Digital Primitives w Pardon To Tu

20141022_214956_kopia

Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że Digital Primitives dali jeden z najbardziej nieprzewidywalnych i chaotycznych występów jakie miały miejsce w Pardon To Tu w ostatnich miesiącach (a może i większej skali czasowej). Chociaż muzykę tria znałem przed koncertem z wydawnictw płytowych, to co działo się na scenie bardzo prędko zweryfikowało moje nikłe przeświadczenie, że „wiem czego mogę się spodziewać”. Digital Primitives są świetnym przykładem na to jak zaskakująco może brzmieć teoretycznie typowe trio saksofon-perkusja-bass. Szczególnie jeśli ów „bass” to Cooper-Moore – muzyk, który prawdopodobnie byłby w stanie zagrać koncert na naparstku i wykałaczkach, o ile nie na wykałaczce pojedynczej.

Wieczór rozpoczął się trochę niepozornie od bezczelnie free jazzowej partii na perkusję i saksofon, która nie zwiastowała specjalnych ciekawostek, choć broniła się jakością zaklętą w nazwiskach – Chad Taylor i Assif Tsahar. Budowaniu tłustej, frytowej konstrukcji przyglądał się Cooper-Moore mrucząc coś pod nosem by po dłuższej chwili sięgnąć po dziwaczny jednostrunowy instrument o nazwie diddley bo, który wyglądał następująco:

20141022_210603_kopia

Głębokie basowe brzmienie „sprzętu” Cooper-Moore’a z marszu wprowadziło do muzyki gorący puls, funkowy groove, o niemal elektronicznym zabarwieniu. To okazało się pierwszym z kontrapunktów, które Amerykanin miarowo wymierzał w kolegów z zespołu, ku rosnącej konsternacji i zaciekawieniu publiczności. Kolejnymi strzałami z biodra były bluesowy freestyle wokalny („Jazz ain’t got no mama” – yeah!), różnego rodzaju melodeklamacje, gra na poprzecznej drewnianej fujarce, trzystrunowym banjo, czy tzw. mouth bow – jednostrunowym instrumencie przypominającym połączone brzmienie drumli i skrzypiec. Ten wyglądał z kolei tak:

20141022_214103_kopia

Charyzmą sceniczną Moore bardzo prędko przeniósł na siebie ciężar występu, co skierowało muzykę na tory bliższe swobodnemu, szalonemu jam session z całym bogactwem inwentarza w postaci momentów lepszych i gorszych. Chociaż niemal 70-letni muzyk kipiał energią i ekspresją, to niekiedy narracja koncertu wytracała swój impet. Szczególnie w momentach zbyt rozwlekłego wałkowania klasycznych saksofonowych motywów (Tsahar wypada zdecydowanie lepiej gdy gra nieidiomatycznie), czy specjalnie niezaskakującej interpretacji, np. „Somewhere over the rainbow”. Szczęśliwie dla wieczoru muzycy dość gładko zawracali ze ślepych uliczek – stylistyczny roller coster Digital Primitives nie kręcił się w kółko, tylko gnał naprzód. Free mieszało się z funkiem, rdzennym bluesem, etnicznym brzmieniem kalimby, gospelowymi zaśpiewami, a czasami nawet garażowym brudem w stylu Matsa Gustafssona.

20141022_211124_kopia

Z mojej perspektywy najciekawszym fragmentem wieczoru był ten, kiedy Cooper-Moore grał i śpiewał (bądź wył) na mouth bow, obnażając przed słuchaczami szalony potencjał i moc drzemiącą w najprostszych instrumentach. Wówczas muzyka Digital Primitives chyba najpełniej objawiła swą siłę rażenia, a także stylistycznie najbardziej zbliżyła się do przewrotnej nazwy projektu. Trio za pomocą prymitywistycznego flow zakorzenionego w bluesie, dużej sonicznej wyobraźni i scenicznej swobodzie tchnęło życie w format zespołu, który równie dobrze mógłby brzmieć nudno i klasycznie. Zgranie muzyków i trzymająca wszystko w ryzach znakomita, ultrarytmiczna gra Chada Taylora sprawiły, że koncert, choć momentami nierówny, przemienił się w zupełnie nieprzewidywalne spontaniczne show, które ostatecznie skończyło się na wspólnym śpiewaniu całego składu i zgromadzonych w klubie słuchaczy.

20141022_212615_kopia

Entuzjazm i radość wspólnej gry Cooper-Moore’a, Taylora i Tsahara uznałbym za podwalinę projektu Digital Primitives, dzięki której nawet blisko półtora godzinny występ ani na chwilę nie wywołał u mnie nudy. Doskonale się też stało, że muzycy – mimo dużego aplauzu – nie wrócili na bis. Umiejętność zejścia ze sceny w odpowiednim momencie, to ten aspekt koncertowej retoryki, który chyba najczęściej kuleje w przypadku muzyków improwizujących. Pod tym względem Digital Primitives zdecydowanie „odrobili lekcje”, a inne drobne dramaturgiczne mankamenty skutecznie przykryli ekspresją i charyzmą, dzięki czemu zapewnili warszawskiej publiczności świetną, odświeżającą muzyczną zabawę.

PS: Przy okazji gorąco polecam płytę „Hum, Cracle & Pop”, na której zespołowi udało się osiągnąć chyba najlepsze brzmienie.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Reklamy