Zimowa podróż, trochę Cukru i kaszubskie wariacje…

daszek

Odwrócę chronologię wydarzeń i zacznę od końca. Zresztą każdy przyzwoity tekst, jak kij, ma przynajmniej dwa końce. Drugi/trzeci/czwarty/siódmy/domyślny powinien wylądować w aktywnym aparacie poznawczym czytelnika. Zatem raz, dwa…

Trzy:

Winterreise” czyli „Podróż zimowa” to cykl pieśni, które Franz Schubert skomponował do poezji Wilhelma Müllera. Właśnie dzieło Schuberta/Müllera stało się inspiracją dla dwóch kolejnych płyt z cyklu Populista, prowadzonego przez Michała Liberę dla Bôłt Records. Jak głosi nota „Winterreise” to: „modelowy przykład romantycznego songbooku o cierpieniu, miłości i samotności a wreszcie i XIX-wieczny odpowiednik albumu popowego, w którym przeglądały się kolejne pokolenia od roku 1828”. Tym razem przejrzały się w nim trzy artystki – wspólnie na jednej płycie Barbara Kinga Majewska i Emilia Sitarz; a samodzielnie, na drugiej, Joanna Halszka Sokołowska. Z końcem stycznia oba wydawnictwa  doczekały się premier koncertowych, które jak na złość odbyły się w dniach roztopów, nagłego rozpłynięcia zimy. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zajściem do Królikarni na występ Sokołowskiej.

Winterreise

Przed rokiem, na festiwalu Playback Play w grudniu 2014 miałem już okazję widzieć artystkę w tym repertuarze, było to wówczas w ogóle pierwsze wykonanie (pisałem o nim tutaj). Tym razem wnętrze klubu zastąpiła wspaniała przestrzeń i akustyka Królikarni. Okoliczności miejsca w sposób znaczny wpłynęły na charakter występu. Po pierwsze wykonanie rozpoczęło się w całkowitych ciemnościach (i pozostało w nich do samego końca). Po drugie – Sokołowska kreatywnie wykorzystała specyficzną przestrzeń pałacyku. Druga część koncertu upłynęła na przechadzaniu się wokalistki po salach otaczających centralną, kolistą część budynku, w której siedziała publiczność. Śpiew nie ustawał, dobiegał z oddali, zbliżał się, błądził po Królikarni raz zgodnie ze wskazówkami zegara, raz odwrotnie. Zabieg okazał się genialny w swej prostocie – efekt akustyczny (i performatywny) był jedyny w swoim rodzaju, hipnotyzował i trzymał w napięciu. Można się było poczuć jak wewnątrz jakiegoś niezaistniałego filmu Herzoga. Na zakończenie Sokołowska zapaliła świecę i podziękowała za uwagę – tym samym utrzymała romantyczne decorum do samego końca. Bardzo osobliwy, melancholijny koncert site specific. Wsłuchiwanie się w pogłos kolejnych wersetów pieśni, w pauzy między nimi w otoczeniu mrocznej, akustycznie sterylnej Królikarni zapamiętam na długo jako wyjątkowe i nietypowe doświadczenie. Absolutnie nie dziwię się zespołowi Księżyc, że wybrał właśnie tę przestrzeń na nagrywanie swojej ostatniej płyty.

Dwa:

O zespole Cukier pisałem dość obszernie w maju zeszłego roku (klik). Był to jeden z pierwszych koncertów formacji, która przykuła moją uwagę (raz) ze względu na niecodzienne instrumentarium – syntezator modularny, klarnet, perkusja; (dwa) poprzez ciekawe, chaotyczno-energetyczne mieszanie różnych muzycznych języków – noise, free jazz, improwizacja elektro-akustyczna, trochę ambientu. Od tego czasu trio w składzie Łukasz Kacperczyk, Michał Kasperek i Piotr Mełech zdążyło wydać kasetę w Pawlaczu Perskim (bandcamp), na której w dość radykalny i bezkompromisowy sposób przedstawiło swój pomysł na muzykę.  „821” to ostra przejażdżka, przy okazji nagranie koncertowe, a nagrania koncertowe rządzą się swoimi prawami  [edit: jednak, nie koncertowe, tylko całodniowa sesja na żywo w warszawskim Mózgu]  i czasami bardziej brutalne szarże pozbawione pierwiastka wizualnego stają się nieczytelne. Niemniej jest to pozycja interesująca i odważna, pełna mocno kontrastujących zestawień. Sugeruję słuchanie „821” na głośnikach, tak by pozwolić muzyce wypełnić przestrzeń.

cukier1    cukier2Koncert w V9 odbył się przy okazji drugiej edycji DRUKUJ! Zinestu, czyli atmosfera DIY unosiła się w powietrzu od dobrych kilku godzin. Cukier wystąpił tego wieczoru w  nieco lżejszym wydaniu, ponieważ Piotr Mełech zrezygnował z użycia elektroniki i basklarnetu, zagrał cały koncert na zwykłym klarnecie. Był to koncert dość zwięzły, niespełna 40-minutowy i przyznam, że właśnie tego typu ramy czasowe są w sam raz w przypadku tak intensywnej muzyki. Podobała mi się dramaturgia występu. Cukier zaczął budować improwizację wychodząc od subtelnych partii syntezatora. Atmosfera gęstniała płynnie i oczywiście zmierzała do ekstatycznego jazgotu, ale zniuansowana „gra wstępna” pozwoliła na w miarę bezkolizyjne wejście w dzikie ostępy dźwięków brutalnych. Jednocześnie nie był to koncert o narracji prostej „od ciszy do zgiełku”, wykres napięcia i kolorów przedstawiałby się bardziej sinusoidalnie. To, że Cukier potrafi się ciekawie rozpędzić wiedziałem już od pierwszego zetknięcia z formacją. Teraz słychać, że oprócz tego muzycy wiedzą jak efektownie wyhamować, a przy okazji zrobić po drodze kilka niespodziewanych zakrętów. To dobrze wróży na przyszłość.

Jeden:

Ostatni mój tekst w roku 2015 dotyczył solowego występu Dominika Strycharskiego w Pardon To Tu (klik). Był to koncert znakomity, wirtuozerski, w dodatku najprawdopodobniej zostanie wydany na płycie. Raptem po kilku tygodniach Strycharski wrócił na tę samą scenę z formacją Core 6, by zaprezentować materiał z płyty „Czoczko” , na której poddaje kreatywnej interpretacji tradycyjną muzykę kaszubską. W zespole znaleźli się naprawdę mocni zawodnicy: Wacław Zimpel, Ksawery Wójciński, Zbigniew Kozera, Krzysztof Szmańda i Hubert Zemler. Czyli dwa instrumenty dęte i podwójna sekcja rytmiczna. Na albumie kluczowa rola przypada partiom duetu flet-klarnet (część utworów zagrana jest tylko w tym formacie), natomiast na koncercie siłą rzeczy większa była rola kolektywu.

Core 6

Podstawą tego projektu jest dualizm muzycznych światów, które Strycharski wraz z zespołem łączy – na poziomie podstawowym są to muzyka ludowa i free jazz. Kunszt instrumentalistów, ich improwizatorska biegłość, a także świetnie zaaranżowany materiał, złożyły się w nową jakość – silnie zakorzenioną w tradycji, a jednocześnie łamiącą granice gatunkowe. Coś podobnego udało się już choćby Marcinowi Maseckiemu (w wersji autorskiej na „Polonezach” i „Mazurkach”), również zeszłoroczne „Requiem Ludowe” Adama Struga i Kwadrofonik przenosi polską ludowość w XXI, wykorzystując współczesny język muzyczny. „Czoczko” składa się z tematów bezpośrednio zaczerpniętych z melodii tradycyjnych, natomiast rozwija je ze swobodą, rozmachem i dużą wrażliwością na poszczególne elementy brzmienia. Podwójna sekcja, tworzy dla Strycharskiego i Zimpla znakomitą, wielobarwną przestrzeń do dialogu, bądź snucia przyjemnie rozjeżdżających się wspólnych monologów. Koncert dość wiernie odzwierciedlił zawartość płyty, ale absolutnie nie na zasadzie 1:1. Zresztą nie byłby to nawet duży mankament, bo „Czoczko” to po prostu album bardzo dobry, zwięzły, nieprzegadany (niespełna 40 minut muzyki). Moje ulubione fragmenty to te, w których do głosu dochodzi pełen skład, szczególnie otwierający płytę tajemniczy utwór „Rubin”, oraz wieńczący nagranie „Antracyt” z fantastyczną woltą w środku. Kolejny mocny punkt w coraz ciekawszej dyskografii Dominika Strycharskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Wywoływanie duchów: Dominik Strycharski (i Eric Dolphy) w Pardon To Tu

Dominik Strycharski

Eric Dolphy to fascynująca postać w historii jazzu. Klasyk, którego kariera (w roli lidera) objęła zaledwie 4 lata.  W tak krótkim czasie Dolphy zdążył nagrać  zjawiskową płytę „Out to Lunch!” często stawianą na równi z „Kind of Blue” czy „A Love Supreme”, przez wielu uznawaną za jedną z wybitniejszych w swym gatunku. Osobiście mam równie duży szacunek do mniej pomnikowego albumu „Out There”, nagranego przez klarnecistę cztery lata wcześniej. Gdy pada hasło „Dolphy”, zwykle słyszy się w głowie cały zespół, pełną formę z fenomenalną sekcją rytmiczną, idealnie dopełniającą pokręcone kompozycje lidera. Już sam pomysł zagrania (i nagrania) złożonych utworów jazzmana w wersji solo jest dosyć nietypowy, a zrobienie tego przy użyciu fletów prostych można wręcz określić strategią karkołomno-ekscentryczną. Cóż, do odważnych świat należy.

Dominik Strycharski to jeden z ciekawszych muzyków polskiej sceny improwizowanej. Kto choć raz widział artystę na scenie, w akcji, ten wie o czym mówię. Po pierwsze wyróżnia Strycharskiego instrument (drewniany flet prosty, w różnych odsłonach), po drugie – ważniejsze – sposób w jaki na nim gra, pełen dzikiej, intensywnej ekspresji, determinacji, a jednocześnie niebywałej precyzji wykonawczej. Cechy właściwie idealnie predestynujące do wzięcia na warsztat Dolphy’ego, który nawiasem mówiąc też po flet sięgał (zwykle po poprzeczny, ale jednak).

Obserwowanie tego koncertu było trochę jak oglądanie sportów ekstremalnych. Siedząc w pierwszym rzędzie efekt był niesamowity. Strycharski obstawiony niemal z każdej strony mikrofonami, wpatrzony w partytury, maksymalnie skoncentrowany na grze. Napięcie udzieliło się widowni, która siedziała w wielkim skupieniu, przerywanym jedynie wyjątkowo swobodną konferansjerką bohatera wieczoru, zapowiadającego kolejne utwory.

Strycharski2

Na występ złożyły się głównie utwory z klasycznego „Out to Lunch!”, które Strycharski przearanżował w sposób inteligentny, a w efekcie spektakularny i magnetyczny. Trochę podobna sytuacja jak w przypadku tegorocznego albumu Raphaela Rogińskiego – znów wzięty na warsztat heros jazzu, znów zinterpretowany solo i przy użyciu nietypowego dla pierwowzoru instrumentu. Co prawda w przypadku Strycharskiego rozpoznawalność konkretnych kompozycji była dużo łatwiejsza, to jednak usłyszenie ich w tak surowej formie znacznie potęgowało oddziaływanie, a mówiąc górnolotnie – pokazywało ponadczasowość tej muzyki. Szorstko-delikatne brzmienie fletów, przedęć, nucenie melodii w tle, sąsiadujących tym agresywnie wydobywanym z instrumentów… Strycharski pod względem ekspresji i techniki zrobił na scenie absolutnie wszystko żeby jak najpełniej oddać ducha intensywnej, dzikiej i skomplikowanej twórczości Dolphy’ego, który w ten sposób, niematerialnie zagościł w Pardon To Tu. Człowiek, powietrze i kawałki drewna – cóż można zrobić z takiej kombinacji? Muzykę o temperaturze ognia.

Wykonanie takiego materiału z zespołem za plecami nie należałoby do najłatwiejszych. Tymczasem koncert trwał ponad godzinę. Na sam koniec muzyk zagrał dwie własne kompozycje/improwizacje, które bynajmniej nie odstawały od głównego programu, słychać w nich było echa inspiracji Dolphym, ale przede wszystkim samego Strycharskiego. Dobrze jakby i one znalazły się na zapowiadanej płycie. Jeśli moc tej sesji zostanie zachowana w nagraniu, to szykuje się naprawdę wyjątkowa premiera.

Był to ostatni koncert w tym roku w Pardon To Tu. Mocne zakończenie na miarę bardzo mocnych 12 miesięcy.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Warsaw Improvisers Orchestra w Pardon To Tu

Warsaw Improvisers Orchestra

W przeciągu 2014 roku na scenie Pardon To Tu wystąpiła cała plejada wielkich nazwisk muzyki improwizowanej, czego absolutnym przesileniem był listopad, kiedy średnio co trzy dni przy pl. Grzybowskim gościła kolejna gwiazda. Klub ściągał w tym roku artystów niemal z całego świata i stosunkowo rzadko prezentował twórców lokalnych, stawiając bardziej na program międzynarodowy. Sytuacja uległa znacznej zmianie w grudniu, kiedy line-up wypełniły niemal wyłącznie polskie składy, a na zamknięcie koncertowego sezonu wystąpił projekt ze wszech miar wyjątkowy w pejzażu krajowej sceny – Warsaw Improvisers Orchestra.

Orkiestra powołana do życia przez Raya Dickaty’ego zrzesza mieszkających w Warszawie improwizatorów, zarówno muzyków znanych z różnych innych projektów, z powiedzmy bogatszym cv, jak i artystów dopiero debiutujących. Chęć wspólnej gry wydaje się podstawowym kwalifikatorem – pomijając, lecz nie zapominając o umiejętnościach – który decyduje o dołączeniu do kolektywu. W efekcie oglądając WIO można zetknąć się z dużym i różnorodnym fragmentem warszawskiej sceny improwizowanej, a bigbandowy charakter występów każdorazowo nieco inaczej skompilowanego składu, ma bardzo dużą siłę rażenia. Oglądając kilka razy Orkiestrę na bardziej kameralnych, comiesięcznych występach w Chmurach myślałem, że tylko kwestią czasu będzie przeniesienie się zespołu w przestrzenie bardziej dostępne dla szerszej publiczności. Koncert w Pardon To Tu, które jest stołecznym salonem muzyki improwizowanej, stanowił pierwszą z rezydencji WIO poza – w ostatnich miesiącach – praskim matecznikiem. Oprócz kilkunastu muzyków na scenie pojawił się również Chór Eksperymentalny, a całość została zamknięta w dwóch, mocno kontrastujących setach.

Rozdział I

WIO2

Podczas części pierwszej wystąpiło „zaledwie” ośmiu muzyków pod precyzyjną dyrygenturą Raya Dickaty’ego. Koncert otworzyła delikatna noise’owa elektronika Łukasza Kacperczyka, do której po chwili dołączyła na wokalu Hania Piosik. I tak jak elektronika w dalszej części schowała się nieco na plan dalszy (trochę ku mojemu rozczarowaniu), tak wokal przez cały set był jednym z głównych, dominujących pierwiastków w tej odsłonie Orkiestry. Muszę przyznać, że odrobinę zaskoczyła mnie strategia jaką obrał Ray Dickaty. Muzyk postanowił nie eksploatować potencjału dużego składu w celu tworzenia spektakularnych, głośnych kulminacji, a bardziej skupił się na tworzeniu bardzo uporządkowanej narracji, konsekwentnie wprowadzając i wygaszając kolejne instrumenty. Muzycy zestawiani byli ze sobą najczęściej w duety – wokalistce akompaniowała na flecie Daria Wolicka, z Natanem Kryszkiem na saksofonie w dialog wchodził bardziej sonorystyczny, pozytywnie piskliwy klarnecista Piotr Mełech. Sekcja smyczkowa z Ksawerym Wójcińskim i Mikołajem Pałoszem była bardziej ograniczona do roli tła. Mocna i głośna perkusja Dominika Mokrzewskiego pojawiała się w wybranych momentach i również poddana była arbitralnej dyscyplinie, jaką narzucał na muzyków Dickaty. Brytyjski saksofonista eksperymentował z aranżacją, testując różne konfiguracje instrumentalne i budując dość intensywny klimat, który jednak ani razu nie został doprowadzony do pełnej eksplozji, pozostał w napięciu i zawieszeniu do samego końca. W kontekście kolejnego setu podobne niedopowiedzenie zafunkcjonowało interesująco, choć mogło budzić lekki niedosyt u słuchaczy spodziewających się potężnego, orkiestrowego brzmienia. W zamian Dickaty zaproponował publiczności mocno zniuansowany, subtelny i wyciszony instant-composing.

——————————————————————————————————

Rozdział II

WIO1

Miałem wątpliwości czy scena Pardonu pomieści 21 muzyków, ostatecznie jakimś cudem się to udało. Mistrzem ceremonii drugiego setu był Dominik Strycharski, muzyk, który potwierdził już w tym roku osobowość urodzonego lidera nagrywając w septecie, jako Pulsarus „Bee Itch”, album pełen monumentalnych i bogatych aranżacyjnie kompozycji. W związku z tym nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że Strycharski znakomicie odnalazł się w roli dyrygenta. Sam skład Orkiestry został nieco zmodyfikowany i rozszerzony do 11 muzyków – dołączyły 2 trąbki, 3 saksofony, skrzypce i gitara basowa, natomiast odpadł wokal, flet i elektronika. Tak jak pierwszy set był stosunkowo spokojnym i różnorodnym budowaniem wypowiedzi, tak druga część wieczoru stanowiła instrumentalno-wokalne trzęsienie ziemi pełne nagłych wybuchów kolektywnej energii. Strycharski postawił na brzmienie potężne i pulsujący groove generowany w mniejszych podgrupach. Wyciszenia stanowiły jedynie pretekst dla przesileń, kompulsywnych, głośnych spięć. Poszczególne sekcje płynnie się przeplatały w improwizacjach, a bigbandową, jazzową konwencję całości ciekawie przełamywały wokalne eksperymenty chóru, nadając występowi nieoczywisty i nieprzewidywalny charakter, niekiedy przynoszący skojarzenia z Fire! Orchestra. Warto podkreślić, że z wyjątkiem elektrycznej gitary basowej Jacka Mazurkiewicza brzmienie Orkiestry było właściwie pozbawione asysty energii elektrycznej. Muzyk w drugiej części występu podbudował całość charakterystycznym riffem, na którego kanwie (i mocnym perkusyjnym bicie) toczyły się dalsze improwizacje. Bardzo dobrze wypadły przekrzykujące się dęciaki – intensywna, świdrująca trąbka Redy Haddada, ciekawie kontrastowała z trochę bardziej delikatnym i rozkołysanym brzmieniem Olgierda Dokalskiego. Trębaczy bardzo dobrze podkręcał przeszywający klarnet Piotra Mełecha. Strycharski „uruchamiał” poszczególnych muzyków z zawrotną prędkością, testując ich refleks i zdolności natychmiastowego ustosunkowania się do wcześniejszych partii – było to szczególnie wyraźne w dialogach saksofonów (trzech tenorów i głębokiego barytonu Kryszka), ale nie tylko (np. smyczkowce – chór). Właściwie cały występ miał charakter ćwiczenia na szybkość i kreatywnośc reagowania, co często popychało narrację na zupełnie nowe tory. Pasjonujące, porywające widowisko.

Wieczór pokazał dwa odmienne oblicza Warsaw Improvisers Orchestra. Jednocześnie były to wizerunki jedne z wielu, ponieważ przez skład kolektywu rotacyjnie przetacza się właściwie drugie tyle muzyków (o ile nie więcej). Część z nich przyszła do klubu w charakterze widzów. Nie wiem czy Pardon To Tu mogło wybrać na zakończenie sezonu koncertowego bardziej pełnokrwiste, a zarazem lokalnie zakorzenione zwieńczenie. Warszawska scena pokazała moc. Jeśli chcieć szukać polskiego odpowiednika kultowego AACM, to chyba właśnie WIO ze swoją egalitarną formułą byłoby mu najbliższe. Ale chyba nie ma sensu na siłę tworzyć analogii – Orkiestra powołana przez Raya Dickaty’ego ma swoją własną specyfikę i autonomiczny charakter. I fajny skrót. A ja chyba jeszcze nigdy nie miałem w tagach pod wpisem aż tylu nazwisk…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Gwiezdne Wojny, reprezentacja Polski i The Thing

IMG_4129

Jadąc na pierwszy dzień rezydencji skandynawskiego The Thing do Pardon To Tu zaskoczyła mnie wesoła nowina. Okazało się, że pierwszy dzień koncertowy (4 maja) zbiega się ze światowym dniem kosmicznej epopei George’a Lucasa! Cóż za symboliczne okoliczności dla występu tria, które – odrobinę na wyrost, choć nie bezpodstawnie – nazywane jest jednym z najbardziej brutalnych i bezkompromisowych jazzowych składów. Pytanie rodzi się właściwie automatycznie: z kim niedzielnego wieczoru była Moc? Pozwolę je sobie przeformułować: czy Moc pojawiła się na scenie Pardon To Tu w ogóle? Czy zgromadzone przy pl. Grzybowskim tłumne audytorium nie zostało przypadkiem wystawione na działanie iluzorycznych figli, będących dziełem Imperatora? Hipoteza.

Drużynę Matsa Gustafssona widziałem już nie raz i niejednokrotnie robiła na mnie piorunujące wrażenie. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że pojawię się na jednym i drugim koncercie formacji. Muszę jednak przyznać, że dalece bardziej niż kolejny występ Skandynawów moją ciekawość rozpalały dwa pierwsze sety, swoiste „wariacje pardonowskie”, opierające się na zmieszaniu polskiej improwizowanej śmietanki z cząstką głównego dania wieczoru. Podobne hybrydy były już tworzone chociażby przy okazji dwudniowej rezydencji Atomic, bądź pierwszej wizyty Petera Brotzmanna i choć nie zawsze wieńczyły się spektakularnymi występami, to z pewnością nie można im odmówić walorów czysto poznawczych. Swoją drogą dla polskich jak i zagranicznych muzyków jest to doskonała szansa do nawiązania ciekawej współpracy, nawet jeśli jej koniec zbiegnie się jedynie z finałem incydentalnego doświadczenia. Zatem nie ulega wątpliwości – personalne miksy są inicjatywą pozytywną, wręcz kulturotwórczą, a czasem nawet mitotwórczą (nie zapominajmy o kontekście Gwiezdnych Wojen!).

Pierwsza część wieczoru skoncentrowała się na osobie basisty The Thing, Ingebrigt Håker-Flatenie, oraz na trójce doskonale znanych warszawskiej publiczności, polskich „dęcistach” – Olgierdzie Dokalskim (trąbka), Janie Małkowskim (saksofon) i Dominiku Strycharskim (flety). Intrygujące zestawienie, głównie przez brak perkusji i przerzucenie ciężaru gry na konfrontację polskich muzyków, którzy (o ile się nie mylę) spotkali się na jednej scenie po raz pierwszy.

Håker-Flaten okazał się partnerem niezwykle wyczulonym na impulsy wysyłane w jego stronę przez resztę składu, choć początkowo wziął na swoje barki nadawanie tonu wzajemnemu dialogowi. Co znamienne, muzyk wkroczył na scenę z gitarą basową, na której daleki był od kreślenia klasycznych jazzowych pochodów – dalece bardziej interesowała go zabawa brzmieniem, generowanie sprzężeń, odgłosów nazwijmy to abstrakcyjnych. W tak zarysowanym muzycznym uniwersum bardzo dobrze odnalazł się Dominik Strycharski, który podążał bardziej w stronę ekspresyjnych, nerwowych zadęć, przełamując nieco niedookreśloność gry Håker-Flatena. Brzmienie fletu ciekawie kontrastowało z głębokim tonem gitary basowej i wzajemny dialog duetu był jednym z czynników stanowiących dla mnie o sile pierwszego występu. Strycharski sprawiał wrażenie osoby bardzo dobrze radzącej sobie z kierowaniem zespołem, co nie zdziwi z pewnością nikogo, kto miał okazję słyszeć tegoroczną, wręcz epicką płytę Pulsarusa „Bee Itch”. Słychać było, że instrumenty dęte, podobnie jak bas gościa ze Skandynawii, próbują odbić się od konwencjonalnej formy jazzowego składu, bardzo często operując sonorystycznymi przesileniami. W podobnej konstelacji potrafił się odnaleźć Dokalski, potwierdzając jak bardzo elastycznym muzykiem stał się na przestrzeni ostatnich lat. Małkowski był dla mnie ogniwem, które najbardziej ciążyło w stronę klasycznie jazzowych fraz, muzyk daleki był jednak od wychodzenia przed szereg i nie wykazywał tendencji do dominacji. Ogólnie rzecz biorąc można było odnieść wrażenie, że skompilowany ad hoc kwartet starał się odnaleźć wspólny mianownik dla swoich dość odrębnych, indywidualnych, artystycznych wizji muzyki. Było dość sporo momentów, podczas których te próby owocowały efektami zdumiewającymi. Niezależnie od tego, czy było to jedynie dzieło przypadku, muszę stwierdzić, że pierwszej części wieczoru najbliżej było do osiągnięcia Mocy, nie będącej dziełem kalkulacji.

Drugi set przyszło mi oglądać z okolic baru, zza którego występ obserwował sam Mats Gustafsson, pierwszy saksofon Szwecji, jak również zasłużony zwycięzca wielu zeszłorocznych podsumowań. Przyznam szczerze, że w przypadku występu Macieja Obary, Piotra Damasiewicza, Ksawerego Wójcińskiego i Paala Nilssena-Love spełniły się moje obawy odnoście tej personalnej konfiguracji. Norweski perkusista niesłychanie zdominował charakter spotkania, a reszta muzyków sprawiała wrażenie jakby z wielką determinacją próbowali dotrzymać mu kroku, zapominając trochę o niuansowaniu spotkania własnym, odrębnym głosem. Było to płomienne free, galopujące, wyczynowe i w moim odbiorze niestety dość konwencjonalne. Owszem, można się było zatracić w kanonadzie dźwięków, podziwiać techniczną sprawność muzyków, jednak z chwilą zamknięcia oczu zdałem sobie sprawę, że równie dobrze mógłby to być zupełnie inny skład grający pod Paala Nilssena. Szkoda, bo Damasiewicz, Obara i Wójciński już nie raz potwierdzali, że są artystami charakterystycznymi. Niestety nie usłyszałem tego podczas niedzielnego występu – było to usilne krzesanie Mocy, z której zbyt wiele nie wynikało. Gustafsson niczym Mistrz Yoda odpuścił i nie został na drugiej części występu kwartetu.

W ten sposób dotarliśmy do finału – koncertu The Thing. Występu jak zwykle głośnego, jak zwykle żartobliwego w konferansjerce, jak zwykle brutalnego, intensywnego. „Jak zwykle” – to sformułowanie moim zdaniem najlepiej oddaje show, które Skandynawowie zaprezentowali niedzielnego wieczoru. „Show” wydaje się również dobrym słowem, ponieważ uderzył mnie pewien powtarzalny charakter występów tej formacji i nagle zdałem sobie sprawę, że przynajmniej od mojego ostatniego spotkania z The Thing, zespół ten nie rozwinął swego pomysłu na granie. Pewien niezwykle istotny aspekt nieprzewidywalności, przewrotności i zawadiackości, które tak bardzo niegdyś wychwalałem, nagle gdzieś uleciał. Był to par excellence koncert The Thing, którzy doskonale wiedzieli co zrobić żeby zjednać sobie audytorium – kiedy zaryczeć, kiedy przedąć riff, kiedy powiedzieć dowcip, kiedy wprowadzić groove. Raziła mnie w tym swego rodzaju kalkulacja, która mam nadzieję nie była świadoma, a bardziej wypływała chociażby ze zmęczenia długą podróżą z Węgier. Być może to ja popełniłem błąd, bo poszedłem na koncert The Thing, zatem The Thing otrzymałem i tylko szukam dziury w całym? Jednak nieznośnie towarzyszy mi uczucie, że trio odpuściło bezkompromisowość na rzecz odcinania kuponów od wizerunku. Tym razem zabrakło midichlorianów. Oczywiście był to koncert dobry i pod względem wykonawczym ciężko mieć do muzyków jakiekolwiek zastrzeżenia, są to profesjonaliści i wybitni mistrzowie swych instrumentów. Gdybym jednak nie musiał stać przez cały wieczór, to z pewnością nie podniósłbym się z krzesła tak jak zrobiła to lwia część audytorium. Po prostu niemal identyczne The Thing już kilkakrotnie płomiennie oklaskiwałem – niemiły rodzaj déjà vu.

Zatem finałem była Moc, ale przyrównałbym ją bardziej do tej drugiej, nakręconej po latach trylogii Lucasa, gdzie historia i mit padły ofiarą nadmiernej próby wejścia w wypracowaną przed laty konwencję. Mam nadzieję, że relację z kolejnego dnia rezydencji The Thing będę mógł zatytułować „Nowa nadzieja”.

 

Krzysztof Wójcik

 

PS: Dzięki wielkie dla Marcina Marchwińskiego, który niegdyś uchwycił The Thing w swym obiektywie.