Trio kompletne: Harnik, Trzaska, Bradlmayr w Pardon To Tu

bilet

Cóż to był za koncert! Gdybym musiał wybrać „top3” najlepszych pardonowych występów tego roku, to bez zastanowienia umieściłbym w nim poniedziałkowy „wyczyn” Mikołaja Trzaski, Elisabeth Harnik i Martina Brandlmayra. A kto często w warszawskim klubie bywa i zna poziom jego artystycznego programu, ten wie, że to nie lada osiągnięcie. Oczywiście jest to osąd czysto subiektywny i jednostkowy, ale czy na pewno? Burza braw mogłaby świadczyć o współudziale w tej opinii bardzo wielu osób.

Spotkanie tria na jednej scenie publiczność w dużej mierze zawdzięcza Austriackiemu Forum Kultury, które umożliwiło muzykom twórczą współpracę. Pozostaje pogratulować instytucji nosa do artystycznego swatania. Trzy osobowości wyrosłe z nieco innych tradycji, odnalazły wspólny mianownik w muzyce improwizowanej, łączącej wrażliwość artystów z efektem absolutnie spektakularnym.

miko1

Podejrzewam, że większość audytorium zebrała się w Pardonie głównie ze względu na Trzaskę, jednak trzeba oddać honory znakomitym umiejętnościom Harnik i Brandlmayera, których indywidualny głos był dla saksofonu równorzędnym partnerem. Obecnie w zasadzie każdy zdaje sobie sprawę, że Mikołaj Trzaska to muzyk wyjątkowy – jak słusznie głosiła zapowiedź koncertu: „ikona jazzowej awangardy w Polsce”. To absolutnie nie są puste słowa, jakkolwiek dyskusyjne i rozmaicie definiowane są dziś terminy takie jak „jazz”, czy „awangarda”. Według mnie fenomen saksofonisty polega na tym, że za każdym razem czymś zaskakuje – jego skądinąd bardzo charakterystyczny język rozwija się, ewoluuje pod względem wielopłaszczyznowości i głębi ekspresji. Co najważniejsze jednak – biorąc pod uwagę muzyka improwizującego – Trzaska doskonale odnajduje się w nowych muzycznych konstelacjach, nie tracąc przy tym własnego oryginalnego stylu, feelingu agresywnego, pełnego furii, ale jednocześnie bardzo lirycznego, a niekiedy wręcz dramatycznego. Słucha się go (podobnie jak wielu znakomitych improwizatorów) z ciekawości: jaką historię opowie tym razem, bądź w jaki sposób opowie historię tę samą? W poniedziałek w formule nietypowego dla muzyka tria saksofon-pianino-perkusja, powstała moim zdaniem jedna z ciekawszych wypowiedzi gdańskiego artysty w skali ostatnich kilku lat.

Połączenie post-industrialnej, quasi-mechanicznej, jednoosobowej sekcji rytmicznej z intensywną grą saksofonów i niekonwencjonalnym, kreatywnym stylem Harnik, dało efekt bardzo oryginalny, a zarazem spójny i przemyślany na poziomie intuicyjnym. Każdy z muzyków obecnych na scenie był niczym substancja chemiczna niesłychanie łatwo wchodząca w reakcje, a osobowości były naturalnym katalizatorem twórczej energii. Choć współpraca pomiędzy triem dopiero się rozpoczęła, to bez wątpienia Harnik, Brandlmayr i Trzaska mogliby uczyć zgrania wiele składów o niepomiernie dłuższym stażu. Bez wątpienia scenicznemu porozumieniu sprzyjała duża wyobraźnia i brak skłonności do dominacji, co zaowocowało grą o bardzo swobodnym, lecz nierozwiązłym charakterze, pozwalającym na wymiany ciosów w duecie, jak i incydentalne solowe popisy. Po występie spotkałem się z opinią, że w zespole brakowało kontrabasu. Być może, chociaż osobiście uważam, że formuła trzyosobowa dała muzyce więcej wolnej przestrzeni – czasem mniej znaczy więcej. Koncert tria był dla mnie żywym dowodem na to, że muzyka improwizowana najwyższej próby nie wymaga od artystów kompromisów, a jedynie odpowiedniego balansu artystycznej wrażliwości. Jeśli zostanie on osiągnięty, to pozwala na wykreowanie pasjonującej kolektywnej opowieści, w której każdy z bohaterów mówi własnym, suwerennym językiem.

miko2

Szczerze mówiąc oddanie w słowach poniedziałkowego wydarzenia wydaje mi się w pewnym sensie gwałtem na naturalnym pięknie muzycznego spotkania, dlatego zakończę już próby jego opisu. Koncert miał w sobie na tyle dużo magii i pasji, a muzyka tria sugerowała  potencjał tak szeroki, że nie wyobrażam sobie aby Trzaska, Harnik i Brandlmayr mieli nie pozostawić po swojej współpracy żadnego nagrania. Byłaby to wielka strata, która paradoksalnie nadałaby występowi w Pardon To Tu rangę niemalże mityczną. Tworzeniu tego rodzaju mitów jestem jednak zagorzałym przeciwnikiem. W momencie tak dobrego flow, trzeba kuć żelazo póki gorące!

 

Tekst: Krzysztof Wójcik

Zdjęcia: Marcin Marchwiński

 

Reklamy