Ex-Easter Island Head w Pardon To Tu

4

„Dźwiękowe prostactwo”, „wycieranie gęby minimalizmem”, „przykre doświadczenie koncertowe”, „minimal myśli i muzykalności”, „piewcy hucpy”, „nie specjalnie muzykalni i nie ciekawi muzyki ludzie”  – oto wyimki z relacji (klik) koncertu Ex-Easter Island Head opublikowanej na łamach portalu Jazzarium.pl (autor: Maciej Karłowski, redaktor naczelny). Powiało chłodem i protekcjonalnością. Dziwne, że muzyka aż tak miałka w ogóle doczekała się tak długiego tekstu. Czyżby burza w szklance wody? Tak sądzę. Choć wyprowadzenie ciosów przeciwko zespołowi z Liverpoolu pochłonęło tyle znaków i akapitów, to na dobrą sprawę kwestia oceny wydarzenia sprowadza się do skrajnie relatywnych argumentów. Ex-Easter Island Head pogwałcić mieli takie obiektywne wartości jak „dbałość o istotę dźwięku, o jego kształt, brzmieniową szlachetność i pieczołowitość jego wydobycia”, również poddana została w wątpliwość „wyrafinowana czystość zarówno intencji, jak i wykonania”.

Cóż mogę powiedzieć, by nie postawić się w jednym szeregu z owymi „piewcami hucpy”? Tak na marginesie – to bardzo dobra nazwa dla jakiegoś punkowego projektu z okolic Nowej Muzyki Żydowskiej. Jak można podważyć tak żelazne oskarżenia jak nieczystość intencji? Tym bardziej, że oręż został wytrącony przez przytoczenie w relacji erudycyjnych przykładów, nazwisk, idei, podpartych kokieteryjną formułą: „Wiem, to za mało żeby zabierać w tej sprawie głos”. Hmmm…

Po pierwsze mogę przywołać fragmenty rzeczonego występu (lepiej brzmi na głośnikach):

Po drugie mogę się przyznać, że klaskałem po koncercie dość głośno, a nawet kilka razy zrobiłem „łuł”. Słuchacze zgromadzeni w Pardon To Tu przyjęli propozycję Ex-Easter Island Head z żywym entuzjazmem (też pamiętam gorętsze aplauzy, niemniej ten był całkiem krewki). Ale spokojnie, wracając do litanii cytatów – „nie ma nic złego w reakcjach publiczności na ich muzykę”. Dziwne, bo czytając tekst na Jazzarium można dojść do zgoła innych wniosków. Przywoływany na początku kwietnia problem „guilty pleasure” wraca jak bumerang.

Owszem, podobał mi się koncert „piewców hucpy”. Być może dlatego, że nie zastanawiałem się specjalnie nad osadzeniem tej twórczości w kontekście stylistyki, a kierowałem się raczej niskim, lecz w przypadku muzyki jakże arbitralnym imperatywem przyjemności. Również nie miałem jakichś nadmiernie wyśrubowanych oczekiwań. Umówmy się – koncert, całkiem zresztą słusznie, nie był zapowiadany jako wiekopomne wydarzenie. Tymczasem okazał się bardzo zadowalający.

3

Występ zrobił na mnie wrażenie, był zwięzły, z ciekawą, bardzo płynnie poprowadzoną dramaturgią – słowo klucz: repetycja. Ponadto przedstawiał się interesująco w aspekcie wizualnym. Nie wydaje mi się żeby Brytyjczycy swą twórczością pretendowali do stawiania ich w jednym szeregu z gigantami minimalizmu, czy wpisywania złotymi zgłoskami w kontinuum tej konkretnej tradycji. W postawie scenicznej tria raczej ciężko było doszukać się jakiejkolwiek arogancji, buty, czy gwiazdorstwa. To nie był koncert na Warszawską Jesień, tylko klubowy występ składu, który nieźle odrobił lekcje z krautrocka, Reicha, ambientu… Ex-Easter Island Head łączą dość prostą, chwytliwą melodykę z eksperymentem formalnym, stroniącym od nadmiernego przekombinowania. Oczywiście można to też nazwać „dźwiękowym prostactwem”. Ale gdyby w istocie właśnie tak brzmiało dźwiękowe prostactwo, to światowa audiosfera byłaby krainą mlekiem i miodem płynącą.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

PS: Tytułem uściśleń warto dodać, że koncert był organizowany wraz z portalem PopUpMusic.pl, z którym co prawda współpracuję, jednak nie miałem żadnego udziału w przygotowaniu eventu.

Reklamy