Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Jacek Mazurkiewicz – 3FoNIA – w Pardon To Tu

Jacek Mazurkiewicz1

Pamiętam jak przed kilkoma miesiącami widziałem koncert Jacka Mazurkiewicza w Eufemii. Wówczas na sali było maksymalnie kilkanaście osób, a kontrabasista znajdował się na etapie pracy nad debiutanckim solowym krążkiem. Występ w Pardonie stanowił część trasy promującej album „Chosen Poems” (o którym więcej w swoim czasie) i był to pierwszy koncert Mazurkiewicza po supportowaniu dwóch występów Swans. Jak widać, nawet na papierze (papierze?) brzmi to dość doniośle.

3FoNIA to projekt, w którym tradycyjne brzmienie kontrabasu jest zaledwie pretekstem do budowania narracji elektroakustycznej. W efekcie akustyczny fundament instrumentalny bardzo często ginie, zaciera się, a dźwięki na żywo samplowane i przetwarzane, ulegają transformacji w futurystyczne formy bliższe noise’u, czy muzyki ambient. Jednocześnie kontrabas i improwizacja w dalszym ciągu są podwaliną estetyki jaką Mazurkiewicz prezentuje. W porównaniu z bardzo dobrym koncertem z Eufemii tym razem narracja artysty była bardziej nieuporządkowana i trochę chaotyczna. Widać było, że momentami brzmienie całości wymyka się i nie idzie do końca po myśli autora, chociaż nieustannie próbował je skrupulatnie porządkować. Elektronika wykazywała nieco mniejszą subordynację niż przed paroma miesiącami – tym razem osmoza pomiędzy nią a instrumentem zachodziła na nieco bardziej szorstkich zasadach. Mazurkiewicz rozpoczynał każdą z dwóch części koncertu wstępem unplugged, po czym miarowo przystępował do preparacji dźwięku, kierowania go na inne tory. Pierwsza połowa dryfowała w stronę ambientalnej psychodelii, dla której momentem kulminacyjnym było wykorzystanie kamertonów podtykanych do mostka instrumentu. Druga część występu upłynęła pod znakiem akustycznie generowanego noise’u, monumentalnej kompozycji „Karkowski” będącej hołdem dla niedawno zmarłego artysty. Utwór jest chyba najlepszym przykładem jak radykalnie w swych eksperymentach Mazurkiewicz jest w stanie się posunąć.

Jacek Mazurkiewicz 3

Był moment podczas pierwszej części występu, kiedy na chwilę zamknąłem oczy. Jak je otworzyłem to na scenie stał tylko kontrabas, Mazurkiewicz zniknął jak Houdini, mimo że zapętlony dźwięk w dalszym ciągu roznosił się po sali. Okazało się, że muzyk zapomniał pałek perkusyjnych i pobiegł po nie na backstage. To była dość symptomatyczna sytuacja dla wieczoru, podczas którego muzyka i pewien rodzaj rozkojarzenia raz dawały efekty znakomite, raz zaskakujące, a kiedy indziej konsternowały i pozostawiały wrażenie nie do końca wykorzystanego potencjału, który gubił się w chaosie. W związku z tym wieczór był interesujący z performatywnego punktu widzenia, natomiast całościowo pozostawił we mnie odczucia ambiwalentne. Niemniej z chęcią wybiorę się na kolejny solowy występ Mazurkiewicza, ponieważ jego artystyczna nieprzewidywalność i nieokrzesanie w połączeniu z bardzo dobrym warsztatem instrumentalnym i eksperymentalnym zacięciem niejednokrotnie dają efekty spektakularne. Póki co najlepszą okazją żeby się o tym przekonać jest album 3FoNII „Chosen Poems”, natomiast na koncertach można spodziewać się niespodziewanego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Jacek Mazurkiewicz solo w Eufemii

20140805_215235

Odkąd obejrzałem wideo promujące 3FoNIĘ, solowy projekt Jacka Mazurkiewicza, nie wahałem się ani chwili z pójściem na wtorkowy występ kontrabasisty w warszawskiej Eufemii. Inowrocławski artysta od wielu lat występuje w szeregach rozmaitych składów autorskich, grywał również z wybitnymi osobowościami takimi jak Andrzej Przybielski, czy Mikołaj Trzaska. Jedynie w tym roku muzyk, jako członek Pulsarusa przyczynił się do powstania bardzo solidnej płyty „Bee Itch”, natomiast w składzie o połowę mniejszym (wraz z Robem Brownem i Danielem Levinem) powołał do życia album „Day In The Life Of The City”, będącą czymś w rodzaju muzycznej pocztówki z wycieczki po Polsce. Jednym słowem – podobnie jak większość muzyków improwizujących – Jacek Mazurkiewicz ma pełne ręce roboty. Koncert w Eufemii był w pewnym sensie testowaniem na żywo strategii artystycznej, która już w najbliższych miesiącach zostanie spetryfikowana na krążku i wydana pod szyldem 3FoNIA. Jeżeli Mazurkiewiczowi uda się skrzesać na albumie podobnie spójną, wielobarwną i wciągającą muzyczną opowieść, to bez wątpienia będzie można mówić o jesiennej premierze w kategoriach wydarzenia.

20140805_215432

3FoNIA to w zasadzie „jedynie” kontrabas, sampler i rzecz jasna muzyk. Jak powszechnie wiadomo występy solowe to występy trudne, wymagające, jednak przez swój wyjątkowo intymny, bezpośredni charakter mają potencjał do przepoczwarzenia się niekiedy w widowiska jedyne w swoim rodzaju. Tak było tym razem. Koncert został podzielony na dwa długie sety oraz nieco krótszy bis. Początkowo Mazurkiewicz powoli rozwijał intensywność narracji za pomocą smyczka, jednak po pewnym czasie, dzięki wykorzystaniu samplera, muzyka zaczynała pączkować, bogacić się o kolejne warstwy. Podobna strategia towarzyszyła drugiej części koncertu, którą zdominowała z kolei gra palcami, bardziej rytmiczna, niekiedy tworząca szczątkowy groove. Kontrabasista generował poszczególne sample w czasie rzeczywistym, nie posługując się uprzednio przygotowanymi prefabrykatami. Robiło to duże wrażenie, szczególnie biorąc pod uwagę niezwykłą spójność powstającej struktury. Dźwięki płynnie ewoluowały od ambientalnej kameralistyki do brzmień ocierających się o eksperymentalną muzykę elektroniczną, jednak jest to kategoryzacja niewyczerpująca sprawy, ponieważ gra Mazurkiewicza miała raczej charakter ponadgatunkowy. Przypominała układanie domku z kart, pochodzących z różnych talii, jednak nie zaważało to na harmonii finalnej konstrukcji. Artysta poddawał instrument preparacjom, dzięki którym uzyskiwał efekty sonorystyczne nietypowe dla tradycyjnego kontrabasu. Uderzając pałeczkami w dobrze nagłośniony mostek generował głębokie perkusyjne fragmenty, które następnie stawały się podkładem rytmicznym, bitem. Innym razem wprawiane w drgania kamertony wytwarzały hipnotyczne plamy dźwięku, przypominające grę na kieliszku. Wszystkie te zabiegi spięte estetyczną wizją Mazurkiewicza złożyły się na klarowny muzyczny przekaz utrzymany w formie molowej, raczej sennej, lecz zdecydowanie pozbawionej monotonii – muzyka nieustannie wędrowała do przodu w sposób linearny. Świetny soundtrack dla wyobraźni.

20140805_215321

Koncert okazał się – przy całym swym eksperymentalnym potencjale – zaskakująco dobrze przyswajalny, wręcz odświeżający, w większości improwizowany, lecz pozbawiony chaotyczności (często z improwizacją utożsamianą). Być może na harmonijnym i kojącym charakterze występu zaważyło doświadczenie, jakie Mazurkiewicz pozyskał w intrygującym muzyczno-terapeutycznym projekcie Gabinet Masażu Ucha Wewnętrznego, który współtworzy z Patrykiem Zakrockim? Niewątpliwie dla osoby powracającej wprost z dużego festiwalu wtorkowe dźwięki kontrabasu były niczym balsam, który w stosunkowo kameralnych okolicznościach Eufemii (20-30 osób) zadziałał doskonale.

Na kolejne solowe koncerty Jacka Mazurkiewicza Instytut Improwizacji z pełną odpowiedzialnością daje stempel highly recommended.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik