Echoes of Yul (Ucho Gmachu #2) / Bachorze (Chrobot #13)

Ucho Gmachu, cykl koncertów w warszawskim Muzeum Narodowym, skłania do refleksji nad relacją przestrzeni i dźwięku, nad rolą kontekstu miejsca dla percypowania muzyki.  Po występie duetu HATI w Galerii Faras (relacja), Echoes of Yul zagrało w Galerii Sztuki Średniowiecznej w otoczeniu oryginalnych Chrystusów, Matek Boskich, świętych i męczenników w wersjach 2 i 3D.

DSCF6979

Echoes of Yul to de facto projekt jednego człowieka, Michała Śliwy. Muzyka EoY jest dość oryginalną mieszanką post rocka (moje skojarzenia wiodą do Mogwai), metalowych, mocniejszych uderzeń, ale też bardziej melancholijno-impresyjnych tematów melodycznych, odwołujących się do ambientu. Narracja budowana przez Michała Śliwę jest złożona z wielu elementów, ma duży potencjał ilustracyjny, słuchając chociażby ostatniej płyty „The Healing” (klik) w głowie pojawiają się obrazy, wyobraźnia zaczyna pracować. Konfrontacja dźwięków Echoes of Yul z przestrzenią silnie oddziałującą na odbiorcę warstwą wizualną, można uznać za posunięcie inteligentne, choć ryzykowne.

20160426_201840

Średniowiecze nie jest moim ulubionym okresem w historii sztuki (z kilkoma wyjątkami, abstrahującymi od przedstawień stricte sakralnych), w związku z tym podejrzewałem, że skupię się głównie na muzyce. Tymczasem niespodzianka. Właściwie przez 95% czasu trwania godzinnego koncertu przemierzałem sale Muzeum Narodowego, przypatrując się sztuce średniowiecznej, która dzięki futurystycznym, mrocznym dźwiękom Echoes of Yul, nabrała ciekawszego, niepokojąco-groteskowego charakteru. Pogwałcenie mitycznej (kościelno-)muzealnej ciszy okazało się zbawienne dla odbioru eksponatów, które zaczęły angażować uwagę bardziej niż sama muzyka. Koncert pełnił tutaj istotną funkcję katalizatora, umożliwiającego unikalne przeżycie audiowizualne, z gatunku „site specific”. Relacja muzyki i przestrzeni okazała się komplementarna i silniej oddziałująca niż pojedyncze elementy składowe. Zadziałała synergia, która (jeśli dobrze odczytuję ideę Ucha Gmachu) pozwoliła na poszerzenie doświadczenia muzealnego, na zmianę perspektywy odbioru. W moim przypadku zdecydowanie się udało, chociaż zwykle gdy odwiedzam galerie/muzea samotnie, to mam na uszach słuchawki – rodzaj niegroźnego zboczenia, które „serdecznie polecam”. Szczególnie w obliczu nadchodzącego majowego armagedonu pt. Noc Muzeów. Uwierzcie mi, jako ex-muzealnik wiem co mówię.

[kolejny koncert w cyklu Ucho Gmachu zagra Akpatok Ensemble 17 maja w Galerii Dawnego Malarstwa Europejskiego / wstęp wolny, ale liczba miejsc ograniczona, obowiązują zapisy, a ich start 4 maja o 19 TU]


Trio Bachorze na Chrobocie #13

Bachorze

Kolejnym muzycznym cyklem, o którym słów kilka, jest Chrobot (fb), organizowany przez Miłosza Pękalę, członka zespołu Kwadrofonik w sali prób przy Aktywnym Domu Alternatywnym, ADA Puławska. Koncerty-Chroboty odbywają się z mniej więcej miesięczną regularnością i każdorazowo prezentują co najmniej dwa występy, dokumentowane w formie nagrań audio/wideo (jakiś czas temu pisałem o edycji nr 8 tutaj). Niestety nie zdążyłem na pierwszą część wieczoru, czyli Chrobocik (Feliks Zemler z ojcem Hubertem), ale udało mi się dotrzeć na cały koncert młodego poznańskiego składu o wdzięcznej nazwie Bachorze.

Bachorze - Okoły Gnębione Wiatrem

Kaseta „Okoły gnębione wiatrem” (klik), wydana przez trio w labelu Pawlacz Perski, to bardzo intrygująca, nastrojowa mieszanka popsutego bluesa, noise’u, drone’ów i free impro. Więcej o tym wydawnictwie napisałem do nowego PopUpMusic.pl, którego premiera już niebawem, zatem tyle o samej kasecie (chociaż już teraz polecam). Zachęcony nagranym materiałem, byłem bardzo ciekaw jak Bachorze brzmi na żywo. Występ na Chrobocie był ostatnim podczas krótkiej trasy promującej „Okoły…”, które w sali przy Puławskiej 37 gnębił nie tyle wiatr, co nieprzewidywalny wiosenny chłód. Temperatura rzeczywiście trochę utrudniała grę, niemniej Bachorze zagrali przyzwoity, około 40 minutowy set.

Podobała mi się w tym koncercie wrażliwość muzyków na budowanie wspólnego brzmienia, dokładanie własnych elementów (preparowana gitara/saksofon barytonowy/syntezator modularny) było skoncentrowane na tworzeniu demokratycznego, brudnego strumienia dźwięków.  Bachorze grają w dużym skupieniu, a pojawiające się tematy zmierzają w rozwinięciach ku abstrakcji, instrumenty zatracają cechy dystynktywne, zaczynają po prostu wydawać odgłosy wpisujące się w duszny, transowy klimat całości. Brzmienie tria było momentami na tyle gęste, że niemalże popadało w ślepą uliczkę „permanentnego nagromadzenia” i tu paradoksalnie lekarstwem okazało się kolejne, niespodziewane źródło dźwięku – Miłosz Pękala subtelnie dogrywający niskie akordy na fortepianie. Odniosłem wrażenie, że sami muzycy dopiero po chwili zorientowali się, że mają w składzie jednego pasażera na gapę, niemniej podeszli do sytuacji profesjonalnie i rozwinęli całość w potężny, posępny finał. Bardzo fajny mini-niuans na zakończenie intensywnego koncertu.

Bachorze zdecydowanie mają potencjał, a ich estetyka dobrze wpisała się w eksperymentalny program Chrobotu. Podczas kolejnej, 14 edycji zabrzmi m.in. kompozycja „In C” Terry’ego Rileya, w której wykonaniu mają uczestniczyć wszystkie osoby zgromadzone w salce przy Puławskiej… Zatem warto trzymać rękę na pulsie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

BONUS: „Statement 2016, czyli 2 zdania na 2 urodziny Instytutu Improwizacji”

Teksty na tym blogu odpowiadają  zwykle (na swój sposób) na 3-4 pytania: „Co?”, „Gdzie?”, „Jak? / Dlaczego?”. W ten sposób uprawiam aktywną krytykę uczestniczącą, dla której kategorie czasu i miejsca mają zasadnicze znaczenie.

Piotr Mełech & Ksawery Wójciński w ADA Puławska

Mełech & Wójciński

Trzecie – jak dotąd – spotkanie Piotra Mełecha i Ksawerego Wójcińskiego w formacie duetu rozegrało się w wychłodzonych przestrzeniach mokotowskiego klubu ADA Puławska. Nie jest to miejsce jakoś szczególnie nastawione na scenę impro (pomijając może eksperymentalny cykl Chrobot, o którym pisałem tutaj), niemniej warunki lokalowe są (jakie są? – pomijając chłód, bardzo przyjemne), a środowiskowa renoma muzyków ściągnęła na koncert stosunkowo pokaźną garstkę słuchaczy w liczbie ok 20. Cóż – było warto.

Mijający rok był niewątpliwie bardzo udany dla Ksawerego Wójcińskiego. Świadczą o tym przede wszystkim płyty, ale – jak to w przypadku improwizatorów bywa – sytuacja koncertowa jest najlepszym weryfikatorem formy, aktualnej dyspozycji artystycznej. W miesiącu poprzedzającym koncert w Adzie, muzyk koncertował z Charlesem Gaylem. Gra z taką postacią to wyjątkowa sprawa. Szczególnie, że Gayle na przekór metryce, jest saksofonistą niesłychanie energicznym, dynamicznym, nieprzewidywalnym, przez co kontrabas nie ma łatwego zadania (o tegorocznym koncercie tria pisałem tu). Z kolei Piotr Mełech w ostatnim czasie jest jednym z bardziej aktywnych muzyków na warszawskiej scenie impro. Okazji by posłuchać klarnecisty na żywo w różnych konfiguracjach jest wiele. W ślad za nimi z pewnością pójdą bardziej trwałe projekty i wydawnictwa – jak na razie ostatnim, które ujrzało światło dzienne jest dość ekstremalna kaseta zespołu Cukier (bandcamp), gdzie klarnecista w równej mierze eksperymentuje z elektroniką. Występ z Wójcińskim miał jednak charakter czysty, w pełni akustyczny i w takiej formie najlepiej można zaobserwować szeroką skalę wyobraźni i umiejętności Mełecha. Zresztą obaj Panowie mają doświadczenie pracy w różnego rodzaju duetach i ewidentnie było słychać, że świetnie odnajdują się w tego typu formacie – potrafią słuchać, podejmować niebanalny dialog lub wspólnie monologować, nie zatracając indywidualnej wyrazistości.

Koncert w Adzie (wraz z bisem) złożył się na 4 części, podczas których duet zagrał muzykę w pełni improwizowaną,  choć wiele segmentów (jak choćby bis) brzmiało niczym skomponowane wcześniej tematy. Największe wrażenie zrobiła na mnie umiejętność płynnego, naturalnego przechodzenia od transowych, wręcz medytacyjnych struktur o szorstkiej fakturze do ognia, intensywnych wybuchów ekspresji. Przy czym muzycy, nawet w tych porywach-odlotach, zachowywali subtelność i skupienie, dzięki czemu improwizacje nie trąciły karykaturalnością, znały umiar, utrzymywały (tak często zatracany we free) nieoczywisty pierwiastek komunikatywności.

Bardzo dobry, zrównoważony koncert. Taki duet powinien przetrwać i kontynuować współpracę, bo potencjał na coś więcej jest ewidentny. Tegoroczne, świetne „Night talks” (bandcamp) nagrane przez Wójcińskiego z Wojciechem Jachną, powstało w spontaniczny sposób po zaledwie jednym koncercie, a podobno historia lubi się powtarzać… A nawet jeśli nie, to występ był rejestrowany, więc jak gdzieś odnajdziecie w odmętach internetu zapis, nie wahajcie się i nie lękajcie – kliknijcie „play”. Ja już teraz poproszę o link.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Chrobot #8 w ADA Puławska (Futoma, VTR / Rychlicki, Szpura)

Futoma

Dziś opowiem o zjawisku, które wydarza się w Warszawie już od jakiegoś czasu, jednak po raz pierwszy przyszło mi w nim uczestniczyć (i już wiem, że z pewnością nie ostatni). Chrobot to cykliczne koncerty organizowane w mokotowskiej Adzie Puławskiej. Miejsce od ponad roku wskrzesza muzycznego ducha, który przed laty tętnił pod tym adresem w czasach Galerii Off. Przestrzenią dla Chrobotu jest niewielka sala, znajdująca się za pierwszymi drzwiami po prawej, gdy miniemy już kratę w bramie Puławska 37. Sala służy przede wszystkim warszawskim muzykom za miejsce prób, natomiast koncerty zdarzają się przy okazji. Po poniedziałkowych występach liczę, że podobnych okazji będzie coraz więcej.

Co do muzyki przedstawianej w ramach Chrobotu, to właściwie nazwa cyklu mówi sama za siebie. Dźwięki eksperymentalne, współczesne, poszukujące, futurystyczne. Podczas pierwszego audiowizualnego, elektronicznego koncertu cząstka „robot” wydawała mi się zdecydowanie dominująca. Futoma to pseudonim Miłosza Pękali, niezwykle utalentowanego perkusisty, o którym niejednokrotnie już na łamach Instytutu pisałem. Okazuje się, że Pękala jest nie tylko wszechstronnym muzykiem, ale także sprawnym organizatorem/animatorem, ponieważ to właśnie on zainicjował cykl Chrobot, na którym dotychczas występował najczęściej. Podczas niespełna 10 wieczorów koncertowych w Adzie pojawili się artyści rozmaici, m.in. Krzysztof Knittel, Władysław Komendarek, Gerard Lebik, Wojciech Traczyk, Hubert Zemler, Piotr Zabrodzki (klik). Zatem dość szerokie spektrum line-up’owe.

Koncert Futomy poprzedził Pękala krótkim wstęp-o-witaniem, kurtuazyjnie błogosławiąc kameralne okoliczności wydarzenia (absolutnie się zgadzam). Muzyk ubrany w koszulkę z napisem „Star Trek” trochę przypominał serialowego Spocka. Ten kontekst okazał się jeszcze silniejszy, gdy Pękala usiadł za konsoletą na tle kosmicznych wizualizacji VTR (czyli Wiktora Podgórskiego). Występ Futomy składał się z dwóch części. Pierwsza operowała przede wszystkim cyrkulującym drone’m o zmiennej intensywności, który wchodził w ciekawą reakcję zarówno z przestrzenią akustyczną sali, jak i z minimalistyczną oprawą wizualną. W efekcie powstała psychodeliczna kombinacja przypominająca trochę lot Dave’a z końcówki „Odysei Kosmicznej”(klik), choć zarówno pod względem muzycznym jak i optycznym była to hybryda dużo bardziej stonowana, subtelna i na tym poziomie fascynująca. Gapiłem się w ekran projektora jak zaklęty, a delikatnie ewoluująca narracja Pękali wprowadzała w przyjemny trans, który mógłby trwać bardzo długo bez ryzyka nudy. Drugi set był bardziej dynamiczny, warstwa audio została poszerzona o różnorakie struktury rytmiczne, bitowe, noise’owe, podobnie wizualizacje zaczęły operować mocniejszymi akcentami w dystrybucji obrazów. Całość występu Futomy i VTR nie trwała dłużej niż pół godziny, lecz tyle czasu absolutnie wystarczyło artystom żeby zaprezentować się od znakomitej strony jeśli chodzi o budowanie wciągającej wypowiedzi i przemyślane podejście do eksperymentu.

Rychlicki-Szpura

Druga część wieczoru należała do Łukasza Rychlickiego i Pawła Szpury. Panowie grają wspólnie od dłuższego czasu. Osobiście widziałem ich na scenie wielokrotnie, lecz zawsze w formacie trzyosobowym (w Lotto z Mike’iem Majkowskim, we Free Gate z Mikołajem Trzaską i raz w trio z Piotrem Kurkiem). Jak się okazało nieobecność trzeciego ogniwa nie stanowi dla Szpury i Rychlickiego większego problemu. Muzycy zagrali w Adzie krótki, ale treściwy, galopujący set, który można określić hasłem „impro-free-noise” (jeśli ktoś koniecznie chciałby określać). Duet wyładował energię w sposób bezkompromisowy, tworząc jednostajną kulminację, narrację hałasu, przekrzykujące się kaskady dźwięków gitary i perkusji. W tej muzyce nie było miejsca na intelektualne podejście, chodziło o żywioł, afirmację swobody i świetnego zgrania, bez którego podobny set okazałby się klapą. Dało się też odczuć, że muzycy w formie krótkiego, pełnokrwistego sparingu eksperymentują z technikami i patentami wykorzystywanymi na co dzień przy okazji różnych innych składów, jenak przepuszczając je przez ekstremalną soczewkę. Muzyczny ekwiwalent action painting, ale bardziej w stylu Burroughsa, czyli strzelanie ze strzelby w puszki z farbą, zawierzenie intuicji. Rychlicki i Szpura również zagospodarowali na występ około pół godziny – zaprezentowana estetyka „tour de force” zdecydowanie nie wymagała dłuższej formy.

Cały Chrobot trwał w sumie jakąś godzinę, lecz pokazał naprawdę rozległy wachlarz brzmień, a kameralna atmosfera wydarzenia sprzyjała przyswajaniu. Fantastycznie, że takie rzeczy dzieją się w Warszawie, że są poligony doświadczalne, gdzie za darmo można obserwować jak hartuje się muzyczna stal. Jestem pewien, że jeszcze nie raz stawię się na Chrobocie i zalecam to wszystkim, którzy są ciekawi niestandardowego podejścia do dźwiękowej materii.

Krzysztof Wójcik (((ii)))