SYNY w Kulturalnej

Syny2

EEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE

W rozświetlonych oparach dymu przechadza się wysoka postać z plecakiem. Kto to? Syn. Gdzie on idzie? Do Orientu. Zaraz poprowadzi tam całą napchaną po brzegi salę. Po co ciągnie te manele? Co to za plecak? Bagaż krytyczny. Ciężkooo. W chUUUUUUU!

A jednak nie tak bardzo.

SYNY od początku generowały spore emocje, często rozbieżne, których pełna kulminacja nadeszła w sposób naturalny wraz z wydaniem „Orientu„. W międzyczasie minęło 9 miesięcy. Ciąża. Trasy, koncerty, festiwale… Trzeba przyznać, że duet Piernikowski / 1988 donosił swoje dub-hopowe retro dziecko. Dziś pochylają się nad nim, tarmosząc za poliki z uwielbieniem, nawet ci, którzy początkowo prognozowali rychłe poronienie, ewentualnie ciążę urojoną (brak autentyczności). A bagaż krytyczny systematycznie rósł i pęczniał, jak plecak Syna Piernikowskiego – duży, niewygodny, zawadzający… Sam dorzuciłem do niego 2 cegiełki w postaci recenzji „Orientu” i relacji z koncertu na Placu Zabaw. Z tym, że ja akurat nigdy nie byłem niedowiarkiem, a kolejne kontakty z Synami – poprzez płytę, koncerty, materiały publikowane w sieci – doprowadziły mnie do jasnej konkluzji, z którą podejrzewam nie jeden się zgodzi: rok 2015 w tzw. „polskiej muzyce alternatywnej” upłynął pod znakiem „Orientu”. Nie było chyba pozycji odbijającej się szerszym echem, bardziej wyrazistej i polaryzującej, magnetycznej, a zarazem wciąż ciężkiej do klasyfikacji. Wreszcie – bardziej polskiej (język, teksty, styl, flow). Syny to współczesny polski hip hop (lubię tak o tym myśleć, jest w tym pewna perwersja jeśli spojrzeć na ogól polskiego hip hopu), oryginalny, niewywołujący poczucia żenady. Ludowy i ludyczny zarazem. Poetycki. Autentyczny? Dajmy spokój. Pokażcie mi autentyczną sztukę, jestem bardzo ciekaw. Sztuka i autentyczność to oksymorony. Sorry – zawsze występuje element kreacji. Wszystko rozbija się o to „jak?” coś się robi. A „Orient” jest zrobiony znakomicie.

Syny

I wcale nie chodzi tu tylko o klimat, o „bekę” (jak usłyszałem stojąc do szatni po koncercie od rozentuzjazmowanej grupki słuchaczy). Wystarczy się wsłuchać w teksty. Zachęcam. Czy numeru „Stoję” nie można odczytywać jako krytyki zachodniego kapitalizmu, pędu, wyścigu szczurów, tzw. successful life? „Nie chcesz grać w tą grę – spierdalaj”. Z kolei jeden z moich ulubionych wersów: „To nie ja, to mój cień, który wlecze się za mną” można odnieść do samych Synów, do towarzyszącego im „bagażu krytycznego”, recenzji itp. Też do wspomnianej autentyczności. Wszystko w minutę i 45 sekund. „Wkurw” to szydera bez wazeliny na „polskie narzekanie”, tutaj akurat wymierzone bezpardonowo w środowisko alternatywy. „Babcia” – pokażcie mi numer, który tak dobrze odzwierciedla smutek egzystencji polskich emerytek. Kto w ogóle bierze się za taką tematykę?! SYNYYY. A zrobienie z tego kawałka koncertowego rozpierdalacza, to już wyższa szkoła jazdy. Tak można długo, nie będę tu każdego utworu analizował, lepiej sobie posłuchajcie (klik). Wreszcie sama koncepcja splecenia całości znaczeń zawartych na albumie przewrotnym słowem „orient”. Kto chętny na przeczytanie płyty Synów przez „Orientalizm” Edwarda Saida? Dałoby się to zrobić. Tak – Polska jest tutaj Wschodem, zdecydowanie. Ale czy to źle?

Adam Gołębiewski

Koncert w Kulturalnej odbył się w cieniu tragedii paryskiej, która nadała występowi jeszcze jeden, tym razem złowrogi, dramatyczny kontekst. Pałac Kultury rozświetliły barwy flagi francuskiej, a ogólne napięcie unosiło się w powietrzu. Okazało się, że przed Synami zagra perkusista Adam Gołębiewski, który również w Latarni wydał w tym roku solowy album „Pool North„. Artysta zaprezentował bardzo bezkompromisowy i głośny set. Zaczął uderzając w zestaw blachami, później zmienił je na metalowe pałki… Gołębiewski gra siłowo, tworzy akustyczną zawieruchę, ale jest taki moment, gdy ucho odbiorcy zaczyna nadawać na tych samych falach, łapie ekstremalną poetykę i nagle okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda, a oprócz hałasu przemyślana forma. Trochę żałuję, że stałem tak blisko zestawu, a jeszcze bardziej, że zostawiłem w kurtce zatyczki do uszu, bo właśnie w sytuacji gdy trochę się wytłumiło dźwięk, można było usłyszeć większą ilość niuansów, warstw wypowiedzi. Ten odrobinę zbyt rozciągnięty w czasie, brutalny, nerwowy set stanowił dla mnie doskonały komentarz do wydarzeń europejskich wieczoru poprzedniego, był bardziej adekwatny niż tysiące słów komentatorów i polityków.

20151114_232134

Syny rozpoczęły koncert od nowego kawałka instrumentalnego, który ma się znaleźć na kolejnej płycie. Tak przynajmniej wyznał 88 podczas występu z Łukaszem Rychlickim w Pardon To Tu dwa miesiące temu (klik). Ten obiecujący opener podsycił nadzieje, że duet podzieli się jeszcze jakimiś nowymi numerami. Tak się jednak nie stało. Zabrzmiał natomiast cały „Orient”, z wyjątkiem niektórych instrumentali. W porównaniu z wakacyjnym, plenerowym koncertem warszawskim, występ w Kulturalnej był jeszcze bardziej energetyczny, a dramaturgia poprowadzona wzorowo. Nagłośnienie – jak na trudną przestrzeń klubu -wyjątkowo dobre, „tłuste”. Same Syny w świetnej formie. Wielką zaletą koncertów duetu jest świadomość ich scenicznego charakteru, tzw. „performatywnego aspektu”. Kulturalna systematycznie tonęła w dymie, w powietrzu unosił się zapach kadzidełek, publiczność chłostana była reflektorami, Robert Piernikowski uprawiał swój autorski, synowski catwalk, praktycznie ani razu nie gubiąc flow. 88 jest coraz lepszym hypemanem, w kwestii jakości samych bitów nie ma sensu dalej piętrzyć pochwał – kto słuchał albumu, ten wie. Z tym, że płyta to jedno, a występ na żywo drugie. Syny przechodzą weryfikację koncertową doskonale. Chylę czoła i czekam w napięciu na następcę „Orientu”. Nie będzie łatwo, bagaż krytyczny ciężki, ale po takim roku można obdarzyć duet zaufaniem, nawet nie na kredyt.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

[poniżej zapis koncertu z Łodzi ⓒ Efektpol]

 

Thurston Moore, Adam Gołębiewski, Robert Piotrowicz w CSW

 

IMG_1162

Gdyby podobny koncert miał miejsce w moim mieście dziesięć lat temu, to prawdopodobnie ustawiłbym się w komitecie powitalnym na lotnisku Okęcie, zaproponowałbym, że poniosę gitarę, zaprosiłbym na tradycyjny polski obiad, który sam bym uprzednio przygotował… W roku 2014 po prostu kupiłem bilet i zasiadłem w drugim rzędzie tuż przed nowojorskim mistrzem. Thurston Moore na niemal klubowym koncercie, w duecie z polskim perkusistą – brzmi nieprawdopodobnie, a jednak miało miejsce. Duże brawa za organizację należą się ekipie Powiększenia, które dobitnie udowodniło, że zamknięcie lokalu przy Chmielnej nie podcięło im skrzydeł.

Ciężko mi nie podchodzić emocjonalnie do takich występów. Thurston Moore należy do grona muzyków, których uznaję za ideologicznych ojców mojego gustu muzycznego. Człowiek, który sprawił, że już nigdy nie spojrzałem na gitarę w ten sam sposób. Artysta, poruszający się z wciąż młodzieńczą gracją po terenach awangardowych, improwizowanych i eksperymentalnych, a zarazem znakomity songwriter, autor fenomenalnych kompozycji, które odcisnęły wyraźne piętno na muzyce alternatywnej ostatnich trzech dekad. Kameralny koncert takiej postaci jak Moore w Warszawie, to naprawdę sytuacja ze wszech miar wyjątkowa.
Od 2011 roku, kiedy na fanów Sonic Youth jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o rozstaniu gitarzysty z Kim Gordon, aktywność artystyczna „pierwszej pary” muzyki alternatywnej bynajmniej nie osłabła. Wręcz przeciwnie – w przypadku Moore’a można mówić o drugiej młodości. Muzyk angażuje się w bardzo dużą ilość projektów o sporej różnorodności stylistycznej, a wysoki poziom artystyczny, który nieustannie utrzymuje, nie pozwala na snucie hipotez o kryzysie wieku średniego. Gitarzysta po prostu robi swoje, a co z perspektywy koncertu w CSW najważniejsze – gra jakby cofnął się w czasie do lat spędzonych w zespole Glenna Branki, czy początków SY. Nie ukrywam – bardzo się cieszę, że występ gitarzysty przybrał właśnie taką bezkompromisową, eksperymentalną formę, że nie było żadnych „klasyków”, czy mizdrzenia się do publiczności. Respekt.

CAM00491
Konfiguracja personalna, w jakiej Moore został osadzony nie zdziwi z pewnością osób, które miały możliwość zobaczenia artystów w Poznaniu podczas festiwalu Transatlantyk, gdzie towarzyszyła im również Yoko Ono. Koncert w Laboratorium CSW był moim pierwszym spotkaniem z Adamem Gołębiewskim na żywo i muszę przyznać, że muzyk zrobił na mnie spore, choć mieszane wrażenie. Sonorystyczne możliwości jakie tworzą perkusyjne blachy i bębny często są przez muzyków niedoceniane. Czasami też bywają doceniane nazbyt. W momentach, kiedy perkusista starał się wybrzmiewać bardziej lirycznie uzyskiwał ciekawe rezultaty, jednak zwykle wymiar czysto fizycznego napierdalania w membrany czym popadnie ucinał te perspektywy. Gołębiewski sprawiał wrażenie osoby szalenie naładowanej energią (prawdopodobnie również presją dzielenia sceny z Moore’m), wydawać by się mogło, że na swoim zestawie skrzesa ogień tylko po to, żeby zaraz później ugasić go własnym potem. Trochę przypominało to pizzę, na której mamy zbyt wiele składników żeby połapać się w ostatecznym smaku, ale możemy się nią najeść (lub przejeść). Z pewnością zabrakło w grze perkusisty niuansowania, lub po prostu luzu, swobody, którymi jego partner emanował. Trochę niewykorzystana szansa biorąc pod uwagę pomysłowość Moore’a.

Gitarzysta miał pod ręką stały arsenał zabawek do preparowania gitary – pałeczkę perkusyjną, śrubokręt, kryształ górski, nawet iPhone’a… Można powiedzieć, że wszystko czego mogliśmy się po nim spodziewać, ale nie zamierzam kręcić nosem. Moore płynnie poruszał się pomiędzy subtelnymi dźwiękami, rozmaitymi modulacjami gitary, a nieposkromioną furią przesterów, sprzężeń, riffów ginących pod intensywnością elektrycznego brzmienia. Pokazał, że jest muzykiem doskonale znającym swój instrument, że potrafi z niego wydobyć dokładnie to, na co ma w danej chwili ma ochotę. Zawsze lubiłem taką grę i owszem, znając muzykę nowojorczyka, właśnie tego mogłem się spodziewać. Thurston Moore wyszedł naprzeciw moim oczekiwaniom, ponieważ nie wyobrażałem sobie po tym koncercie odkrycia Ameryki. Trochę żal, że występ nie okazał się większą niespodzianką, być może gdyby Moore został zestawiony z jakimś innym, bardziej skłonnym do dialogu muzykiem, to wtedy rezultat byłby bardziej zaskakujący? Niemniej sam występ nowojorczyka był dla mnie zdecydowanie satysfakcjonującym doświadczeniem. Mam nadzieję, że ostatnimi czasy rozimprowizowany Thurston będzie odwiedzał Warszawę częściej w podobnym, niezobowiązującym charakterze.

CAM00492
Przyznam się szczerze, że w poniedziałek nie przyszedłem do Laboratorium dla koncertu Roberta Piotrowicza. Muzyk o wyglądzie jamajskiego elfa zaserwował set, w którym nie było specjalnie miejsca na zaskoczenie. Przyznaję, że zajęcie przeze mnie miejsca w bezpośrednim sąsiedztwie głośników było wyborem niemal masochistycznym. Z muzyką, jaką prezentuje Piotrowicz mam mały problem. Wydaje mi się doskonale czytelna, przewidywalna i choć rozumiem i słyszę jej wewnętrzne, aż nazbyt subtelne niuansowanie, to nie wywołuje ona we mnie specjalnej reakcji emocjonalnej. Może być za to pożywką dla wyobraźni: po zamknięciu oczu widziałem kosmicznego hrabiego Draculę, grającego na futurystycznych organach nokturn ku pamięci materii znikającej w czarnych dziurach. Tak czy inaczej dwa koncerty Piotrowicza w odstępie kilku tygodni upewniły mnie, że wystarczy mi tej muzyki na najbliższe kilka miesięcy. Być może to jest właśnie jej realna siła, poza ogłuszającą mocą dźwięku? Z chęcią zobaczyłbym Piotrowicza w wersji unplugged.

Krzysztof Wójcik

PS: Zapraszam do przeczytania mojej recenzji zeszłorocznej płyty Thurstona Moore’a i Johna Zorna.