Der Father plenerowo na Ząbkowskiej

Der Father2

Ilekroć mam okazję zobaczyć na żywo formację Der Father, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to obecnie mój faworyt w kategorii „polski zespół grający piosenki (z tekstami po angielsku)”. Gdyby jednak tylko do tego cudzysłowu sprowadzała się propozycja artystyczna Der Father, to nie byłoby o czym mówić, a zdecydowanie jest o czym. Zespół to przewrotna hybryda stylistyczna serwująca piosenki-petardy, w wersji „live” po brzegi wyściełane sceniczną charyzmą. Zeszłoroczna, debiutancka płyta „Wake Up” jest odpowiedzią na pytanie: Jak stworzyć inteligentny, oryginalny, porywający album, który łączy popową chwytliwość, punkowy pazur i estetyczne wyrafinowanie? Kupcie ten krążek, posłuchajcie, a dowiecie się jak to się robi.

Przybycie w niedzielny wieczór na Ząbkowską wymagało nie lada heroizmu. Der Father ma szczęście do grania koncertów podczas kiepskich warunków pogodowych. Opłakane były podczas występu zespołu w Dziku na początku roku (klik), z kolei na OFF-ie formacja zagrała na głównej scenie w pełnym słońcu w okresie szczytowych upałów… Plenerowy praski koncert trafił za to na pierwszy dzień permanentnej ulewy, której Warszawa nie doświadczała przez długie tygodnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zła pogoda podkręca obroty koncertowej machiny o nazwie Der Father. Zespół zdominował nieprzychylne okoliczności towarzyszące już w pierwszym, tytułowym, fenomenalnie ewoluującym kawałku „Wake Up”. Kwartet pod wodzą magnetycznej Joanny Halszki Sokołowskiej ma w zwyczaju grać koncerty wedle albumowej setlisty, co jest zdecydowanie dobrą strategią, w myśl futbolowej zasady, że „zwycięskiego składu się nie zmienia”. Oprócz niemal wszystkich numerów z debiutu Der Father zaprezentowało 3 nowe utwory, które kreatywnie rozwijają estetykę nieprzewidywalnego, energetycznego elektro-punku, zręcznie operując kontrastami słodyczy i hałasu. Mam nadzieję, że zespół nie będzie specjalnie zwlekał z nagraniem kolejnej płyty – trzeba kuć żelazo póki gorące.

Der Father3

Niemalże wymarła, skąpana w deszczu Ząbkowska budziła się do życia z każdą kolejną piosenką i ostatecznie koncert, nad którym wisiało widmo frekwencyjnej porażki okazał się sukcesem. Der Father to pop-perła w katalogu Lado ABC, zespół mający wszelkie predyspozycje do zawładnięcia każdą sceną i każdą publicznością. Koncert na Pradze był tego dobitnym potwierdzeniem. Charyzma i mistrzowski songwriting mówią same za siebie. Pozostaje przyklasnąć i czekać na dalszy rozwój wypadków.

[jakość audio nagrania nie do końca daje radę, polecam głośniki i wyobraźnię – pozdrowienia dla firmy LG]

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Der Father w Dziku

Der Father_1

Wstęp

Warunki atmosferyczne tego wieczoru nie były po stronie Der Father. Przeprawa przez pół miasta w jak dotąd najgorszej aurze ad 2015 wymagała ode mnie nie lada determinacji. Niemniej zeszłoroczny koncert formacji przy okazji Lado w mieście zrobił na mnie na tyle dobre wrażenie (klik), że postanowiłem stawić czoło pogodowym przeciwnościom losu… Wartością dodaną wieczoru było samo miejsce, ponieważ był to mój „pierwszy raz w Dziku”, który na początek roku przygotował bardzo solidny program artystyczny.

Zacznijmy zatem od klubu. Dzik w pierwszej chwili zaskakuje swoją quasi-mieszkaniową strukturą, z wyraźnie zarysowanym holem, okazałym, widnym salonem, przestrzenią barowo-kuchenną i licznymi zakamarkami, w których można zaznać komfortu względnej intymności. Całość spowija stylistyka retro, w rodzaju PRL-owskiego glamour lat 50-60. W sali „bawialnej” na ścianie przeciwległej do sceny nieustannie wyświetlane były widoczki przypominające egzotyczne fototapety, słowem – drobina lata w środku mitycznej, mroźnej środkowo-europejskiej zimy. Przy okazji piękny kontrast dla old schoolowego wystroju.

Sokołowska_Pigoński

Rozwinięcie

Zespół wystąpił w Dziku w otoczeniu żywych kwiatów doniczkowych, a dookoła unosił się zapach indyjskich kadzidełek – taki rajski anturaż nadawał sytuacji ciekawy, surrealistyczny pierwiastek. Koncerty Der Father to w dużej mierze warstwa wizualna, pełna glamowego blichtru, kreacji scenicznej, wchodzenia w rolę „gwiazd estrady” i magnetycznego performowania. Gra konwencją nie kończy się jedynie na poziomie wizerunku, a sięga głębiej, do samej muzyki. Owej gry nie należy jednak absolutnie utożsamiać z trywializacją własnego podejścia do twórczości. „Przymrużenie oka” u Der Father jest bardzo inteligentne i estetycznie konsekwentne. W tekstach zespołu można odnaleźć bezpośrednie cytaty z Elvisa Prasleya, Johna Lennona, Velvet Underground, ale też np. obszerny passus z Rihianny (który swoją drogą pasuje jak ulał). Kto wie co jeszcze… Warszawski kwartet wciąga tego rodzaju gwiezdny pył popkulturowy by przekuć go w muzykę suwerenną, szalenie charakterystyczną, spójną, a zarazem nieprzewidywalną – artyści, jak powiedziałby sportowy komentator, formują „monolyt”. A rozbijając go na cząstki… Niesłychana charyzma sceniczna w połączeniu z operowymi wręcz warunkami głosu i nieokiełznaną ekspresją czynią z Joanny Halszki Sokołowskiej frontmenkę idealną. I tutaj znów warto wrócić do tekstów, które całościowo stanowią bardzo inteligentną mieszankę absurdalnych opowiastek, surrealistycznych wizji i kampowej zabawy kontekstami. Muzyka Der Father podchodzi bardzo liberalnie do stylistyk, jest równie postmodernistyczna w wyrazie i formie, która zwykle ma niewiele wspólnego z konwencjonalną strukturą kompozycji popowej. Dodanie do składu drugiej gitary, w osobie Bartka Tycińskiego, tylko pozornie kieruje muzykę zespołu na tory bardziej punkowo jazgotliwe (chociaż one też się pojawiają). Tyciński bardzo fajnie wzbogaca brzmienie Der Father, a zarazem nie stawia przy tym stempla „muzyka gitarowa”, co jest zasługą instrumentalnej wyobraźni i stylu muzyka. W dalszym ciągu brzmieniowa differentia specifica formacji to relacja elektroniki i keyboardu Daniela Pigońskiego z naspeedowaną, motoryczną perkusją Jerzego Rogiewicza, dla których gitary Sokołowskiej i Tycińskiego stanowią dobry riffowy kontrapunkt. Słuchając koncertu w Dziku przyszła mi na myśl znakomita płyta „The Idiot”, na której Iggy Pop (przy dużej pomocy Davida Bowie) ominął punk rocka, przechodząc od proto punka wprost w objęcia awangardy New wave’u, antycypując post punk lat 80. Z tym, że Sokołowska na koncertach nie tarza się we szkle jak Iggy, tylko odpala kadzidełka, uderza we własny talerz, ewentualnie zmienia outfit – notabene podczas znakomitego, transowego utworu „Stronger fit”. Der Father mają według mnie „the strongest fit” od czasów Paristetris – na pewno w kategorii oryginalnego zmysłu songwriterskiego, odważnych aranżacji i koncertowego magnetyzmu.

Der Father 2

Zakończenie

Pomijając wszystkie teoretyczne rozkminki występ w Dziku był przede wszystkim bardzo intensywnym, elektryzującym doświadczeniem, świetną zabawą na wysokim poziomie, podczas której „nie ma miejsca na nudę :)”. Zespół zagrał cały materiał z zeszłorocznej, znakomitej płyty „Wake Up”, zachowując właściwie tracklistę 1 do 1. Program spięło energetyczne intro – klaskane, bluesowe (zdaje się, że cover?) i bis ze świetnym płynnym przejściem od elektronicznego techno bitu do transowego finału gitarowo-perkusyjnego. Podobnie porywający koncert utrzymany w piosenkowej konwencji oglądałem chyba właśnie na zeszłorocznym Lado w mieście i był to zespół o znajomo brzmiącej nazwie Der Father. Wniosek? Klasa sama w sobie. Bardzo udany wieczór – poczułem karnawał!

PS: A propos sceny – czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Juka to najpopularniejszy kwiat w polskich mieszkaniach lat 90.?

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kobiety na wokale!

kopia20140814_141611

W ostatnim miesiącu w Warszawie wystąpiło 6 zespołów, w których role kluczowe – przynajmniej biorąc pod uwagę perspektywę scenicznego wizerunku – odgrywają kobiety, a mówiąc ściślej wokalistki. Der Father, Babadag, Shy Albatross, Paristetris, Wovoka, Polpo Motel to składy, które stanowią silną reprezentację żeńskiego głosu nad Wisłą. Są to również formacje świadczące o pewnej tendencji bynajmniej niesprowadzającej się jedynie do kwestii wokalnych. Ten tekst poświecony będzie artystkom i zespołom, które swą aktualną koncertową aktywnością podkreśliły, że „scena niezależna” nie jest rodzaju męskiego.

Oczywiście wymienione przeze mnie grupy znajdują się obecnie na różnych etapach artystycznego rozwoju, co postaram się wziąć pod uwagę, jednak punktem wyjścia będą dla mnie ostatnie występy i wynikające z nich doraźne wnioski. Cofniemy się zatem w czasie poczynając od 13 sierpnia i dwóch koncertów w Cafe Kulturalnej, skończymy na Placu Zabaw dnia 24 lipca.

 

Babadag (Ola Bilińska) i Der Father (Joanna Halszka Sokołowska) w Cafe Kulturalnej

20140813_224539

Zestawienie jednego wieczoru de facto debiutującego trio (na koncercie kwartetu) Der Father z mocniej ukorzenionym w świadomości słuchaczy Babadag, okazało się ciekawym pomysłem. Zaprezentowane w ten sposób odmienne stylistyki korespondowały ze sceniczną różnicą, wynikającą z faktu, że Babadag gra ten sam materiał od dwóch lat, natomiast zespół pod wodzą Joanny Halszki Sokołowskiej prezentuje zestaw na świeżo wytłoczony – wieczór w CK był jednocześnie premierą płyty „Wake Up!”. Odmienny charakter muzyki zespołów wydaje się czytelny od pierwszych dźwięków. Podczas gdy Babadag usytuowałbym w nadmiernie pączkującej ostatnimi czasy niszy skupionej na kreatywnym rozwinięciu folkowej melodyki w kompozycjach nieco marzycielskich, zwiewnych, tak Der Father skupione było bardziej na mocnej, post-punkowej energii i intensywnym performerskim zacięciu. Różnica okazała się dojmująca. Babadag występujące tego wieczoru z nowym gitarzystą, zagrało koncert interesujący z punktu widzenia aranżacyjnego, ciekawie eksplorujący brzmienie instrumentów scenicznie nietypowych, to jednak w perspektywie całości ciężko było kwartetowi utrzymać uwagę słuchaczy. Pytanie czy problem tkwił w muzyce, czy w słuchaczach? W moim odbiorze duża część kompozycji Babadag wykorzystuje dosyć podobne patenty, dzięki którym zespół jest charakterystyczny, ale też w pewnym sensie monotematyczny (mam tu głównie na myśli kompozycje wyciszone, utrzymane w senno-pościelowej stylistyce). Utwory wewnętrznie zróżnicowane, eksperymentujące z rytmem, czy wokalem są jednak silnym punktem Babadag i jeśli kwartet pójdzie w tym kierunku na kolejnym wydawnictwie – nad którym prace ruszają w tym roku – to widzę przyszłość składu Oli Bilińskiej w jaśniejszych barwach. Dobry koncert, lecz w kontekście potencjału instrumentalnego (i artystycznego) nieco rozczarowujący.

20140814_000546

Tymczasem Der Father okazało się sceniczną petardą. Zestawienie motorycznej, monumentalnej perkusji Jerzego Rogiewicza, elektronicznego flow Daniela Pigońskiego, noise’owego zacięcia Bartka Tycińskiego i przede wszystkim przeszywającego, niskiego wokalu wytworzyło potężną dawkę energii, która ze sceny zalała widownię Kulturalnej. Kluczową rolę, jeśli chodzi o siłę rażenia tej muzyki odgrywał magnetyczny wizerunek Sokołowskiej. Wokalistka obok pomysłowych kreacji, zaprezentowała dużą charyzmę i w zasadzie podporządkowała sobie cały występ. Była to dominacja ciekawa, bo nieokiełznana. Koncert przybrał na poły charakter performensu, który nie pozwalał na choćby chwilę nieuwagi. Jeśli debiutancki album formacji jest równie naspeedowany co sceniczne wcielenie, to nie mam więcej pytań. Plus za adekwatną nazwę – w brzmieniu Der Father miesza się wiele inspiracji muzyką niemiecką. Są to inspiracje traktowane przewrotnie, niemal perwersyjnie, lecz na pewno kreatywnie. W swoim gatunku – występ atrakcyjny pod każdym względem.

 

Shy Albatross (Natalia Przybysz) w Pardon To Tu

20140812_220616

Nowy skład Raphaela Rogińskiego można postrzegać jako młodszą siostrę sensacyjnej Wovoki, z którą gitarzysta nagrał jeden z głośniejszych albumów zeszłego roku. Jednak pomijając osobę lidera – co w przypadku charakterystycznego stylu Rogińskiego jest dość trudne – spróbuję wykazać różnice dzielące obie formacje. Przede wszystkim Natalia Przybysz jest wokalistką zupełnie inną niż Mewa Chabiera, posiada silny background w muzyce pop, chociaż od kilku lat zdaje się od niej dystansować. Publiczność, która ściągnęła do Pardon To Tu w dużej mierze przyszła głównie ze względu na osobę wokalistki. Jako stały bywalec klubu jestem w stanie to ocenić nieposiłkując się żadną statystyką. Pod tym względem można śmiało powiedzieć, że Shy Albatross dysponuje o klasę większym komercyjnym potencjałem niż Wovoka. Natomiast jeśli chodzi o stylistykę obu zespołów, to znajduje się ona niebezpiecznie blisko. Jakkolwiek koncertowe wydanie Wovoki przypomina plemienne, intensywne misterium, to już płyta „Trees Against The Sky”, utrzymana w wolniejszym, bardziej sennym klimacie wypełniona jest utworami, które równie dobrze mogłoby zagrać Shy Albatross. Różnicę niewątpliwie stanowi instrumentarium – Hubert Zemler jest perkusistą dalece bardziej „poukładanym”, skupionym na prostocie środków wyrazu, stosunkowo rzadko popadającym w improwizowane odjazdy jak Paweł Szpura. W Shy Albatross duże wrażenie zrobiła na mnie współpraca pomiędzy Zemlerem a Miłoszem Pękalą, repetywne sekwencje duetu na wibrafonie i balofonie niekiedy przypominały mi pączkujące struktury muzyczne Steve’a Reicha. Sam Pękala, człowiek o nadzwyczajnym poczuciu rytmu, występował ostatnimi czasy na wielu koncertach w charakterze królika z kapelusza, jokera wkraczającego na jeden utwór i wprowadzającego ciekawe perkusyjne ozdobniki (było tak na koncercie Ścianki, Polonezów, Der Father). Sądzę, że dużą siłą Shy Albatross jest właśnie rytmiczna wyobraźnia Pękali, która wraz z oszczędnością Zemlera dawała niekiedy efekty spektakularne w swej prostocie. Kompozycje kwartetu są znacznie mniej intensywne niż repertuar Wovoki, a wokal Natalii Przybysz nie dominuje muzyki tak bardzo jak w przypadku formacji siostrzanej, co akurat poczytywałbym jako zaletę, prawdopodobnie wynikającą z większego scenicznego doświadczenia. Muzyka Shy Albatross ma charakter dość lekki, raczej kojący niż dramatyczny (mimo tekstów), jednocześnie nie można odmówić kwartetowi dobrego drive’u. Najlepiej wypadały momenty niespodziewanych zmian rytmicznych. Pewnie całość byłaby niezłą ścieżką dźwiękową do przejażdżki po Luizjanie. Ogólnie występ udany, jednakże jeśli Nieśmiałe Albatrosy nie zradykalizują brzmienia, to ciężko im się będzie uwolnić od porównań z Wovoką.

 

Paristetris (Candelaria Saenz Valiente), Wovoka (Mewa Chabiera), Polpo Motel (Olga Mysłowska) na Placu Zabaw

20140807_231158

Ostatnie trzy przywołane zespoły koncertowały z okazji jubileuszu Lado ABC i można powiedzieć, że każdy z nich ilustruje inny etap w historii labetu. Paristetris z muzycznego punktu widzenia jest prawdopodobnie najbardziej reprezentatywne dla stylistycznej bezgraniczności typowej dla warszawskiej wytwórni. Zespół posiada również chyba najbardziej nieprzewidywalną wokalistkę spośród Pań, których nazwiska w tym tekście padają. Jestem przekonany, że ktokolwiek widział Candelarie Valiente na scenie, ten bardzo długo jej nie zapomni. Artystka operuje niezwykle charakterystycznymi wokalnymi przesileniami, swobodnie poruszając się między niemal ultradźwiękowym piskiem, a mocnym przeszywającym głosem o dużej skali – od agresji po subtelność. Biorąc pod uwagę szaloną muzykę Paristetris, jest mi bardzo ciężko wyobrazić sobie zespół z kimś innym w roli frontalnej. Specyficzna wokalna huśtawka nastrojów Candelarii Valiente pasuje do pokręconej formuły zespołu wręcz idealnie. Chociaż widziałem już supergrupę Lado ABC wielokrotnie, to konsolidacja osobowości występujących na scenie jest na tyle duża, że za każdym razem koncert Paristetris jest dla mnie doświadczeniem ekscytującym. Warto podkreślić, że na Placu Zabaw zespół zagrał swój przekrojowy, dość klasyczny program, tradycyjnie kończąc set piękną, wręcz epicką balladą „Death Song”. W tym kontekście trochę zabrakło mi niespodzianek. Mam nadzieję, że kolejna płyta w drodze, bo „Honey Darlin’” – choć ciężko mi w to uwierzyć – ma już 4 lata.

Wovoka w wersji koncertowej jest dla mnie przekonująca dalece bardziej niż na płycie, na której doskwierał mi trochę zbyt senny klimat dominujący nad znaczną częścią materiału oraz trochę za bardzo wysunięty, dosadny wokal Mewy Chabiery. Oblicze Wovoki na żywo jest przede wszystkim niezwykle energetyczne, zarażające groovem, niepozwalającym usiedzieć w miejscu. O wiele bardziej podoba mi się brzmienie głosu Chabiery, kiedy musi się z nim przebijać przez potężną gitarę Rogińskiego i gęstą perkusję Szpury, wokal jest wówczas osadzony w całości zamiast pływać na powierzchni. Sceneria Placu Zabaw doskonale współgrała z rytualnym charakterem muzyki kwartetu. Wovoka jest obecnie chyba najbardziej dyskutowanym zespołem reprezentującym Lado ABC, a koncert doskonale tłumaczy dlaczego tak jest. Podobno kolejne wydawnictwo ma być zbliżone do brzmienia na żywo. Liczę na to, ponieważ na Placu Zabaw bawiłem się doprawdy znakomicie.

wovoka lado

O Polpo Motel co prawda już pisałem, jednak Olga Mysłowska jest na tyle nietypową, oryginalną wokalistką, że jej brak w niniejszym zestawieniu byłby nieporozumieniem. Duet z Danielem Pigońskim metrykalnie (biorąc pod uwagę płytę z 2008 roku) jest najstarszym zespołem spośród wymienionych, jednakże w porównaniu do młodszej Wovoki, Babadag, czy Shy Albatross, brzmienie Polpo Motel jest znacznie bardziej nowoczesne i nieoczywiste. Wokalna specyfika Olgi Mysłowskiej wynika oczywiście po części z operowego wykształcenia artystki, jednak zestawienie podobnych warunków z pomysłową, eklektyczną elektroniką owocuje brzmieniem bardzo futurystycznym, ciężkim do sklasyfikowania. Koncert duetu był dla mnie doświadczeniem bardzo odświeżającym. Mysłowska podobnie jak Valiente, czy Sokołowska, dysponuje tego rodzaju sceniczną charyzmą, że jest w stanie zahipnotyzować słuchacza, niezależnie od reszty zespołu. Nie przypuszczałbym, że duet elektronika + wokal będzie w stanie tak dobrze wypaść w wersji koncertowej, jednak muzyka Polpo Motel, choć zimna i zdystansowana, miała niesłychanie magnetyczne właściwości, łączące śmiałe brzmieniowe eksperymenty z quasi-popową melodyką.

20140724_225801

 Jakie wnioski płyną z niniejszego tekstu? Wymienione przeze mnie zespoły prezentują dużą różnorodność dzisiejszej sceny alternatywnej w Polsce. Formacje takie jak Babadag, Shy Albatross, czy Wovoka reprezentują nurt zapatrzony w muzykę etniczną, jej psychodeliczne oblicze, kreatywnie odwołują się do lat 60., uzyskując niekiedy rezultaty oryginalne z perspektywy XXI wieku. Chociaż inspiracje są czytelne, artyści występujący w składach są na tyle świadomymi muzykami, że potrafią tchnąć w nieco zakurzoną formułę nowe życie – szczególnie w sytuacji koncertowej. Natomiast po drugiej stronie figurują tendencje znacznie bardziej postmodernistyczne, żonglujące estetykami z dużo większą nonszalancją, w których – trochę paradoksalnie – rola wokalistki, frontwomenki (?) odgrywa znacznie bardziej widowiskową, wręcz szamańską rolę. Paristetris, Der Father, czy Polpo Motel grają muzykę, która w takiej formie nie mogłaby powstać kilkadziesiąt lat temu. Jest to bardziej cecha niż zaleta, ponieważ w perspektywie występu scenicznego siła rażenia przekazu Paristetris, czy Wovoki jest porównywalna. Warto na sam koniec zauważyć, że niemal każda z przywołanych grup (z wyjątkiem Paristetris i Shy Albatross) jest dopiero po wydaniu pierwszej płyty i prawdopodobnie wszystkie karty nie zostały jeszcze na stół wyłożone. Dlatego właśnie obserwowanie, co przyniesie przyszłość jest aż tak interesujące.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Zdjęcie Wovoki: Marcin Marchwiński