Solistów trzech: Wacław Zimpel / Piotr Kurek / Kuba Ziołek

Solistów trzech

Wstęp

          „Opowiem inną przygodę dziwniejszą…” – tak zaczyna się „Kosmos” być może najdoskonalsza z książek Witolda Gombrowicza. Gombrowicz pisał solo, wiedział jak to robić, miał duże ego i potrafił je przekuć w dzieło. Pisarze to siłą rzeczy soliści, nawet jeśli pod względem intelektu i formy są tylko niesamodzielnym zlepkiem konwencji typowych dla epoki. Trochę inaczej jest z muzykami. Muzyka to przeważnie rodzaj gry zespołowej, dyscyplina „we współpracy”, której maksimum dostajemy – dajmy na to – podczas kolektywnej, swobodnej improwizacji, w zespole, gdzie następuje zjawisko zderzania się wielu różnych ego (w szyderczym tłumaczeniu „crushing eggs”).
Słuchając muzyki wszelakiej, dość szybko złapałem się na tym, że interesują mnie przede wszystkim poszczególni jej twórcy, nawet w obrębie większych składów. A już najbardziej jednostki, autorzy samodzielni, którzy odpowiadają za „produkty estetyczne” od początku do końca, odbijają w nich linie papilarne swej osobowości (tzw. „autentyczność”), bądź konkretnego konceptu formalnego (tzw. gra w konwencji lub gra konwencją). Właśnie dlatego lubię koncerty solo – są to prawdopodobnie najbardziej bezpośrednie momenty kontaktu z czyjąś twórczością, przekazem, wrażliwością, umiejętnością kreowania autonomicznej, zamkniętej/otwartej wypowiedzi. Osobiście „gram solo” na niniejszym blogu, wiec trochę wiem jak to jest. A jest ciężko, bo gdy grasz solo to tym bardziej zależy ci na jakości, jakość=ty, pełna odpowiedzialność w całej wolności i swobodzie. Artyści, do których wymienienia z imienia i nazwiska ten tekst właśnie zmierza, choć oczywiście nie tylko oni, wchodzą na pozycję pisarzy muzycznych światów, posługując się bogactwem języka dźwięków, stosując różne gramatyki, zachowując (lub gubiąc) własny akcent… Koniec wywodu natury ogólnej – gratulacje dla tych z Państwa, którzy są jeszcze z nami! A zmierzając do meritum…
Dzień po dniu w Warszawie wystąpili trzej twórcy, którzy w znacznej mierze decydują o jakości szeroko rozumianej polskiej muzyki alternatywnej: Wacław Zimpel w Pardon To Tu / Piotr Kurek i Kuba Ziołek w Narodowym Instytucie Audiowizualnym.

———————————————————————————

Wacław Zimpel

I. Ryzykowny interes…

Na chwilę obecną, jeśli chodzi o światek muzyki improwizowanej, chyba ciężko znaleźć w Polsce klarnecistę bardziej rozpoznawalnego na arenie międzynarodowej niż Wacław Zimpel. Muzyk zasłynął nie tylko jako doskonały instrumentalista, ale przede wszystkim kompozytor i lider. Talent Zimpla zyskał największy rozmach na zeszłorocznym krążku „Nature Moves” nagranym z To Tu Orchestra. Materiał epicki, o którym już miałem okazję pisać (tutaj), pokazał ewidentny dryf klarnecisty w stronę minimalizmu, a dzisiejsza, solowa aktywność potwierdza, że inspiracja amerykańską muzyką współczesną XX-wieku jest dla artysty jednym z najważniejszych punktów wyjścia. Obok tego mamy jazz, mamy muzykę etniczną… W Pardon To Tu usłyszałem jeszcze coś.

Był taki film z lat 80., nazywał się „Risky Businesss” z młodym Tomem Cruisem. Dokładnie z roku 1983, czyli tego samego kiedy urodził się Zimpel. Muzykę do filmu skomponował Tangerine Dream, a najbardziej znana scena, to ta, w której Tom jedzie miejską kolejką z młodą, urodziwą Rebeccą De Mornay (tutaj muzyka bez wideo, w trosce o niewinność najmłodszych czytelników). Gdy Wacław Zimpel podczas koncertu zapętlił organy, to cały czas miałem przed oczami nieopierzonego Cruise’a w miłosnym uniesieniu… Dość niefortunne skojarzenie, lecz dojmujące i kładące się wyraźnym cieniem na mojej recepcji koncertu. Edgar Froese z lat 80. był równie czytelny, co kolejni Youngowie, Reichowie i Riley’owie, do których Zimpel od początku występu robił dość wyraźne linki. Nie w tym jednak rzecz, bo właściwie lubię numer „Love on a real train”, bo dobra muzyka w windzie, to wciąż dobra muzyka (choć wciąż w windzie). Mam tutaj bardziej na myśli pewne rozrzedzenie, które dokonało się za sprawą dość mało finezyjnego zastosowania loopów i ogólnego przeładowania. Zimpel piętrzył kolejne warstwy samego siebie (na klarnecie/organach), by na koniec wskoczyć w tak skonstruowany, gęsty podkład z płomiennym solo.  Taki był de facto pomysł na cały koncert. Powstawała w ten sposób muzyka złożona, lecz również mocno przewidywalna, a wzniosłe wierzchołki tak budowanych struktur (wspomniane „płomienne solówki”) stały bardzo blisko przepaści kiczu. Pewne nieumiarkowanie było również dostrzegalne w liczbie instrumentów, na których Zimpel postanowił zagrać (3 rodzaje klarnetów, organy, 2 aerofony z Dalekiego Wschodu). Przy czym akurat ta różnorodność trochę urozmaicała hermetyczną loopową strategię. Najciekawszym momentem koncertu było fantastycznie zagrane, rytmiczne solo na dęciaku z północnej Tajlandii, instrumencie wynalezionym przed 3 tysiącami lat.

Na koncercie można było odnieść wrażenie, że Zimpel w programie solowym chce połączyć tradycję amerykańskiego minimalizmu z jazzem i muzyką etniczną, a wszystko skleić przy pomocy loop stacji. Ambitnie, ale też trochę za dużo – nie potrafiłem pozbyć się uczucia przeładowania. W występie solo chciałbym usłyszeć więcej samego artysty, a nie grania na pętli, do podkładu, nawet jeśli jest preparowany w czasie rzeczywistym. W efekcie powstała muzyka „niewygodnie wygodna”, zbyt oczywista jak na artystę tego formatu co Wacław Zimpel. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, gra solo to „ryzykowny interes”.

By rozrzedzić wiadro dziegciu miodem, polecam dwa albumy z tego roku, na których klarnecista prezentuje się od jak najlepszej strony. Free jazzowy Switchback oraz krążek „Green Light” kwartetu z Evanem Ziporynem, Hubertem Zemlerem i Gyanem Rileyem. Oba albumy wydane w zacnym, poznańskim Multikulti.

———————————————————————————

Piotr Kurek

II. Folktronica narodowa

Zobaczyć koncerty takich artystów jak Piotr Kurek i Kuba Ziołek, w sali z bardzo dobrą akustyką, za darmo? Tak się stało w Narodowym Instytucie Audiowizualnym. To budujące, że wreszcie doczekaliśmy się w stolicy miejsca, a którym z budżetu państwa (czyli „z naszych pieniędzy!”) promowana jest prawdziwie wartościowa polska muzyka. Muzyka aktualna i artyści znajdujący się w „kwiecie twórczym”. Tak własnie powinno być, a najlepszym tego dowodem była frekwencja – wszystkie miejsca siedzące, a nawet wszystkie schodki były zajęte. Koncert promowany był jako premiera drugiej (i ostatniej) płyty Starej Rzeki z gościnnym udziałem Piotra Kurka. Ostatecznie okazało się, że płyta nie dotarła, a gościnny udział polegać będzie na oddzielnym solowym koncercie – i bardzo dobrze, bo spotkanie na jednej scenie dwóch tak wyrazistych osobowości jak Kurek i Ziołek mogłoby poskutkować sygnalizowanym we wstępie zjawiskiem „crushing eggs”.

Trochę szkoda, że w opisie wydarzenia nie było powiedziane nic na temat premiery, którą w ostatnich dniach odnotował Piotr Kurek. Artysta wydał na początku miesiąca płytę „ACH-OCH” jako Heroiny (bandcamp). Album stanowi według mnie dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Kurka, bazującej na analogowym sprzęcie, na poły folkowych, charakterystycznych melodiach i wielu przenikających się warstwach najróżniejszych psychodelicznych dźwięków. Przy okazji jest to chyba najbardziej „przebojowy” materiał w karierze muzyka. Na „ACH-OCH” w glorii i chwale powraca surowy bit, który tak dobrze zaistniał na kasecie Piętnastki przed czterema laty (bandcamp). Poszczególne kawałki przesiąknięte są rytmem przywodzącym na myśl oldchoolowe techno, obok wskakują sample rozbujanej, „kowbojskiej” gitary, strzępki wokaliz, w tle słychać elektro puls… Jednocześnie materiał naznaczony jest oryginalnym „brzmieniem Piotra Kurka”, trochę futurystycznym, trochę retro i w dalszym ciągu onirycznym, przy całym energetycznym potencjale kompozycji. Wyraźna ewolucja, daleki sus na przód z zachowaniem jakości. Bardzo dobra płyta i kolejny ciekawy rozdział w karierze.

Heroiny - ACH-OCH

Jednakże koncert w Ninie nie prezentował numerów z „ACH-OCH”, tylko Piotra Kurka jako Piotra Kurka, a solowa twórczość muzyka jest obdarzona znacznie większym pierwiastkiem „outer-space”. Tutaj warunki akustyczne sali doskonale uwydatniły wszelkie niuanse pączkujących, permanentnie ewoluujących utworów. Występ pod względem zaprezentowanego materiału był dość podobny do tego, który Kurek zagrał na tegorocznym Lado w Mieście (relacja), ale w przestrzeni zamkniętej zabrzmiał bardziej soczyście. Tutaj również sama sytuacja odbioru była zupełnie inna niż w przypadku plenerowego koncertu – wspomagała nieustanne fokusowanie uwagi na dźwiękach. Kurek jest wprawnym narratorem, którego opowieść niepostrzeżenie zasysa odbiorcę we własne uniwersum, zabiera go na „dobrą wycieczkę”, tak ciekawą, że zakończenie każdorazowo wydaje się zbyt prędkie i trochę nie na miejscu.

 Stara Rzeka

Stara Rzeka, solowe dziecko Kuby Ziołka, to projekt-sensacja, o którym w ostatnich latach napisano bardzo dużo. Na fali popularności albumu „Cień chmury nad ukrytym polem” artysta nieomal dostał Paszport Polityki. Sequel w postaci płyty „Zamknęły się oczy ziemi” ma być jednocześnie zamknięciem wydawniczej historii Starej Rzeki. Bardzo dobrze. Postawienie kropki w momencie szczytowym to u muzyków rzadka umiejętność ( „Trzeba wiedzieć kiedy…” i tak dalej). A akurat Kuba Ziołek w ostatnich latach jest bodaj największym pracusiem polskiej alternatywy i na kolejne wydawnictwa pod innymi nazwami nie trzeba będzie długo czekać (nowe T’ien Lai już w drodze…).

Niemniej Stara Rzeka była projektem wyjątkowym, autorskim mariażem folku i gitarowego hałasu, drone’ów, psychodelicznych odlotów, klimatów prasłowiańskich. Duża w tym zasługa kontekstu, który jest charakterystyczny dla wszystkich przedsięwzięć Ziołka – nagrywanie albumu w specyficznych okolicznościach przyrody, tytuły kompozycji odwołujące do jednoznacznych kulturowo skojarzeń, pewien mistyczny potencjał. Artysta ukuł nawet nazwę własnej praktyki – „brutalizm magiczny”. Fenomen muzyka bardzo dobrze, niemal monograficznie na łamach Dwutygodnika zanalizowała Andżelika Kaczorowska (klik). Przy okazji koncertu w Ninie, Ziołek udzielił też ciekawego wywiadu, w którym samodzielnie opisuje siebie i Starą Rzekę (wideo). Wniosek płynący z nagrania jest jednoznaczny – Stara Rzeka to po prostu współczesna, swobodna wizja muzyki folk.

Był to bodaj piąty raz, kiedy miałem okazję słuchać na żywo Starej Rzeki i pierwszy, kiedy odbyło się to w warunkach ku temu odpowiednich (choć pewnie idealne byłyby Bory Tucholskie…). Trochę szkoda, że koncert rozpoczął się od razu po występie Piotra Kurka, sądzę, że choćby kilkuminutowa przerwa, reset, przysłużyłyby się lepszemu odbiorowi. Ziołek zaprezentował się na wstępie jako dobry konferansjer, bezpośredni i „inteligentnie zabawny”. Natomiast muzyka Starej Rzeki zabrzmiała… jak muzyka Starej Rzeki, w jej cięższej, gitarowo-elektronicznej odsłonie, z charakterystycznym piętrzeniem motywów i dbałością o fakturę. Koncert trochę stracił na spójności poprzez drobne przerwy między utworami i wspomnianą konferansjerkę, ale z drugiej strony bez nich byłby nazbyt przytłaczający, szczególnie po jednolitym, nieprzerywanym występie Kurka. Szkoda też, że Ziołek postawił niemal tylko i wyłącznie na potężne brzmienie. Zabrakło mi zdecydowanie większej ilości niuansów, takich jak choćby moment niespodziewanego wrzucenia w narrację kwadratowego techno bitu. Przez tę jednorodność koncert gubił napięcie, a niekiedy nawet nużył jednorodnością. W tym kontekście bardzo dobrze wypadła końcówka i pieśń „My Only Child”. Podobnych, delikatniejszych fragmentów jest na nowej płycie Starej Rzeki więcej i dziwię się, że Ziołek zrezygnował z nich podczas – było nie było – premierowego występu.

Podstawową, już stricte kuratorską, zaletą koncertów w Ninie było samo zestawienie artystów, którzy de facto stanowią dziś w dużej mierze o oryginalności i specyfice polskiej sceny, a w każdym razie pewnego jej segmentu. Mam nadzieję, że wydarzenia o podobnym ciężarze gatunkowym będą się odbywać w Narodowym Instytucie Audiowizualnym częściej – są ku temu świetne warunki lokalowe, a przede wszystkim jest wielki potencjał w polskiej muzyce i autorach ją tworzących.

Krzysztof Wójcik (((ii))) 

Reklamy

kIRk w Miłości / koncert premierowy

kIRk

Od premiery albumu „III” wydanego na początku wakacji minął już blisko kwartał. Emocje związane z długo wyczekiwanym krążkiem i transferem formacji do stajni Asfalt Records zdążyły już trochę opaść. Wreszcie po kilkumiesięcznej koncertowej wstrzemięźliwości kIRk powraca na scenę.

O klubie Miłość na Kredytowej można powiedzieć wiele różnych rzeczy, lecz nie sposób odmówić lokalizacji wyjątkowego klimatu, który zawdzięcza przede wszystkim przestrzeni. Trio zagrało pod gołym niebem na dzedzińcu przedwojennej kamienicy. Były to okoliczności wręcz idealne do prowadzenia nastrojowej, płynnej narracji, tak dobrze utrwalonej przez zespół na ostatnim albumie. kIRk potwierdził jednak po raz kolejny, że jest przede wszystkim składem bazującym na improwizacji. Kto oczekiwał odgrywania tematów z krążka, ten oszukał się w jakichś 90 procentach. Koncert zamknęła najdłuższa kompozycja zespołu wieńcząca „III”, natomiast cała reszta została oparta o nowe formy. Największym zaskoczeniem był numer otwierający występ – „Za ostatni grosz”, szlagier Budki Suflera, który kIRk poddawał stopniowej dekonstrukcji. Absolutnie nie był to pastisz, raczej kreatywne wykorzystanie znakomitego, arcy-rozpoznawalnego motywu melodycznego. Dubowo-eksperymentalne potraktowanie „klasyki polskiego rocka” z pokerową twarzą i świetnym rezultatem. Mogła to być dobra, bezkolizyjna inicjacja dla osób, które trafiły na koncert przypadkowo. Przez Budkę Suflera do kIRka? Czemu nie.

W dalszej części koncertu muzycy poszli za ciosem mocnego „rozpoczęcia-niespodzianki” i budowali opowieść z dużą swobodą i wyobraźnią, pozostając we własnym, illbientowym kluczu estetycznym. Trio wpuściło do muzyki nieco więcej światła hip-hopowych bitów i przestrzennej świeżości ambientu. Mroczne, duszne brzmienie tak często kojarzone z formacją było w ten sposób kilkukrotnie ciekawie przełamywane. Mimo tego, odniosłem wrażenie, że w drugiej połowie koncert odrobinę stracił impet i gładkie, płynne flow. Zrzucam to jednak na karb dłuższej przerwy w graniu na żywo. A kIRk jest zdecydowanie „zwierzęciem scenicznym”, które powinno występować częściej. Reszta relacji należy do Budki:

„Jaki jest wynik gry
Nie wiem, nie pytaj mnie,
Jak na imię tej grze,
Tego nie wiem już też.

Wczoraj tak było tak,
Nie znaczyło zaś nie,
Nie mieszało się nam
Czarne z białym co dzień.

Z drugiej strony mych snów
Wszystko lepszy ma smak,
Bo w powietrzu jest luz
I muzyka wciąż gra.”

A moją recenzję „III” przeczytacie TUTAJ na PopUpMusic.pl. Warto tę płytę poznać, nawet za ostatni grosz.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Piotr Kurek / LOTTO na Placu Zabaw

Piotr Kurek

Właściwie czekałem na te dwa koncerty od kiedy po raz pierwszy poznałem line-up tegorocznego Lado w Mieście. Niewielu jest w Polsce muzyków elektronicznych, których darzyłbym takim uznaniem i szacunkiem jak Piotra Kurka. Z dwóch powodów. Po pierwsze artysta nie zaliczył ani jednej skuchy wydawniczej, każda z jego płyt to przemyślana opowieść, immanentny świat dźwięków rządzący się własnymi prawami, obdarzony niezwykłym, trochę „baśniowym” klimatem. Po drugie – koncerty. Widziałem Kurka już wielokrotnie, na rozmaitych scenach, w wydaniu solo, z Piętnastką, dwukrotnie w towarzystwie Łukasza Rychlickiego (w tym raz z Pawłem Szpurą) i zawsze były to wyjątkowe wydarzenia muzyczne. Nie inaczej było na Placu Zabaw.

Przede wszystkim uznanie budzi wrażliwość z jaką artysta dostosował brzmienie i charakter koncertu do okoliczności miejsca i czasu. Kurek zastosował „slow power” w budowaniu onirycznej narracji, która rozlała się na nadwiślański bulwar w sposób nieinwazyjny, a jednak dojmujący. Strukturalna złożoność muzyki idzie tutaj w parze z dużym talentem i łatwością tworzenia subtelnych melodii, ewoluujących organowych polifonii. Dźwięki na poły futurystyczne, na poły old schoolowe, folkowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Kurek to „El Grande Hypnotizer”, elektroniczny kataryniarz, którego muzyka sprawia, że można się poczuć niczym tresowana małpka na sznurku psychodelicznego tripu. Świetny koncert, z całą pewnością jeden z lepszych podczas tegorocznej edycji Lado w Mieście. Mam nadzieję, że artysta niedługo przełamie wydawniczy impas pełnowymiarowym albumem, póki co pozostaje 7″ wydana w lutym w BDTA.

Z większością płyt muzyka można zapoznać się na bandcamp (niestety z wyjątkiem znakomitych „Innych Pieśni”). Instytut szanuje, więc propaguje:

Solo – https://piotrkurek.bandcamp.com/music

Piętnastka – https://pietnastka.bandcamp.com/

Suaves Figures – https://suavesfigures.bandcamp.com/album/nouveaux-gymnastes

————————————————————————-

LOTTO

Miałem cichą nadzieję, że Piotr Kurek wystąpi gościnnie z Lotto (nie byłoby w tym nic dziwnego zważywszy na wcześniejsze wspólne grania z Rychlickim i Szpurą), jednak tak się nie stało. Trochę szkoda, bo okazja była znakomita. Niemniej Lotto to skład samowystarczalny, fuzja trzech talentów i trzech różnych backgroundów, dzięki czemu trio gra  muzykę wymykającą się prostej kategoryzacji. Recenzując „Ask The Dust” (klik) stwierdziłem, że płyta – choć zdecydowanie udana – to nie wyczerpuje w pełni potencjału formacji, który najlepiej widać na koncertach. Cóż, mogę się ponownie podpisać pod tymi słowami. Na Placu Zabaw słychać było, że Lotto jest już muzycznie znacznie dalej niż na albumie (bandcamp). Przede wszystkim trio buduje na koncercie znacznie dłuższe formy. Panowie zaczęli od dynamicznego groove’u, z wyraźnie zarysowanym kontrabasem Mike’a Majkowskiego. Pod osłoną transowych repetycji znalazło się miejsce dla wielu drobnych niuansów gitarowych i perkusyjnych. Potem muzyka Lotto wyraźnie zwolniła, wyciszyła się, ale był to jedynie pretekst by na nowo cegiełka po cegiełce budować ścianę dźwięku. W obecnej odsłonie tria dużą rolę odgrywa rytm, a w zasadzie polirytmie, ponieważ nawet gitara Rychlickiego obok generowania ostrego jak brzytwa hałasu, operuje najczęściej w wyraźnych, choć często nieokrzesanych ramach rytmicznych. Muzyk z koncertu na koncert posługuje się noise’em w sposób coraz bardziej trafny i wyważony, nie unikając przy tym kontrastów i przejaskrawień. Kontrabas pełni rolę stabilnego i względnie oszczędnego ogniwa. Majkowski – w swoim stylu – skupia się bardziej na fakturze brzmienia instrumentu niż na technicznych popisach. Natomiast Paweł Szpura potwierdza, że jest jednym z bardziej kreatywnych i dynamicznych perkusistów. Otwarty, niedookreślony stylistycznie format Lotto doskonale pozwala mu na kanalizowanie energii i wyobraźni w najróżniejsze formy (to zresztą tyczy się wszystkich członków formacji). Mocny, szorstki, a przy tym stosunkowo minimalistyczny występ okazał się dobrym kontrastem dla marzycielskiej, ulotnej muzyki Kurka. Niemniej na Placu Zabaw można było doświadczyć dwóch strategii budowania dźwiękowego transu – podprogowej i bardziej brutalistycznej. Do wyboru, do koloru, co kto lubi. Efektem wieczór kompleksowy i wielce udany.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

T’ien Lai / Souvenir De Tanger na Placu Zabaw

Souvenir De TangerPod względem niepokojącego, elektronicznego klimatu, zahaczającego o brzmienia etniczne, był to prawdopodobnie najbardziej spójny wieczór koncertowy podczas tegorocznego Lado w Mieście. Zestawienie Souvenir De Tanger, czyli niezwykle obiecującego producenta czerpiącego z bliskowschodnich sampli, z obecną orientalno-ezoteryczno-klubową inkarnacją T’ien Lai, okazało się strzałem w dziesiątkę. Oba występy doskonale się uzupełniły.

Początek wieczoru należał do Wiktora Milczarka, artysty ukrywającego się pod szyldem Tangerskiej Pamiątki. Muzyk wszedł na scenę Placu Zabaw skąpaną w ostatnich promieniach zachodzącego słońca (a tego dnia mocno przygrzało…) i momentalnie wykreował zawiesistą ścianę dźwięku, na którą składały się początkowo niskie drone’y i gęste szumy. Po chwili z głośników zaczęły wylewać się również dalekie echa śpiewu muezina, zniekształcone dźwięki arabskich instrumentów – wszystko pod głośną, obezwładniającą falą pierwszego, noise’owego komponentu. Przysłowiową wisienką na torcie był bit. Milczarek ciął nim tę wschodnio-elektroniczną masę na porcje, dzięki czemu całość oddziaływała jeszcze silniej. Słuchanie tego brutalnego występu było jak wąchanie wypalanych przez Saddama Husajna pól naftowych, bądź oglądanie naturalistycznego dokumentu o dżihadzie. Muzyka Souvenir De Tanger jest mocno sugestywna i niesie ze sobą tego typu skojarzenia, a na żywo jeszcze bardziej zyskuje na sile, rozwija pomysły z płyt w sposób radykalny. Okoliczności przyrody również sprzyjały tej dusznej, agresywnej i jednolitej, linearnej wypowiedzi scenicznej. Gdy intensywność występu zaczęła mnie przerastać i powędrowałem w stronę baru, muzyka po chwili uległa wygaszeniu. Także timing niemal idealny. Rzadko kiedy elektronika potrafi mnie aż tak wciągnąć na koncercie. To dobrze wróży na przyszłość.

T'ien LaiOstatni raz widziałem T’ien Lai na żywo podczas występu, wtedy jeszcze duetu, w Pardon To Tu w połowie zeszłego roku (klik). Gdy wychodząc z Placu Zabaw przypomniałem sobie tamten koncert (swoją drogą bardzo ciekawy, bo połączony z występem duetu Jachna/Buhl) to ciężko mi było uwierzyć, że mam do czynienia z tym samym zespołem. T’ien Lai z płyty „Da’at”, to postapokaliptyczna, niepokojąca elektronika bazująca na radiowych samplach, przetworzonych gitarowych loopach, ekstatycznych drone’ach. Muzyka w dużej mierze linearna, o ambientowym potencjale. Tymczasem na Placu Zabaw pojawiło się czterech zamaskowanych jegomości, którzy zaprezentowali muzykę uber-rytmiczną z okolic etno-kosmik techno.

T’ien Lai to obecnie kwartet, którego jedynie połowa jest znana z imienia i nazwiska (Łukasz Jędrzejczak i Kuba Ziołek), dwaj pozostali członkowie wizualnie przypominają trochę duet BNNT przekwalifikowany na afrykańskie instrumenty perkusyjne (konga w roli głównej). To właśnie akustyczna sekcja rytmiczna wpływa obecnie najsilniej na brzmienie zespołu. Bębniarze przez około godzinny występ grali jak w transie, przeważnie bardzo szybki, gęsty, plemienny rytm (czasami okraszany uderzeniami w różnego rodzaju idiofony). Na tle motorycznych kong „oryginalne” T’ien Lai nawarstwiało psychodeliczne drone’y, a w dalszej części dorzuciło również elektroniczny bit. Efekt takiej mieszanki był podwójnie atrakcyjny. Po pierwsze pierwiastek performatywny powodował, że można się było poczuć jak podczas jakiegoś rytualnego obrządku – co potęgowały maski, dym i muzyk wychodzący z tamburynem w publiczność. Po drugie idealnie wyważony i skomponowany kontrast akustyczno-elektronicznego transu, który atakował na równi intelekt (pytanie: jak oni to robią?) i ciało (konstatacja: „nóżki nie oszukasz”). Zatem jeśli chodzi o T’ien Lai a.d. 2015, to można mówić nie tyle o ewolucji, co bardziej o rewolucji w podejściu do grania muzyki. I mówię tu o rewolucji zdecydowanie pozytywnej. Jeśli zespół zachowa dynamikę i swobodę rozwoju, to naprawdę nie mogę się doczekać kolejnych koncertów i płyt. Mam nadzieję, że najbliższa, nagrana jeszcze w duecie „Rotor Wołgograd”, ukaże się jak najprędzej, bo bardzo chętnie posłuchałbym już tej w wydaniu czteroosobowym. Tak czy inaczej, warto trzymać rękę na pulsie, bo T’ien Lai na Placu Zabaw zabrzmiało imponująco i obiecująco.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Innercity Ensemble na Placu Zabaw

Innercity7

Czas szybko leci, od ostatniego podwójnego albumu Innercity Ensemble minęło już półtora roku. Ten dystans słychać było podczas występu na Placu Zabaw, który stanowił swoistą rozgrzewkę formacji przed wyjazdem na Off Festival. Z Katowic – wedle kilku relacji – Panowie wrócili z tarczą, a nawet triumfalnie. Na podstawie warszawskiego koncertu nie jest trudno w te pogłoski uwierzyć.

Dla osób mających zacięcie encyklopedyczne pisanie o Innercity Ensemble to w 50-75% przytaczanie nazw zespołów, z których poszczególni muzycy się wywodzą. Nuda, ale znamienna. O tych zespołach słuchacze dysponujący elementarną wiedzą dotyczącą polskiej sceny niezależnej naczytali się już po stokroć. Dlaczego? Otóż dlatego, że tak zwana scena bydgosko-toruńska (okolice Milieu L’Acéphale) to w ostatnich latach prawdziwy fenomen. Członkowie Innercity rozsiani po rozmaitych składach, lub tworzący solo, przeżywają obecnie fantastyczny, twórczy okres. W zasadzie każdy spośród 7 muzyków kolektywu podpisał się ostatnio pod płytą bardzo dobrą (o kilku z nich można poczytać w aktualnym PopUp). Natomiast samo Innercity Ensemble to synergia – połączenie różnych artystycznych osobowości, skład demokratyczny, improwizujący i wyjątkowy w pejzażu polskich „big bandów”, ponieważ septet nie czerpie bezpośrednio z tradycji jazzowej – ona pojawia się niejako przy okazji bogactwa wszelkich pozostałych wpływów.

Innercity2

 Zespół – mimo dużej aktywności wszystkich muzyków na własnych polach – pozostaje na dobrą sprawę working bandem, dość regularnie jeżdżącym w trasy i wypuszczającym nowy materiał. Słuchając występu na Placu Zabaw można było odnieść wrażenie, że kolejny rozdział w karierze Innercity jest właśnie in statu nascendi.

Na narrację kolektywu głównie składa się mocno rozbudowana, czteroosobowa sekcja rytmiczna i to właśnie szeroko rozumiany „beat” był pierwszoplanowym bohaterem nadwiślańskiego koncertu. Rafał Iwański, Rafał Kołacki, Radek Dziubek i Tomek Popowski potrafią wspólnymi siłami wygenerować bardzo złożone polirytmie, które tworzą naturalne, gęste, lecz przyjazne środowisko dla hipnotycznych gitar Kuby Ziołka i Artura Maćkowiak. Na pozycji uprzywilejowanej znajduje się w zespole jedyny solista Wojciech Jachna, ponieważ trąbka ma do dyspozycji stosunkowo największy margines swobody. Niemniej Jachna korzysta z tej wolności w sposób subtelny i powściągliwy, dzięki czemu relacja tło/pierwszy plan pozostaje nieoczywista. Groove nieustannie ściera się z drobnymi niuansami brzmienia poszczególnych instrumentów (a jest ich na scenie multum) i elektroniki. Na dobrą sprawę mimo siedmioosobowego składu muzyka Innercity jest oszczędna, szalenie spójna, podporządkowana płynnym ewolucjom w budowaniu niezwykłej onirycznej atmosfery.

Jestem bardzo ciekaw kolejnego wydawniczego kroku formacji. Kolejne już doświadczenie koncertowe utwierdziło mnie w przekonaniu, że zespół dysponuje wciąż rosnącym potencjałem, który być może warto by było skrzyżować z udziałem jakichś „elementów zewnętrznych” na kolejnym krążku? Otwarta forma muzyki Innercity Ensemble wydaje mi się wprost stworzona do artystycznej absorpcji gości. Myślę, że w Polsce (i nie tylko) nie zabrakłoby chętnych do zagrania z jednym z najciekawszych big bandów w tym kraju – wejścia do wspólnej piaskownicy na muzycznym placu zabaw.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Warsaw Improvisers Orchestra na Placu Defilad

WIO1

Ostatni raz o Warszawskiej Orkiestrze Improwizatorów miałem okazję pisać jeszcze w zeszłym roku, w kontekście dużego, poszerzonego o chór koncertu w Pardon To Tu (klik). Od tego czasu partyzancki ensemble pod wodzą Raya Dickaty’ego regularnie występował w Chmurach, a w marcu zagrał na scenie Laboratorium CSW, słynącej ze znakomitej akustyki (oraz prestiżu). Tym razem Orkiestra zaatakowała przestrzeń miejską, uderzając wprost w serce tegorocznego, warszawskiego night life’u – w Plac Defilad, a dokładniej w placyk nieopodal Baru Studio. Był to prawdopodobnie największy koncert zespołu zarówno pod względem widzów (audytorium plenerowe, ciężko policzalne), jak i wykonawców (w kulminacyjnym momencie na scenie znajdowało się kilkadziesiąt osób).

Kto wie, czy koncerty w przestrzeni miejskiej nie są właśnie tymi najwłaściwszymi dla projektów takich jak WIO. Występy Orkiestry mają duży potencjał wizualny, są widowiskowe, a moc kolektywnego uderzenia jest w stanie onieśmielić. Jednocześnie otwarte, plenerowe koncerty są zdecydowanie najlepszym sposobem na dotarcie do szerszego grona odbiorców, do złowienia potencjalnych entuzjastów muzyki improwizowanej, którzy gdzieś tam jednak są (niczym „prawda” w Archiwum X). W dodatku tym razem występ WIO był zaledwie (finalną) częścią większego wydarzenia, spektaklu rowerowego „Złodzieje rowerów”, który odbywał się w kilku miejscach w Warszawie. Uczestnicy spektaklu zasilili w pewnym momencie szeregi Orkiestry i wystąpili jako kilkudziesięcioosobowy chór.

Specyfiką całego koncertu była napięta relacją pomiędzy głosem a muzyką, która nadawała wykonaniu specyficzny dziki, niemalże pogański pierwiastek. Można wręcz powiedzieć, że wokal/wokale dominowały nad instrumentami. Trudne warunki akustyczne często dawały o sobie znać, co najdobitniej obrazowały problemy ośmioosobowej sekcji dętej w wykrzesaniu mocy współmiernej do wokalu i sekcji rytmicznej (też mocno rozbudowanej – 3 perkusje, 3 basy i kontrabas). Także jeśli ktoś miał nadzieję posłuchać niuansów w dialogach skomasowanych saksofonów, to mógł się poczuć lekko zawiedziony. Kwestia nagłośnienia. Ale nie w tym rzecz. WIO to model kolektywu, a nie liderów i akompaniatorów. Jedynym liderem jest dyrygent, który – mówiąc najogólniej – kanalizuje energię poszczególnych części składu. Ray Dickaty potrafi to robić z wyczuciem, łatwością i dużą konsekwencją, dzięki czemu całość utrzymana jest w ryzach i nie odlatuje w jam session. Tym razem nacisk położony został na rytm i ekstatyczne, przejmujące wokale, kontrastujące ze zmasowaną sekcją dętą.

 WIO3

Brzmienie WIO przed Barem Studio w momentach szczytowych przypominało mi intensywność, dzikość i moc skandynawskiej supergrupy Matsa Gustafssona Fire! Orchestra (która w wersji trio zagrała na niedawnym festiwalu Match & Fuse). Jestem przekonany, że za sprawą tego występu Orkiestra pod wodzą Raya Dickaty’ego zapisze się w pamięci tych, którzy do tej pory mogli nawet nie wiedzieć o istnieniu podobnej inicjatywy. WIO to zjawisko na warszawskiej scenie muzycznej – niestety jak dotąd przez niewiele mediów zauważane. Być może najlepszą strategią żeby muzyka improwizowana trafiła pod strzechy, jest jej uprzednie wyjście na ulicę? Po sobotnim koncercie chyba wiele osób nie będzie miało nic przeciwko temu.

PS: Póki co – kolejny, regularny występ WIO w Chmurach 26.07

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Joshua Abrams Natural Information Society w Cafe Kulturalnej

Rosaly_Abrams1

To był już mój 3 raz z muzyką Joshuy Abramsa na żywo w mocno „gościnnym” formacie Natural Information Society. Właściwie odkąd po raz pierwszy usłyszałem kontrabasistę na żywo powracam na jego występy jak bumerang. Dotychczasowe koncerty Abramsa i Lisy Alvarado w trasach polskich (i nie tylko) uzupełniał wrocławski Mikrokolektyw ze skutkiem, najogólniej mówiąc, fenomenalnym. Tym razem duet z Chicago wspomógł perkusista Frank Rosaly, muzyk równie mocno osadzony w niezwykle bogatej i zróżnicowanej scenie Wietrznego Miasta. Chociaż Rosaly udziela się nie tylko w projektach o jazzowej proweniencji, dopełniając Natural Information Society to właśnie idiom free był tym najsilniej przezeń inkorporowanym i akcentowanym.

Muzyka samego Abramsa w tym projekcie ma charakter hybrydyczny, etniczno-improwizowany. Brzmienie składu determinuje z jednej strony afrykański instrument guimbri, nadający całości hipnotyczny, transowy puls oparty na minimalistycznych repetycjach. Natomiast drugim, niemniej istotnym komponentem muzyki NIS jest harmonium Lisy Alvarado, które tworzy dla oszczędnej improwizacji Abramsa bardzo klimatyczne, oniryczne tło. Artystka okazjonalnie też posługuje się gongiem. Na dobrą sprawę tego typu duet aż prosi się o „zaburzenie” formuły przez czynnik zewnętrzny i w tym wypadku Rosaly zdecydowanie się sprawdził. Perkusista dysponuje bardzo szeroką paletą środków wyrazu, jednak nie serwuje jej na oślep i raczej stroni od uprawia woltyżerki. Jednocześnie muzyk pracował niemalże non-stop i gdy włączał się do gry (a wyłączał się z rzadka) w zasadzie cały czas wydawał z zestawu rozmaite dźwięki, zręcznie wplatając je w strukturę całości. Przy okazji nie przytłaczał, choć niekiedy uderzał w mocny groove, wprowadzając muzykę NIS w obszary bardziej dynamiczne, energetyczne, wręcz zadziorne. Niewykluczone, że właśnie w tę stronę projekt podąży na kolejnym krążku, którego premiera już niedługo.

Rosaly_Abrams2

 Joshua Abrams to muzyk o bardzo wyrazistej koncepcji artystycznej, która w formacie Natural Information Society jest w stanie osiągać bardzo wysokie, a zarazem spójne pułapy estetyczne. Warto zaznaczyć, że na koncercie w Kulturalnej Abrams niemal równie długo co na guimbri grał na kontrabasie, czyli na swoim podstawowym instrumencie. Nie wiem nawet czy tym razem nie zrobił na mnie większego wrażenia korzystając właśnie z tego narzędzia.

Występ miał charakter bardzo kameralny jak na koncerty w Cafe Kulturalnej. I bardzo dobrze. Doskonałym posunięciem było rozstawienie krzeseł – muzyka NIS idealnie nadaje się do siedzącej kontemplacji. Trochę zdziwiła mnie umiarkowana frekwencja, ale biorąc pod uwagę, że na mieście działo się tego dnia sporo, to i tak organizatorzy nie mają na co narzekać. Podobnie sam Abrams, który (już tradycyjnie) zebrał w Warszawie gorące brawa, bisował i prawdopodobnie powróci znów za jakiś czas. Może z innym projektem? Wtedy zdecydowanie powinien przyciągnąć więcej odbiorców. Ja z pewnością kolejnych wizyt Abramsa nie przegapię – słuchanie takich muzyków to czysta przyjemność.

PS: Polecam lekturę wywiadu z Joshuą Abramsem na łamach PopUpMusic.pl (klik).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

TRANS/WIZJE 6: bonusy wizualne

Ostatnio miałem okazję recenzować drugi dzień tegorocznego festiwalu TRANS/WIZJE dla PopUpMusic.pl. Zagrali kolejno: Księżyc, Kapital, Rashad Becker, Oren Ambarchi, Phurpa.

TUTAJ możecie sobie przeczytać tekst, a poniżej dorzucam większą porcję zdjęć i wideo-niespodziankę, krótki fragment występu zespołu Phurpa. Rosjanie posługują się pradawną, tantryczną techniką wokalną, robiącą na żywo niesamowite wrażenie.

Enjoy!

 

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Rodrigo Amado Motion Trio + Peter Evans w Pardon To Tu

Amado Motion Trio + Evans 2

Są koncerty pozostawiające recenzenta w impasie niepohamowanego entuzjazmu. Tak, to był jeden z nich. Muzykiem, który ma wszelkie predyspozycje do generowania podobnych reakcji jest Peter Evans. Trębacz-zjawisko, posługujący się instrumentem z taką łatwością, jakby był on integralną częścią ciała. Największą siłę rażenia Evans objawia właśnie w sytuacji występu na żywo. Podczas czwartkowego wieczoru w Pardon To Tu Amerykanin był gościem znakomitego zespołu Rodrigo Amado Motion Trio. I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały, że trębacz skradnie Portugalczykom występ, to wcale tak się nie stało, co świadczy jedynie o dużej klasie zarówno Evansa, jak i samego Motion Trio. Tego wieczoru wszyscy artyści obecni na scenie zaprezentowali możliwości najwyższej próby, funkcjonując niczym jeden cholernie sprawny i nieprzewidywalny mechanizm.

W tym koncercie było coś bezlitosnego. Muzycy operowali językiem współczesnego free jazzu z prawdziwą maestrią, prowadząc wypowiedź niemalże nieustannie na najwyższych obrotach, nie pozwalając sobie (i słuchaczom) na choćby chwilę wytchnienia. Momentów wolniejszych, nie mówiąc już o spokojnych, było naprawdę bardzo niewiele, a sama zasadnicza część występu trwała półtorej godziny. Ze sceny spływał nieustanny, rwący potok dźwięków, które były pewne siebie w stopniu graniczącym z bezczelnością. Jednocześnie nie był to bełkot, nie czułem monotonii. Widmo przegadania, przekombinowania, przefajnowania stanowi chyba największe zagrożenie dla koncertu, w którym wodze ekspresji zostają popuszczone w sposób tak swobodny. Kto w zasadzie dzierżył lejce? Kto to kontrolował? Ciężko powiedzieć – energia oscylowała non stop pomiędzy wszystkimi narratorami tej opowieści, nawet gdy wycofywali się na dalszy plan.

Mira_Evans_Amado2

Właśnie z dalszego planu rozpoczął występ Peter Evans, który zabrał głos dopiero po pewnym czasie, w sumie jak na gościa przystało. Był to już trzeci występ trębacza na scenie Pardon To Tu po spektakularnym solo (klik) i monumentalnym koncercie z własnym kwintetem (klik). Kto wie, czy właśnie rola „muzyka  bonusowego”, po części zwolnionego z ciągnięcia występu, nie była dla niego tą, w której mógł się pokazać z najciekawszej, najbardziej elastycznej strony. Rozpędzone frazy free (obficie wykorzystujące circular breathing) sąsiadowały ze znakami firmowymi artysty, takimi jak: dudniące, niskie, wręcz drone’owe „pożeranie mikrofonu trąbką”, zabawy perkusyjnymi możliwościami i sonorystyką instrumentu. Gra Amerykanina doskonale wpisywała się w poetykę tria i nie przytłaczała wirtuozerią reszty zespołu. Rodrigo Amado jest saksofonistą stosunkowo zrównoważonym, budującym wypowiedź intensywną niespiesznie, ale dosadnie i konsekwentnie. Przy okazji ma dużą wrażliwość melodyczną, dla której bardziej szalone i dynamiczne artykulacje Evansa były znakomitym kontrapunktem. Niskie brzmienie tenoru Amado i przeszywające frazy trąbki działały na zasadzie synergii. Artyści wpływali na siebie zdecydowanie stymulująco i nawet sporadyczne, dęte „walki na przechwałki” miały cechy pasjonującej wymiany zdań.

Gabriel Ferrandini

Gabriel Ferrandini jako fundament rytmiczny składu zrobił na mnie chyba jeszcze większe wrażenie niż podczas koncertu RED Trio w CSW przed dwoma tygodniami (klik). Świetny timing i stopniowanie dramaturgii. Perkusista siedzi na specyficznym wysokim stołku, dzięki czemu dominuje nad zestawem, co przekłada się na bardzo mocne, energetyczne brzmienie (to w sumie moja hipoteza…). Wiolonczelista Miguel Mira płynnie przechodził od czysto rytmicznej gry palcami do przenikliwych fraz budowanych smyczkiem, które śmiało wdzierały się między dęciaki. Nie potrafię powiedzieć czy większe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty grane przez kwartet kolektywnie czy w podgrupach, ponieważ jedne bez drugich nie miałyby swojej siły. Aż ciężko uwierzyć, że to był pierwszy wieczór wspólnej trasy.

Co tu dużo pisać – to był naprawdę znakomity, porywający koncert. I chyba najlepszy free jazz, jaki słyszałem w tym roku na scenie Pardon To Tu. Zobaczyć na żywo w odstępie tygodnia Nate’a Wooley’a (klik) i Petera Evansa, jednych z najciekawszych amerykańskich trębaczy młodego pokolenia, to duża rzecz. Naprawdę duża.

więcej zdjęć/more photos

Krzysztof Wójcik (((ii)))

„Noise clarinet” – Piotr Mełech solo w Mózgu Powszechnym

Piotr Mełech 1

Zacznijmy konfesyjnie. Mam słabość do klarnetu, a klarnet basowy jest dla mnie niekwestionowanym królem klarnetów. Lubię soniczną dwubiegunówkę, ciepło-szorstkie, przeszywająco-delikatne brzmienie tego instrumentu. We właściwych rękach klarnet może być prawdziwie spektakularnym narzędziem muzycznym. Tutaj większy nacisk kładę oczywiście na owe „właściwe ręce”, bo jeśli te mają do czynienia z właściwym instrumentem, to zawsze jest szansa na cuda. W Mózgu solowy program na klarnet i prąd zaprezentował Piotr Mełech, muzyk dotychczas najmocniej związany ze sceną poznańską, a od jakiegoś czasu mieszkający i aktywnie działający w Warszawie. W swojej karierze grywał już z takimi zagranicznymi sławami jak Mats Gustafsson, Clayton Thomas, Fred Lonberg-Holm, czy Michael Zerang. Autorski program nazwałbym raczej rodzajem muzycznego performansu, w którym eksperyment był na pierwszym miejscu, a klarnet jednym z kilku środków artystycznej wypowiedzi.

Piotr Mełech 2

Gdy wszedłem do Mózgu zobaczyłem Mełecha na scenie otoczonego plątaniną kabli, dużą liczbą efektów i rozmaitych elektronicznych zabawek. Ten widok przypominał trochę laboratorium szalonego naukowca. Okazało się, że dopięcie technikaliów trochę potrwa, jednak samo obserwowanie przygotowań można było potraktować jako „odkuchenne” widowisko. Występ poprzedziła projekcja filmu autorstwa Mełecha. Około 10-minutowy obraz rozpoczął się od amorficznych, kolorowych plam, korespondujących z równie  abstrakcyjną muzyką, wypadkową noise’u i ambientu, budowaną na bazie klarnetu i elektronicznych preparacji. Film przeplatały ujęcia realistyczne, przedstawiające żydowski cmentarz. Okazało się, że jest to nekropolia z Lubaczowa, rodzinnej miejscowości artysty ogrodzona blaszanym płotem, którego zbliżenia złożyły się na psychodeliczne ciągi ujęć. Mełech po projekcji w kilku zdaniach opisał genezę powstania filmu jako spontaniczną rejestrację telefonem komórkowym. Miała to być próba przepuszczenia znanych obrazów przez soczewkę artystycznej estetyzacji. Efekt określiłbym jako niepokojący i lekko surrealistyczny. Te pierwiastki dobrze zasygnalizowały dalszy rozwój wypadków.

Piotr Mełech + cień

Noise clarinet… Bardzo trafnie, adekwatnie do rzeczywistości zatytułowane przedsięwzięcie. Instrument  często stanowił dla Mełecha jedynie pretekst do zanurzenia się w elektronicznych eksperymentach, wyjątkowo dobrze funkcjonujących w niewielkiej przestrzeni klubu. Raz były to jednostajne plamy noise’u, kiedy indziej partie bardziej zrytmizowane o różnorodnym, trochę industrialnym brzmieniu. Elektryczna aparatura podłączona do klarnetu ciekawie podkreślała i eksponowała sonorystykę instrumentu, która następnie była przez artystę przetwarzana w dźwięki zupełnie nieprzewidywalne. Niekiedy Mełech w ogóle odkładał dęciak i skupiał się na zabawie efektami. Natomiast gdy sięgał po klarnet basowy koncert przybierał wręcz klasyczne oblicze. Muzyk dysponuje dość rozkołysaną frazą, częstokroć układającą się w melodyczne wariacje. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie duża wrażliwość w operowaniu cichymi partiami, którymi Mełech umiejętnie przeplatał wypowiedź na klarnetach. Te subtelniejsze momenty ciekawie kontrastowały z brutlistyczną, agresywną elektroniką. Przypomnijmy – brutalizm architektoniczny kładzie nacisk na przestrzeń, konstrukcję i właściwości materiałów w celu uzyskania formy surowej. Według mnie właśnie taka forma w Mózgu powstała.

Mełech - Kacperczyk

Na bis dołączył do klarnecisty Łukasz Kacperczyk, który wziął na siebie ciężar operowania brzmieniami syntetycznymi, raczej wyciszonymi, nawiązującymi bardziej do ambientu czy kosmische musik. Początkowo Mełech nawiązał z Kacperczykiem elektroniczny dialog, by po chwili sięgnąć po klarnet basowy. Lubię tego rodzaju bisy, które są w zasadzie oddzielnymi mini-programami artystycznymi, które coś wnoszą. Duet zagrał krótko, acz ciekawie, budując powoli narastającą wypowiedź skonstruowaną z wielu mikro-detali. Słychać było, że muzycy wyznają podobną, a w każdym razie komplementarną, filozofię improwizowania. Nic w tym zresztą dziwnego, ponieważ Panowie występują wspólnie w kilku projektach, jak chociażby Cukier, czy ostatnio przeze mnie recenzowane Sounds Of The Night Sky (klik). Na sam koniec klarnet wybrzmiał jeszcze raz samodzielnie i tym samym domknął nieco chaotyczną, lecz zdecydowanie intrygującą całość występu.

Mełech zaprezentował się jako artysta poszukujący, swobodnie operujący kilkoma muzycznymi językami. Niekiedy eksperymenty w łączeniu klarnetu z elektroniką nasuwały mi skojarzenia z Jeremiahem Cymermanem. A to porównanie zdecydowanie pozytywne. Koncert w Mózgu odbieram jako pokaz szerokiego spektrum możliwości i nieskrępowanej wyobraźni. Wydaje mi się, że solowa muzyka Mełecha jest dopiero w procesie krystalizacji. A może właśnie próbuje się tej krystalizacji wymknąć, sytuując się na niezapisanych marginesach wolności i intuicji? Tak czy inaczej otwarte, ryzykanckie podejście Mełecha do tzw. „dźwiękowej materii” zrobiło na mnie wrażenie i z całą pewnością warto śledzić dalszy rozwój wypadków.

Krzysztof Wójcik (((ii)))