Warsaw Improvisers Orchestra na Placu Defilad

WIO1

Ostatni raz o Warszawskiej Orkiestrze Improwizatorów miałem okazję pisać jeszcze w zeszłym roku, w kontekście dużego, poszerzonego o chór koncertu w Pardon To Tu (klik). Od tego czasu partyzancki ensemble pod wodzą Raya Dickaty’ego regularnie występował w Chmurach, a w marcu zagrał na scenie Laboratorium CSW, słynącej ze znakomitej akustyki (oraz prestiżu). Tym razem Orkiestra zaatakowała przestrzeń miejską, uderzając wprost w serce tegorocznego, warszawskiego night life’u – w Plac Defilad, a dokładniej w placyk nieopodal Baru Studio. Był to prawdopodobnie największy koncert zespołu zarówno pod względem widzów (audytorium plenerowe, ciężko policzalne), jak i wykonawców (w kulminacyjnym momencie na scenie znajdowało się kilkadziesiąt osób).

Kto wie, czy koncerty w przestrzeni miejskiej nie są właśnie tymi najwłaściwszymi dla projektów takich jak WIO. Występy Orkiestry mają duży potencjał wizualny, są widowiskowe, a moc kolektywnego uderzenia jest w stanie onieśmielić. Jednocześnie otwarte, plenerowe koncerty są zdecydowanie najlepszym sposobem na dotarcie do szerszego grona odbiorców, do złowienia potencjalnych entuzjastów muzyki improwizowanej, którzy gdzieś tam jednak są (niczym „prawda” w Archiwum X). W dodatku tym razem występ WIO był zaledwie (finalną) częścią większego wydarzenia, spektaklu rowerowego „Złodzieje rowerów”, który odbywał się w kilku miejscach w Warszawie. Uczestnicy spektaklu zasilili w pewnym momencie szeregi Orkiestry i wystąpili jako kilkudziesięcioosobowy chór.

Specyfiką całego koncertu była napięta relacją pomiędzy głosem a muzyką, która nadawała wykonaniu specyficzny dziki, niemalże pogański pierwiastek. Można wręcz powiedzieć, że wokal/wokale dominowały nad instrumentami. Trudne warunki akustyczne często dawały o sobie znać, co najdobitniej obrazowały problemy ośmioosobowej sekcji dętej w wykrzesaniu mocy współmiernej do wokalu i sekcji rytmicznej (też mocno rozbudowanej – 3 perkusje, 3 basy i kontrabas). Także jeśli ktoś miał nadzieję posłuchać niuansów w dialogach skomasowanych saksofonów, to mógł się poczuć lekko zawiedziony. Kwestia nagłośnienia. Ale nie w tym rzecz. WIO to model kolektywu, a nie liderów i akompaniatorów. Jedynym liderem jest dyrygent, który – mówiąc najogólniej – kanalizuje energię poszczególnych części składu. Ray Dickaty potrafi to robić z wyczuciem, łatwością i dużą konsekwencją, dzięki czemu całość utrzymana jest w ryzach i nie odlatuje w jam session. Tym razem nacisk położony został na rytm i ekstatyczne, przejmujące wokale, kontrastujące ze zmasowaną sekcją dętą.

 WIO3

Brzmienie WIO przed Barem Studio w momentach szczytowych przypominało mi intensywność, dzikość i moc skandynawskiej supergrupy Matsa Gustafssona Fire! Orchestra (która w wersji trio zagrała na niedawnym festiwalu Match & Fuse). Jestem przekonany, że za sprawą tego występu Orkiestra pod wodzą Raya Dickaty’ego zapisze się w pamięci tych, którzy do tej pory mogli nawet nie wiedzieć o istnieniu podobnej inicjatywy. WIO to zjawisko na warszawskiej scenie muzycznej – niestety jak dotąd przez niewiele mediów zauważane. Być może najlepszą strategią żeby muzyka improwizowana trafiła pod strzechy, jest jej uprzednie wyjście na ulicę? Po sobotnim koncercie chyba wiele osób nie będzie miało nic przeciwko temu.

PS: Póki co – kolejny, regularny występ WIO w Chmurach 26.07

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Bar Studio/Cafe Kulturalna: Sarbak, Masecki i Ścianka ku chwale budżetu partycypacyjnego

O zeszłotygodniowych koncertach w PKiN dowiedziałem się niezwykle późno i mało brakowało, żeby kompletnie uszły mojej uwadze. Szczęśliwie tak się nie stało. Początkowo występy miały odbyć się na Placu Defilad, jednak ostatecznie pogoda pokrzyżowała plany uczczenia partycypacji w przestrzeni, którą można śmiało nazwać pomnikiem impotencji miejskich władz… Szkoda, byłaby w tym pewna doza perwersji. Chociaż z drugiej strony świętowanie „demokratycznego procesu dyskusji i podejmowania decyzji” w podwojach poradzieckiego prezentu też miało swój urok. Podczas gdy Stadion Narodowy dzielnie zarabiał na swoje utrzymanie koncertem zespołu Metallica, w dwóch odnogach najwyższego budynku w Polsce rezydencję objęli artyści polscy: Małgorzata Sarbak, Marcin Masecki oraz Ścianka.

 

Sarbak/Masecki w Barze Studio

Bach grany na keyboardach, Bach nagrywany na dyktafon, Bach lo-fi, Bach na Barce, Bach poza salą koncertową, choć – powiedzmy sobie szczerze – w nie mniej, a inaczej wysublimowanych okolicznościach przyrody… Jednym słowem: Bach jako nieustannie tętniące źródło inspiracji Marcina Maseckiego po raz N-ty. Koncert w Barze Studio zaciekawił mnie głównie ze względu na udział Małgorzaty Sarbak, w której towarzystwie jeszcze Maseckiego nie widziałem. Przypomnijmy, że pianistka także zdążyła już zarejestrować efekt swojej fascynacji muzyką niemieckiego kompozytora na zeszłorocznym, trzypłytowym albumie „J.S. Bach: Partity klawesynowe”. Z perspektywy człowieka, który nie jest z Bachem aż tak za pan brat jak duet Masecki/Sarbak, główne skojarzenia, jakie przychodzą mi do głowy to po pierwsze polifonia, po drugie Wendy Carlos – artystka, która (jeszcze jako artysta) wprowadziła dzieło geniusza doby baroku w czasy współczesne, narzucając nań elektroniczne, awangardowe szaty. Paradoksalnie muzyka Bacha przywodzi mi na myśl bardziej klimaty futurystyczne, niż archaiczne, a jej wycyzelowaną formułę łączę z atmosferą nieco nadąsanej, przerysowanej elegancji. Być może popkultura zgwałciła moją recepcję muzyki kompozytora… cóż, nic już na to nie poradzę.

CAM00618

Trafiłem na koncert Maseckiego i Sarbak z lekkim poślizgiem, lecz nawet jeśli rozpoczął się punktualnie, to musiał trwać nie dłużej jak pół godziny. Przez ten czas cztery dłonie artystów czarowały mniej lub bardziej zainteresowanych słuchaczy znajomymi dźwiękami Bacha o charakterystycznym dla keyboardów brzmieniu. Tymczasem towarzystwo zgromadzone w Barze Studio popijało, zakąszało, rozmawiało… i także – zdawać by się mogło mimo woli – słuchało, choć muzyka równie dobrze mogłoby być muzakiem puszczanym w windzie, czy czilałtową sushi-nudą. Nie jestem w stanie odmówić artystom kunsztu i umiejętności wykonawczych, ale również nie mogę pozbyć się wrażenia dysonansu. Bach jako soundtrack do wódeczki – być może właśnie w ten sposób cel zdejmowania z piedestału muzyki klasycznej został osiągnięty? Akurat w Barze Studio nie widziałem i nie słyszałem w tej formule „wartości dodanej”, a chciałbym i będę próbował ją dostrzec w przyszłości. Może zabrakło czasu? Dziwne, biorąc pod uwagę, że na Ściankę przyszło czekać blisko godzinę, o ile nie dłużej…

 

Ścianka w Kulturalnej

Długo zwlekałem z napisaniem relacji z tego koncertu. I choć właściwie winić za zwłokę pozostaje mi tylko tzw. „przyczyny obiektywne”, to ostatecznie cieszę się, że tekst swoje odleżał. Nie jest łatwo pisać o Ściance, która w swojej karierze wydawniczej nie zaliczyła ani jednej skuchy, od bez mała 20 lat właściwie stale eksperymentuje i w dalszym ciągu ewoluuje w tempie dla wielu bandów nierealnym.

Przygotowania do koncertu – jak to w Kulturalnej bywa – miały charakter otwarty, co z mojej perspektywy (i w przypadku zespołu takiego jak Ścianka) okazało się wielce interesujące. Maciej Cieślak dokładnie testował nagłośnienie i brzmienie instrumentów – co ciekawe nie tylko gitary, ale i perkusji. A tymczasem sala powoli się napełniała… Nastąpił moment próby całego zespołu, która to próba w zasadzie zaczynała przypominać powoli regularny występ (odliczania „razrazrazraz” napędzane tłustym, basowym groovem Michała Bieli przybierały formy niemal quasi-piosenkowe). Gdy już wszystkie aspekty nagłośnieniowe zostały dopięte na ostatni guzik – Ścianka wystartowała mocno i pewnie. Motoryczna, intensywna perkusja Arkadego Kowalczyka przywoływała na myśl Klausa Dingera i w zasadzie przez cały występ była dla zespołu cholernie solidnym punktem zaczepienia. Cieślak początkowo posługiwał się mikrofonem na zasadzie wydawania odgłosów dźwiękonaśladowczych, które po przetworzeniu przez efekty zyskiwały niesamowite, przeszywające, psychodeliczne brzmienie, coś jak beatbox Syda Barretta pięćdziesiąt lat później.

CAM00627

Wrażenie początkowe było piorunujące i szczerze mówiąc nie zasmuciłbym się jakby Ścianka do końca występu grała podobnie naspeedowany, rytmiczny set, jednak ostatecznie ustąpił on miejsca formom piosenkowym, które trio z uporem maniaka dopieszcza przez ostatnie lata. Niestety nie przywołam tytułów, bo nie mam w sobie aż tyle determinacji żeby śledzić bootlegi z ostatnich lat. Utwory bardzo różnorodne jak na dość ograniczone możliwości aranżacyjne, prezentowały się znakomicie. Improwizacje sąsiadowały z elementami bardziej poukładanymi, piosenki dopracowane i domknięte przeplatały się z riffowymi odlotami, jak przystało na klasyczne power-trio, którym to mianem, na upartego, można zespół dzisiaj nazwać.

W przypadku Ścianki muzyczna wyobraźnia żyje w symbiozie ze sceniczną swobodą, a zarazem dyscypliną przekazu. Elementem wyróżniającym koncert w Kulturalnej był bardzo precyzyjnie utrzymywany rytm, na którym powstawały rzeczy w dużej mierze naprawdę spektakularne, jeśli chodzi o poziom songwritingu. Co ciekawe moje ostatnie spotkanie z muzyką Ścianki w Powiększeniu pod koniec zeszłego roku pokazało zespół od zupełnie innej strony – medytacyjnej, para-rytualnej, drone’owej… W Kulturalnej trio pokazało drugą stronę tej samej monety, być może bardziej przystępną, lecz z pewnością równie wysmakowaną i ambitną. Właśnie tego typu artystyczna odwaga i bezkompromisowość Cieślaka, Bieli i Kowalczyka potwierdza, że mimo wydawniczej absencji, Ścianka w dalszym ciągu pozostaje jednym z najciekawszych zjawisk w polskiej muzyce niezależnej.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik