Innercity Ensemble na Placu Zabaw

Innercity7

Czas szybko leci, od ostatniego podwójnego albumu Innercity Ensemble minęło już półtora roku. Ten dystans słychać było podczas występu na Placu Zabaw, który stanowił swoistą rozgrzewkę formacji przed wyjazdem na Off Festival. Z Katowic – wedle kilku relacji – Panowie wrócili z tarczą, a nawet triumfalnie. Na podstawie warszawskiego koncertu nie jest trudno w te pogłoski uwierzyć.

Dla osób mających zacięcie encyklopedyczne pisanie o Innercity Ensemble to w 50-75% przytaczanie nazw zespołów, z których poszczególni muzycy się wywodzą. Nuda, ale znamienna. O tych zespołach słuchacze dysponujący elementarną wiedzą dotyczącą polskiej sceny niezależnej naczytali się już po stokroć. Dlaczego? Otóż dlatego, że tak zwana scena bydgosko-toruńska (okolice Milieu L’Acéphale) to w ostatnich latach prawdziwy fenomen. Członkowie Innercity rozsiani po rozmaitych składach, lub tworzący solo, przeżywają obecnie fantastyczny, twórczy okres. W zasadzie każdy spośród 7 muzyków kolektywu podpisał się ostatnio pod płytą bardzo dobrą (o kilku z nich można poczytać w aktualnym PopUp). Natomiast samo Innercity Ensemble to synergia – połączenie różnych artystycznych osobowości, skład demokratyczny, improwizujący i wyjątkowy w pejzażu polskich „big bandów”, ponieważ septet nie czerpie bezpośrednio z tradycji jazzowej – ona pojawia się niejako przy okazji bogactwa wszelkich pozostałych wpływów.

Innercity2

 Zespół – mimo dużej aktywności wszystkich muzyków na własnych polach – pozostaje na dobrą sprawę working bandem, dość regularnie jeżdżącym w trasy i wypuszczającym nowy materiał. Słuchając występu na Placu Zabaw można było odnieść wrażenie, że kolejny rozdział w karierze Innercity jest właśnie in statu nascendi.

Na narrację kolektywu głównie składa się mocno rozbudowana, czteroosobowa sekcja rytmiczna i to właśnie szeroko rozumiany „beat” był pierwszoplanowym bohaterem nadwiślańskiego koncertu. Rafał Iwański, Rafał Kołacki, Radek Dziubek i Tomek Popowski potrafią wspólnymi siłami wygenerować bardzo złożone polirytmie, które tworzą naturalne, gęste, lecz przyjazne środowisko dla hipnotycznych gitar Kuby Ziołka i Artura Maćkowiak. Na pozycji uprzywilejowanej znajduje się w zespole jedyny solista Wojciech Jachna, ponieważ trąbka ma do dyspozycji stosunkowo największy margines swobody. Niemniej Jachna korzysta z tej wolności w sposób subtelny i powściągliwy, dzięki czemu relacja tło/pierwszy plan pozostaje nieoczywista. Groove nieustannie ściera się z drobnymi niuansami brzmienia poszczególnych instrumentów (a jest ich na scenie multum) i elektroniki. Na dobrą sprawę mimo siedmioosobowego składu muzyka Innercity jest oszczędna, szalenie spójna, podporządkowana płynnym ewolucjom w budowaniu niezwykłej onirycznej atmosfery.

Jestem bardzo ciekaw kolejnego wydawniczego kroku formacji. Kolejne już doświadczenie koncertowe utwierdziło mnie w przekonaniu, że zespół dysponuje wciąż rosnącym potencjałem, który być może warto by było skrzyżować z udziałem jakichś „elementów zewnętrznych” na kolejnym krążku? Otwarta forma muzyki Innercity Ensemble wydaje mi się wprost stworzona do artystycznej absorpcji gości. Myślę, że w Polsce (i nie tylko) nie zabrakłoby chętnych do zagrania z jednym z najciekawszych big bandów w tym kraju – wejścia do wspólnej piaskownicy na muzycznym placu zabaw.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Pleszyński, Maćkowiak, Mazzoll (+Janicki) w Mózgu Powszechnym

06 Mazzoll_Pleszyński_Maćkowiak

To był koncert bardzo długi – dwa obfite sety i bis. Aby zachować równowagę w przyrodzie relacja taka nie będzie. A może będzie… Zobaczymy.

Płytę „A Sound of the Wooden Fish” Artura Maćkowiaka i Grzegorza Pleszyńskiego miałem okazję recenzować na łamach PopUpMusic (klik), zatem z materiałem albumowym zapoznałem się swego czasu dość wnikliwie. Nie ukrywam, że podczas kolejnych odsłuchów w pamięć najbardziej zapadały mi fragmenty wydawnictwa, w które wklejony został klarnet Jerzego Mazzolla – w związku z tym wiadomość o mini-trasce tria przyjąłem z entuzjazmem.

Koncert w warszawskim Mózgu był pierwszym z trzech (kolejne odbyły się w Toruniu i Bydgoszczy). Być może właśnie dlatego występ zdominował pierwiastek eksperymentu, niekiedy wręcz generujący sceniczny chaos, zarówno w warstwie muzycznej, jak i performerskiej. To nie do końca zarzut. Przede wszystkim trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Grzegorz Pleszyński nie jest zawodowym muzykiem – jest przede wszystkim artystą sztuk wizualnych i happenerem (jakkolwiek anachronicznie to słowo by nie brzmiało, tu wydaje mi się zasadne). Jerzemu Mazzollowi sceniczne szaleństwa również obce nie są. Właściwie w kompanii, która zagrała w Mózgu ogniwem najspokojniejszym był Artur Maćkowiak i to głównie na jego barkach spoczywał ciężar upinania całości w narrację spójną, przy całej jej nieprzewidywalności i wszystkich ekstrawagancjach. Z tego zadania gitarzysta wyszedł zdecydowanie obronną ręką, zresztą jego ostatnie wydawnictwa (solowe i zespołowe) pokazują, że generowanie specyficznego, hipnotycznego klimatu przychodzi mu z dużą łatwością.

Niemniej jednak, to właśnie Pleszyński był w Mózgu niekwestionowanym frontmanem, bezpośrednio wchodzącym w interakcję z publicznością. Występ rozpoczął się od historii powstania jego niekonwencjonalnego dęciaka, czyli prostej trąbki/lejka, połączonego z ustnikiem długim plastikowym wężem, którym artysta wymachiwał na wszystkie strony. Leitmotywem wieczoru miał być puls – bicie serca, dźwiękiem, który słyszymy jako pierwszy. Tak też się stało. Muzyka miała zdecydowanie płynny i jednostajny charakter, co zwiastował już pierwszy gest Maćkowiaka – swobodne turlanie slide’u po gryfie gitary. Pleszyński oprócz osobliwej trąbki posługiwał się keyboardem, na dość intuicyjnej zasadzie, wplatając zaskakujące/przypadkowe wtręty w psychodeliczną strukturę gitary i syntezatora. Elementem niuansującym całość był basklarnet Mazzolla, w pierwszym secie raczej niedominujący, drone’owy, ale z czasem coraz bardziej wyrazisty i wybijający się na pierwszy plan (w dość naturalny sposób). Nie zabrakło w grze artysty również quasi-perkusyjnego wykorzystania instrumentu, śpiewania przez klarnet bez ustnika „skrzela mi wysiadają”, czy narastających, meandrujących solówek.

Ciekawe były momenty gwałcenia formuły klasycznego koncertu, takie jak wychodzenie z instrumentami na widownie, głównie praktykowane przez Pleszyńskiego, ale też i Mazzolla. Iście punkowym zachowaniem było nagłe, agresywne uderzanie krzesłem o podłogę (pierwszy z Panów) i głośne szuranie nim po całym Mózgu… Nieprzewidywalność poparta sporą charyzmą i improwizatorskim zacięciem. Myślę, że ś.p. Captain Beefheart byłby zadowolony.

W drugim secie skład uzupełnił Sławek Janicki na kontrabasie, co skierowało muzykę na tory (powiedzmy) trochę bardziej „jazzowe” (ale też bez przesady). W każdym razie ciekawy, różnorodny basowy background, pozwalał reszcie muzyków na jeszcze większe puszczenie wodzy – Maćkowiak piętrzył transowe pętle, Pleszyński szalał za klawiszami i co jakiś czas dopełniał trąbką intensywne improwizacje Mazzolla. „Dobry chaos” części pierwszej pozostał, lecz zyskał na komunikatywności i sile. Z dwóch setów, to właśnie drugi zrobił na mnie większe wrażenie – muzycy zaczęli po prostu lepiej odczytywać swoje intencje. Jeśli reguła została zachowana, to prawdopodobnie występy w Toruniu i Bydgoszczy zażarły jeszcze lepiej.

Koncert zwieńczył bis, yassowy standard „Ojczyzną naszą dobroć, dobroć…” zagrany już tylko przez Mazzolla i Pleszyńskiego w przyjemnie połamanej, koślawej „wersji Kraftwerk”. Być może coś było dalej, w każdym razie na tym numerze zakończył się mój pobyt w Mózgu – zbliżała się północ, a ostatnie tramwaje uciekały. Ponad godzinny poślizg zrobił swoje.

Interesujący wieczór z naprawdę znakomitymi, esencjonalnymi momentami, które trochę traciły na sile przez samą długość koncertu – czyli sytuacja podobna jak z tym tekstem, ale cóż począć, sporo się działo i litery pączkują naturalnie. Trio Maćkowiak-Mazzoll-Pleszyński gra widowiskowo, tworzy muzykę bardzo psychoaktywną, która mogłaby śmiało posłużyć za soundtrack do jakiejś surrealistycznej animacji, np. filmu przyrodniczego o drewnianych rybach pływających w mózgu po lobotomii… Ok, może nie było aż tak dziwnie, ale to i tak piguła dla otwartych i cierpliwych uszu. Moje były zadowolone.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

_oŚ_Ci_z_eF_Be_

20150319_230159

1 Raz

2 Dwa

1 Raz

2 Dwa

1. Hiphopowa, konceptualna forma koresponduje. Oscyluje po internetach. Estetyka znów na językach. Sądzę, że w dużej mierze za sprawą interesującego i intensywnie dyskutowanego w ostatnich tygodniach albumu „Orient” duetu Syny (Robert Piernikowski, 1988). Płyta o bardzo wyrazistej stylistyce już od pierwszych dni zaczęła obrastać kontekstualnymi interpretacjami, hypami i hejtami. Zwykle dyskusje sprowadzały się do kwestii arbitralnej dla rapu – tzn. do mitycznej „autentyczności”. Osobiście bardzo się cieszę, że krążek wywołał poruszenie, ponieważ to materiał wyjątkowy i zdecydowanie zasługuje na rozgłos. Ograniczę się tutaj do stwierdzenia faktów oczywistych: Syny dysponują niezwykle hipnotycznym, acz specyficznym flow, a duszne, psychodeliczne podkłady zakorzenione w pięknej dubowej tradycji już po chwili wciągają słuchacza jak walkman taśmę. Wśród szeregu opinii dotyczących płyty najbliżej mi do tej autorstwa Jakuba Bożka (klik). Póki co „zorientowałem się” już wielokrotnie z naprawdę dużą przyjemnością i prawdopodobnie jeszcze sporo takich seansów przede mną. Pozostaje gorzko żałować przegapionego warszawskiego koncertu w Dwa Osiem… Podsumowując: „Instytut poleca”.

2. O wiele mniejszy entuzjazm (powiedzmy) społeczny, wywołują próby internalizacji disco polo przez kulturę (znów powiedzmy) wyższą niż niska. Sprawa w świetnym stylu została skomentowana na Polifonii przez Bartka Chacińskiego (klik). Czytałem wpis w obronie przed diskopolizacją (?) dyskursu publicznego z prawdziwą radością, która nie mijała (a czasem wzrastała) wraz ze śledzeniem lawiny komentarzy, jakie artykuł wywołał. Choć filmu „DP” nie widziałem, to po obserwacji zamieszania jakie wygenerował – o ironio – aż mam ochotę na niego zerknąć! Oczywiście „zrobię to ironicznie”… Ale chyba poczekam aż pojawi się na Polsacie albo w TVP Kultura. Pora na wręcz konfesyjne w dobie autokreacji i prekariackiego indywidualizmu wyznanie: Instytut dysponuje telewizorem LG z dziesiątkami, setkami kanałów, które ogląda nieraz z dziką, bezmyślną satysfakcją. A może jednak jest to „winna satysfakcja”? No właśnie…

3. „Guilty Pleasure”. To kolejny temat, który rozpalił blogosferę, a wszystko przez RWA ZIN, na łamach którego doszło do interesującej dyskusji na temat rzeczonego zjawiska (klik). Warto zauważyć, że jest to rodzaj autoreferencyjnego zwrotu w krytyce muzycznej, która sama „winną przyjemność” wykreowała wprost z diapazonu znawstwa, ocen arbitralnych, lub jak to w tekście ładnie zostało sformułowane – likesetterskich. Uczucie guilty pleasure jest odpryskiem, powikłaniem bezpośrednio wynikającym z powierzchownego postrzegania muzyki przez pryzmat konkretnych wspólnot interpretacyjnych. Dosyć trafnie podsumował to Mateusz Romanowski: „guilty pleasure zależy od relacji władzy albo nie istnieje„. Ale z drugiej strony cóż od relacji władzy nie zależy?

4. W kontekście powyższej dyskusji trzeba napomknąć o nadchodzącej premierze książki jednego ze sprawców zamieszania wokół guilty pleasure, autora bloga Fight!Suzan, Filipa Szałaska. Nakładem Wydawnictwa w Podwórku niebawem ukaże się pozycja „Jak pisać o muzyce. O wolnym słuchaniu„. Nie tak dawno w artykule „O muzyce w tekście (polskim)” biadoliłem na posuchę wśród krajowych publikacji, dlatego przyjąłem wiadomość o premierze z dużym entuzjazmem. Z tekstami na Fight!Suzan można się nie zgadzać, jednak nie sposób odmówić im wnikliwości i inteligencji (nie mówiąc już o specyficznym stylu). Wobec powyższych „Jak pisać o muzyce. O wolnym słuchaniu” zapowiada się naprawdę intrygująco!

5. Simona Reynoldsa w tłumaczeniu Jakuba Bożka krytycy przyjęli z zachwytem, czołobitnie i na kolanach (klik1, klik2). Cóż, fajnie, że takie książki tłumaczy się na polski, choć jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ciekawe jak w dalszej perspektywie wydanie tej pozycji wpłynie na słuchaczy w Polsce (a może i na kształt sceny muzycznej?) . Mam na myśli np. kolejne 10-15 lat.  I wciąż pozostaje pytanie: co z tą Polską?

6. No właśnie. Nie jest dramatycznie, skoro powstają już takie opracowania jak „Antologia polskiego rapu” – uwaga: dostępne jako bezpłatny e-book! Rzecz ukierunkowana typowo regionalnie, traktująca o najpopularniejszym gatunku w Polsce (sorry disco polo…). Tutaj ciekawie publikację komentuje Borys Dejnarowicz.

7. W marcu urodziny obchodziła (pozdro) Trzecia Fala – internetowa opoka muzyki improwizowanej i eksperymentalnej. oraz oficyna BDTA, specjalizująca się w wydawaniu muzyki najróżniejszej w jakości hand-made (ciekawy wywiad z twórcą oficyny). Uroczyste „Happy birthday!” dla obu zacnych podmiotów na muzycznej mapie Polski. Oprócz tego w CSW odbyła się stypa po Cat/Sun, sublabelu Monotype Records, który przez kilka lat działalności wypuścił kilka kosmicznych płyt. Uroczyste „Rest in peace”.

8. Słuchowiska? Słuchowiska można uważać za gatunek anachroniczny… Okazuje się, że „nic bardziej mylnego”! O renesansie tej formy wypowiedzi muzyczno-tekstowej można przeczytać na łamach bloga 1 Uchem 1 Okiem. Bartosz Nowicki przeprowadził również szereg wywiadów z autorami najciekawszych polskich słuchowisk ostatnich miesięcy (tag „słuchowisko” i w dół).

9. Scena toruńsko-bydgoska (a może bydgosko-toruńska?) w nieustannym natarciu. Mocne, psychodeliczne strzały od duetu Kapital („Chaos to Chaos„) i Artura Maćkowiaka („If It’s Not Real„). Również interesująco zapowiada się nowa, rozszerzona Alameda 5. Odsłuchy warto uzupełnić kontekstem, który płynie z ust samych autorów: Alfabet Kapitalu, Czynniki Pierwsze płyty Artura Maćkowiaka.

Ponadto nowy album na kwiecień szykuje Jerzy Mazzoll (odautorski komentarz i singiel). Natomiast z premierowym materiałem grupy kIRk można zapoznać się (póki co tylko) audio-wizualnie TU.

10. Część auto-piAr. Sprawozdania z marcowych koncertów odnajdziecie klikając w zakładkę „Teksty” (albo po prostu w te literki po lewej, przed nawiasem, w cudzysłowie). To był dobry miesiąc. Upłynął w dużej mierze pod znakiem trąbki… Najciekawsze rzeczy grali Polacy, Amerykanie i Portugalczycy.

11. Zestawienie inauguracyjnego odcinka _oŚ_Ci_z_eF_Be_ podsumuje Paul D. Miller, czyli DJ Spooky:

DJ Spooky

 

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Innercity Ensemble (support: Piotr Bukowski, Stara Rzeka) w Hydrozagadce

Innercity

Odkąd usłyszałem po raz pierwszy Innercity Ensemble, a było to mniej więcej na wysokości płyty „Katahdin”, nie mogłem się doczekać momentu, kiedy zobaczę zespół na żywo. Kolektyw zrzeszający siedmiu muzyków, z trzech miast, zaangażowanych w szereg oddzielnych, równie frapujących projektów, można śmiało nazwać składem wyjątkowym w perspektywie polskiej sceny muzyki niezależnej. Tegoroczne, dwupłytowe wydawnictwo Ensemble’u podkręciło moją chęć koncertowego doświadczenia jeszcze bardziej. Jednym słowem jak tylko dowiedziałem się o występie zespołu w Hydrozagadce nie miałem żadnych wątpliwości i bez wahania zrezygnowałem z równoległych wydarzeń. O słuszności decyzji utwierdził mnie nie jeden, a trzy muzyczne argumenty, które kolejno pojawiały się na scenie praskiego klubu.

Piotr Bukowski

Wieczór zaczął się od miłej niespodzianki, która na początku była wielką niewiadomą. Piotr Bukowski, znany ze składów Hokei i Xenony, został ogłoszony jako support niemal w ostatniej chwili. Ciężko było przewidzieć, co muzyk zaproponuje w programie solowym. Ostatecznie Bukowski zagrał set posiłkując się jedynie gitarą elektryczną, obficie uzbrojoną w efekty. Mocne, gitarowe uderzenie charakterystyczne dla Hokeia zostało rozbite na szereg mniejszych atomów, układających się w wypowiedź bogatszą, bazująca na brzmieniowych eksperymentach na jakie pozwala zelektryfikowane sześć strun. Set pozornie wyglądający na improwizatorski strumień świadomości porządkowała silna rytmiczna intuicja i dość czytelne, acz pomysłowe riffowe umocowanie (trochę w duchu Sonic Youth). Bukowski ciekawie niuansował swoją grę kreatywnie wykorzystując efekty, a przesterowane dźwięki spajał w różnorodną, ewoluującą strukturę. Chociaż momenty głośne sąsiadowały z wyciszeniami, to całość podszyta była nieuchwytnym, kompulsywnym nerwem, gnaniem do przodu. Ta nieustanna, podskórna intensywność skutecznie przykuwała uwagę, zachęcała do śledzenia kolejnych minut występu. Artysta mógł co prawda zakończyć set kilka minut wcześniej po charakterystycznym przesileniu, przeciągając grę nieco rozmył siłę ostatecznego efektu, jednak z drugiej strony nagłe zawieszenie, którym koncert się zakończył, dobrze wpisało się w otwartą formułę muzyki.

Stara Rzeka

Ciekawym zabiegiem okazało się zestawienie Bukowskiego ze Starą Rzeką Kuby Ziołka. Panowie współpracujący ze sobą chociażby we wspomnianym Hokeiu, pokazali jak bardzo suwerenna jest ich solowa twórczość. Tak jak set Bukowskiego był pełen rytmicznego napięcia i erupcji energii, tak Stara Rzeka płynęła bardziej psychodelicznym korytem. Zdaje się, że był to trzeci występ Ziołka pod tym szyldem jaki widziałem i z całą pewnością okazał się najbardziej satysfakcjonujący. Prawdopodobnie miały na to wpływ kiepskie okoliczności poprzednich kontaktów – OFF Festiwal, wczesne popołudnie i sauna na scenie eksperymentalnej; słaba akustyka występu plenerowego pod Pałacem Kultury z wizualizacjami Agnieszki Polskiej w ramach cyklu MSN „Co słychać”. Tym razem nagłośnienie stanęło na wysokości zadania, a mroczna przestrzeń Hydrozagadki idealnie wpasowała się w klimat Starej Rzeki. W odróżnieniu do poprzedniego setu, tym razem gitara stanowiła jedynie element układanki, do pewnego stopnia fundamentalny, jednak sam instrument najczęściej dążył do zagubienia własnych cech dystynktywnych. Trans i kosmiczne brzmienie całości przywoływało skojarzenia z niemiecką muzyką eksperymentalną lat 70. Elementami ciekawie przebijającymi się przez deliryczne, zawiesiste strumienie dźwięków, były wokal i fujarka, które odsyłały z kolei do kontekstu folkowego. Tylko w przypadku muzyki Ziołka można mówić bardziej o folku science fiction. Niekiedy brzmienie Starej Rzeki przypominało mi znakomity soundtrack do filmu „Blade Runner”, chociaż klimat muzyki dryfował bardziej w harmonijną przestrzeń psychodelicznego tripu, niż paranoi i opresji, unoszącej się nad ścieżką dźwiękową Vangelisa. Po występie Bukowskiego set Starej Rzeki można nazwać wręcz chill out’ującym – też miewał swoje przesilenia, jednak to budowanie klimatu było zdecydowanie najsilniejszą stroną wypowiedzi Ziołka.

Innercity Ensemble

Finał wieczoru, występ Innercity Ensemble do pewnego stopnia okazał się syntezą supportów: łączył energię wynikającą z rytmicznego zróżnicowania z hipnotycznym charakterem płynnie rozwijanych kompozycji. Dużo o muzyce kolektywu mówią już same liczby. W zespole aż cztery osoby (Radek Dziubek, Rafał Kołacki, Rafał Iwański, Tomek Popowski) odpowiedzialne są za generowanie faktury perkusyjnej. Kolejną, dwuosobową warstwą jest sekcja gitarowa, która narzuca na spektakularny rytmiczny kręgosłup, dźwięki abstrakcyjne i niestandardowe. Instrumenty Kuby Ziołka i Artura Maćkowiaka dalekie są od gry ortodoksyjnej, zdecydowanie skłaniając się ku sonicznym eksperymentom, nie popadając przy tym w przerost formy nad treścią. Trzecią, jednoosobową sekcją jest Wojciech Jachna, którego trąbka delikatnie unosi się nad pulsującą całością, bądź wprowadza charakterystyczne motywy melodyczne. Koncertowa żywiołowość muzyki Innercity Ensemble jest dojmująca i bardzo ciężko się jej oprzeć, ponieważ ma potężny, zniewalający groove. Niesamowite jest to, że kolektyw składający się z tak odrębnych, silnych osobowości artystycznych jest w stanie na jednej scenie działać w sposób demokratyczny, przynosząc muzykę spójną, a przy okazji niesłychanie otwartą. Co prawda słowo „ensemble” i obecność instrumentu dętego mogą konotować skojarzenia jazzowe, jednak brzmienie Innercity dalece wykracza poza tę estetykę, a właściwie jedynie się o nią ociera. Gęsta polirytmia ma charakter organiczny, plemienny, lecz potrafi również zmienić wektor na zdecydowanie bardziej współczesny, a w zestawieniu z gitarowymi kombinacjami, czy elektroniką – wręcz industrialny. Chociaż całość występu w Hydrozagadce sprawiała wrażenie bardzo spontanicznej, swobodnej improwizacji, to bez trudu można było odczytać szkielety kompozycyjne znane z tegorocznego wydawnictwa, od których septet łatwo i kreatywnie się odbijał. Jeśli miałbym wskazywać jakieś analogie do podobnych wykonawców, to na myśl przychodzi mi Chicago Odense Ensemble, jednak jest to skojarzenie dość luźne. Polski zespół mówi zdecydowanie swoim głosem, który z albumu na album staje się coraz bardziej charakterystyczny i wciągający. Występ łączył w sobie dzikość ekspresji i transową moc, którą potęgowało wprost zjawiskowe zgranie między artystami. Wyjątkowe doświadczenie muzyczne i po prostu znakomity koncert.

 

Krzysztof Wójcik