Colin Stetson solo w Pardon To Tu

2-colin-stetson-fot-marcin-marchwinski

Colin Stetson to muzyk oryginalny z wyrazistym pomysłem na własną twórczość.  Ów pomysł opiera się na połączeniu perfekcyjnego opanowania instrumentu, wyjątkowej sprawności fizycznej i talencie kompozytorskim.  Środki, których używa saksofonista są znane, ale to JAK się nimi posługuje decyduje w ostateczności o wyjątkowej sile oddziaływania i uniwersalności muzyki Amerykanina.

Ciężko nie lubić Colina Stetsona w szczególności po usłyszeniu koncertu, podczas którego artysta daje z siebie wszystko. Fizyczność jego występów  nie polega jedynie na tym, że na scenie występuje przystojniak o posturze drwala i stylówce marynarza (to jedynie bonus wizualny) – muzyczna metoda Stetsona wymaga od niego niebywałej, wręcz atletycznej sprawności, o czym świadczą już same gabaryty saksofonu, ale przede wszystkim circular breathing jako główny modus operandi. Nieustanny strumień dźwięków specyficznie dobranych i poukładanych. Stetson tworzy przy pomocy saksofonu polifonie, polirytmie, prowadzi melodie w sposób z jednej strony charakterystyczny dla minimalizmu, lecz wtłacza w nie niebywale silny ładunek ekspresji typowy już dla muzyki improwizowanej. Niemniej po trzecim razie ze Stetsonem na żywo, dochodzę do wniosku, że muzyk jest przede wszystkim znakomitym kompozytorem i wykonawcą-wirtuozem, a improwizacja jest dla niego sposobem na urozmaicenie narracji. Było to słychać chociażby w fenomenalnie zmodyfikowanym i rozbudowanym „hicie” saksofonisty, czyli kompozycji „Judges”.

Największe wrażenie zrobiły na mnie nowe numery, które mają znaleźć się na kolejnej płycie artysty. Od jednego z nich Stetson rozpoczął koncert w Pardon To Tu. Był to utwór bardzo drone’owy, transowy, powoli ewoluujący w niemalże elektronicznie abstrakcyjny walec wraz ze wszystkimi perkusyjnymi drobnostkami, które muzyk systematycznie wplatał w strukturę. Ta gęstniejąca inauguracja wieczoru trwała ponad 10 minut. Tyle wystarczyło saksofoniście by wprowadzić słuchaczy w stan hipnotyczno-euforyczny, który utrzymywał się już do końca koncertu. Muzyk poprzedzał kolejne utwory spontaniczną, serdeczną konferansjerką, wprowadzając nieco luzu w ten intensywny saksofonowy rytuał.

colin-stetson-fot-marcin-marchwinski

W dalszym ciągu pamiętam jak po raz pierwszy usłyszałem Stetsona na żywo w Pardonie ponad dwa lata temu (pisałem). To był absolutnie zjawiskowy występ, a tegoroczny w niczym mu nie ustępował. Pamiętam też jak dzieliłem się moim entuzjazmem z Włodarzem stołecznego klubu. Usłyszałem wtedy, że powtórka raczej nie wchodzi w grę, że Stetson jest już zbyt sławny i tak dalej… Jak się okazało w Pardon To Tu nothing’s impossible. O czym świadczy sam jesienny program – zwięzły, ale cholernie mocny. Już na dwóch koncertach wystąpił Rob Mazurek z Sao Paulo Underground (wspomnienie), teraz Colin Stetson, a już 9-10 listopada rezydencję przy Placu Grzybowskim będzie miała prawdziwa armia światowej klasy improwizatorów pod wodzą Matsa Gustafssona (NU Ensemble). Klasa, klasa, po trzykroć klasa.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

zdjęcia: Marcin Marchwiński

PS: Już 18 grudnia Colin Stetson wraz z zespołem wykona w Katowicach własną interpretację III Symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego. Więcej informacji tutaj.

Reklamy

PopUp #47 – garść recenzji i wywiadów

98ee660f5ecdd8f0708fa197fa0ecf6d7db0c971

Po ponad półrocznej przerwie udało nam się w końcu doprowadzić do finalizacji kolejny, już 47 numer internetowej gazety PopUpMusic.pl. Jak zwykle prezentujemy subiektywny wybór najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich miesięcy (i nie tylko). Numer, któremu (jak zwykle) przyświecają imperatywy syntezy i selekcji, zawiera ponad 60 recenzji, a także wywiady z artystami z Polski i zagranicy. Z czasem będzie pączkował fotorelacjami, konkursami i innymi niespodziankami. Czyli tradycyjnie – stary, dobry PopUp, kolejny rozdział.

To już 7 numer, w którego przygotowaniu miałem przyjemność partycypować. Ta szczęśliwa liczba, jak się okazało, sprzyjała produktywności i mam nadzieję jakości tekstów. Tym razem zasiliłem numer odrobinę większą „cegiełką” niż dotychczas. Oczywiście gorąco polecam lekturę całości, ale tradycyjnie, dla porządku, wyszczególniam poniżej swoje pięć groszy. Zapraszam do klikania w linki, czytania i słuchania!

Wywiady:

DJ Lenar

Ksawery Wójciński

Michał Górczyński

 

Recenzje:

Alameda 5 – „Duch Tornada”

Alameda 5 - Duch Tornada

Alchimia – „Aurora”

Alchimia - Aurora

Aphex Twin – „Comupter Controlled Acoustic Instruments Pt.II”

Aphex Twin - Computer Controlled

Artur Maćkowiak – „If It’s Not Real”

Artur Maćkowiak - If it's not real

Budzyński / Jacaszek / Trzaska – „Rimbaud”

Budzyński, Trzaska, Jacaszek - Rimbaud

Colin Stetson / Sarah Neufeld – „Never Were The Way She Was”

Colin Stetson & Sarah Neufeld

Eve Risser – „Des Pas Sur La Neige”

Eve Risser - Des Pas Sur La Neige

Haronim – „Haronim”

Haronim - Haronim

Kapital – „Chaos to Chaos”

Kapital - Chaos to Chaos

kIRk – „III”

kIRk - III

Krojc – „0101”

Krojc - 0101

Lenar, Masecki, Zrałek – „Fortepian Chopina”

Lenar, Masecki, Zrałek - Fortepian Chopina

Marcin Masecki – „Mazurki”

Marcin Masecki - Mazurki

MazzSacre – „+”

MazzSacre - +

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes African mystic music”

Raphael Rogiński - Coltrane

Scott Stain – „Calu/Streo”

Scott Stain - Calu  Scott Stain - Streo

Shofar – „Gold Of Małkinia”

Shofar - Gold of Malkinia

SYNY – „Orient”

SYNY - Orient

—————————————

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Atleta brzmienia, wizjoner kompozycji – Colin Stetson w Pardon To Tu

20140722_210521

Ten koncert słusznie nagłaśniany był przez Pardon To Tu, jako jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń sezonu wakacyjnego. Choć po fantastycznych, koncepcyjnie przemyślanych albumach Colina Stetsona (nagrywanych na setkę, bez produkcyjnego majstrowania) można sie było spodziewać widowiska niezwykłego, to i tak występ Kanadyjczyka przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Obok Petera Evansa, koncert Stetsona był według mnie zdecydowanie najlepszym stricte solowym występem na pardonowej scenie w tym roku, a być może nawet nie tylko w tym.

Podstawowe pytanie, podszyte niedowiarstwem, z jakim przyszedłem na Stetsona, brzmiało: „ale jak on to w ogóle robi?!”. W jaki sposób jeden muzyk jest w stanie wykrzesać z instrumentu tak przebogatą paletę dźwięków, nie posiłkując się przy okazji jakąkolwiek asystą elektroniki, polegając tylko i wyłącznie na możliwościach własnego organizmu?

do tekstu

W oglądaniu Stetsona na scenie było wręcz coś surrealistycznego. Kanadyjczyka nazwać można śmiało kimś w rodzaju „one man band”. Saksofony wraz z umieszczonym na szyi laryngofonem pozwalały muzykowi na tworzenie niezwykle wielopłaszczyznowego brzmienia – Stetson koordynował jednocześnie trzy, czy cztery „ścieżki” dźwięków, rozwijając symultanicznie melodie, rytm, gardłowe ryki, sonorystyczne zabawy klapkami instrumentu. Przy tym wszystkim ani na moment nie wytracał spójności i dokładności przekazu. Atletyczna budowa ciała w przypadku Stetsona jest zdecydowanie wprost  proporcjonalna do skali jego technicznej wirtuozerii. Kreowanie muzyki o tak dużej intensywności i mocy przez blisko półtorej godziny w dużej mierze na gigantycznym saksofonie basowym, w rozgrzanym klubie można wręcz zaliczyć do sportów wyczynowych. Perfekcja fizycznych możliwości byłaby jednak niczym, gdyby nie stała za nią klarowna, oryginalna wizja estetyczna i właśnie w niej upatrywałbym prawdziwy fenomen tego artysty. Stetson gra muzykę trudną do skategoryzowania, stanowiąca konglomerat wielu czynników, które finalnie uzupełniają się w sposób zjawiskowy. Charakterystyczna, pulsująca rytmika tworzy niemal elektroniczny background, linearnie, powoli pączkujące kompozycje przypominają z kolei minimalistyczne dzieła-mantry Steve’a Reicha (gardłowe „wycie” laryngofonu nieodmiennie kojarzyło mi się ze znakomitym „Different Trains”). Z pewnością w utworach saksofonisty można też wyczuć pewną typową dla post-rocka epickość, wzniosłość. Z drugiej strony mamy brudne, surowe brzmienie dęciaka à la Mats Gustafsson…

Stetson nie nurkuje w żadną z tych (i wielu innych) inspiracji na sto procent, swobodnie i pewnie kroczy drogą środka, kierując się wolnością artystyczną. Kanadyjczyk jest szczególnym przypadkiem, w którym duża oryginalność przekazu przekłada się na bardzo uniwersalny „zasięg” muzyki. W rezultacie Pardon odwiedzili we wtorek słuchacze o prawdopodobnie bardzo rozstrzelonych gustach, które – paradoksalnie – znalazły scalenie w chropowatych, nieoczywistych dźwiękach saksofonu basowego.

20140722_210527

Stetsona nazwałbym przede wszystkim kompozytorem, ponieważ w jego precyzyjnie utkanych utworach przestrzeń improwizacyjna ogranicza się zwykle do modulacji barwy instrumentu, co samo w sobie daje muzykowi (o takich umiejętnościach) gigantyczne możliwości kreowania nastroju. Narracyjny charakter transowych kompozycji bardzo dobrze korespondował z bezpretensjonalną, anegdotyczną konferansjerką, którą cechował – moim zdaniem jedynie pozorny – „wstręt do puenty”. Puentą była muzyka szalenie wciągająca, piękna, choć pełna wewnętrznego nerwu i rozedrgania, w pewnym sensie dramatyczna. Program, składający się z utworów z ostatnich dwóch albumów, pokazał bardzo dużą koherencję tego materiału. Znakomite, surowe i pulsujące „Judges”, czy pozbawione wokalu Laurie Anderson „A Dream of Water” świetnie współgrały z zeszłorocznymi kompozycjami, na czele z opasłym, ciekawie ewoluującym, meandrycznym „To See More Light”.

Co tu dużo mówić – to był po prostu kapitalny koncert! Podobnego hucznego aplauzu w Pardon To Tu nie słyszałem bardzo dawno, a w głośności braw i pohukiwań naprawdę ciężko doszukiwać się przesady. Colin Stetson z gracją znokautował podobnych mi, drobnych niedowiarków, nawracając ich na wyznawców, a fanów/fanki utwierdził jedynie w uwielbieniu. Na dodatkową pochwałę zasługuje również znakomite nagłośnienie, które pozwalało w pełni wsiąknąć w drobiazgowe muzyczne uniwersum saksofonisty. Poza gratulacjami dla ekipy Pardon To Tu nie mam już nic więcej do powiedzenia – po takich występach słowa w zasadzie nawet nie są potrzebne. Kto był ten wie, o czym mówię. Magiczne półtorej godziny.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik