Cukier w Dwa Osiem

To nie będzie wpis dla noise’owych diabetyków. Przed Państwem Cukier – trio eksperymentalno-jazzowo-hałasowe!

Cukier

Zespół w składzie (od lewej) Łukasz Kacperczyk, Piotr Mełech i Michał Kasperek, zagrał w jeden z bardziej niewdzięcznych dni koncertowych maja – musiał walczyć o publiczność z 5 innymi wydarzeniami (m.in. z Kenem Vandermarkiem i Wovoką). I choć słuchacze nie przyszli do Dwa Osiem tłumnie, to z pewnością nie mogli narzekać na brak wrażeń.

Muzyka Cukru wbrew nazwie nie jest słodziutka, choć bez wątpienia silnie atakuje kubki smakowe. Może również zapewnić energetyczne odurzenie… Trio ma interesujący pomysł na grę. Syntezator modularny, klarnet i perkusja to cząsteczki, które przy zręcznym powiązaniu mogą dać zdumiewające, nieoczywiste rezultaty. Podczas koncertu w Dwa Osiem na pierwszym planie były: hałas, szum, szmer (efekty akustyczne określane w angielskiej nomenklaturze jednym, zbiorczym słowem: „noise”). Dźwięki elektroniczne o wysokich rejestrach kilkukrotnie rozlewały się ze sceny na widownię gorącą melasą, ciekawie wykorzystującą stereofonię, zniuansowaną na poziomie drobinek, kryształków. Duża w tym zasługa Łukasza Kacperczyka, który po raz kolejny zaimponował dużą wrażliwością na brzmieniowe detale. Muzyk umiejętnie łączy mocne, elektroniczne uderzenie z mikroskopijnymi, organicznymi drobiazgami (muzyka konkretna, sample nagrań terenowych?), ma wyczucie proporcji, które owocuje ciekawą wielowątkową narracją o „ludzkim”, analogowym obliczu. Zatem zawiesista melasa zmieszana z ulotnymi cząsteczkami cukru pudru, niekiedy grubiej zmielonego, zapewniającego błyski i świetlne refleksy.

Kacperczyk_Mełech

Mostem łączącym elektroniczne i akustyczne oblicze Cukru jest Piotr Mełech, w równym stopniu korzystający z klarnetów i bawiący się efektami pod wysokim napięciem. Zdarzały się podczas koncertu momenty gdy siła ściany dźwięku trochę przytłaczała – ginęła wówczas perkusja. Na szczęście trio podobne fragmenty potrafiło po chwili zbalansować muzyką skupioną na detalu, wchodzącą w bardziej subtelne interakcje. Cukier jest zbiorem osobowości o różnym artystycznym zapleczu, dzięki czemu ciężko przewidzieć efekt finalny, a brzmienie całości co chwila wymyka się kategoryzacji. Pierwiastek freejazzowy najsilniej inkorporowany jest przez Mełecha, szczególnie gdy chwyta za basklarnet – posługując się zwykłym klarnetem uzyskuje bardziej abstrakcyjne, sonorystyczne rezultaty. Fajnie, że zestawia ze sobą te dwa pierwiastki. Według mnie powinien częściej sięgać po instrument kosztem elektroniki, którą co prawda też posługuje się sprawnie, ale paradoksalnie brzmi ona najciekawiej, gdy generuje dźwięki zbliżone do barwy klarnetu. To pokazuje koherencję muzycznej wyobraźni niezależnie od medium. Jestem jednak przekonany, że Mełech jest za dobrym instrumentalistą na tak częste odkładanie klarnetu na bok.

Cukier3

Dobrze, że w Cukrze gra perkusista bez akademickiego, stricte jazzowego zaplecza, dysponujący bardziej post-punkowym, klubowym feelingiem. Stabilna i prosta, nieidiomatyczna rytmika jest tutaj wartością. Szkoda, że Kasperek nie wychodził specjalnie na pierwszy plan, raczej odnosił się do kolegów niż wpływał na wolty. Perkusja często ginęła pod elektroniką, a mogłaby bardziej dążyć do konfrontacji. Tutaj jest moim zdaniem potencjał do wykorzystania – mam na myśli spięcie ciekawych eksperymentów formalnych wyrazistym rytmem, silniej wpływającym na cieniowanie i intensyfikację całości. Kasperek powinien polegać na prostocie, wówczas muzyka tria ma szanse na zyskanie większej ostrości, komunikatywności.

Cukier jest zespołem znajdującym się dopiero w stadium embrionu, krystalizacji. Skład zagrał dotąd koncerty, które można policzyć na palcach jednej ręki – chociaż w Poznaniu Panowie mieli już okazję występować przed Kenem Vandermarkiem (zaledwie dzień przed koncertem w Dwa Osiem). Na moje ucho Cukier dysponuje sporym potencjałem, lecz jest na etapie szlifowania/poszukiwania brzmienia, work in progress, a to chyba najciekawszy czas dla zespołu. Może nawet najlepiej by było nigdy finalnego, jasno zdefiniowanego brzmienia nie znaleźć i pozostać naturalną, nierafinowaną demerarą? Jedno jest pewne: Cukier nie ma nic wspólnego z oszukanym syropem glukozowym, cieszy oryginalnym smakiem. I jestem bardzo ciekaw efektów, które w najbliższych miesiącach mają się ukazać w labelu Pawlacz Perski. Liczę na przebłyski tryboluminescencji…

Za Wikipedią:

„Uderzając silnie dwie kostki cukru o siebie, można zobaczyć zjawisko tryboluminescencji. Zabłysną na ułamek sekundy niebieskim światłem. Ale można to dostrzec tylko w absolutnych ciemnościach”.

Tutaj mamy aż trzy kostki, więc może być ciekawie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Ksawery Wójciński solo w Dwa Osiem

Ksawery Wójciński

O tym, że Ksawery Wójciński jest muzykiem zdolnym do budowania samodzielnej, zróżnicowanej i wciągającej wypowiedzi artystycznej z nawiązką zaświadczył zeszłoroczny solowy album kontrabasisty „The Soul” (recenzja). To specyficzne wydawnictwo, na którym muzyk zagrał na wszystkich instrumentach (głównie kontrabas, pianino, perkusja), a w niektórych kawałkach pokazał się od strony wokalnej. Choć koncert w Dwa Osiem zatytułowany był właśnie „The Soul”, to próżno było oczekiwać po występie odtworzenia zawartości krążka. Zresztą w przypadku już tak doświadczonego improwizatora jak Wójciński nie miałoby to sensu. Niemniej echo końca albumu pojawiło się odpowiednio na zwieńczenie wieczoru.

Koncert złożył się z trzech wyraźnych bloków. Pierwszym z nich była minimalistyczna improwizacja smyczkiem, bardzo horyzontalna i transowa, z której gdzieniegdzie można było wyodrębnić ludowe motywy melodyczne. Były one jednak zaserwowane na tyle subtelnie i mimochodem, że nie zdeterminowały charakteru narracji. Ten opierał się zdecydowanie na narastającej, gęstniejącej atmosferze jednostajnych pociągnięć smyczkiem i nieznacznie zmieniającej się melodii. Kolejna część występu była popisem możliwość grania na kontrabasie palcami. Powstawały mocne, pulsujące groove’y, rozpędzone, bujające riffy. Być może jednak najbardziej spektakularny okazał się koniec koncertu, bis, w którym Wójciński zaprezentował się jako wokalista. Muzyk posługuje się głosem jakby był on kolejnym instrumentem, a niekoniecznie narzędziem do werbalnego przekazu. Choć nie zabrakło też słów. Trochę szkoda, że wers „Hold on just a little while longer” nie stał się zwiastunem wydłużenia występu, jednak warto pamiętać, że pozostawienie słuchacza w pozytywnym niedosycie to też duża sztuka – w muzyce improwizowanej często niedoceniana.

Oto fragmenty każdej z trzech części występu:

Wieczór w Dwa Osiem miał wszystkie cechy kameralnego koncertu, na który przychodzi publiczność nieprzypadkowa, ale też gotowa na niespodziewane. Tradycyjnie szczęściem w nieszczęściu okazała się malutka frekwencja. Pozwoliła nawiązać bardzo intymny kontakt z dźwiękami płynącymi ze sceny, jednak te zdecydowanie zasługiwały na większą ilość uszu i oczu chętnych do absorpcji scenicznego wystąpienia. Jak już nie raz w tekstach podkreślałem sytuacja koncertu solowego jest wyjątkowa pod wieloma względami. Jeśli ktoś choć raz był na jednoosobowym występie muzycznym w towarzystwie raptem kilku słuchaczy, to doskonale wie o co chodzi. Podobne koncerty pozwalają na bezpośrednie wejście w dźwiękowe uniwersum danego twórcy, co często bywa procesem fascynującym, ciężko opisywalnym. Oczywiście odpowiedzialność za tego typu doznania leży w znakomitej większości na barkach artysty, choć kontekst miejsca i odpowiednia otwartość odbiorcy też są nie do przecenienia. Tym razem okoliczności na każdej płaszczyźnie okazały się sprzyjające. Bardzo dobry, nastrojowy, wręcz poetycki koncert, po którym nie mam wątpliwości, że wers „everything’s gonna be alright” można odnieść bezpośrednio do twórczości Ksawerego Wójcińskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Już w niedzielę 17.05 kontrabasista wystąpi wraz z Charlesem Gaylem (klik) i Klausem Kugelem w Pardon To Tu. Instytut poleca! wydarzenie na FB

The Necks powszedni w Teatrze Powszechnym

The Necks w Teatrze Powszechnym

Właściwie podpisałbym się pod tekstem Marcina Marchwińskiego (klik), ale zrobić materiał o wydarzeniu tego typu zawsze warto. Zatem…

Dla osób będących już po koncertowej inicjacji z muzyką australijskiego trio, występ w Teatrze Powszechnym w zasadzie nie mógł być zaskoczeniem. O koncercie w CSW przed dwoma laty pisałem w dość emocjonalnym tonie na łamach Jazzarium (klik), więc doskonale rozumiem wszelkie dziewicze zachwyty. Dwa, blisko godzinne sety, improwizacja tkana bardzo powoli i precyzyjnie, przypominająca układanie finezyjnego domku z kart. Struktura rozrastała się fraktalnie, procesualnie, a momenty nakładania, bądź modulacji poszczególnych warstw perkusji, basu i fortepianu ginęły, ulegały iluzorycznemu zatarciu w mnogości repetycji.

The Necks po winie, przez wino

Fraktal – jak donosi Wikipedia, internetowa skarbnica omylnej myśli ludzkiej – „ma nietrywialną strukturę w każdej skali”, „struktura ta nie daje się łatwo opisać w języku tradycyjnej geometrii euklidesowej”, „jest samo-podobny, jeśli nie w sensie dokładnym, to przybliżonym ”, „ma naturalny („poszarpany”, „kłębiasty” itp.) wygląd”. Jak dla mnie metafora całkiem się zgadza… Dalej: „Za jedną z cech charakterystycznych fraktala uważa się samopodobieństwo, to znaczy podobieństwo całości do jego części”. Zatem w Teatrze Powszechnym mieliśmy dwa fraktalne twory muzyczne – ewentualnie sześć, jeśli chcielibyśmy rozpatrywać sety przez pryzmat każdego z muzyków. Większe wrażenie zrobił na mnie koncert numer 2, aczkolwiek gdyby nie oszczędna formuła części pierwszej, nie byłoby na koniec kontrastu impresyjność/ekspresja, w którym „każdy mógł znaleźć coś dla siebie”. Z krótkiego wywiadu po koncercie (na niewielkiej próbie badawczej) okazało się, że zwolenników pierwszej części również nie zabrakło, aczkolwiek były to w większości osoby pierwszy raz słuchające The Necks na żywo.

Cóż, nie będę tutaj specjalnie nadwyrężał klawiatury. Był to koncert zdecydowanie udany, miał duży potencjał relaksacyjny, pozwalał dosłownie zatopić się w dźwiękach. Choć nie zrobił na mnie już tak piorunującego wrażenia jak występ przed dwoma laty, to w dalszym ciągu trudno mi kryć entuzjazm. Pozytywnym symptomem jest też znakomita frekwencja – początkowo trio miało wystąpić na scenie małej, ostatecznie wyprzedała się cała duża sala teatru. Można wręcz powiedzieć pół żartem, że „Polacy pokochali The Necks”, co dobrze opisał Bartek Chaciński na Polifonii (klik). Na koniec brawa dla organizatorów: Stowarzyszenia Plan B, Mózg Foundation, Teatru Powszechnego oraz Dwa Osiem. Popularyzowanie tak „niebiańskiej” muzyki, to dobry uczynek w wymiarze kulturotwórczym. Tytuł tego tekstu ma charakter po części życzeniowy. Więcej takich eventów proszę!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

PS: Po Necksach w klubie Mózg odbył się jeszcze koncert młodego, audio-wizualnego projektu Tirvyous Wagon w ramach darmowego cyklu „Let me introduce” (który prezentuje niszowe zjawiska muzyczne z Polski i z zagranicy). Niestety nie udało mi się już dotrzeć na występ, ale korzystając z okazji – polecam uwadze w przyszłości. Na zeszłorocznym X Mózg Festiwalu (klik) zespół zrobił na mnie pozytywne wrażenie.

Huntsville w Dwa Osiem

Huntsville 2

Występ norweskiego Huntsville rozpoczął czterodniową muzyczną ofensywę w Dwa Osiem (kolejnych wieczorów zagrali jeszcze Slalom, Enablers i Wovoka). Przyznam szczerze, że wybrałem się na koncert praktycznie nieskalany znajomością muzyki Norwegów. Owszem, zapoznałem się z tym co w sieci, z kilkoma recenzjami itp., ale nic poza tym. W zasadzie lubię chodzić w takim stanie na koncerty. Odbiór „na świeżości” ma swoje plusy, chociażby nie nasuwa zbyt arbitralnych oczekiwań (poza oczywistym oczekiwaniem „dobrego koncertu”). Z dużą radością zauważyłem w Dwa Osiem krzesła, których niestety zabrakło przy okazji występu kIRk (klik). Tym razem pod tym względem – tiptop. Warto dodać, że koncert organizowany był we współpracy z portalem PopUp, z którym jestem związany współpracą recenzencko-wywiadowczą. Niemniej poszedłem na występ „prywatnie”, lub jak kto chce – z ramienia Instytutu.

Huntsville rozpoczęło koncert z lekkim poślizgiem, mieszczącym się w granicach normy. Początek brzmiał jak dostrajanie się gitary i basu, które płynnie przeszło w dość uporządkowaną, z wolna budowaną narrację. Perkusja dołączyła dopiero po jakimś czasie nadając całości więcej dynamizmu. Niestety ledwo trio zdążyło się bardziej rozkręcić (trwało to jakieś 20-30 minut) nadszedł czas na… przerwę w koncercie. Do końca nie wiadomo czym spowodowaną, ale skutecznie wybijającą z pantałyku. Ostatecznie może jednak dobrze się stało, ponieważ druga część występu okazałą się o wiele ciekawsza. Rola dominująca przypadła jednostajnie dudniącej gitarze basowej, wokół której pozostałe instrumenty budowały subtelne wariacje. Zarówno perkusja, jak i gitara intensywnie korzystały z elektronicznych gadżetów, przenoszących całość na nieco bardziej nieoczywiste tory. Widać było, że muzycy nie grają ze sobą zbyt regularnie i niekiedy zdarzały się przejścia dość toporne. Szczególnie przyjemnie słuchało mi się gitary. Jej brzmienie było najbardziej odrealnione. Kto wie, może tak grał Syd Barrett w swoim ostatnim składzie Stars, kiedy psychodelia zaczęła już zupełnie rzutować na jego artystyczną dyspozycję… Takie bardzo wolne skojarzenie.

Huntsville 1

Zabrakło mi w koncercie Huntsville elementów nawiązujących do transowych brzmień etnicznych, które słyszałem w rozproszonych po internecie fragmentach ich twórczości. W zasadzie zespół zagrał koncert stricte gitarowy, obficie korzystając z typowej dla muzyki skandynawskiej melancholijnej nastrojowości. Huntsville grało przede wszystkim niespiesznie, w myśl post rockowego slow power. Dzięki temu ich muzyka zyskiwała na przejrzystości, ale też wydała mi się nie do końca wyrazista. To co ciekawe działo się na dalszym, niejako „podmelodycznym” planie. Mikro-ciekawostki Norwegowie dozowali jednak z bardzo dużym umiarem, trochę za bardzo stroniąc od przejaskrawień, które według mnie mogły wpłynąć zbawiennie na urozmaicenie dość rozwlekłej narracji. Również odniosłem wrażenie, że Huntsville zwyczajnie nie mogli skończyć występu. Kilkakrotnie nadarzała się sposobność do postawienia kropki, jednak trio nieustannie zamieniało ją w kolejne przecinki. Szkoda, bo rozrzedziło to wypowiedź, która w bardziej okrojonych ramach z całą pewnością zyskałaby na sile, a tak pozostawiła we mnie wrażenia raczej ambiwalentne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

kIRk + WIDT w Dwa Osiem

WIDT+kIRk1

Trochę ciężko w to uwierzyć, ale występ kIRk w Dwa Osiem był pierwszym koncertem formacji w Warszawie od ponad roku, kiedy to w 2013 muzycy promowali wyjątkowo dobrze przyjęty album „Zła Krew”. Nie można powiedzieć żeby przez ten czas artyści próżnowali – pojawiła się opóźniona, chronologicznie druga płyta Daktari, studyjny, monumentalny materiał Mszy świętej w Altonie (klik), zaskakujący solowy krążek Pawła Bartnika (klik) czy audiobook Krysi Zalewskiej z muzyką Filipa Kalinowskiego. Oprócz tego trio koncertowało po całej Polsce i skupiło się na nagrywaniu nowego materiału, z którego passusy miała przyjemność usłyszeć publiczność Dwa Osiem. Wieczór miał charakter podwójnie wyjątkowy, ponieważ kIRk poprzedził występ duetu audiowizualnego WIDT, do którego Bartnik, Dokalski i Kalinowski stopniowo dołączali.

Pierwszy raz miałem okazję doświadczyć muzyki WIDT na żywo w pełnej krasie. Duet tworzą siostry: wokalistka Antonina Nowacka i odpowiedzialna za część wizualną Bogumiła Piotrowska. W zeszłym roku Circon Int. opublikował intrygujący koncertowy album projektu, o którym pisałem swego czasu na łamach PopUp (klik). WIDT na żywo prezentuje jednak o wiele bogatszą estetyczną jakość poprzez doskonale współgrający i dopełniający muzykę pierwiastek wizualny (de facto płyta zespołu, w idealnym świecie powinna mieć charakter DVD). Fundamentem oryginalnego brzmienia (oddziaływania?) duetu są wokalizy Nowackiej, które raz prowadzone są samodzielnie, kiedy indziej zostają poddawane elektronicznym manipulacjom tworząc bardzo gęstą, surrealistyczną fakturę. Tego wieczoru dominowały eksperymenty z przetwarzaniem, nawarstwianiem i modulowaniem – i dokładnie to samo mógłbym napisać o części wizualnej. Piotrowska operowała obrazem z dużym wyczuciem, stawiając zwykle na prostotę kolorystyczną i formalną, która nie miała absolutnie nic wspólnego z kiczowatymi „psychodelicznymi wizualizacjami” z Media Playera. Często operowała efektem stroboskopowym, nadając przy tym geometrycznym, bardziej abstrakcyjnym formom ciekawe desenie. W animacyjnym kolażu nie zabrakło również elementów bardziej figuratywnych, które potęgowały wrażenie niejednoznacznego, mechanicznego dadaizmu. Muzyka WIDT wyłoniła się z bardzo wyciszonego noise’u, który pęczniał, tężał zamieniając się w bardzo wielowarstwową minimalistyczną strukturę, która przez wykorzystanie wokalu jako podstawy miała jednocześnie cechy organiczne, jak i upiornie odhumanizowane. Trochę jakby Alicja po drugiej stronie lustra trafiła do świata cyberpunkowego, w którym w dalszym ciągu nic nie jest takie jak się początkowo wydaje. Z drugiej strony chóralna artykulacja Nowackiej przywoływała skojarzenia z archaiczną grecką muzyką – bardzo pierwotną, misteryjną i sensualną. Psychodeliczny efekt osiągnięty przy minimum środków, a przy okazji w pełni wyimprowizowany. Warto tutaj docenić charakterystyczną, odrobinę teatralną scenę Dwa Osiem, która świetnie sprostała technicznym wymaganiom wieczoru.

WIDT+Dokalski

W pewnym momencie do WIDT dołączył z trąbką Olgierd Dokalski. Przypomniał mi się wówczas koncert jaki muzyk zagrał w zeszłym roku z Nowacką w żoliborskiej kawiarni Fawory (klik). Wówczas wokal występował właściwie samodzielnie, a ciężar instrumentalny spoczywał na trąbce. Tym razem Dokalski miał przywilej wejścia w zawiesistą strukturę skumulowanych loopów. Zrobił to w sposób pomysłowy – akcentował sonorystykę instrumentu i przez to łączył się z noise’m, kiedy indziej stawiał bardziej na kontrapunkt melodyczny, wchodzący raz w intensywny dialog z wokalem Nowackiej, kiedy indziej bardziej wyalienowany i osobny. Ten etap koncertu pokazał w pewnym sensie rewers brzmienia kIRka. Cecha dystynktywna – trąbka – została zanurzona nie w kontekście dusznych, industrialnych, dubowych bitów Bartnika i Kalinowskiego, tylko w muzyce będącej efektem tylko i wyłącznie wokalu, jego manipulacji i loopowania w czasie rzeczywistym.

WIDT+kIRk3

Początkowo wydawało mi się, że kIRk zagra samodzielnie, jednak WIDT pozostało na scenie, a 2/3 warszawskiego trio dołączyło do występu równie płynnie jak przedtem Dokalski. Brzmienie w tak poszerzonym do kwintetu składzie (nie zapominamy o znakomitych wizualizacjach), stało się w sposób naturalny bardziej złożone. Przede wszystkim muzyka zyskała pierwiastek rytmiczny za sprawą bitów, natomiast gramofony dodały całości ciepłą barwę i głębię. Poprzez gościnny udział WIDT koncertowe brzmienie kIRka stało się jeszcze bardziej hipnotyczne i otwarte formalnie, trochę jak podczas improwizowanych występów Mszy świętej w Altonie. W dalszym ciągu była to muzyka szalenie charakterystyczna, mroczny miejski dub odwołujący się do najlepszych dzieł illbientu, takich jak „Songs of A Dead Dreamer” DJ Spooky. Muzycy zachowując rytmiczny kręgosłup strukturalny przemycali do swej wypowiedzi więcej niż zwykle elementów noise’owych, a trąbka zdecydowanie częściej niż miało to miejsce w przeszłości przybierała odcienie abstrakcyjne i sonorystyczne niż melodyczne. Dzięki temu dźwięki płynące ze sceny stawały się jeszcze mniej oczywiste. Innym razem zamiast trąbki pojawiał się flet, który nadawał muzyce nieco folkowe zabarwienie. Swoją drogą warto pamiętać, że legendarne Kraftwerk postrzegało muzykę mechaniczną, proto-techno jako naturalne ogniwo rozwoju muzyki folk. W kiRku te dwa pierwiastki stylistyczne często zyskują nieoczywiste połączenie.  Właśnie w ostatniej części koncertu do głosu bardziej zaczął dochodzić techno bit, który świetnie podnosił temperaturę występu. Szczerze mówiąc zwiększyłbym trochę ilość podobnych mocnych uderzeń, które nadawały fajne kontrasty psychodelicznej osnowie całości.

Bardzo interesujący, audiowizualny wieczór. Dużą zaletą występu WIDT i kIRka było upięcie poszczególnych części programu w jedną spójną wypowiedź, która w każdej ze swych wariacji personalnych przynosiła nieco inne muzyczne odcienie i intensywne przesilenia. Koncert w sumie trwał ponad dwie godziny, o ile nie dwie i pół, co z jednej strony pozwoliło mocno zatopić się w dźwiękach, jednak od czasu do czasu zdarzały się momenty dłużyzn, które niepotrzebnie rozrzedzały i rozciągały w czasie fragmenty prawdziwie esencjonalne. Cóż, występ na żywo rządzi się swoimi prawami, a otwarte podejście do muzyki często przypomina błądzenie, intuicyjne odnajdowanie i wiązanie poszczególnych wątków. W przypadku WIDT i kIRka obserwowanie zarówno błądzenia, jak i odnajdywania potrafi być fascynujące. Obie formacje cechuje bardzo duża konsekwencja estetyczna i umiejętność prowadzenia klimatycznej, linearnej narracji, trochę w duchu romantycznym, pełnej tzw. „tajemniczości i grozy”. Dlatego właśnie spotkanie z tą muzyką na żywo jest doświadczeniem mocnym i wyjątkowym.

PS: Sporym niedopatrzeniem organizacyjnym był brak krzeseł, który dość mocno psuł komfort odbioru, szczególnie, że formułę koncertu określiłbym jako wybitnie siedzącą.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Łukasz Rychlicki i Piotr Kurek w Dwa Osiem

Rychlicki_Kurek1

Koncertowy rok 2015 rozpocząłem na Pradze, co w obliczu obecnego rozkładu warszawskiej klubosfery, odczytuję jako znamienną inaugurację. Dwa Osiem przygotowało na początek programu koncertowego duet na gitarę elektryczną i syntezator, a w rolach głównych pojawili się muzycy mówiący własnym, charakterystycznym językiem – Łukasz Rychlicki i Piotr Kurek. Nie ukrywam, że mimo pogody, z dużym entuzjazmem przemierzałem pół miasta w pielgrzymce na Zamoyskiego. Ostatni raz gdy widziałem duet towarzyszył mu jeszcze na perkusji Paweł Szpura i zapamiętałem tamten występ z bardzo dobrej strony. Zupełnie osobną sprawą jest wrażenie jakie robi na mnie muzyka zarówno Kurka (Piętnastka!!!, solo), jak i Rychlickiego (pomijając Kristen, przede wszystkim surowe Lotto oraz drapieżne, choć do tej pory niestety tylko koncertowe trio Free Gate ze Szpurą i Mikołajem Trzaską). Jednym słowem miałem nadzieję na swego rodzaju thursday night fever.

Na deskach dwa wzmacniacze, dwa instrumenty – minimalistyczny obrazek, pięknie prezentujący się na charakterystycznie zarysowanej scenie Dwa Osiem. Rychlicki z Kurkiem na tle czarnej kotary, w szczątkowo oświetlonej scenerii rozpoczęli swoją muzyczną opowieść, spektakl na dwóch aktorów. Atmosfera zaczęła gęstnieć, muzyka potężnieć, wylewać się ze sceny. Kosmiczne partie Kurka, były raczej ascetyczne pod względem melodii, bazowały na ciekawych niuansach na poziomie czysto akustycznych rozwiązań. Swoją drogą nagłośnienie na sali zostało bardzo przyzwoicie zrealizowane. Rychlicki na gitarze wytwarzał podobnie monumentalnie i ciężko brzmiące sekwencje. Instrumenty bardzo prędko zlały się w jedną zawiesistą masę, w której można się było zatopić, ale mogła też przytłoczyć swym ciężarem. Szczerze mówiąc mnie odrobinę zniecierpliwiła statyka, brak zmienności, dominacja dążenia za wszelką cenę do ściany dźwięku. Oczywiście zdarzały się podczas występu ciekawe „pęknięcia” faktury pionu, trzymając się budowlanej metaforyki, niemniej trochę zbyt często poczynania muzyków okazywały się another brick in the wall. Brakowało mi mocno jakiegoś rytmicznego przełamania w powolnej, z lekka ociężałej linearności dźwięków, czegoś co dodawał podczas koncertu w Pardon To Tu w 2014 udział Pawła Szpury. Duet w Dwa Osiem zbyt często mówił jednym głosem.

Rychlicki

Pierwsza, nieproporcjonalnie długa część występu ustąpiła miejsca finałowej sekwencji, podczas której muzyczne języki Rychlickiego i Kurka, zaczynały wypowiadać się bardziej suwerennie. Dzięki temu koncert odwrócił się odrobinę od duetowego, jednolitego monologu, w stronę dialogu, dość szorstkiego, często wychodzącego przy okazji. Na wierzch zaczęły wypływać duże umiejętności Kurka w dziedzinie budowania niepokojąco groteskowego klimatu, również Rychlicki mocniej skupił się na kontrastowaniu i różnicowaniu swoich partii, preparował gitarę. Całość zyskała dużo bardziej interesujący, eksperymentalny charakter. Sądzę, że odwrócenie kolejności prezentowanych setów mogłoby nadać wieczorowi ciekawszą dramaturgię.

Kurek

Oczywiście tego typu wniosek jest bujaniem w przypuszczeniach, bo przecież nie mam pojęcia jak wówczas wybrzmiałby dla mnie poszczególne części występu. Jednak finalny wniosek jaki powstał w mojej głowie wychodząc z Dwa Osiem brzmiał: po duecie złożonym z dwóch tak interesujących muzyków spodziewałem się czegoś bardziej hmmm syntetycznego? Dialektycznego w stosunku do brzmienia poszczególnych ogniw? Trzeciego ogniwa? Czegoś o lepiej zaplanowanej, czy zdefiniowanej strukturze? Co prawda nie powinno się chodzić na koncerty z gotowym założeniem, ale raz) ciężko; dwa) wrażenie ostateczne, to i tak jedyne realne, a nie hipotetyczne. Chodzenie bez założenia, też jest pewnym założeniem i koło się zamyka… W tym czysto wrażeniowym świetle koncert Rychlickiego i Kurka był dla mnie rozczarowujący. Chociaż z pewnością nie był to koncert zły, a niektóre momenty miał zdecydowanie intrygujące. Sama, stosunkowo licznie zgromadzona publiczność w Dwa Osiem przywitała muzykę duetu z aplauzem, do którego bardzo chciałem się w pełni przychylić, ale może po prostu byłem już za bardzo zmęczony. Tak czy inaczej ciekawy wieczór!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Muzyczne podsumowanie a.d.2014, którego miało nie być

20141231_122904

0.1: Kluby, koncerty

Z perspektywy Rady Instytutu Improwizacji scena warszawska ulokowana jest najbliżej serca. W ostatnich miesiącach zaszło kilka ciekawych fluktuacji w tej materii. W pierwszej połowie roku zamknęło się niezwykle zasłużone Powiększenie, czy aspirujące do ciekawej, kameralnej przestrzeni koncertowej Nie Zawsze Musi Być Chaos, również Kosmos Kosmos, co prawda w ostatnich miesiącach działania świecący pustkami, lecz niekiedy pozytywnie zaskakujący. Cafe Kulturalna dość mocno wyhamowała i organizując koncerty jedynie od czasu do czasu… Niepodważalną dominację Pardon To Tu balansowała jedynie przez około dwa miesiące jubileuszowa edycja LADO w mieście. I gdy koniec lata nie zapowiadał optymistycznej koncertowej jesieni, nagle w stołecznym pejzażu pojawiły się takie miejsca jak Mózg Powszechny i Dwa Osiem.

Pierwszy klub to warszawska filia bydgoskiego, kultowego, dwudziestoletniego już matecznika, która zaatakowała lokalną scenę bogatym i ambitnym programem artystycznym. Warszawa zyskała swoją muzyczną Małą Bydgoszcz, czyli namiastkę miasta nazywanego Małym Berlinem, czy nawet Polskim Amsterdamem… Zatem nie jest źle. Udało mi się do tej pory uczestniczyć w kilku wydarzeniach warszawskiego Mózgu i mam dojmujące przekonanie, że takie miejsce jest w Warszawie potrzebne. Nawet jeśli klub w dalszym ciągu dopiero aklimatyzuje się w stołecznej tkance muzycznej, to jestem przekonany, że już niedługo za sprawą konsekwentnego programu wykształci własną publiczność.

Drugie miejsce, rzut beretem od Mózgu, ulokowane przy Zamoyskiego 26a, to feniks z popiołów po Powiększeniu. Dwa Osiem pod koniec roku zgotowało warszawskiej publiczności mocarny program goszcząc m.in. Ściankę, Kristen, czy The Kurws oraz udzielając przestrzeni pod wyjątkowy festiwal Playback Play. Bliskie sąsiedztwo Mózgu, czyni z okolicy silne „zagłębie klubowe”, z którym równać się może chyba jedynie kumulacja miejsc przy ulicy 11 Listopada.

Chmury w 2014 roku zapamiętam przede wszystkim jako scenę otwartą na młodych warszawskich improwizatorów, a to za sprawą działalności Warsaw Improvisers Orchestra, inicjatywy, która spektakularnie zakończyła rok na deskach Pardon To Tu. Natomiast w Hydrozagadce miałem okazję zobaczyć znakomity koncert Innercity Ensemble, zespołu, który chyba najczęściej gości w końcoworocznych muzycznych podsumowaniach (i to nie tylko w Polsce).

O Pardon To Tu w tym roku pisałem zdecydowanie najczęściej, ponieważ program właśnie tego klubu z największą regularnością wabił mnie w swe progi. Fenomen miejsca przy pl. Grzybowskim zauważają już najbardziej prominentni muzycy światowej sceny impro – Vandermark, Gustafsson, Brötzmann, Mazurek, McPhee, Ribot, Evans… Lista jest naprawdę bardzo długa. Dziś występowanie w Pardon To Tu to zaszczyt, prestiż, a zarazem sytuacja wymagająca, ponieważ klub doczekał się własnej publiczności, która nie jedno już uchem łapała. Obok ściągania gwiazd zagranicznych, niekiedy grających w ogóle po raz pierwszy w naszym kraju, klub nie zapomina o scenie lokalnej i najciekawszych polskich projektach. Trzy koncerty (spośród całej masy bardzo dobrych), które zapamiętałem jako te szczególne: Peter Evans solo, Colin Stetson i trio Trzaska/Harnik/Brandlmayr.

Po lewej stronie Wisły nie można też zapomnieć o Eufemii, gdzie w kameralnej atmosferze prezentowane są niekiedy rzeczy absolutnie zjawiskowe – dla mnie takimi koncertami były występy Pola, The Kurws i Jacka Mazurkiewicza. Klub ponadto otwarty jest na jedną z ciekawszych warszawskich inicjatyw muzycznych, czyli na Impro-mitingi, swoistą kuźnię talentów i warsztat pracy dla wielu interesujących, choć często (jak dotąd) mniej znanych artystów. Podobne funkcje, choć w inny sposób spełnia Warsaw Improvisers Orchestra.

Z rzadka koncertami przyciągała niestety Cafe Kulturalna (po prostu było ich mało, nie licząc Lado w mieście). Mam nadzieję, że klub zwiększy aktywność, bo na przykład taka Ścianka kapitalnie wypadła w stylowym wnętrzu z zeszłej epoki.

Jeśli rok 2015 utrzyma klubowe status quo z grudnia 2014, to nie będę narzekał, ale niewykluczone, że za rok o tej porze rozkład kart będzie zupełnie inny. Chociaż gwiazdy zapowiadają bardziej drastyczne zmiany dopiero gdy Księżyc wejdzie w Raka, a nad Ziemią w koniunkcji z Saturnem przeleci kometa… Jednym słowem w warszawskiej klubosferze nic nie jest pewne i lepiej chodzić na koncerty póki jeszcze są ludzie, którzy mają zapał, pomysły i energię do ich organizacji. Szczęśliwie jest ich w Warszawie jeszcze trochę.

0.2: Płyty polskie

20141231_124404

O płytach piszę regularnie na PopUpMusic, portalu który cenię między innymi za to, że nie przypisuje krążkom cyferek, gwiazdek, czy uśmiechniętych słoneczek, finalnie zwalniających odbiorcę od wchodzenia w recenzenckie meandry, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Ale wpisując się już w konwencję podsumowań… To był udany rok dla polskiej muzyki niezależnej i wiele płyt mnie zaintrygowało. Oto wierzchołek pagórka, ale płaski, bez podium, kolejność absolutnie przypadkowa:

Pole – „Radom” (dźwięk)

Pole - Radom

Msza Święta w Altonie – „Bezkrólewie” (dźwięk)

MŚWA - Bezkrólewie

The Kurws – „Wszystko Co Stałe Rozpływa Się W Powietrzu” (dźwięk)

The Kurws - Wszystko co stałe...

Sroczyński/Pospieszalski – „Bareness” (dźwięk)

Sroczyski_Pospieszalski - Bareness

Der Father – „Wake Up” (dźwięk)

Der Father - Wake Up

Innercity Ensemble – „II” (dźwięk)

Innercity Ensemble - II

Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves” (dźwięk)

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Lotto – „Ask The Dust” (dźwięk)

LOTTO - Ask The Dust

3FoNIA – „Chosen Poems” (dźwięk)

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

Trzaska/Mazur/Pandi – „Tar & Feathers(dźwięk)

Trzaska-Mazur-Pandi_Tar&Feathers

Scott Stain – „Catnip” (dźwięk)

Scott Stain - Catnip

—————

Post scriptum:

Jacaszek & Kwartludium – „Catalogue des Arbres” (dźwięk)

Jacaszek

—————–

[linki pod płytami prowadzą do recenzji, które już popełniłem; część płyt bez linku doczeka się opracowania w najbliższym miesiącu]

Wielu rzeczy z tego roku jeszcze nie słuchałem, wiele też z pewnością umknęło mojej uwadze, ale tak czy inaczej powyższe pozycje mogę polecić z czystym sumieniem. Przyklejam znaczek jakości „Instytut Improwizacji highly recommend”.

0.3: Inne

-> Jak powszechnie jest głoszone, to był rok reaktywacji ogólnie pojętego dziennikarstwa muzycznego. Szczególnie w formie tradycyjnej, to znaczy papierowej. Bez wątpienia pozytywnym zjawiskiem jest powstanie takich periodyków jak M/I Magazyn, czy Noise Magazine. Oprócz tego swoją pracę zintensyfikowało Glissando, a przy okazji zaczęło systematycznie udostępniać za darmo w formie cyfrowej numery archiwalne, teksty zdecydowanie godne polecenia.

-> 10 lat istnienia świętowało Lado ABC organizując imponujący cykl letnich koncertów. Artyści związani z wytwórnią mieli z okazji jubileuszu możliwość zaprezentowania się w TVP Kultura i gdy wszystko zaczęło się rozkręcać wszedł Wodecki… To bez wątpienia jedna z silniejszych marek na polskiej scenie, co brzmiałoby banalnie gdyby nie płyty, które swą jakością potwierdzają wyjątkowy status Lado w pejzażu polskiej muzyki niezależnej.

-> Targi Wydawnictw Niezależnych Wytwórni

-> Na muzykę zaczynają otwierać się państwowe instytucje kultury. Wyróżnić można tutaj przede wszystkim CSW Zamek Ujazdowski (program Strefa, festiwal Ad Libitum, koncerty zewnętrzne jak np. Thurston Moore, organizowany z Powiększeniem), ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej z cyklem „Co słychać”, Zachętę z przeglądem artystów wizualnych tworzących ogólnie pojęte dźwięki. Również warto wyróżnić świeżo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, którego misję widziałbym w analizowaniu zjawiska jakim jest tzw. Nowa Muzyka Żydowska. W dalszym ciągu jednak muzea otwarte są głównie na sztukę wizualną, czym same sobie szkodzą. Wszak nie tylko „sound art” jest formą sztuki korzystającej z dźwięków, jakkolwiek artefakty z dopiskiem „art” lepiej się sprzedają i mają większy potencjał snobistyczny.

-> Dla mnie ten rok był też ważny z dość prozaicznego względu. Z początkiem maja powołałem do życia niniejszy Instytut Improwizacji (jedyny w Polsce!) i udało mi się dorzucić swoją garść kilkudziesięciu tekstów do garnuszka krytyki, skupiając się głównie na zjawiskach aktualnych i lokalnych. Korzystając z okazji dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę poświęconą niniejszemu adresowi.

Podsumowanie Podsumowania

20141103_140932

Ogólnie rzecz ujmując pisanie końcoworocznych muzycznych bilansów wydaje mi się czynnością dość groteskową, którą ciężko mi z perspektywy czytającego odbierać na poważnie, nie mówiąc już o sytuacji osoby piszącej. Dlatego tego wpisu właściwie miało nie być. Przykład myślenia dziecięcego: „a teraz uszereguję moje zabawki w kolejności od najukochańszej do najmniej ukochańszej, każda dostanie odpowiednią cyferkę i miejsce w szeregu, a te schowane do szafy będą płakać i tulić w rozpaczy pokiereszowane pluszowe serca”. Najbardziej brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne. Zapewne wiadomo o czym mowa, nawet bez Romana Ingardena (wspomniany onanizm przemyconej erudycji, czy zbłąkany osad nauki akademickiej?). Co by powiedział Roland Barthes? Subwersja, transgresja, wspólnoty interpretacyjne, dyskursy, dialektyka, post-pseudo-intelektualizm, frenetyczna hauntologia, nagrania terenowe, sound art., postmodernistyczny bricolage, ironiczna zabawa ironią, kasety, sonorystyka, fajerwerki!?

Ciekawą rzeczą byłaby meta-analiza różnych podsumowań. To dopiero pomysł na podsumowanie! Może w przyszłym roku…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Playback Play #7 – wideo appendix do relacji

4 rysunek PeronaPoczątkowo relacja z tegorocznego festiwalu Playback Play miała ukazać się na tej stronie, ale ostatecznie odnalazła przytulne miejsce spoczynku na łamach PopUpMusic. Zatem dociekliwych zapraszam do lektury (klik).

Wielowątkowe wydarzenie kulturalne – bo tak szerokie określenie najlepiej oddaje specyfikę festiwalu – było ze wszech miar warte udziału. Na scenach obok znakomitych zagranicznych gości (Jean-Hervé Péron, Zsolt Sőrés Ahad, David Maranha, Phil Minton, David Thomas, Richard Youngs) wystąpili dobrze znani, utalentowani artyści polskiej sceny: Joanna Halszka Sokołowska, DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz, Gerard Lebik i Wacław Zimpel.

Poniżej załączam 10-minutowy film, będący kompilacją trzech występów: tria Maranha-Minton-Lebik, kwintetu Thomas-Maranha-Sőrés Ahad-Rogiewicz-Lenar oraz duetu Zimpel-Maranha. Koncerty odbyły się na trzech scenach – w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa, Teatrze Powszechnym i w Dwa Osiem.

Wideo zdominował występ z udziałem Phila Mintona, który zrobił na mnie chyba największe wrażenie. Przyczyną bardziej pragmatyczną porwanej struktury kompilacji były niedostatki pamięci na karcie…

Z cyklu Instytut Improwizacji Lo-Fi’lms Production przedstawia –> Playback Play #7 Compilation. Enjoy!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kristen (support: Piotr Bukowski) w Dwa Osiem

Kristen

Ciekawe imprezy muzyczne coraz donioślej pobrzękują o szprychy rowerowego klubu Dwa Osiem. Podczas relatywnie krótkiej działalności w praskim lokalu zdążyła już wystąpić m.in. Ścianka, The Kurws, How How, Kamil Szuszkiewicz, trio kontrabasowe z wokalem (Mazurkiewicz, Traczyk, Wójciński, Gokieli), a już w najbliższych dniach „28” będzie jedną ze scen interesująco zapowiadającego się festiwalu Playback Play. W zeszły piątek do annałów koncertowych swe wpisy miały dołączyć dwa kolejne zespoły składające się (w większości) z braci – Kristen i Columbus Duo. Ostatecznie ci ostatni niestety wypadli z programu, troszkę rozbijając ultra-familiarny charakter wieczoru. Zatem na scenie zagościło Kristen, których występ poprzedził solowy set Piotra Bukowskiego.

To już drugi raz, kiedy w odstępie kilku tygodni Bukowski pojawia się w ostatniej chwili, niczym królik z kapelusza, w roli supportu dla głośnego warszawskiego koncertu (poprzednio zagrał przed Innercity Ensemble w Hydro). Chociaż miałem duży apetyt na występ Columbus Duo, który znacznie podgrzała tegoroczna płyta, to zastępstwo last-minute w osobie Bukowskiego przyjąłem z entuzjazmem, ponieważ poprzedni solowy support pokazał gitarzystę od dobrej strony. Tym razem lider zespołów Hokei i Xenony upiął występ w nieco bardziej czytelne ramy. Improwizatorskie sekwencje dość mocno bazowały na repetycji odrobinę bluesowych, przesterowanych riffów. Bukowski ciekawie wykorzystywał pedał modulujący natężenie dźwięku, poszerzając paletę gitarowych środków wyrazu o grę z akustyką klubu. Całość miała charakter spójnej, rytmicznej wariacji na temat efektów gitarowych, z których muzyk korzystał na tyle kreatywnie, że z łatwością utrzymał moją uwagę przez cały mini-set. Podobało mi się to nerwowe pędzenie do przodu i melodyjne adhd, które mając w sobie coś ze spontanicznej gitarowej rozgrzewki, unikało przegadania i efekciarskiej onanistyki. Po „dwóch razach” z Bukowskim solo jestem bardzo ciekaw jak dalej potoczy się jego samodzielna aktywność.

Kristen3

Ilość recenzenckiego lukru wylanego na zespół Kristen przy okazji tegorocznej płyty „The Secret Map” byłaby niepokojąca, gdyby ten materiał faktycznie nie był aż tak solidny. Oczywiście retoryczne zagrywki opisujące skład jako „najlepszy obecnie gitarowy zespół w Polsce” itd., trzeba traktować z odpowiednim dystansem, tak jak wszystkie inne, subiektywne stwierdzenia o muzyce, które z upodobaniem eksploatują przedrostek „naj”. Jesteśmy w sezonie końcoworocznych podsumowań i w tym kontekście sprawa wydaje się dosyć aktualna. Kristen jest zjawiskiem wyjątkowym w polskim pejzażu alternatywy przynajmniej z dwóch powodów – długowieczności i ewolucyjności. Ostatnim razem słuchałem zespołu na żywo w roku 2012 i muszę przyznać, że w Dwa Osiem miałem już do czynienia z zupełnie inną muzyczną propozycją. Podczas koncertu skład Kristen został co prawda rozszerzony o Macieja Bączyka, soundmanipulatora który wspomagał muzyków na ostatniej płycie, jednak w przypadku koncertu nie przeceniałbym jego roli, a w każdym razie nie przypisywałbym jej jakiegoś rażącego wpływu na brzmienie całości. Nie jest to skądinąd zarzut, ponieważ muzyka tria sama w sobie rozwinęła się w dostatecznie interesującym stopniu, że wystarczy ją delikatnie podkręcać. Chociaż być może bardziej radykalne manipulacje dźwiękiem na żywo byłyby ciekawym rozwinięciem estetyki Kristen w dalszej perspektywie.

Kristen2

Wobec tego, jaką formę muzyczną trio/kwartet prezentuje w tzw. chwili obecnej? Otóż wydaje mi się, że dzisiejsze brzmienie Kristen bardzo dużo zyskało dzięki aktywności poza zespołem. Michał Biela rozwinął się jako songwriter, o czym świadczy jego solowa, stricte piosenkowa płyta. Z drugiej strony w Ściance, zespole z definicji „wodzowskim”, gitarzysta podporządkowany jest autorskiej/autorytarnej wizji Macieja Cieślaka, co też skutkować może pewną kumulacją twórczej energii. Inne muzyczne terytoria penetrują bracia Rychliccy, angażując się w projekty głównie instrumentalne, nastawione w dużej mierze na improwizację, bardziej szorstkie, jazgotliwe brzmienie (Salto, Lotto, czy Free Gate). Kristen w tym kontekście jawi się obecnie jako synteza przynajmniej dwóch porządków, co odnajduje odzwierciedlenie w muzyce. Koncert w Dwa Osiem opierał się głównie na nowym materiale, jednak muzycy odgrywali go z dużą dozą swobody i otwartości na eksperymenty z brzmieniem i strukturą kompozycji. Biela bardzo dobrze wywiązywał się z roli frontmana, biorąc na siebie „ciężar konferansjerki”, oprócz tego był odpowiedzialny za uporządkowanie i melodyczne oblicze muzyki z charakterystycznymi riffami i angielskim wokalem. Z kolei Łukasz Rychlicki czarował zagrywkami bardziej noise’owymi, poddawał gitarę preparacjom, eksperymentował z dużym wyczuciem i konsekwencją tworząc rozmaite efekty specjalne. W gruncie rzeczy dość ascetyczne, niejednokrotnie przeszywające, innym razem brzmiące jak zdezelowana pozytywka z pokręconą melodią (komplement). Wszystko na tle mocnej, poukładanej i dobrze akcentującej perkusji Mateusza Rychlickiego.

Przed koncertem publiczność usłyszała, że będzie to muzyka nastrojowa i tak było w rzeczywistości. Paleta nastrojów, odcieni, półcieni i zwrotów akcji jest u Kristen na tyle bogata, że w istocie zespół wykracza poza ramy gatunkowe, a jednocześnie prezentuje muzykę spójną stylistycznie, bardzo samoświadomą wykorzystywanych środków wyrazu. Dawno nie byłem na tzw. gitarowo-piosenkowym koncercie, bo czułem zmęczenie materiału tego rodzaju formułą. Występ Kristen nie męczył, a intrygował subtelnie eksperymentalnym obliczem i oryginalnym podejściem do grania piosenek. Natomiast materiał z „The Secret Map” na żywo wypada chyba jeszcze lepiej niż na albumie. Bardzo pozytywne rozpoczęcie grudnia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

The Kurws i Ukryte Zalety Systemu w Dwa Osiem

20141122_133058

W większości recenzji tegorocznej płyty The Kurws, autorzy prędko odbiegają od muzyki, skupiając się na erudycyjnych rozwinięciach (niemniej erudycyjnych) tytułów utworów. Tymczasem podczas sytuacji koncertowej papierowe odwołania i siatki teoretycznych kontekstów schodzą na dalszy plan, a właściwie przestają mieć jakiekolwiek znaczenie w obliczu muzyki do szpiku kości pełnokrwistej i pewnej siebie.

Dziś z perspektywy zbliżającego się końca roku można zaryzykować hipotezę, że Kurwsi nagrali jedną z najbardziej solidnych i bezkompromisowych płyt w polskim krajobrazie wydawniczym ad 2014. „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu” jest muzycznym ekwiwalentem pigułek łykanych przez bohatera kreskówki Roger Odrzutowiec, które „dawały siłę 20 bomb atomowych na czas 20 sekund”. I chociaż album wrocławskiej formacji trwa nieco dłużej, to intensywnością, specyficznym brutalizmem brzmienia atakuje natychmiast i bez trudu byłby w stanie obdarzyć nim co najmniej kilka zespołów. Brudny, agresywny sound pełen energii i pokręconej rytmiki to tworzywo wprost stworzone do prezentacji koncertowej. I pod tym względem zespół w stołecznym Dwa Osiem potwierdził status quo.

Ukryte Zalety Systemu

Będąc na występie The Kurws w maju tego roku formacja właśnie kończyła dużą międzynarodową trasę. Tym razem warszawski koncert był środkową częścią trasy krajowej. I tak jak wówczas zespół promował album w towarzystwie znakomitego Pola, tak w przypadku jesiennego objazdu po Polsce wrocławianie zabrali ze sobą debiutantów, trio Ukryte Zalety Systemu. Można powiedzieć, że estetyka zaprezentowana przez UZS (anagram Zakładu Ubezpieczeń?) w nieco większym stopniu pasowała do muzyki Kurwsów, ponieważ w odróżnieniu od Pola, wyrasta z klasycznie post punkowej, piosenkowej tradycji. Zespół jako support wypadł zaskakująco dobrze. Krótkie utwory z polskimi tekstami „kontestującymi rzeczywistość społeczną” broniły się klarownymi proporcjami. Typowe power trio perkusja-bas-gitara uzupełniały od czasu do czasu klawisze, dodające całości trochę nowo falowego, lecz nie nachalnego kolorytu. Lirykę zespołu określiłbym jako dość ascetyczną, w równej mierze refleksyjną i humorystyczną, raczej nieprzegadaną, bazującą bardziej na grze pojedynczych słów, zwrotów. UZS ma dwóch wokalistów, co też pozytywnie wpływa na urozmaicenie brzmienia całości. Przyjemny, energetyczny i bezpretensjonalny występ był dobrą rozgrzewką przed głównym punktem wieczoru.

Gdy słucham The Kurws na żywo to wiem co mają na myśli członkowie zespołu identyfikując się z punkiem. Punk The Kurws nie ma zbyt wiele wspólnego z przemieloną popkulturowo etykietą, ramoneską, trampkiem i kolorowym włosem, tylko z pierwotną dla nurtu, energetyczną, z pozoru prymitywną estetyką, w której prostota przekuwana jest w kreatywność, a finalnej formy nie kiełznają bariery konkretnej stylistyki, tylko bardziej granice ekspresji.

The Kurws

Występ w Dwa Osiem był szalenie żywiołowy. W przypadku Kurwsów energia nie polega jednak na bezmyślnej napierdalance, a ogólnej swobodzie wykonawczej towarzyszy konsekwencja i pozornie niezauważalny porządek. Szaloną, galopująca sekcję rytmiczno-jazgotliwą tworzą właściwie wszystkie instrumenty, ale każdy z nich ma własny głos, nieunikający zapalczywych konfrontacji. Jednocześnie bardzo istotną cechą brzmienia zespołu jest umiejętne wplatanie motywów niezwykle subtelnych, w zestawieniu prawie niezauważalnych, które decydują jednak o finalnej wyjątkowości tego projektu. Mam tu na myśli chociażby oszczędne, lecz dosadne manipulacje dźwiękiem, delikatne sonorystyczne zagrywki saksofonowe, ale też rytmiczne rozpasanie, trochę beefheartowskie przekrzykiwanie się perkusji i gitar. Te elementy operują w ramach szalenie pomysłowych kompozycji, zaskakujących zwrotami akcji. Na scenie widać nieustanne ujarzmianie chaosu i rozsadzanie formy. Bardzo to wszystko w duchu wczesnego, eksperymentalnego post-punku, tudzież nowojorskiego no wave’u, lecz podszyte świeżym podejściem, kreatywnością aranżacyjną, otwartością na przenikanie się wielu wpływów w jednym energetycznym amalgamacie. Jestem bardzo ciekaw dalszego rozwoju tak dobrze funkcjonującej formuły.

Znakomity, pełnowartościowy występ wzbogacił krótki gościnny udział Kamila Szuszkiewicza, ale również świetna, spontaniczna konferansjerka. Osobne gratulacje dla Dwa Osiem za dobre nagłośnienie (choć w przypadku UZS było kilka drobnych wpadek z gitarą i wokalem). Świetny wieczór, po którym już teraz zgłaszam obecność na kolejnym koncercie The Kurws w Warszawie.

Krzysztof Wójcik