego pomysłu, zaczęli nasłuchiwać saksofonu i grać dużo kreatywniej. Bardzo ciekawy set.

Daisy_Dickaty_Stadhouders

Trio z Wójcińskim obrało kurs fire music. Kontrabasista nadając gorący, intensywny puls zaprowadził Daisy’ego i Vandermarka w rejony, które Amerykanie eksplorowali w duecie dnia poprzedniego, jednak tym razem muzyka stała się jeszcze bardziej gęsta i nieokiełznana. Imponowała łatwość z jaką Wójciński wtopił się w dźwięki chicagowskiego duetu. Najciekawszy fragment setu nadszedł w momencie, kiedy kontrabasista sięgnął po smyczek, przy pomocy którego budował harmonię, łącząc ją równocześnie z rytmem granym palcami. Podejrzewam nawet, że Vandermark po udanym (i nieco wyczynowym) występie, nauczy się wymawiać imię i nazwisko polskiego muzyka. A nawet jeśli fonetyka zawiedzie, to z pewnością grę z Wójcińskim zapamięta.

Vandermark_Daisy_Wójciński

 

Made to Break

Co prawda z perspektywy czasu oba występy kwartetu trochę zlewają mi się w jedną całość, jednak wydaje mi się, że pierwszy wieczór zrobił na mnie odrobinę większe wrażenie. Chociaż możliwe, że była to po prostu kwestia pierwszego wrażenia. Made to Break jest kwartetem, w którym wszystkie muzyczne składowe zdają się odgrywać tak samo ważną rolę i nie jest to absolutnie Ken Vandermark Quartet, z czego się cieszę. Było to doskonale odczuwalne podczas występów, kiedy saksofonista bardzo często ustępował pola zasłuchując się w grę kolegów i skupiając się na dość liberalnym prowadzeniu zespołu. Nie wiem czy do takiej roli dałby się zepchnąć w podobnym formacie na przykład Mats Gustafsson.

Made to Break 1

Warto zaznaczyć, że podczas wieczorów w Pardonie Made to Break zagrali materiał premierowy, który w najbliższych tygodniach zostanie zarejestrowany w Wiedniu. Koncepcje nowej muzyki zespołu nazwałbym rozwinięciem pomysłów ze znakomitego „Cherchez La Femme”, z większym naciskiem położonym na grę w podgrupach i jeszcze bardziej rozszerzoną rolą Kurzmanna. Szczerze mówiąc manipulacje elektroniczne Austriaka przekonała mnie bardziej niż te, które pokazał przed miesiącem Sam Pluta w kwintecie Petera Evansa (klik). Tak jak Pluta jest niesłychanie zręcznym stylistą i kolorystą brzmienia, tak Kurzmann w wiele lepiej radzi sobie w momentach, kiedy musi sam zagospodarować muzyczną przestrzeń, również jego modulacje żywych instrumentów określiłbym jako bardziej wyraziste i konsekwentne.

Brzmienie Made to Break oscylowało między przesileniową, pełną groove’u grą całego zespołu, a mniejszymi segmentami, płynnie przechodzącymi przez różne konfiguracje personalne wewnątrz składu – w tych fragmentach większą rolę odgrywały brzmieniowe niuanse. Nie zawsze przekonanie budziły we mnie partie solowe Stadhoudersa (szczególnie gdy chwytał za smyczek), jednak trzeba pamiętać, że występuje z zespołem od niedawna i jest w składzie muzykiem najmłodszym, który grę na najwyższym poziomie ma dopiero przed sobą. Pomijając to, we współpracy z Daisy’m szło mu całkiem dobrze. Ciekaw jestem czy holenderski muzyk będzie brał udział w sesji nagraniowej nowego albumu, czy jest jedynie tymczasowym zastępcą Devina Hoffa.

Made to Break 3

Po występie Made to Break mam wrażenie, że nie jest to zespół kompletny o jasno zdefiniowanej tożsamości brzmieniowej i w moim odczuciu jest to raczej zaleta niż wada. Kwartet pokazał się od strony eksperymentalnej, może nie zawsze stabilnej, lecz otwartej na nowe dźwięki, a partie Vandermarka wydawały mi się w podobnym kontekście wyjątkowo świeże i ożywcze. Sam saksofonista sprawiał zresztą wrażenie jakby gra z Made to Break sprawiała mu niesłychaną frajdę. Muzyka zespołu była pobudzająca zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie, co w przypadku awangardowego jazzu nie zawsze idzie w parze. I chociaż nie były to koncerty jednoznacznie olśniewające, to kipiały potencjałem i interesującym rodzajem niedookreśloności. Myślę, że Vandermark jest jeszcze w stanie popchnąć ten projekt w jeszcze bardziej zaskakujące rejony.

Tak też zaczął się intensywny listopadowy program Pardon To Tu, który bardziej przypomina line-up mocarnego festiwalu składającego się z samych headlinerów. Będzie to miesiąc absolutnie bezprecedensowy w historii klubu, chociaż bez zbytniej przesady można to sformułowanie odnieść do szerszej optyki. Vandermark wspominał nawet o skali światowej… Cóż, zazwyczaj zgadzam się z Vandermarkiem. Brawo!

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Warszawa elektroniczna: Fennesz, Kubin, Karkowski, Xenakis

IMG_8635

Miniony tydzień był dla miłośników muzyki elektronicznej niezwykle hojny. W trzech różnych miejscach w Warszawie, na przestrzeni zaledwie kilku dni można było zapoznać się z rozmaitymi koncepcjami współczesnej elektroniki. Od ambientu po noise, od wykonań solowych po ośmioosobowy chór. Od kameralnej scenerii klubu przez otwarty plener aż po majestat muzealnego audytorium. Specyfika poszczególnych występów była na tyle wyrazista, że wspólne ich rozpatrywanie jest równie karkołomne, co fascynujące. Zachowajmy jednak pozory chronologii, analizę pozostawiając aktywnej roli odbiorcy.

Fennesz w Pardon To Tu (dzień pierwszy)

Cykl „2 Nights With…” skupiony jest wokół pogłębionego prezentowania artystycznych osobowości w formacie rozciągniętym na dwa wieczory koncertowe. Dotychczas rezydentem „2 Nights with…” był m.in. Peter Brötzmann, Michael Gira, Joe McPhee, czy Michael Zerang. Fennesz pośród tego w znakomitej większości jazzowego towarzystwa jawił się, jako zagubione elektroniczne ogniwo, ying dla stylistycznego yang Pardon To Tu. Austriak przyjechał do Warszawy owiany nimbem sławy innowatora europejskiej muzyki elektronicznej, dla której Wiedeń od przynajmniej dwóch dekad jest adresem szczególnym. Jakkolwiek obcowanie z płytą „Bécs” nie podniosło mi ciśnienia w stopniu wysokim, jaki sugerować mogły entuzjastyczne recenzje, zobaczenia Fennesza na scenie nie potrafiłem sobie odmówić.

20140819_205554

Wieść gminna o niefortunnym charakterze pierwszego wieczoru z muzyką Austriaka dotarła już z pewnością do większości zainteresowanych. Spektakularnie spalony limiter dźwięku okazał się najbardziej charakterystycznym epizodem koncertu, jednak to nie problemy techniczne położyły się cieniem na całości występu, lecz zły rodzaj gwiazdorstwa, którym muzyk starał się przysłonić ewidentny brak pomysłu na kontynuowanie gry w sytuacji – nazwijmy to – kryzysowej. W moim odbiorze artyście – szczególnie cieszącemu się taką opinią jak Fennesz – po prostu nie wypada zrzucać odpowiedzialności wykonawczej na swój (czy też klubowy) sprzęt. Można wyobrazić sobie sytuację, w której problemy techniczne zostałyby potraktowane w sposób kreatywny, zmuszając muzyka do zepchnięcia występu na nieco inne, zaskakujące tory. Fennesz ostatecznie spróbował pójść tą drogą jednak towarzyszyło mu przy tym nadąsanie primabaleriny, której talent w niewygodnych pantofelkach nie jest w stanie wybrzmieć w pełnej krasie. Przerwanie koncertu, które wisiało na włosku, byłoby już zupełnym kuriozum, jednak ostatecznie artysta – nie kryjąc niezadowolenia – podjął wyzwanie. Zmysł improwizatorski został u Austriaka wystawiony na ciężką próbę, z której obronną ręką udawało mu się wyjść z rzadka w sposób nazwijmy to umiarkowany. Fennesz z gitarą, pozbawiony asysty mocarnych dźwięków płynących z macbooka, brzmiał jak artysta jeden z wielu. Przypuszczam, że mógł się zdecydowanie bardziej postarać. Muzykę przyćmiła technologia, która mimo specyfiki gatunku, powinna być na drugim miejscu. Postawa z pewnością niegodna artysty określanego niekiedy mianem geniusza. Dawno nie słyszałem w Pardon To Tu tak zachowawczych, a zarazem adekwatnych do sytuacji braw. Mam nadzieję, że drugi dzień z Fenneszem przyćmił pierwszy w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jednak mój kredyt zaufania uległ wyczerpaniu i środowy wieczór zaplanowałem zgoła inaczej. Pełna zgoda z Piotrem Lewandowskim: „Po tym wieczorze muzyka Fennesza jest dla mnie w jeszcze większym stopniu zjawiskiem studyjno-płytowym”. Mimo wszystko było to interesujące doświadczenie.

—————————————————————————————-

 

Felix Kubin na Placu Zabaw

Kubina po raz pierwszy – i do niedawna ostatni – widziałem na mysłowickim jeszcze OFF Festivalu w 2008 roku i wówczas Niemiec zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Mieszanina retro-futuryzmu, groteski i performerskiego zacięcia dopracowana w najdrobniejszym szczególe okazała się tak magnetyczna, że po sześciu latach pełen ekscytacji udałem się na Plac Zabaw. Nie wiem nawet czy bardziej chciałem zobaczyć jak zmienił się Kubin, czy moje odbieranie tego typu muzyki. Koncertowa podróż sentymentalna? Powiedzmy.

20140820_211722

Dzień przed koncertem opisywałem Kubina znajomemu, jako „zagubione ogniwo Kraftwerku” i muszę przyznać, że jestem z tej metafory całkiem zadowolony. Zwariowany Niemiec całymi garściami czerpie z pięknej elektronicznej tradycji swego kraju, umiejętnie balansując pomiędzy brzmieniowym wysmakowaniem, eksperymentem, popową chwytliwością i quasi-teatralnym wizerunkiem scenicznym, który plasuje go gdzieś na przecięciu „Metropolis” Fritza Langa i statku Enterprise. Festynowa, luźna sceneria Placu Zabaw ostatecznie okazała się idealną przestrzenią dla tego elektronicznego prestidigitatora, chociaż myślę, że socreal Cafe Kulturalnej dodałby stylistyce Niemca jeszcze większej pikanterii.

Felix Kubin jest „muzykiem elektronicznym” (jak sam się przedstawił), który posiada dość nietypowe dla gatunku cechy showmana, dzięki czemu koncerty artysty nie ograniczają się do oglądania „człowieka grającego na komputerze w pasjansa w towarzystwie dźwięków”. Koncert Niemca był doświadczeniem porywającym. Kubin oprócz pantomimicznej ekspresji scenicznej pokazał się od dobrej strony wokalnej, nie mówiąc już o purnonsensowej konferansjerce, którą poprzedzał niemal każdy numer. Repertuar zaprezentowany na Placu Zabaw miał charakter dość przekrojowy, publiczność mogła usłyszeć muzykę, którą artysta napisał jeszcze w latach 80., introwertyczną (i znakomitą!) wersję „Hello” Lionela Richie, czy wreszcie swój „most commercial track”, rewiowy „There is a garden”, podczas którego Kubin pochwalił się tańcem z mikrofonem, którego nie powstydziłby się sam Jerzy Połomski. Oprócz tego typu szlagierów nie zabrakło miejsca na kawałki z najnowszej „Zemsty Plutona”, jak i na kompozycje bardziej eksperymentalne, mieszające techno z absurdalnym samplingiem. Te ostatnie pozwalały przypuszczać, że Niemiec śmiało mógłby zaserwować słuchaczom „wysmakowanę awęgardĘ”, jednak szczęśliwie nie pozwolił na zwycięstwo pozerki nad spontanicznością, która akurat w jego przypadku jest wystarczająco oryginalna i nowatorska.

20140820_220452

Po koncercie na Placu Zabaw jestem przekonany, że Felixa Kubina trzeba traktować, jako „whole package”. Muzyka, wizerunek, sceniczna ekspresja – wszystko to łączy się u artysty na zasadzie specyficznej, karnawałowej logiki, która uświęca wszelkie ewentualne błędy, a z postmodernistycznej niekonsekwencji czyni stylistykę. Adekwatna strategia artystyczna do imprezy, jaką jest jubileusz Lado ABC. Świetny koncert zarówno w muzycznym, jak i intelektualnym wymiarze.

 

—————————————————————————————————-

Karkowski, Xenakis w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Ostatnie spośród opisywanych w tym tekście wydarzeń obdarzone jest największym ciężarem gatunkowym. Noise, muzyka współczesna, powaga państwowej instytucji kultury, teoretyczne wstępy przed wykonaniami, wreszcie próba zmierzenia się z dziedzictwem artystów niezwykle zasłużonych dla muzyki współczesnej.

Cykl „Co słychać” (towarzyszący wystawie „Co widać”) jest właściwie pierwszą inicjatywą Muzeum Sztuki Nowoczesnej, która zogniskowana została całkowicie wokół problematyki audialnej, co jest ważnym precedensem, który mam nadzieję doczeka się kontynuacji. Na przestrzeni kilku koncertów zespół kuratorski przedstawił stosunkowo szerokie – choć zdecydowanie wybiórcze – spektrum intrygujących zjawisk w muzyce polskiej. Spośród dotychczasowych wydarzeń „Co słychać” próba prezentacji i zestawienia twórczości Iannisa Xenakisa i Zbigniewa Karkowskiego jawi się jako przedsięwzięcie najbardziej ambitne, nie tyle ze względu na doniosłość twórczości artystycznej, co na trudności wynikające z czynników czysto technicznych, akustycznych. Muszę przyznać, że pod tym względem niegdysiejszy salon meblowy spisał się zaskakująco dobrze, choć oczywiście nie były to warunki, jakimi szczyci się Laboratorium CSW.

Wieczór został podzielony na dwa około 45-minutowe bloki, podczas których publiczność miała możliwość w sposób naprzemienny obcować z muzyką greckiego i polskiego kompozytora. Spośród dotychczas opisywanych w tym tekście wydarzeń koncerty w MSN-ie były z pewnością najbardziej zróżnicowane z punktu widzenia wykorzystanych muzycznych środków. Za dwa, stricte perkusyjne wykonania kompozycji Xenakisa („Rebonds” A i B) odpowiedzialny był Miłosz Pękala, znakomity, w ostatnich tygodniach wręcz wszędobylski perkusista. Były to z pewnością najbardziej widowiskowe części piątkowego wieczoru, a ich intensywność okazała się odwrotnie proporcjonalna w stosunku do czasu trwania (8 i 6 minut). Dużą przyjemność sprawiło mi podziwianie muzyka w tak wymagającym, trudnym do wykonania repertuarze, któremu artysta sprostał z wręcz chirurgiczną precyzją.

20140822_194352

Wykonania Pękali przedzieliła prezentacja „Doing by Not Doing”, 15-minutowego remiksu kompozycji „Persepolis” Xenakisa, autorstwa Karkowskiego. Odtworzeniu monumentalnego utworu towarzyszył jedynie slajd przedstawiający greckiego kompozytora pośród ruin świątyni Dariusza. Prezentacja poprzez pozbawienie jej choćby promila aspektu performatywnego w kontekście pozostałych części wieczoru była z pewnością najmniej spektakularna, jednak charakterystyczny dla noise’u fizyczny aspekt jej oddziaływania, pozwalał niekiedy zapomnieć o braku innych bodźców. Fizyczność „hałasu” w kontekście archaicznych, greckich misteriów przedfilozoficznych (do których odwoływały się kompozycje Xenakisa), pozwalała na uchwycenie analogii historycznych na poziomie cielesnym, pozaintelektualnym. Paradoksalnie formuła muzyki noise, która jest być może najbardziej adekwatna do współczesnego, zglobalizowanego świata ogarniętego szumem informacyjnym, ma charakter oczyszczający, tragiczny – w greckim rozumieniu tego słowa. Konsternacja intelektualna, zmusza do przyjmowania tej muzyki w sposób czysto zmysłowy, zgrabnie wymykając się klasycznym wspólnotom interpretacyjnym i ich teoriom. Warto zaznaczyć, że remiks Karkowskiego oparty został na kanwie kompozycji, której esencją był misterialny, kolektywny charakter pierwszego, pełnego rozmachu wykonania na pustyni pośród starożytnych ruin w asyście laserów i wojskowych reflektorów. Sceneria – na prawach remiksu – została zamieniona na współczesne muzeum sztuki.

Ukoronowaniem wieczoru był występ ośmioosobowego chóru złożonego z mężczyzn i kobiet (z zachowaniem parytetu), czyli zespołu wokalnego Gęba. Artyści/artystki na tle elektronicznego podkładu generowanego przez Wolframa, wykonali czterdziestominutową kompozycję Karkowskiego pt. „Encumberance”. Wybór tego utworu był o tyle trafny, że zdystansował twórczość polskiego artysty od muzyki noise, z którą powszechnie jest głównie utożsamiany. Wykonanie w audytorium MSN-u było dopiero trzecim razem, kiedy kompozycja miała okazję wybrzmieć na żywo. „Encumberance” jest dziełem opartym na partyturze graficzno-aproksymatywnej, pozwalającej na względnie swobodną interpretację wokalną. Wzajemna interakcja dźwięków elektronicznych i niezwykle organicznie reagujących na nie artystów robiła niesłychane wrażenie zarówno podczas sekwencji jednostajnych, jak i bardziej zniuansowanych, podczas których ciężko było wyznaczyć podział między tym co wokalne, a komputerowe. Format chóru był kolejnym czytelnym odwołaniem do starożytnej Grecji, przez co całość wieczoru nabrała spójnego, a zarazem dialektycznego charakteru. Gdy ostatnie dźwięki wybrzmiały, cisza, która zapanowała w audytorium zyskała wymiar kolejnego, pozapartyturowego taktu nadającego wykonaniu jeszcze większej mocy.

20140822_203735

Wieczór w MSN oprócz wartości czysto estetycznej, odegrał dużą rolę edukacyjną, chociaż może przede wszystkim memoratywną, jeśli chodzi o postać zmarłego niespełna rok temu Zbigniewa Karkowskiego. Paradoksalnie artysta, który wielokrotnie dystansował się od państwowych instytucji kultury (szczególnie zorientowanych na sztuki wizualne), zostaje pośmiertnie przywołany właśnie przez tego typu miejsce. W kontekście jednego z ostatnich wywiadów, jakiego kompozytor udzielił dla Glissanda w 2013 roku, wieczór w MSN może się jawić jako swego rodzaju gigantyczna ironia losu. Niemniej sądzę, że profesjonalizm i wysoka jakość artystyczna przedsięwzięcia znalazłyby uznanie w oczach Karkowskiego, który – jako wybitna osobowość polskiej kultury współczesnej – powinien być w dalszym ciągu obecny w jej obiegu.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Gwiezdne Wojny, reprezentacja Polski i The Thing

IMG_4129

Jadąc na pierwszy dzień rezydencji skandynawskiego The Thing do Pardon To Tu zaskoczyła mnie wesoła nowina. Okazało się, że pierwszy dzień koncertowy (4 maja) zbiega się ze światowym dniem kosmicznej epopei George’a Lucasa! Cóż za symboliczne okoliczności dla występu tria, które – odrobinę na wyrost, choć nie bezpodstawnie – nazywane jest jednym z najbardziej brutalnych i bezkompromisowych jazzowych składów. Pytanie rodzi się właściwie automatycznie: z kim niedzielnego wieczoru była Moc? Pozwolę je sobie przeformułować: czy Moc pojawiła się na scenie Pardon To Tu w ogóle? Czy zgromadzone przy pl. Grzybowskim tłumne audytorium nie zostało przypadkiem wystawione na działanie iluzorycznych figli, będących dziełem Imperatora? Hipoteza.

Drużynę Matsa Gustafssona widziałem już nie raz i niejednokrotnie robiła na mnie piorunujące wrażenie. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że pojawię się na jednym i drugim koncercie formacji. Muszę jednak przyznać, że dalece bardziej niż kolejny występ Skandynawów moją ciekawość rozpalały dwa pierwsze sety, swoiste „wariacje pardonowskie”, opierające się na zmieszaniu polskiej improwizowanej śmietanki z cząstką głównego dania wieczoru. Podobne hybrydy były już tworzone chociażby przy okazji dwudniowej rezydencji Atomic, bądź pierwszej wizyty Petera Brotzmanna i choć nie zawsze wieńczyły się spektakularnymi występami, to z pewnością nie można im odmówić walorów czysto poznawczych. Swoją drogą dla polskich jak i zagranicznych muzyków jest to doskonała szansa do nawiązania ciekawej współpracy, nawet jeśli jej koniec zbiegnie się jedynie z finałem incydentalnego doświadczenia. Zatem nie ulega wątpliwości – personalne miksy są inicjatywą pozytywną, wręcz kulturotwórczą, a czasem nawet mitotwórczą (nie zapominajmy o kontekście Gwiezdnych Wojen!).

Pierwsza część wieczoru skoncentrowała się na osobie basisty The Thing, Ingebrigt Håker-Flatenie, oraz na trójce doskonale znanych warszawskiej publiczności, polskich „dęcistach” – Olgierdzie Dokalskim (trąbka), Janie Małkowskim (saksofon) i Dominiku Strycharskim (flety). Intrygujące zestawienie, głównie przez brak perkusji i przerzucenie ciężaru gry na konfrontację polskich muzyków, którzy (o ile się nie mylę) spotkali się na jednej scenie po raz pierwszy.

Håker-Flaten okazał się partnerem niezwykle wyczulonym na impulsy wysyłane w jego stronę przez resztę składu, choć początkowo wziął na swoje barki nadawanie tonu wzajemnemu dialogowi. Co znamienne, muzyk wkroczył na scenę z gitarą basową, na której daleki był od kreślenia klasycznych jazzowych pochodów – dalece bardziej interesowała go zabawa brzmieniem, generowanie sprzężeń, odgłosów nazwijmy to abstrakcyjnych. W tak zarysowanym muzycznym uniwersum bardzo dobrze odnalazł się Dominik Strycharski, który podążał bardziej w stronę ekspresyjnych, nerwowych zadęć, przełamując nieco niedookreśloność gry Håker-Flatena. Brzmienie fletu ciekawie kontrastowało z głębokim tonem gitary basowej i wzajemny dialog duetu był jednym z czynników stanowiących dla mnie o sile pierwszego występu. Strycharski sprawiał wrażenie osoby bardzo dobrze radzącej sobie z kierowaniem zespołem, co nie zdziwi z pewnością nikogo, kto miał okazję słyszeć tegoroczną, wręcz epicką płytę Pulsarusa „Bee Itch”. Słychać było, że instrumenty dęte, podobnie jak bas gościa ze Skandynawii, próbują odbić się od konwencjonalnej formy jazzowego składu, bardzo często operując sonorystycznymi przesileniami. W podobnej konstelacji potrafił się odnaleźć Dokalski, potwierdzając jak bardzo elastycznym muzykiem stał się na przestrzeni ostatnich lat. Małkowski był dla mnie ogniwem, które najbardziej ciążyło w stronę klasycznie jazzowych fraz, muzyk daleki był jednak od wychodzenia przed szereg i nie wykazywał tendencji do dominacji. Ogólnie rzecz biorąc można było odnieść wrażenie, że skompilowany ad hoc kwartet starał się odnaleźć wspólny mianownik dla swoich dość odrębnych, indywidualnych, artystycznych wizji muzyki. Było dość sporo momentów, podczas których te próby owocowały efektami zdumiewającymi. Niezależnie od tego, czy było to jedynie dzieło przypadku, muszę stwierdzić, że pierwszej części wieczoru najbliżej było do osiągnięcia Mocy, nie będącej dziełem kalkulacji.

Drugi set przyszło mi oglądać z okolic baru, zza którego występ obserwował sam Mats Gustafsson, pierwszy saksofon Szwecji, jak również zasłużony zwycięzca wielu zeszłorocznych podsumowań. Przyznam szczerze, że w przypadku występu Macieja Obary, Piotra Damasiewicza, Ksawerego Wójcińskiego i Paala Nilssena-Love spełniły się moje obawy odnoście tej personalnej konfiguracji. Norweski perkusista niesłychanie zdominował charakter spotkania, a reszta muzyków sprawiała wrażenie jakby z wielką determinacją próbowali dotrzymać mu kroku, zapominając trochę o niuansowaniu spotkania własnym, odrębnym głosem. Było to płomienne free, galopujące, wyczynowe i w moim odbiorze niestety dość konwencjonalne. Owszem, można się było zatracić w kanonadzie dźwięków, podziwiać techniczną sprawność muzyków, jednak z chwilą zamknięcia oczu zdałem sobie sprawę, że równie dobrze mógłby to być zupełnie inny skład grający pod Paala Nilssena. Szkoda, bo Damasiewicz, Obara i Wójciński już nie raz potwierdzali, że są artystami charakterystycznymi. Niestety nie usłyszałem tego podczas niedzielnego występu – było to usilne krzesanie Mocy, z której zbyt wiele nie wynikało. Gustafsson niczym Mistrz Yoda odpuścił i nie został na drugiej części występu kwartetu.

W ten sposób dotarliśmy do finału – koncertu The Thing. Występu jak zwykle głośnego, jak zwykle żartobliwego w konferansjerce, jak zwykle brutalnego, intensywnego. „Jak zwykle” – to sformułowanie moim zdaniem najlepiej oddaje show, które Skandynawowie zaprezentowali niedzielnego wieczoru. „Show” wydaje się również dobrym słowem, ponieważ uderzył mnie pewien powtarzalny charakter występów tej formacji i nagle zdałem sobie sprawę, że przynajmniej od mojego ostatniego spotkania z The Thing, zespół ten nie rozwinął swego pomysłu na granie. Pewien niezwykle istotny aspekt nieprzewidywalności, przewrotności i zawadiackości, które tak bardzo niegdyś wychwalałem, nagle gdzieś uleciał. Był to par excellence koncert The Thing, którzy doskonale wiedzieli co zrobić żeby zjednać sobie audytorium – kiedy zaryczeć, kiedy przedąć riff, kiedy powiedzieć dowcip, kiedy wprowadzić groove. Raziła mnie w tym swego rodzaju kalkulacja, która mam nadzieję nie była świadoma, a bardziej wypływała chociażby ze zmęczenia długą podróżą z Węgier. Być może to ja popełniłem błąd, bo poszedłem na koncert The Thing, zatem The Thing otrzymałem i tylko szukam dziury w całym? Jednak nieznośnie towarzyszy mi uczucie, że trio odpuściło bezkompromisowość na rzecz odcinania kuponów od wizerunku. Tym razem zabrakło midichlorianów. Oczywiście był to koncert dobry i pod względem wykonawczym ciężko mieć do muzyków jakiekolwiek zastrzeżenia, są to profesjonaliści i wybitni mistrzowie swych instrumentów. Gdybym jednak nie musiał stać przez cały wieczór, to z pewnością nie podniósłbym się z krzesła tak jak zrobiła to lwia część audytorium. Po prostu niemal identyczne The Thing już kilkakrotnie płomiennie oklaskiwałem – niemiły rodzaj déjà vu.

Zatem finałem była Moc, ale przyrównałbym ją bardziej do tej drugiej, nakręconej po latach trylogii Lucasa, gdzie historia i mit padły ofiarą nadmiernej próby wejścia w wypracowaną przed laty konwencję. Mam nadzieję, że relację z kolejnego dnia rezydencji The Thing będę mógł zatytułować „Nowa nadzieja”.

 

Krzysztof Wójcik

 

PS: Dzięki wielkie dla Marcina Marchwińskiego, który niegdyś uchwycił The Thing w swym obiektywie.