Patrick Higgins w Cafe Kulturalna

Co skłoniło mnie by pójść na koncert Patricka Higginsa? Zespół ZS, w którym muzyk od ostatniej płyty „XE” (bandcamp) pełni dosyć doniosłą rolę (zagrał na gitarze, wyprodukował i zmiksował cały materiał). Poza tym Higgins określany jest przez niektórych piszących mianem „ikony sceny eksperymentalnej”… Cóż, z całym szacunkiem dla Patricka, to chyba jednak przesada i myślę, że sam zainteresowany uderzyłby się tutaj w pierś. Niemniej solowy występ muzyka w Warszawie, ogłoszony właściwie w trybie last minute, zapowiadał się jako koncertowa gratka.

Higgins serdecznie przywitał relatywnie liczne audytorium i zaprosił do słuchania, zaznaczając pół żartem (lub nawet całkowicie żartem), że „to wszystko będą piosenki o miłości”. Jeśli faktycznie tak było, to muzyk ewidentnie zapragnął opowiedzieć o miłości trudnej, surowej i pokomplikowanej na każdym niemal kroku (bywa i tak).

Chyba nikt z przybyłych nie spodziewał się usłyszeć od Higginsa muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej, ale sądzę, że artysta mimo wszystko lekko skonfundował audytorium radykalizmem dźwięków. Gdybym nie widział, że Higgins ma w rękach gitarę, to bardzo trudno byłoby wywnioskować, że właśnie z niej wyczarowuje kakofoniczne kaskady, chaotyczne erupcje elektronicznie brzmiących noise’ów, w których następnie delikatnie zarysowywał szkic, schemat, pozwalający słuchaczowi na chociażby minimalne pozostanie w strefie poznawczego komfortu. Wyprowadzenie z owego komfortu muzyk podejmował jednak nieustannie i po początkowym wrażeniu dezorientacji, można było docenić: 1) kunszt z jakim Higgins panował nad dźwiękiem, 2) bezkompromisowość, 3) oryginalność wymagającą od słuchacza dużej otwartości. To wszystko razem wzięte, w sytuacji koncertowej, dało efekt być może nie porywający, nie urzekający, lecz bez dwóch zdań imponujący. Występ nie trwał dłużej niż 50 minut i była to porcja w sam raz jak na muzykę o takim natężeniu nietypowości i złożoności. Było warto – chociaż to przygoda, którą z pewnością zapamiętam, ale niekoniecznie miałbym gigantyczną ochotę powtarzać. Liczę wciąż na to, że następnym razem zobaczę Higginsa wraz z kolegami z ZS.

PS: Tymczasem już 17 grudnia, również w Cafe Kulturalna, zagra kolega Higginsa z ZS, perkusista Greg Fox (wydarzenie na fb).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Fire!, Matana Roberts, Pękala/Kordylasińska/Pękala – czyli „warszaska proza koncertowa”

Tak w ogóle mógłby się nazywać ten blog, czyż nie?
„Jedziesz na Offa?” – ostatnio tym pytaniem atakują mnie rożne spotykane osoby, im bliżej końca lipca tym częściej. Odpowiadam, w zależności od sytuacji: a) nie mam nadmiaru kabony na przepicie i przejedzenie, b) nie mam siły i ochoty na całodzienne bieganie od sceny do sceny, c) Off? co tam w ogóle gra w tym roku?, d) w Warszawie mam koncertów pod dostatkiem. I chyba własnie ostatnia odpowiedz jest w tej całej offowej zawierusze najbardziej optymistyczna. Zwłaszcza, że ostatnio – w trybie jednostajnie przyspieszonym – maleje u mnie ciśnienie na przyswajanie muzyki na żywo w ilości hurtowej, niesprzyjającej uważnemu jej odbiorowi. W Warszawie w okresie wakacyjnym można sobie zorganizować przyjemny indywidualny festiwal, chodząc na koncerty to tu, to tam, na luzie. No i można przy tym spełniać przyjemne obowiązki patronackie… (sesesese)

Fire!

Nie żebym kompletnie deprecjonował Offa. Na przykład takie Fire! usłyszałem po raz pierwszy na żywo właśnie podczas katowickiej imprezy trzy lata temu i był to jak dla mnie jeden z najlepszych koncertów tamtej edycji. A w tym roku proszę bardzo – Fire! gra w Warszawie za darmo. Na dodatek miał być to koncert plenerowy, ale niestety fałszywe prognozy pogodowe pokrzyżowały te plany i ostatecznie trio zagrało w upiornie nagrzanej Cafe Kulturalnej. Cóż, jak ogień, to ogień.

Ostatnim razem oglądałem Skandynawów na tej samej scenie w PKiN, mniej więcej rok temu z okazji festiwalu Match&Fuse. W tym roku zespół przywiózł jednak ze sobą nowy znakomity materiał z wciąż jeszcze ciepłego albumu „She sleeps, she sleeps„. Stosunkowo wyciszone ostatnie kompozycje w wersji koncertowej nabrały typowej dla Fire! mocy. Chyba już to gdzieś pisałem, ale w muzyce Gustafssona najbardziej cenię sobie pełne zaangażowanie, determinację w kondensowaniu muzycznej energii, granie na 100% możliwości, zachowujące jednocześnie formalną powściągliwość. Fire! oparte na potężnym groove’ie (doskonała sekcja) i gęstniejących repetycjach, sprawia, że koncerty w mgnieniu oka zmieniają się w rodzaj porywającego, ekstatycznego rytuału. (Nomen omen, ostatnia płyta Fire Orchestra! nosi właśnie tytuł „Ritual„). W Cafe Kulturalna można było zaobserwować znany z lekcji chemii fakt, że paliwem dla ognia jest tlen. Było go w klubie z każdą minutą coraz mniej, a Fire! grali coraz intensywniej i nawet starczyło im energii na bis. A lekko podduszona publika (ta frekwencja, wow!) nie szczędziła zespołowi w pełni zasłużonych braw.

Mając już „wspólną przeszłość” z Fire!, nie pchałem się w oko cyklonu i oglądałem koncert z dystansu (jak na nikczemnej jakości fotce, sorry), a pozwalało na to świetne nagłośnienie. Jak się okazało muzyka Skandynawów sprawdza się równie dobrze w roli tła. Tak jak z ogniem, w który można się wgapiać godzinami, ale można też po prostu przyjemnie posiedzieć, pozwolić by grzał. Mimo ekstremalnych warunków temperaturowych, koncert udał się znakomicie i zdecydowanie podtrzymuję opinię, że to mój ulubiony zespół Matsa Gustafssona.


Raptem kilka dni wcześniej, na tej samej scenie, w Cafe Kulturalnej, wystąpiła wyjątkowa artystka amerykańska – Matana Roberts. Saksofonistka od kilku lat realizuje monumentalny, w założeniu 12-albumowy cykl „Coin Coin„, w którym za pomocą muzyki i słów przedstawia wielowątkową, autorską wizję historii (czarnej) Ameryki, w mocnym oparciu o doświadczenia osobiste, własnej rodziny, przodków. Jak dotąd poznaliśmy trzy rozdziały tej opowieści, z których ostatni „River Run Thee” uchodzi za najbardziej eksperymentalny, oddalony od jazzu w stronę elektroniki, organicznych sampli, przeplatanych słowną/saksofonową narracją. Właśnie ten program artystka zaprezentowała w Kulturalnej, wzbogacając swój performance klimatycznymi czarno-białymi wizualizacjami.

Matana Roberts

Koncert pokazał jak bardzo charyzmatyczną osobą jest Matana Roberts, z jak dużą łatwością potrafi skupić maksimum uwagi odbiorców na przekazie dalekim od oczywistości, banału, easy-listeningu. Artystka nawiązała już na wstępie świetny kontakt z publicznością, angażując nas w skandowania haseł, w aktywne uczestnictwo w występie. Dzięki temu dosyć ciężka, enigmatyczna warstwa muzyki, dźwięków, narracji, zyskiwała na komunikatywności i sile, a publiczność mogła poczuć rodzaj wspólnotowości inny niż w sytuacji zwyczajnego koncertu. Bardzo się cieszę, że Matana wplotła w występ swoją kompozycję z pierwszej części cyklu Coin Coin, a mianowicie „I am”. Jak głosi pewna teza, której autorstwo nie ma większego znaczenia, muzyk na scenie przede wszystkim odgrywa siebie (powiedzmy, że prezentuje własną wizję siebie). Matana Roberts jest na tyle intrygująca postacią, artystką, że oglądanie jej na żywo jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału „Coin Coin”. Roberts należy do tego typu oryginalnych twórców, po których spodziewać się można absolutnie wszystkiego i zawsze warto czekać na kolejne wypowiedzi żeby się z nimi po prostu zmierzyć.

Na support w wykonaniu Wacława Zimpla spóźniłem się, a nie lubię słuchać koncertów od połowy (jakie by one nie były). Ciekawe jest natomiast zjawisko jak bardzo solowa aktywność klarnecisty spolaryzowała odbiorców. Osobiście bliżej mi do stanowiska jakie zajął Piotr Lewandowski, jakkolwiek sądzę, że Zimpel jeszcze nie jednym nas zaskoczy, ponieważ jest muzykiem bądź co bądź poszukującym (o czym w pewnym sensie świadczy także tegoroczne „Lines”). Ale szukać nie zawsze znaczy odnajdywać.

Pękala-Kordylasińska-Pękala

Do Kulturalnej trafiłem wprost z Placu Zabaw, kolejnego czwartkowego Lado w Mieście, gdzie wysłuchałem bardzo ciekawego (i wizualnie atrakcyjnego) koncertu Miłosza Pękali i Małgorzaty Kordylasińskiej-Pękali na instrumenty perkusyjne i elektroakustyczne. Muzycy doskonale panowali nad spójnością narracji, co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę perfekcję warsztatu. Występ zwiastował nadejście albumu duetu, na którym można usłyszeć oryginalne interpretacje utworów m.in. Franka Zappy, Felixa Kubina, Steve’a Reicha, ale też jedną kompozycję spod ręki Miłosza Pękali. Cóż, koncert był na tyle dobry, że z wielką przyjemnością sięgnę po płytę (czyli zadanie pt. „promocja albumu na żywo” wykonane na 5).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w czwartek 28.07 kolejne Lado w Mieście, na Placu Zabaw zagra Złota Jesień i Oren Ambarchi. Instytut poleca.

Lado w Mieście [+Torstraßen Festival]: Lutto Lento / Sun Araw | Jaakko Eino Kalevi / Gelbart / Camera

Wyjątkowo i jednorazowo w tym roku Lado w Mieście odbyło się 2 dni z rzędu. Po regularnym czwartku, w piątek warszawski festiwal połączył się z berlińskim Torstraßen Festival, co zaowocowało intensywną muzyczną końcówką tygodnia. Dużo różnego, dla każdego coś miłego. A w szczegółach…

Czwartek 14.07, Cafe Kulturalna – Lutto Lento / Sun Araw

Jak dla mnie największą siłą muzyki Lutto Lento jest jej przygodowy potencjał, zdolność zaskakiwania słuchacza kolejnymi niekonwencjonalnymi, kolażowymi zestawieniami oraz dekonstrukcjami tworzywa bazowego. Raz mamy wycinankę o ostro zarysowanych krawędziach, innym razem wydzierankę o konturach nieostrych, poszarpanych. Raz elementy sprawiają wrażenie precyzyjnie scalonych, to znów ociekają klejem, kiedy indziej są sczepione jakimś pozornie nieprzystającym plastrem, albo taśmą dwustronną.

Lutto Lento1

Ale wracając do przygody. Moja przygoda z Lutto Lento rozpoczęła się na wysokości kasety „Unlucky” (bandcamp), z pamiętnym wykorzystaniem sampli z Enyi, ich „podwodnym” rozpuszczeniem w utworze „Siren”. Załapałem się na falę względnej popularności tego numeru w 2013 roku. I to była przygoda. Lutto Lento ma ciekawy, dygresyjny styl budowania narracji, a przy okazji smykałkę do budowania (wygrzebywania?) zapadających w pamięć motywów. Plądrofonia o bardzo imprezowej, atakującej czachę specyfice. Taka muzyka najlepiej brzmi głośno i późno przy ździebko przytępionych/wyostrzonych chemicznie/organicznie zmysłach (niepotrzebne skreślić). Biorąc to pod uwagę spodziewałem się, że występ Lutto Lento będzie zamykał koncerty drugiego tygodnia Lado w Mieście, które przez złą pogodę przeniosły się do Cafe Kulturalna. Niestety kolejność okazała się odwrotna, co w moim odczuciu nie przysłużyło się dramaturgii wieczoru. Szczególnie, że grający później Sun Araw raczej rozrzedzili intensywność i dynamikę, którą tak żmudnie budował Polak. Lub jak kto woli rozkakofonili (zastrzegam kopirajty). Następstwo niefortunne i złowróżbne, jak picie piwa po kilku kieliszkach wódki – nie może się dobrze skończyć. W dodatku piwa, które w założeniu ma oczarować zmysły bogactwem i zniuansowaniem nut smakowych…

Sun Araw

Cóż, fenomen Sun Araw jestem jeszcze w stanie zrozumieć na nagraniach, ale na żywo Panowie niemiłosiernie odlatywali w elektroniczne kliklikliklikliklik*%&$#&()*^%##@$%&*((()&^%$#@!klikliklik. Przy tym było trochę przyjemnego funku, odrobina dubowej psychodelii, ale miałem wrażenie, że trio za punkt honoru obrało strategię „zróbmy dziwnie, skorzystajmy naraz z tych wszystkich guzików i efektów, które mamy”. Pod koniec zespół zaczął bardziej osadzać muzykę na groovie, rozpędzeniu sekcji, ale ciężko mi powiedzieć jak brzmiał finał, bo nie doczekałem. Jak to się mówi, prawdopodobnie „nie zrozumiałem Sun Araw”. Zgadzam się. Nie byłem jedyny, chociaż wiele osób zostało, a polaryzacja słuchaczy to też rodzaj artystycznego triumfu. Nie zawsze musi się podobać. Nagłośnienie było natomiast bardzo przyzwoite, co dobrze wróży w przypadku zbliżających się koncertów w Kulturalnej.


Piątek 15.07, Plac Zabaw / BarKa

Żałuję, że spóźniłem się praktycznie na cały koncert Better Person (czyli Adama Byczkowskiego). Zdążyłem zaledwie na ostatni numer, więc ciężko mi się wypowiadać, aczkolwiek dopracowany sceniczny wizerunek a la lata 20. i dekadencki klimat muzyki robiły wrażenie, a znajomi, którzy widzieli cały występ byli bardzo zadowoleni. Cóż, innym razem.

Jaakko Eino Kalevi

Fuzyjny wieczór Lado w Mieście – Torstraßen Festival rozpocząłem de facto od koncertu fińskiego wokalisty Jaakko Eino Kaleviego z zespołem. I gdym nie wiedział, że artysta pochodzi ze Skandynawii, to pomyślałbym, że mieszka na jednym osiedlu w Kalifornii z Arielem Pinkiem. Co prawda Jaakko ma znacznie mniej krzykliwy wizerunek, ale już muzycznie bardzo blisko mu do estetyki prezentowanej przez Pinka albo np. Toro Y Moi. Psychodeliczny, rozmarzony, ciekawie zaaranżowany synth-pop (dużo dał udział saksofonu, perkusji i dodatkowej wokalistki). Słuchałem trochę Kaleviego przed koncertem na youtubie i brzmienie wydało mi się zbyt syntetyczne, produkcyjnie przepieszczone. Te mankamenty ulotniły się podczas występu na żywo, zespół zyskał odpowiedni pierwiastek życia i surowości. Sam Jaakko Eino Kalevi kilkukrotnie schodził z mikrofonem przed scenę by śpiewać wśród publiczności. Generalnie przyjemny, solidny i bardzo wakacyjny koncert w sam raz na plenerowe warunki Placu Zabaw.

Gelbart

Kolejne dwa występy były tymi, dla których specjalnie przyszedłem tego wieczoru nad Wisłę, a w szczególności jeden z nich. Mam tu na myśli berlińską neo-krautrockową Camerę. Zanim jednak warszawska publiczność przekonała się, że motorik, grany przez prawdziwych Niemców w blisko pół wieku od „wynalezienia”, dalej brzmi zajebiście, na scenie Placu Zabaw z solowym setem wystąpił Adi Gelbart. Artysta wywodzi się z hamburskiego Gagarin Records, wytwórni założonej przez Felixa Kubina pod koniec XX wieku i powinowactwo z brzmieniem Kubina było bardzo wyraźne. Charakterystyczne, naiwne melodyjki podlegające ciągłym transformacjom i bitowym stymulacjom Gelbart przełamywał od czasu do czasu partiami saksofonu. Te momenty były jak dla mnie najciekawsze, chociaż całego koncertu wysłuchałem z przyjemnością. Rodzaj prymitywistycznej, radosnej i bezpretensjonalnej elektroniki jaki lubię. W dodatku Gelbart jest multinstrumetalistą i widać było, że dobrze panuje nad tym co robi na scenie, a co najważniejsze nie puszczał muzyki z kompa. Do tego za plecami Niemca przewijały się lekko absurdalne wizualizacje, dobrze korespondujące z dźwiękiem.

Camera

Camera wystąpiła już na Barce, ponieważ późna pora wymusiła exodus z Placu Zabaw. W rezultacie Niemcy zagrali nie tylko dla publiczności zgromadzonej na łódce, ale też siedzącej na bulwarowych schodkach, czyli w sumie same plusy, szczególnie, że nagłośnienie było tip-top, a zespół zagrał bez wątpienia najbardziej porywający koncert wieczoru. Co z tego, że muzyka Camery daleka jest od nowatorstwa i brzmi jak jakiś zaginiony, surowy album Neu! w rozszerzonym składzie, jeśli funkcjonuje perfekcyjnie w sytuacji występu na żywo? Szczerze mówiąc wolę jeśli zespół sprawnie i kreatywnie rozwija patenty sprzed lat niż na siłę próbuje odkrywać Amerykę, a w dodatku robi to nieudolnie (piję tu do przekombinowanego Sun Araw). Imperatyw nowatorstwa w muzyce w XXI wieku jest utopią, sprzyjającą powstawaniu często jałowych i karykaturalnych eksperymentów. Camera zagrała porządny, pełnokrwisty i bardzo energetyczny koncert. Występ o na tyle silnym fizycznym uroku i oddziaływaniu, że absolutnie nie mam problemu z jego teoretyczną wtórnością. Dobry bit pozostanie dobrym bitem, a grunt to umieć nim operować. Camera potrafi.

Usatysfakcjonowany występem Niemców odpuściłem sobie trzy kolejne sety. Chociaż trochę żałuję niezobaczenia na żywo Xosar… W każdym razie, jak donoszą nieoficjalne, niezależne źródła, zabawa była przednia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kolejna odsłona Lado w Mieście już 21.07. Zagrają Kobiety i Pękala/Kordylasińska/Pękala. Instytut poleca.

Przyszłość, paszporty i nieistniejące papierosy / wpis kulturalny

Nadium

Z początkiem miesiąca, na przestrzeni zaledwie 3 dni miałem okazję usłyszeć na żywo 2 z pośród 3 nominowanych artystów do tegorocznej edycji Paszportów Polityki w kategorii „muzyka popularna”. Na dodatek w tym samym miejscu. Dookreślmy dane. Chodzi o Raphaela Rogińskiego (w tym wypadku Cukunft), oraz Kubę Ziołka (akurat premierowe T’ien Lai). Arena zdarzeń – Cafe Kulturalna. Wówczas jeszcze temat paszportów w kontekście powyższych artystów nie istniał. Niemniej, zważywszy na ich obecny „status ogólny”, jak i jedynie tegoroczny dorobek, nominacje nie są jakimś wielkim zaskoczeniem. Można je wręcz określić mianem względnie oczywistego potwierdzenia wspólnej dla obu Panów rangi „muzyków-instytucji” na polskiej scenie, powiedzmy, muzyki popularnej…
Oczywiście sztuka to nie zawody lekkoatletyczne, a dla rożnych wartości estetycznych próżno szukać wymiernych kryteriów ocen, tworząc hierarchiczne zestawienia (owszem, plwam na rankingi, a końcówka roku to świetny moment na autodafe). Jednakże czysto prestiżowej wagi Paszportu nie da się zdezawuować. Uznanie kapituły dziennikarzy/krytyków z wielu rożnych muzycznych światów ma swoja wartość, jakkolwiek na płaszczyźnie ogólnej demokracji i sztuce raczej nie jest po drodze.. Cóż, „muzyki popularnej” nie wybierają jednostki, a szersze gremia, nawet jeśli w kontekście tegorocznych nominowanych jest to kategoria o przewrotnej, życzeniowej nazwie.
Jakby nie patrzeć wyróżnienie Polityki od lat pozostaje chyba jedyną faktycznie nobilitująca muzyczną nagrodą o ogólnokrajowej sile rażenia, co ciężko zbagatelizować, nawet uwzględniając nieufność do rankingów.

Cukunft w Kluturalnej

Koncerty w Cafe Kulturalnej w obu przypadkach były znamienne. Na zespole Cukunft Raphael Rogiński poniekąd budował zjawisko, które dziś coraz częściej określa się mianem „Nowej Muzyki Żydowskiej”. Gdyby nie Cukunft, a de facto gdyby nie Rogiński, to prawdopodobnie nie byłoby o czym mówić, nie pojawiłyby się kolejne zespoły/projekty twórczo reinterpretujące tradycję muzyki żydowskiej sprzed pokoleń. Nie byłoby kreatywnego wskrzeszenia niemalże zabitej estetyki (mam tu na myśli z jednej strony Holocaust, z drugiej cepeliowe upamiętnianie na rożnego rodzaju festynach, na których większe znaczenie ma pozór i klisza niż żywa tradycja).
Raphael Rogiński pod tym względem wykonał kawał etnomuzykologicznej i artystycznej roboty, poruszył jedną z pierwszych kostek domina, NMŻ to już dzisiaj wyrazista cząstka kultury polskiej ostatnich lat. Zacięcie etnomuzykologa i interpretatora towarzyszyło gitarzyście również w tym roku na czarującej płycie solowej z kompozycjami Johna Coltrane’a, z których wydobył znacznie więcej niż nie jeden saksofonista (o krążku obszerniej pisałem tutaj). Jeżeli jednak paszport miałby trafić w ręce Rogińskiego, to w moim odczuciu przede wszystkim za Nową Muzykę Żydowską, której jest w Polsce podobnym ambasadorem, jak John Zorn ruchu Radical Jewish Culture w NYC. Przy czym polska specyfika nurtu, biorąc pod uwagę lokalny kontekst historyczny, jest chyba nawet bardziej fascynująca. Dla muzyka z takim „dowodem osobistym”, Paszport byłby tylko kolejnym dokumentem potwierdzającym wyrazistą tożsamość artystyczną.
Koncert Cukunft (a może jeszcze bardziej późniejszego big bandowego Banda Nella Nebbia, gdzie Rogiński wystąpił gościnnie) pokazał, że NMŻ żyje już własnym życiem, na nowo i w sposób naturalny, w kraju gdzie tak też funkcjonowała przez setki lat. Cukunft to w jidysz przyszłość. Zespól jest własnie tego rodzaju wehikułem czasu.

T'ien Lai w Kulturalnej

T’ien Lai – fikcyjną markę papierosów wymyślił amerykański gigant literatury sci-fi Philip K. Dick. T’ien Lai – zespól techno-rytualny powołał do życia Kuba Ziolek, artysta o niebywałej wręcz podzielności uwagi i kreatywności (w tym roku 4 płyty, każda na bardzo równym, wysokim poziomie). Koncertowa premiera albumu „RHTHM” nie była już dla mnie takim estetycznym zaskoczeniem jak wakacyjny występ T’ien Lai na Placu Zabaw (klik), podczas którego zespół objawił się dla mnie na nowo. Tym razem ta świeża formuła po prostu znakomicie zafunkcjonowała i tu nie było niespodzianki. Połączenie transowej, psychodelicznej elektroniki z „żywą”, motoryczną sekcją bębniarzy/gongistów, ubranie widowiska w nieco mroczny, tajemniczy płaszczyk (kostiumy, dym, kadzidełka), rytualne wychodzenie w publiczność z tamburynem – wszystko razem złożyło się na występ mocny, wyrazisty i w zasadzie kompletny pod względem przemyślanej formy. Chusta na twarzy Ziołka to też symptomatyczny element. Muzyk, podobnie jak Rogiński, jest przede wszystkim reprezentantem konkretnego środowiska, całego szerokiego kręgu artystów roboczo zwanego sceną toruńsko-bydgoską/bydgosko-toruńską. Wymowny jest fakt, że nawet w solowym projekcie Ziołek nie występuje pod własnym nazwiskiem, tylko pod szyldem Stara Rzeka, tłumiąc trochę jednostkowy charakter tworu. Paszport dla artysty byłby w dużej mierze docenieniem wszystkich twórców z kręgu Milieu L’Acéphale, któremu to wyróżnienie bez wątpienia się należy. Jest to także już kolejna nominacja dla Ziołka i w porównaniu z tą sprzed dwóch lat, muzyk ma za sobą silniejsze argumenty (moje osobiste faworytki to: „Duch Tornada” Alamedy 5 i właśnie „RHTHM” T’ien Lai). Z drugiej strony czy artyście, który łapie się do czołówek prestiżowych zagranicznych podsumowań (np. The Quietus, Fact Magazine), jakikolwiek Paszport jest w ogóle potrzebny? Jako dodatek do imponującej kolekcji świetnych albumów i gest uznania dla szerszego środowiska muzyków – czemu nie.

Obojętnie jaki werdykt padnie podczas paszportowej gali, nie będzie przegranych. Za parę lat o tegorocznej nagrodzie Polityki niewielu będzie pamiętać, natomiast sama muzyka posiada zdecydowanie dłuższy termin ważności i ostatecznie jest najlepszą wizytówką, która sama się wyróżnia.

Niemniej gratuluję wszystkim nominowanym (nie pisałem tutaj o trzecim z nich Błażeju Królu). Społeczne rytuały są potrzebne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

SYNY w Kulturalnej

Syny2

EEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE

W rozświetlonych oparach dymu przechadza się wysoka postać z plecakiem. Kto to? Syn. Gdzie on idzie? Do Orientu. Zaraz poprowadzi tam całą napchaną po brzegi salę. Po co ciągnie te manele? Co to za plecak? Bagaż krytyczny. Ciężkooo. W chUUUUUUU!

A jednak nie tak bardzo.

SYNY od początku generowały spore emocje, często rozbieżne, których pełna kulminacja nadeszła w sposób naturalny wraz z wydaniem „Orientu„. W międzyczasie minęło 9 miesięcy. Ciąża. Trasy, koncerty, festiwale… Trzeba przyznać, że duet Piernikowski / 1988 donosił swoje dub-hopowe retro dziecko. Dziś pochylają się nad nim, tarmosząc za poliki z uwielbieniem, nawet ci, którzy początkowo prognozowali rychłe poronienie, ewentualnie ciążę urojoną (brak autentyczności). A bagaż krytyczny systematycznie rósł i pęczniał, jak plecak Syna Piernikowskiego – duży, niewygodny, zawadzający… Sam dorzuciłem do niego 2 cegiełki w postaci recenzji „Orientu” i relacji z koncertu na Placu Zabaw. Z tym, że ja akurat nigdy nie byłem niedowiarkiem, a kolejne kontakty z Synami – poprzez płytę, koncerty, materiały publikowane w sieci – doprowadziły mnie do jasnej konkluzji, z którą podejrzewam nie jeden się zgodzi: rok 2015 w tzw. „polskiej muzyce alternatywnej” upłynął pod znakiem „Orientu”. Nie było chyba pozycji odbijającej się szerszym echem, bardziej wyrazistej i polaryzującej, magnetycznej, a zarazem wciąż ciężkiej do klasyfikacji. Wreszcie – bardziej polskiej (język, teksty, styl, flow). Syny to współczesny polski hip hop (lubię tak o tym myśleć, jest w tym pewna perwersja jeśli spojrzeć na ogól polskiego hip hopu), oryginalny, niewywołujący poczucia żenady. Ludowy i ludyczny zarazem. Poetycki. Autentyczny? Dajmy spokój. Pokażcie mi autentyczną sztukę, jestem bardzo ciekaw. Sztuka i autentyczność to oksymorony. Sorry – zawsze występuje element kreacji. Wszystko rozbija się o to „jak?” coś się robi. A „Orient” jest zrobiony znakomicie.

Syny

I wcale nie chodzi tu tylko o klimat, o „bekę” (jak usłyszałem stojąc do szatni po koncercie od rozentuzjazmowanej grupki słuchaczy). Wystarczy się wsłuchać w teksty. Zachęcam. Czy numeru „Stoję” nie można odczytywać jako krytyki zachodniego kapitalizmu, pędu, wyścigu szczurów, tzw. successful life? „Nie chcesz grać w tą grę – spierdalaj”. Z kolei jeden z moich ulubionych wersów: „To nie ja, to mój cień, który wlecze się za mną” można odnieść do samych Synów, do towarzyszącego im „bagażu krytycznego”, recenzji itp. Też do wspomnianej autentyczności. Wszystko w minutę i 45 sekund. „Wkurw” to szydera bez wazeliny na „polskie narzekanie”, tutaj akurat wymierzone bezpardonowo w środowisko alternatywy. „Babcia” – pokażcie mi numer, który tak dobrze odzwierciedla smutek egzystencji polskich emerytek. Kto w ogóle bierze się za taką tematykę?! SYNYYY. A zrobienie z tego kawałka koncertowego rozpierdalacza, to już wyższa szkoła jazdy. Tak można długo, nie będę tu każdego utworu analizował, lepiej sobie posłuchajcie (klik). Wreszcie sama koncepcja splecenia całości znaczeń zawartych na albumie przewrotnym słowem „orient”. Kto chętny na przeczytanie płyty Synów przez „Orientalizm” Edwarda Saida? Dałoby się to zrobić. Tak – Polska jest tutaj Wschodem, zdecydowanie. Ale czy to źle?

Adam Gołębiewski

Koncert w Kulturalnej odbył się w cieniu tragedii paryskiej, która nadała występowi jeszcze jeden, tym razem złowrogi, dramatyczny kontekst. Pałac Kultury rozświetliły barwy flagi francuskiej, a ogólne napięcie unosiło się w powietrzu. Okazało się, że przed Synami zagra perkusista Adam Gołębiewski, który również w Latarni wydał w tym roku solowy album „Pool North„. Artysta zaprezentował bardzo bezkompromisowy i głośny set. Zaczął uderzając w zestaw blachami, później zmienił je na metalowe pałki… Gołębiewski gra siłowo, tworzy akustyczną zawieruchę, ale jest taki moment, gdy ucho odbiorcy zaczyna nadawać na tych samych falach, łapie ekstremalną poetykę i nagle okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda, a oprócz hałasu przemyślana forma. Trochę żałuję, że stałem tak blisko zestawu, a jeszcze bardziej, że zostawiłem w kurtce zatyczki do uszu, bo właśnie w sytuacji gdy trochę się wytłumiło dźwięk, można było usłyszeć większą ilość niuansów, warstw wypowiedzi. Ten odrobinę zbyt rozciągnięty w czasie, brutalny, nerwowy set stanowił dla mnie doskonały komentarz do wydarzeń europejskich wieczoru poprzedniego, był bardziej adekwatny niż tysiące słów komentatorów i polityków.

20151114_232134

Syny rozpoczęły koncert od nowego kawałka instrumentalnego, który ma się znaleźć na kolejnej płycie. Tak przynajmniej wyznał 88 podczas występu z Łukaszem Rychlickim w Pardon To Tu dwa miesiące temu (klik). Ten obiecujący opener podsycił nadzieje, że duet podzieli się jeszcze jakimiś nowymi numerami. Tak się jednak nie stało. Zabrzmiał natomiast cały „Orient”, z wyjątkiem niektórych instrumentali. W porównaniu z wakacyjnym, plenerowym koncertem warszawskim, występ w Kulturalnej był jeszcze bardziej energetyczny, a dramaturgia poprowadzona wzorowo. Nagłośnienie – jak na trudną przestrzeń klubu -wyjątkowo dobre, „tłuste”. Same Syny w świetnej formie. Wielką zaletą koncertów duetu jest świadomość ich scenicznego charakteru, tzw. „performatywnego aspektu”. Kulturalna systematycznie tonęła w dymie, w powietrzu unosił się zapach kadzidełek, publiczność chłostana była reflektorami, Robert Piernikowski uprawiał swój autorski, synowski catwalk, praktycznie ani razu nie gubiąc flow. 88 jest coraz lepszym hypemanem, w kwestii jakości samych bitów nie ma sensu dalej piętrzyć pochwał – kto słuchał albumu, ten wie. Z tym, że płyta to jedno, a występ na żywo drugie. Syny przechodzą weryfikację koncertową doskonale. Chylę czoła i czekam w napięciu na następcę „Orientu”. Nie będzie łatwo, bagaż krytyczny ciężki, ale po takim roku można obdarzyć duet zaufaniem, nawet nie na kredyt.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

[poniżej zapis koncertu z Łodzi ⓒ Efektpol]

 

Shofar w Cafe Kulturalna // premiera „Gold Of Małkinia”

Shofar

To nie będzie długi wpis – moją recenzję koncertowej płyty Shofar odnajdziecie (już niedługo) w nowym numerze PopUpMusic.pl, więc polecam trzymać rękę na pulsie.

Jeśli oceniać wartość zespołu po liczbie widzów, których jest w stanie przyciągnąć na koncerty, to trio Rogiński – Trzaska – Moretti stanowi prawdziwy fenomen na polskiej scenie alternatywnej. Co prawda w Kulturalnej wjazd był za free, ale wielokrotnie byłem świadkiem jak ten skład wypełniał po brzegi rozmaite sale i plenery. Nie pamiętam ile razy widziałem już Shofar na żywo, z pewnością było to wiele koncertów i chyba nie starczyłoby palców dwóch rąk żeby zliczyć. Ani jednego nie żałuję. Na dobrą sprawę miałem tego tekstu nie pisać, no bo „Shofar to wiadomo”, „ile można”, pisałem już nie raz itd. Ale nie powstrzymałem się, tym bardziej, że koncert w Kulturalnej był sporym kontrastem dla tego, co usłyszeć można na „Gold Of Małkinia”.

Jak wrzucałem na fb zajawkę występu, to podkreśliłem, że w porównaniu do materiału ze świeżo wydanej płyty (nagranej w 2013 r.) Raphael Rogiński, Mikołaj Trzaska i Macio Moretti są już o dwa lata lepszymi muzykami i można spodziewać się niespodzianek. Lepszymi = bardziej doświadczonymi, dwa lata jeśli chodzi o muzyków improwizujących (a w końcu nie tylko na tej scenie członkowie Shofar się obracają), to szmat czasu na ewolucję języka wypowiedzi. I ten rozwój w Kulturalnej było słychać już od pierwszych dźwięków, choć oczywiście każda sytuacja koncertowa ma swoją własną specyfikę itd.

Shofar2

Shofar zaprezentował się od drapieżnej i nieokiełznanej strony w porównaniu do nagranego występu z Chicago, w dużej mierze wyciszonego, bardziej impresyjnego. Muzycy zagrali głośno, a wewnętrzny smutek i melancholia tematów schodziła na dalszy plan, dominowała energia, pazur, nieokrzesanie. Szczególnie dało się to odczuć w partiach gitary Rogińskiego, które często sprzęgał, przesterowywał, że brzmiały czasami wręcz hendrixowsko. To prawdopodobnie owoc intensywnego grania z psychodeliczno-bluesową Wovoką w ostatnich latach, chociaż znakomity solowy album, też mógł dodać Rogińskiemu większej śmiałości i swobody, nawet jeśli utrzymany jest w znacznie bardziej subtelnej stylistyce (więcej w nadchodzącym PopUp). Moretti zagrał dynamicznie i pewnie. Trzaska mocarnie, agresywnie, ale z dużym wyczuciem. Odniosłem wrażenie, że muzycy napędzali się nawzajem, podkręcali temperaturę z mistrzowską wprawą i wyraźną frajdą z grania. Nie zabrakło też motywów, które słyszałem jak dotąd po raz pierwszy – sprawiały wyraźne wrażenie wyćwiczonych tematów. To dobrze wróży na przyszłość. Nie obraziłbym się gdyby trio kolejne płyty realizowało już tylko w sytuacjach koncertowych.

Czyli w sumie bez zmian – Shofar wciąż gra zjawiskowo, a z każdym rokiem synergia między muzykami jest coraz lepsza. Working band, czyli zespół który działa. W Kulturalnej zadziałał jak żyleta 🙂

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Merkabah, Fire! w Kulturalnej – bonus do relacji z Match & Fuse

Merkabah

Z 2/3 festiwalu Match & Fuse napisałem sprawozdanie na łamach PopUp (klik). Jednak nie mogę sobie odmówić zabrania głosu odnośnie dnia trzeciego, na który szczerze mówiąc najbardziej czekałem, głównie ze względu na Fire!

Jeśli chodzi o aspekty techniczne, czyli fatalne nagłośnienie podczas koncertu Merkabah, to ciężko mi nie zgodzić się z Piotrem Lewandowskim. Podczas występu warszawskiego kwartetu słuchanie było wielce utrudnione. To tak jakby podczas czytania ktoś trząsł mi tekstem, mrygał światłem i kasłał w ucho. Wielka szkoda, ponieważ Merkabah to zespół porządny, który bardzo dobrze odznaczył się na tle polskich składów podczas OFF-a 2014 (klik). Niestety w obliczu zaistniałych okoliczności właściwie trudno o występie cokolwiek sensownego napisać. Na pewno zwróciło moją uwagę ograniczenie partii saksofonowych (nawet gdy były słyszalne). Co prawda w przypadku Merkabah saksofon pełni rolę bardziej ornamentalną, to mimo wszystko jest elementem nie do przecenienia, o ile nie „cechą dystynktywną” brzmienia formacji.

W odniesieniu do Fire! po raz kolejny muszę odwołać się do OFF Festiwalu, ponieważ przed dwoma laty trio Matsa Gustafssona zagrało na Scenie Trójki koncert wyjątkowy, nawet nie tyle najlepszy w kontekście edycji 2013, ale jeden z lepszych odkąd jeżdżę na katowicką odsłonę imprezy (od 2012). Wobec tego oczekiwania przed występem w Kulturalnej miałem dość mocno napompowane, zwłaszcza, że w przeciągu ostatnich 2 lat Fire! było swoistym oczkiem w głowie Gustafssona (płyta w trio, 3 albumy w rozszerzonym, orkiestrowym składzie). Nie będę też specjalnie ukrywał, jest to mój ulubiony zespół saksofonisty i właśnie w takim niewielkim formacie (trio, trio+), który ostatnio trochę zszedł w cień w związku z powszechnym entuzjazmem jaki wywołały big bandowe płyty „Exit!”, „Enter” i „Second Exit”. Jak na ironię festiwal w materiałach internetowych zapowiadał koncert Gustafssona właśnie jako „Fire! Orchestra”… Niedopatrzenie (lub matactwo) jednych mogło oszukać innych skonfundować, zorientowanych natomiast rozśmieszyć – skład orkiestry to blisko 30 muzyków, a każdy z nich zaangażowany jest w kolejnych kilka projektów. Cóż, osobiście nie miałem złudzeń i czekałem na Fire! trio.

Gustafsson

Trzeba przyznać, że ostatni dzień M&F pod względem stylistycznym został skompilowany chyba najbardziej spójnie. Co by nie mówić, Merkabah i Fire! brzmieniowo mają zdecydowanie bardziej po drodze niż Kinsky i kwartet Laury Jurd. Szczęśliwie trio Gustafssona przyjechało do Warszawy z własnym akustykiem, dzięki czemu koncert zabrzmiał przyzwoicie i mocno. Zabrakło mi jednak większej ilości saksofonowych odlotów. Gustafsson w Fire! z założenia gra jak na siebie dość oszczędnie, ale tym razem narracja tria oparta była głównie (a czasem niemal wyłącznie) o repetycje. Motywy powtarzane dziesiątki razy wprawiały w trans, hipnotyzowały, kiedy indziej przechodziły w energetyczny, na poły funkowy, brudny groove przypominający bardziej The Thing. Trio akcentowało przede wszystkim jednostajną rytmikę sekcji, dlatego najciekawszymi momentami były te gdy Gustafsson okazjonalnie zrywał się z łańcucha na dęciaku, tudzież elektronice. Z całą pewnością jeden z lepszych koncertów festiwalu (obok Kinsky’ego i OKO), lecz już nie tak zwalający z nóg jak występ w Katowicach sprzed dwóch lat, który przybrał w mojej pamięci niemalże mityczną formę. Wychodząc z Kulturalnej trochę żałowałem, że ostatni dzień nie odbył się na małej scenie Teatru Powszechnego, gdzie warunki akustyczne były jednak dużo korzystniejsze – przy całej sympatii dla retro klimatu klubu w PKiN.

Zamykając temat Match & Fuse. Fajnie, że takie imprezy są organizowane, że pozwalają na fluktuację rozmaitych europejskich składów reprezentujących stylistykę (zwykle) daleką od popu i mainstreamu. Podstawowym problemem okazała się selekcja (tutaj, żeby już się nie pastwić, odsyłam do tekstu na PopUp). Drugim, co prawda mniejszym, ale jednak mankamentem było przeciążenie line-upu, szczególnie w pierwszych dwóch dniach. „Mniej znaczy więcej” zwłaszcza gdy prezentowana muzyka ma stanowić dla słuchacza wyzwanie. Nie ma sensu rozrzedzać programu zjawiskami ewidentnie odstającymi. Match & Fuse utwierdził mnie w przekonaniu, że kameralne festiwale to – obok właściwego reaserchu – przede wszystkim sztuka umiaru.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Trzaska / DJ Lenar / Masecki / Rogiewicz / Sienkiewicz w Cafe Kulturalna

Nazwiska imponujące w intrygującym zestawieniu nieprawdaż? Wyżej wymienieni Panowie, artyści charakterystyczni i zasłużeni dla polskiej muzyki/kultury ostatnich lat/dekad, musieli zagrać w jeden z najgorszych wieczorów jakie co roku odbywają się w Warszawie. Noc Muzeów to bodaj najbardziej upiorny termin na wychodzenie z domu. Impreza charakteryzuje się masowym przyswajaniem kultury w wersji instant, rozwodnionej, festyniarskiej, fasadowej. Swego rodzaju muzealny odpust, który można przypieczętować kiełbasą z grilla lub belgijską frytą na Placu Defilad. W Noc Muzeów można paradoksalnie zobaczyć jak dużo osób do instytucji kultury nie chadza. Piszę te słowa mając świadomość jak to wygląda od kuchni, jako osoba do niedawna związana z muzealnictwem. Zresztą nie jest to żadne odkrycie Ameryki. W Noc Muzeów kultura jest jak łapczywie chwytany, darmowy napój Zbyszko z radomskiej wigilii. Smakuje (jakoś) i gasi pragnienie (jakoś), ale nie dostarcza organizmowi nic poza wodą, cukrem i sztucznymi aromatami.

O tej „przeklętej” dacie przypomniałem sobie niestety dopiero w chwili wyjścia na koncerty do Cafe Kulturalnej (które przy okazji były zwieńczeniem festiwalu filmowego Docs Against Gravity). Zatem podwójna kumulacja… Niemniej jednak nazwiska muzyków zachowały magnetyczną siłę przyciągania. Dawno tak dobitnie nie odczułem, że kontekst determinuje sytuację, że byt kształtuje świadomość, czy coś w tym rodzaju.

Proponuję zatem foto-story. Jak na Noc Muzeów jest to chyba idealna forma wpisu.

Mikołaj Trzaska na czerwonym dywanie:

Mikołaj Trzaska

Absolutnie nie dziwię się saksofoniście, że wybrał tak ustronne miejsce, zapewniające minimalną dozę autonomii względem otaczającego zewsząd zgiełku. Pamiętam jak przed kilkoma laty miałem wielką przyjemność słuchać solowego występu Trzaski w warszawskiej Synagodze im. Nożyków – to był wyjątkowy koncert z fenomenalnym klimatem, doskonale korespondującym z muzyką. Ultra-komfortowe okoliczności. Tym razem Trzaska musiał walczyć o audialną czasoprzestrzeń w warunkach festynu, musiał zabrzmieć bezkompromisowo, jak free jazzowy wojownik. I chociaż wystąpił w najbardziej wycofanym zakątku, to zagrał swoje, a przeszywające, szorstkie brzmienie altu pozwalało na rozedrgany azyl w pulsującej rzeczywistości. Autentyzm i konsekwencja – za to duży szacunek. Przy okazji słychać, że Trzaska nie ma najmniejszego problemu z sytuacją samodzielnego koncertu i odnajduje się w podobnej sytuacji równie dobrze jak podczas występów z innymi muzykami. Narracja artysty wciąga, intryguje, „nie pozostawia obojętnym” – i nie jest to slogan. Warto podkreślić, że wyjątkowo mało wyczuwalny był pierwiastek żydowskiej melodyki, gdzieniegdzie pobrzmiewał, lecz nie zdeterminował wypowiedzi. Mankamentem była natomiast mała wizualna dostępność Trzaski, mogła go dostrzec zaledwie garstka słuchaczy.

DJ Lenar pokazuje sufit:

DJ Lenar

Po koncercie Trzaski była niewiadoma: co dalej? Pozostali muzycy – wedle opisu wydarzenia – mieli występować w różnych, nie do końca jasnych konfiguracjach. Zaczął solo DJ Lenar – z dużą dozą prawdopodobieństwa najbardziej oryginalny „dysk dżokej” polskiej, a w każdym razie warszawskiej sceny. Lenar należy do muzyków, którzy przede wszystkim tworzą klimat, wypełniają audiosferę dźwiękami przypominającymi podkręcone i zniekształcone szumy rzeczywistości otaczającej. Muzyka Lenara jest w pozytywnym sensie niedomknięta, tworzy hipnotyczne, noise’owe tło do zastanej sytuacji. Brak bitu, brak skreczów i turntablistycznych popisów zastępuje bardzo przemyślana, horyzontalna warstwa dźwięków o zmieniającym się natężeniu. Wielu DJ-ów mogłoby się od Lenara uczyć sztuki powściągliwości i minimalizacji środków. Program solowy mocno przypominał wydawnictwo „Re:PRES” sprzed trzech lat, na którym artysta poddał autorskiej modyfikacji „Miniatury” Eugeniusza Rudnika. Warto o tym wspomnieć, by ów cykl nestora polskiej elektroniki właśnie doczekał się wydania przez Requiem Records w formie imponującego boxu 4 płyt (klik). Propozycja Lenara na podobnie awangardowy set w sytuacji klubowego zgiełku była dość radykalna, lecz paradoksalnie doskonale wpisała się w klimat, przykuwając uwagę wielu słuchaczy. Wielka szkoda, że DJ Lenar od czasu wspomnianego „Re: PRES” nie wydał żadnego nowego materiału.

Marcin Masecki w blasku światła (i CCTV):

Marcin Masecki

Kolejny solista. Tym razem pomysł na formułę koncertu okazał się lepszy niż samo wykonanie. Improwizacja na pianinie i keyboardach do ujęć zarejestrowanych przez kamery przemysłowe brzmi ciekawie, szczególnie w świetle kończącego się Docs Against Gravity. Jednakże Masecki podszedł do zagadnienia w mało kreatywny sposób, ograniczając się do typowych dla siebie „popsutych” zagrywek, od czasu do czasu bawiąc się mocą elektronicznego brzmienia. Równie dobrze mogłoby nie być warstwy wizualnej, skądinąd dość interesującej (obraz spod mikroskopu, ludzie biegnący po ulicy, satelitarne zdjęcia Ziemi, bojówkarze z karabinami, opakowanie laptopa…). Ciekawe, choć też nie do końca wykorzystane były sekwencje, w których na ekranie pojawiały się ujęcia z przestrzeni Kulturalnej. Masecki zagrał jak na siebie dość „konwencjonalnie niekonwencjonalnie”, ale zabrakło wyrazistości i związku z warstwą wizualną. Cały set można podsumować „pianista sobie, obraz sobie”. Szkoda, bo sam pomysł miał duży potencjał.

DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz (poza zdjęciem, za konsoletą Jacek Sienkiewicz):

DJ Lenar & Jerzy Rogiewicz

Cóż, był to dla mnie ostatni muzyczny obrazek podczas wieczoru w Kulturalnej. Tym razem Lenar zaproponował bit, a trzaski i szumy upiął rytmiczną siatką, do której plecenia dołączył po chwili Rogiewicz z Sienkiewiczem. Brzmienie łączyło brud z coraz bardziej gęstniejącym, prostym klubowym drivem. Hi-hat i werbel Rogiewicza nadawały elektronicznemu garage-tandemowi przyjemny organiczny, „żywy” pierwiastek. Dobrze się tego słuchało, struktura powoli się rozwijała, a trans wisiał w powietrzu. Tym akcentem zakończyłem wizytę w Kulturalnej, a uwodzicielski zapach grillowanej kiełbasy na Placu Defilad odprowadził mnie do metra.

Wnioski po koncertach: za dużo, nie do końca wykorzystana szansa konfiguracyjna, ogólnie niejasny zamysł kuratorski całego przedsięwzięcia. Choć chaos i niejasność, a czasem łopatologia to akurat pewniki jeśli chodzi o Noc Muzeów. I piszmy jednak z małej – noc muzeów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Joshua Abrams Natural Information Society w Cafe Kulturalnej

Rosaly_Abrams1

To był już mój 3 raz z muzyką Joshuy Abramsa na żywo w mocno „gościnnym” formacie Natural Information Society. Właściwie odkąd po raz pierwszy usłyszałem kontrabasistę na żywo powracam na jego występy jak bumerang. Dotychczasowe koncerty Abramsa i Lisy Alvarado w trasach polskich (i nie tylko) uzupełniał wrocławski Mikrokolektyw ze skutkiem, najogólniej mówiąc, fenomenalnym. Tym razem duet z Chicago wspomógł perkusista Frank Rosaly, muzyk równie mocno osadzony w niezwykle bogatej i zróżnicowanej scenie Wietrznego Miasta. Chociaż Rosaly udziela się nie tylko w projektach o jazzowej proweniencji, dopełniając Natural Information Society to właśnie idiom free był tym najsilniej przezeń inkorporowanym i akcentowanym.

Muzyka samego Abramsa w tym projekcie ma charakter hybrydyczny, etniczno-improwizowany. Brzmienie składu determinuje z jednej strony afrykański instrument guimbri, nadający całości hipnotyczny, transowy puls oparty na minimalistycznych repetycjach. Natomiast drugim, niemniej istotnym komponentem muzyki NIS jest harmonium Lisy Alvarado, które tworzy dla oszczędnej improwizacji Abramsa bardzo klimatyczne, oniryczne tło. Artystka okazjonalnie też posługuje się gongiem. Na dobrą sprawę tego typu duet aż prosi się o „zaburzenie” formuły przez czynnik zewnętrzny i w tym wypadku Rosaly zdecydowanie się sprawdził. Perkusista dysponuje bardzo szeroką paletą środków wyrazu, jednak nie serwuje jej na oślep i raczej stroni od uprawia woltyżerki. Jednocześnie muzyk pracował niemalże non-stop i gdy włączał się do gry (a wyłączał się z rzadka) w zasadzie cały czas wydawał z zestawu rozmaite dźwięki, zręcznie wplatając je w strukturę całości. Przy okazji nie przytłaczał, choć niekiedy uderzał w mocny groove, wprowadzając muzykę NIS w obszary bardziej dynamiczne, energetyczne, wręcz zadziorne. Niewykluczone, że właśnie w tę stronę projekt podąży na kolejnym krążku, którego premiera już niedługo.

Rosaly_Abrams2

 Joshua Abrams to muzyk o bardzo wyrazistej koncepcji artystycznej, która w formacie Natural Information Society jest w stanie osiągać bardzo wysokie, a zarazem spójne pułapy estetyczne. Warto zaznaczyć, że na koncercie w Kulturalnej Abrams niemal równie długo co na guimbri grał na kontrabasie, czyli na swoim podstawowym instrumencie. Nie wiem nawet czy tym razem nie zrobił na mnie większego wrażenia korzystając właśnie z tego narzędzia.

Występ miał charakter bardzo kameralny jak na koncerty w Cafe Kulturalnej. I bardzo dobrze. Doskonałym posunięciem było rozstawienie krzeseł – muzyka NIS idealnie nadaje się do siedzącej kontemplacji. Trochę zdziwiła mnie umiarkowana frekwencja, ale biorąc pod uwagę, że na mieście działo się tego dnia sporo, to i tak organizatorzy nie mają na co narzekać. Podobnie sam Abrams, który (już tradycyjnie) zebrał w Warszawie gorące brawa, bisował i prawdopodobnie powróci znów za jakiś czas. Może z innym projektem? Wtedy zdecydowanie powinien przyciągnąć więcej odbiorców. Ja z pewnością kolejnych wizyt Abramsa nie przegapię – słuchanie takich muzyków to czysta przyjemność.

PS: Polecam lekturę wywiadu z Joshuą Abramsem na łamach PopUpMusic.pl (klik).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))