Sounds Of The Night Sky [Ray Dickaty, Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech, Dominik Mokrzewski] w Mózgu Powszechnym

Kacperczyk_Dickaty_Mełech3

SOTNS – bo tak, dość psotnie, brzmi skrótowa nazwa zespołu – zagrało w Mózgu Powszechnym swój pierwszy koncert. Zatem historia dzieje się na naszych oczach podczas, co znamienne dla nazwy, marcowej pełni księżyca. Skład docelowo uzupełniać ma jeszcze „sekcja smyczkowa” w osobach Ksawerego Wójcińskiego i Mikołaja Pałosza, jednak muzykom nie udało się na koncert dotrzeć.

Wysokie występy w Mózgu WWA

Cóż mogę powiedzieć? Gdy zobaczyłem zespół o takiej konfiguracji personalnej nie zastanawiałem się zbyt długo czy przyjść na koncert. Zresztą po miesiącu z hakiem zdążyłem się odrobinę stęsknić za przestrzenią „warszawskiego-bydgoskiego klubu”. Muszę przyznać, że jak dotąd na scenie Mózgu nie miałem okazji zobaczyć słabego występu, a już kilkakrotnie (dosłownie) w praskich-bydgoskich podwojach gościłem. Klub ma przyjemny, kameralny klimat, przytulny wystrój i przede wszystkim naprawdę dobrą akustykę, w której doskonale sprawdzają się niewielkie koncerty. Niewielkie? To słowo to nienajlepiej oddaje charakter występów, jakie do tej pory w czarnej jak sadza sali przyszło mi oglądać. Powiedzmy, że były to koncerty zdecydowanie „wysokie”, wznoszące się swoją koncepcją nad poziomy przewidywalności i artystycznego oportunizmu. Nie inaczej było i tym razem.

Dickaty_Mełech_Mokrzewski2

Sounds Of The Night Sky zaaplikowali słuchaczom naprawdę imponującą dawkę wciągającej, uporządkowanej, a zarazem mocno zaskakującej muzyki. Bez przerw – jeden długi set podejmujący, rozwijający i żonglujący rozmaitością wątków oraz bis. Śledzenie koncertu w pełnym zaangażowaniu przyszło mi z dużą łatwością, którą przewyższała chyba jedynie przyjemność, wynikająca z roli słuchacza i widza. Czytaj: fascynujący występ. Potraktowałbym wywoływanie tak pozytywnych reakcji (zaznaczmy – podczas pierwszego zespołowego koncertu) jako dobrą monetę i nie zarzucał projektu, a wręcz zintensyfikował aktywność.

Szczegóły:

Kwartet w budowaniu improwizacji wykazywał się bardzo dużym skupieniem i wrażliwością na najdrobniejsze niuanse brzmienia. Początkowo była to muzyka rzeczywiście, jak przystało na nazwę zespołu, wyciszona, dość melancholijna, utkana z subtelnych interakcji instrumentów, jednak systematycznie atmosfera ulegała zagęszczeniu. Dużą rolę w nakreśleniu klimatu odegrała elektronika Łukasza Kacperczyka. Nagłośniona kalimba (i cała stacja efektów) pozwalała artyście na generowanie szumów, stukotów i szmerów w czasie rzeczywistym w sposób akustyczny, a następnie na wyważone podkręcanie ich barwy z użyciem syntezatora. Muzyk, choć skoncentrował się głównie na tworzeniu sonicznego backgroundu, znacznie wpłynął swymi manipulacjami na charakter całości. Z elektroniką dobrze korespondowała skupiona i poukładana perkusja Dominika Mokrzewskiego.

Mokrzewski

Artysta zagrał bardzo kreatywnie nie przytłaczając brzmieniem zestawu innych instrumentów. Mokrzewski raczej operował akcentami i brzmieniem poszczególnych części perkusyjnego arsenału. Nie zabrakło gry smyczkiem po talerzach, uderzania w bębny plastikową, rezonującą tubą, czy partii granych widelcami, których samodzielne drgania dawały efekt metalicznego pogłosu. Te zabawy w zbytnim natężeniu mogły przytłoczyć całość, jednak muzyk nie wychylał się przed szereg, a raczej wtapiał w grę w zespołu podsycając dramaturgię.

Dickaty_Mełech2

Sekcja dęta SOTNS w osobach Raya Dickaty’ego i Piotra Mełecha również nie była tradycyjnie frontalnym wysunięciem aerofonów na pierwszy plan. W ogóle zestawienie tych dwóch muzyków w jednym składzie uważam za strzał w dziesiątkę, ponieważ obaj charakteryzują się dużą wrażliwością na muzyczne drobiazgi, grając nie zapominają o słuchaniu i reakcji na bodźce innych instrumentów. Saksofon tenorowy skupiony był głównie na operowaniu frazą złożoną z delikatnych, drobnych elementów, w których sonorystyka szła w parze z melodyczną intuicją. Gra Dickaty’ego jest bardzo specyficzna potrafi płynnie przejść od subtelnych, wyciszonych tonów do ognistej, dynamicznej improwizacji. Tym razem dominował raczej ten pierwszy pierwiastek, a główny ciężar prowadzenia narracji spoczął na barkach Mełecha, którego klarnety dominowały nad brzmieniem saksofonu, chociaż też go nie zagłuszały. Gra Mełecha jest precyzyjna i czujna, przy okazji artysta nie stroni od eksperymentów brzmieniowych, ze znakiem firmowym „dęciem w podłogę” na czele. Klarnecista w sposób bardzo organiczny nawiązywał dialogi z saksofonem. Muzyk niebawem wyrusza w trasę po Polsce z solowymi występami, w których połączy klarnet z elektroniką. Cieszy, że coraz częściej można usłyszeć Mełecha w warszawskich klubach, bo to bez wątpienia jeden z bardziej oryginalnych klarnecistów.

Kacperczyk_Dickaty_Mełech2

Chociaż w koncercie SOTNS dominował umiar i kolektywna, uporządkowana opowieść, nie zabrakło momentów bardziej ekspresyjnych, które w kontekście całościowej subtelności wybrzmiały mocno i wyraziście. Najbardziej zapadł mi w pamięć jedna z erupcji, zapoczątkowana elektroniczną niską, dudniącą improwizacją Kacperczyka, do której dołączyli pozostali muzycy. Kawałek tego fragmentu udało się uwiecznić na filmiku poniżej.

Występ kwartetu oceniam jako bardzo dobry. Trochę ciężko mi wyobrazić sobie w tej muzyce udział jeszcze dwóch instrumentów, wydaje mi się, że w czteroosobowej konfiguracji Sounds Of The Night Sky zabrzmiało w sposób kompletny, ale oczywiście mogę się mylić. Tak czy inaczej zdecydowanie warto ten projekt śledzić i mam nadzieję, że przemieni się w regularny zespół – zdecydowanie ma potencjał. W najbliższym czasie będzie okazja zobaczyć muzyków na jednej scenie 14 marca podczas koncertu Warsaw Improvisers Orchestra w Laboratorium CSW, który niniejszym gorąco polecam.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć 

Reklamy

Warsaw Improvisers Orchestra w Pardon To Tu

Warsaw Improvisers Orchestra

W przeciągu 2014 roku na scenie Pardon To Tu wystąpiła cała plejada wielkich nazwisk muzyki improwizowanej, czego absolutnym przesileniem był listopad, kiedy średnio co trzy dni przy pl. Grzybowskim gościła kolejna gwiazda. Klub ściągał w tym roku artystów niemal z całego świata i stosunkowo rzadko prezentował twórców lokalnych, stawiając bardziej na program międzynarodowy. Sytuacja uległa znacznej zmianie w grudniu, kiedy line-up wypełniły niemal wyłącznie polskie składy, a na zamknięcie koncertowego sezonu wystąpił projekt ze wszech miar wyjątkowy w pejzażu krajowej sceny – Warsaw Improvisers Orchestra.

Orkiestra powołana do życia przez Raya Dickaty’ego zrzesza mieszkających w Warszawie improwizatorów, zarówno muzyków znanych z różnych innych projektów, z powiedzmy bogatszym cv, jak i artystów dopiero debiutujących. Chęć wspólnej gry wydaje się podstawowym kwalifikatorem – pomijając, lecz nie zapominając o umiejętnościach – który decyduje o dołączeniu do kolektywu. W efekcie oglądając WIO można zetknąć się z dużym i różnorodnym fragmentem warszawskiej sceny improwizowanej, a bigbandowy charakter występów każdorazowo nieco inaczej skompilowanego składu, ma bardzo dużą siłę rażenia. Oglądając kilka razy Orkiestrę na bardziej kameralnych, comiesięcznych występach w Chmurach myślałem, że tylko kwestią czasu będzie przeniesienie się zespołu w przestrzenie bardziej dostępne dla szerszej publiczności. Koncert w Pardon To Tu, które jest stołecznym salonem muzyki improwizowanej, stanowił pierwszą z rezydencji WIO poza – w ostatnich miesiącach – praskim matecznikiem. Oprócz kilkunastu muzyków na scenie pojawił się również Chór Eksperymentalny, a całość została zamknięta w dwóch, mocno kontrastujących setach.

Rozdział I

WIO2

Podczas części pierwszej wystąpiło „zaledwie” ośmiu muzyków pod precyzyjną dyrygenturą Raya Dickaty’ego. Koncert otworzyła delikatna noise’owa elektronika Łukasza Kacperczyka, do której po chwili dołączyła na wokalu Hania Piosik. I tak jak elektronika w dalszej części schowała się nieco na plan dalszy (trochę ku mojemu rozczarowaniu), tak wokal przez cały set był jednym z głównych, dominujących pierwiastków w tej odsłonie Orkiestry. Muszę przyznać, że odrobinę zaskoczyła mnie strategia jaką obrał Ray Dickaty. Muzyk postanowił nie eksploatować potencjału dużego składu w celu tworzenia spektakularnych, głośnych kulminacji, a bardziej skupił się na tworzeniu bardzo uporządkowanej narracji, konsekwentnie wprowadzając i wygaszając kolejne instrumenty. Muzycy zestawiani byli ze sobą najczęściej w duety – wokalistce akompaniowała na flecie Daria Wolicka, z Natanem Kryszkiem na saksofonie w dialog wchodził bardziej sonorystyczny, pozytywnie piskliwy klarnecista Piotr Mełech. Sekcja smyczkowa z Ksawerym Wójcińskim i Mikołajem Pałoszem była bardziej ograniczona do roli tła. Mocna i głośna perkusja Dominika Mokrzewskiego pojawiała się w wybranych momentach i również poddana była arbitralnej dyscyplinie, jaką narzucał na muzyków Dickaty. Brytyjski saksofonista eksperymentował z aranżacją, testując różne konfiguracje instrumentalne i budując dość intensywny klimat, który jednak ani razu nie został doprowadzony do pełnej eksplozji, pozostał w napięciu i zawieszeniu do samego końca. W kontekście kolejnego setu podobne niedopowiedzenie zafunkcjonowało interesująco, choć mogło budzić lekki niedosyt u słuchaczy spodziewających się potężnego, orkiestrowego brzmienia. W zamian Dickaty zaproponował publiczności mocno zniuansowany, subtelny i wyciszony instant-composing.

——————————————————————————————————

Rozdział II

WIO1

Miałem wątpliwości czy scena Pardonu pomieści 21 muzyków, ostatecznie jakimś cudem się to udało. Mistrzem ceremonii drugiego setu był Dominik Strycharski, muzyk, który potwierdził już w tym roku osobowość urodzonego lidera nagrywając w septecie, jako Pulsarus „Bee Itch”, album pełen monumentalnych i bogatych aranżacyjnie kompozycji. W związku z tym nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że Strycharski znakomicie odnalazł się w roli dyrygenta. Sam skład Orkiestry został nieco zmodyfikowany i rozszerzony do 11 muzyków – dołączyły 2 trąbki, 3 saksofony, skrzypce i gitara basowa, natomiast odpadł wokal, flet i elektronika. Tak jak pierwszy set był stosunkowo spokojnym i różnorodnym budowaniem wypowiedzi, tak druga część wieczoru stanowiła instrumentalno-wokalne trzęsienie ziemi pełne nagłych wybuchów kolektywnej energii. Strycharski postawił na brzmienie potężne i pulsujący groove generowany w mniejszych podgrupach. Wyciszenia stanowiły jedynie pretekst dla przesileń, kompulsywnych, głośnych spięć. Poszczególne sekcje płynnie się przeplatały w improwizacjach, a bigbandową, jazzową konwencję całości ciekawie przełamywały wokalne eksperymenty chóru, nadając występowi nieoczywisty i nieprzewidywalny charakter, niekiedy przynoszący skojarzenia z Fire! Orchestra. Warto podkreślić, że z wyjątkiem elektrycznej gitary basowej Jacka Mazurkiewicza brzmienie Orkiestry było właściwie pozbawione asysty energii elektrycznej. Muzyk w drugiej części występu podbudował całość charakterystycznym riffem, na którego kanwie (i mocnym perkusyjnym bicie) toczyły się dalsze improwizacje. Bardzo dobrze wypadły przekrzykujące się dęciaki – intensywna, świdrująca trąbka Redy Haddada, ciekawie kontrastowała z trochę bardziej delikatnym i rozkołysanym brzmieniem Olgierda Dokalskiego. Trębaczy bardzo dobrze podkręcał przeszywający klarnet Piotra Mełecha. Strycharski „uruchamiał” poszczególnych muzyków z zawrotną prędkością, testując ich refleks i zdolności natychmiastowego ustosunkowania się do wcześniejszych partii – było to szczególnie wyraźne w dialogach saksofonów (trzech tenorów i głębokiego barytonu Kryszka), ale nie tylko (np. smyczkowce – chór). Właściwie cały występ miał charakter ćwiczenia na szybkość i kreatywnośc reagowania, co często popychało narrację na zupełnie nowe tory. Pasjonujące, porywające widowisko.

Wieczór pokazał dwa odmienne oblicza Warsaw Improvisers Orchestra. Jednocześnie były to wizerunki jedne z wielu, ponieważ przez skład kolektywu rotacyjnie przetacza się właściwie drugie tyle muzyków (o ile nie więcej). Część z nich przyszła do klubu w charakterze widzów. Nie wiem czy Pardon To Tu mogło wybrać na zakończenie sezonu koncertowego bardziej pełnokrwiste, a zarazem lokalnie zakorzenione zwieńczenie. Warszawska scena pokazała moc. Jeśli chcieć szukać polskiego odpowiednika kultowego AACM, to chyba właśnie WIO ze swoją egalitarną formułą byłoby mu najbliższe. Ale chyba nie ma sensu na siłę tworzyć analogii – Orkiestra powołana przez Raya Dickaty’ego ma swoją własną specyfikę i autonomiczny charakter. I fajny skrót. A ja chyba jeszcze nigdy nie miałem w tagach pod wpisem aż tylu nazwisk…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Warsaw Improvisers Orchestra w Chmurach // How How w Dwa Osiem

Mówiąc krótko praski weekend. A w najbliższym czasie podobnych wypadów na prawą stronę Wisły będzie z całą pewnością jeszcze więcej (klik).

20141026_215354_kopia

O Warsaw Improvisers Orchestra, co prawda już pisałem, jednak biorąc pod uwagę otwarty, naturalnie ewoluujący charakter projektu kolejna „wzmianka” nie jest bynajmniej pisaniem o tej samej muzyce. Zmienny skład podczas każdego ze spotkań Warszawskiej Orkiestry Improwizatorów, to jedna z cech, które czynią z cyklu do pewnego stopnia nieustanną niewiadomą. Comiesięczne występy muzyków pod wodzą Raya Dickaty’ego można poniekąd nazwać przeglądem niezależnej stołecznej sceny jazzowej. Koncerty WIO są dobrą okazją do zaobserwowania interesującego przekroju środowiska i jego artystycznej wymiany – zdaje mi się, że właśnie tutaj należy szukać największych zasług tej inicjatywy.

W porównaniu z sierpniową odsłoną na scenie (nie licząc dyrygentów) pojawił się zaledwie jeden ten sam muzyk. Zmiana z „dyrygenta” na „dyrygentów” była formalną niespodzianką wieczoru – pierwszy set poprowadził Dominik Mokrzewski, natomiast finał tradycyjnie rozegrał się „pod batutą” Raya Dickaty. Muszę przyznać, że był to ciekawy eksperyment, ponieważ muzyka w obu odsłonach prezentowała się zdecydowanie inaczej. Set Mokrzewskiego miał w sobie więcej przypadkowości, czy też kontrolowanego chaosu. Być może jednak moja percepcja uległa takiemu ukierunkowaniu przez surrealistyczny freestyle Marcina Gokieli („trzy krowy, kolorowe wstążki, każdą z tych krów byłem ja” itd.), który dość mocno zdominował pierwszą część wieczoru. W odróżnieniu od Dickaty’ego, Mokrzewski zaproponował budowanie improwizacji z mniejszych elementów, na które składały się pojedyncze partie solowe, do których następni muzycy proponowali kontrapunkt. Nie wiem jak długo trwały próby przed występem, ale odniosłem wrażenie, że momentami artyści nie do końca odnajdywali się w zaistniałej formule. Czasem ta dezorientacja dawała interesujące rezultaty (dynamika, nieprzewidywalność, przypadkowość niektórych zagrań), innym razem muzyka rozmywała się w chmurach niejasności, potęgowanych przez „creepy” wokalizy Gokielego. Efekt nazwałbym eksperymentalnym.

20141026_210926_kopia

Druga część występu prowadzona przez Dickaty’ego miała charakter bardziej uporządkowany, co było bez wątpienia efektem precyzyjnej i konsekwentnej dyrygentury. Tym razem angielski muzyk występował tylko w charakterze głównodowodzącego i nie sięgnął po saksofon, co szczerze mówiąc przyjąłem z lekkim rozczarowaniem. Improwizacja była budowana sekcjami, z których niekiedy wyłaniali się soliści, z których wyróżniłbym klarnecistę Piotra Mełecha (solo i w dialogu z Darią Wolicką na flecie) oraz trębacza Olgierda Dokalskiego. Korzystnie odebrałem też ograniczenie wokalu do sonorystycznych zabaw, które Gokielemu wychodziły najlepiej w duecie z chropowatym saksofonem barytonowym Natana Kryszka. Samodzielną perkusję Michała Kasperka dobrze uzupełniała delikatnie noise’owa elektronika, chociaż wydaje mi się, że muzycy mogli trochę bardziej niuansować interakcję na tej linii. Zabrakło mi również większego wykorzystania gitar (elektrycznej i basowej), którym zostało przydzielone raczej zapełnianie tła. Bez wątpienia jednym z ciekawszych fragmentów wieczoru było użycie pozytywkowej lalki i konstruowanie muzyki w kontekście psychodelicznej, kołysankowej melodyjki, która na dodatek w pewnym momencie uległa (zdaje się niechcący) zapętleniu. Im bliżej finału, tym brzmienie całości stawało się coraz bardziej potężne i manipulacje jego natężeniem, czy rozmieszczeniem w obrębie ponad 10-osobowego składu stanowiło główne narzędzie Dickaty’ego, którym manipulował umiejętnie, niestroniąc od eksperymentów.

20141026_212649_kopia    20141026_213751_kopia

Zestawienie dwóch stylów kompozytorskich korzystnie wpłynęło na urozmaicenie formuły orkiestry. I chociaż tym razem większe wrażenie zrobiła na mnie część druga, to patrząc perspektywicznie okazjonalne rotacje na pozycji lidera mogą się okazać odświeżające zarówno dla muzyków, jak i dyrygentów. Trochę szkoda, że w pierwszej części Dickaty nie przyłączył się do orkiestry w charakterze saksofonisty.

Warto nadmienić, że październikowa edycja WIO została zarejestrowana w postaci filmu. Dobrze, że powstają podobne materiały, które z czasem mogą nabrać niebagatelną wartość dokumentalną, a obecnie są bieżącym uchwyceniem potencjału i do pewnego stopnia stanu wybranej części warszawskiej sceny niezależnej.

Skład Warsaw Improvisers Orchestra w dniu 26.10.2014:

Ray Dickaty/Dominik Mokrzewski – Directors
1 Michał Kasperek – Drums
2 Tymon Bryndal – Bass
3 Jerzy Sergiusz Malanowicz – Various Electronics / Effects
4 Jakub Buchner – Electric Guitar
5 Daria Wolicka – Flute
6 Piotr Mełech – Clarinets
7 Olgierd Dokalski – Trumpet
8 Bartek Tkacz – Tenor Sax
9 Stanisław Welbel – Sop sax
10 Natan Kryszk – Bari / Alto Sax
11 Marcin Gokieli – Vocals
12 Łukasz Kacperczyk – synths

———————————————————————————————————————————–

How How w Dwa Osiem

20141024_211725

Była to moja pierwsza wizyta w klubie rowerowym przy Zamoyskiego 26a, który w ostatnim czasie serwuje interesujący, różnorodny program wydarzeń muzycznych. Miejsce ma co prawda jeszcze charakter trochę prowizoryczny, jednak bez wątpienia dysponuje dobrymi warunkami do organizowania średniej wielkości koncertów klubowych o przyzwoitej akustyce (chociaż na Ściankę wydaje mi się, że może być trochę za mało przestrzeni i tlenu).

How How znałem dotychczas z wydawnictw płytowych – skądinąd bardzo udanych – i byłem niezwykle ciekaw jak zespół prezentuje się na scenie. Tymczasem występ na żywo zweryfikował dość brutalnie mój szczery entuzjazm odnośnie projektu. Otrzymałem lekko ponad półgodzinny set (w rzeczywistości dłużej się na zespół czekało) wypełniony melodyjną, odrobinę psychodeliczną elektroniką, mocnym techno-basem i oszczędną grą na perkusji. Zestaw dźwięków, który co prawda dobrze brzmiał w kategoriach muzyki tła, to jednak dość problematyczne okazało się głębsze w nie zaangażowanie. Wizualizacje wyświetlane na ekranie opowiadały historię przygód rozpikselowanego renifera 2D w świecie przypominającym Mario Bros na dopalaczach. Były to zwykle zapętlone ujęcia, dobrze korespondujące z muzyką, która w odróżnieniu od tej z albumów, zdawała się kręcić w kółko i raczej nie poszerzała granic percepcji. Często podkreślany w tekstach dotyczących koncertów „performatywny aspekt” w przypadku występu How How był dla mnie nieuchwytny i dużo więcej satysfakcji przyniosłoby mi ponowne wysłuchanie któregoś z albumu formacji. Szkoda, bo spodziewałem się, że po wieczorze w Dwa Osiem zadam sobie na nowo pytanie „how?”, jednak wychodząc z klubu zastanawiałem się bardziej „why?”.

20141024_212008

Być może cieniem na występie zespołu położyła się jego mało intensywna aktywność koncertowa? Niemniej występ na Pradze brzmiał bardziej jak granie dla znajomych, niż nowa artystyczna propozycja, czy popchnięcie projektu How How do przodu (które notabene było zapowiadane). Mam nadzieję, że następnym razem skład wytrąci mnie z przeświadczenia, że tworzy muzykę będącą jedynie niezwykle interesującym fenomenem studyjnym.

Krzysztof Wójcik

Infant Joy w Pardon To Tu/premiera płyty „New Ghosts”

CAM00635

Patrząc na scenę w Pardon To Tu po lewej stronie na ścianie, mniej więcej w połowie sali, wisi złota płyta „Ladies and Gentlemen We Are Floating in Space”. Znakomity album lat 90., równolatek „Ok Computer” Radiohead, krążek, na którym saksofonowe piętno odcisnął brytyjski muzyk od kilku lat permanentnie związany z polską sceną improwizowaną – Ray Dickaty, Englishman in Warsaw…

„I’m an alien, I’m a ligal alien…” śpiewał Pan Żądło w pamiętnym szlagierze lat 80. Choć Dickaty’ego można poniekąd nazwać „alienem” (mam tu na myśli przede wszystkim specyfikę gry, bardzo głębokie brzmienie), to jego zadomowienie na gruncie „krajowym, polskim” obecnie nie podlega dyskusji. Mało tego – saksofonistę można wręcz nazwać animatorem lokalnej sceny, który jako człowiek wielu projektów nadaje ton współczesnej, polskiej improwizacji o jazzowej proweniencji. Infant Joy jest kwintetem, w którym Dickaty wraz z czwórką polskich muzyków młodego pokolenia wydał właśnie płytę „New Ghosts”. Jeżeli album trzyma podobnie wysoki poziom, co wtorkowy występ, to niewątpliwie można mówić o premierze głośnej. Na czym polega wyjątkowość Infant Joy, jako zjawiska koncertowego?

CAM00631

Zdublowane saksofonowe trio – w tym wypadku z elementem wspólnym w postaci kontrabasu Wójcińskiego – jest wbrew pozorom formatem eksplorowanym już od dziesięcioleci. Niemniej moc brzmienia generowana przez podobną konstelację, szczególnie w warunkach występu na żywo, w dalszym ciągu zapewnia intensywną stymulację zmysłów. W jazzie, czy muzyce improwizowanej istnieje pewien kult jednostki niezwykle wyraźnie kontrastujący z kolektywnym charakterem gry – i według mnie wtorkowy koncert w dużej mierze potwierdził tę obserwację.

Infant Joy jest grupą pięciu indywidualności, którym z powodzeniem udaje się schować 5 rodzajów ego do jednej, wspólnej, zespołowej kieszeni. Dickaty, jako muzyk najbardziej doświadczony bynajmniej nie występuje przed szereg – przyjmuje raczej rolę boiskowego rozgrywającego, zawodnika wpływającego na los spotkania, jednak niewygrywającego samodzielnie całego meczu. Jazz podobnie jak football jest grą zespołową, opartą na wspólnym porozumieniu, niewykluczającym indywidualnych odlotów, nagłych, spontanicznych rajdów prawą stroną boiska wprost na defensywę przeciwnika. Podobne akcje nie miałyby sensu bez dobrej asekuracji zespołu i choć we wtorek dyscyplina brała górę nad szaleństwem, to nie da się ukryć, że jednymi z bardziej smakowitych momentów wieczoru były te, kiedy nadchodziły solówki. Szczególnie zapadła mi w pamięć gra Ksawerego Wójcińskiego, który przy całej energii wkładanej w grę zespołową, w chwilach samodzielnych prezentował powolne, dostojne, rozbudowane fragmenty melodyczne. Duży luz, profesjonalizm i przede wszystkim wyczucie.

Perkusje Michała Kasperka i Dominika Mokrzewskiego były wobec siebie komplementarne, choć grały zupełnie inaczej. Brzmienie Kasperka określiłbym jako bardziej kanciaste i twarde w stosunku do dynamicznej, nieunikającej groove’u gry Mokrzewskiego, który niekiedy wręcz napierdalał à la Nilssen-Love. Interesująco wypadały momenty, kiedy sekcja toczyła nawałnicę, a Jan Małkowski i Dickaty zaczynali dla kontrastu grać wolno i uporządkowanie. W ten sposób tworząca się dwutorowość muzyki nadawała jej nieoczywisty wymiar, a zarazem zwiększała wrażenie mocy w nagłych erupcjach unisono. Na odrębne brawa zasługuje świetne porozumienie na linii saksofonów – z jednej strony chropowaty, brutalistyczny Dickaty, z drugiej poukładany, rytmiczny, melodyjny Małkowski. Muzycy sprawiali wrażenie jakby wzajemnie podkręcali swoją kreatywność, choć była ona kanalizowana w zupełnie inne, lecz przystające do siebie formy. Trzeba dodać, że Dickaty bardzo sprawnie wypadł na sopranie, tworząc transowe powtarzające się tematy, przypominające nieco zapętlone dęciaki marokańskich Masters Musicians of Joujouka.

CAM00633

Muzyka Infant Joy niosła ze sobą wiele barw, wiele klimatów zostało zasygnalizowanych, lecz wyobraźnia kompozytorska pozwoliła uniknąć muzykom siermiężności odwołań. Żonglerka była sprawna, szybka i manipulowała liczbą rzucanych piłeczek niepostrzeżenie, zaskakując pomysłowością rozwiązań. Pod tym względem szyld „Infant Joy” pasuje do muzyki kwintetu jak ulał. Widzę w tym składzie duży potencjał, który upatrywałbym nie tyle w dużych możliwościach aranżacyjnych, co w zespołowym zgraniu i umiejętności operowania kontrastem.

Co tu dużo mówić – koncert był na tyle dobry, że wychodząc z Pardon To Tu bez większego zastanowienia kupiłem premierowe „New Ghosts”. Mam dużą nadzieję, że odnajdę na krążku podobny „joy”. I tu wychodzi na jaw być może główna zaleta koncertu – muzyka niosła zarówno twórcom, jak i słuchaczom prawdziwą przyjemność. Choć brzmi to nieco perwersyjnie, to ciekaw jestem jak brzmiałoby Adult Joy… Jednak – póki co – dziecięca wrażliwość i spontaniczność Dickaty’ego i kolegów w zupełności mi wystarcza. Pamiętajmy – „Be yourself no matter what they say, be yourself no matter what they say…”.

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik