John Tilbury & Hubert Zemler w Królikarni

John Tilbury

John Tilbury to postać szczególna dla muzyki współczesnej. Brytyjski pianista-improwizator, aktywny artystycznie od mniej więcej połowy XX wieku, przyjechał w październiku do Polski na serię koncertów „Grand Tour” organizowanych przez Culture.pl, Fundację 4.99 i wydawnictwo Bołt. Występ w Muzeum Rzeźby w warszawskiej Królikarni był ostatnim przystankiem na trasie artysty, która w swym założeniu miała stanowić klamrę dla pierwszej wizyty Tilbury’ego w Polsce w latach 60. Wówczas artysta kształcił się w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie u Zbigniewa Drzewieckiego. Zatem powrót o charakterze symbolicznym.

Od końca lat 60 John Tilbury mocno zaangażował się w wykonywanie muzyki współczesnej, awangardowej i eksperymentalnej – pod tym względem często jest porównywany do Davida Tudora, wieloletniego pianisty Johna Cage’a. Chyba najbardziej znanym dokonaniem Tilbury’ego w obrębie muzyki współczesnej są interpretacje utworów Mortona Feldmana. Blisko współpracował ze słynnym kompozytorem Cornaliusem Cardew (w 2008 roku opublikował nawet jego biografię). Od lat 80. jest regularnym członkiem brytyjskiej AMM, formacji pionierskiej jeśli chodzi o muzykę improwizowaną nie odnoszącą się do jazzowego idiomu, lecz bazującą głównie na tradycji europejskiej awangardy. Uczestnictwo w koncercie artysty o takim życiorysie i dorobku jest jak przyspieszona lekcja historii muzyki XX wieku. Osoby chcące pogłębić swoją wiedzę o pianiście odsyłam do znakomitej anglojęzycznej publikacji autorstwa Macieja Lewensteina pt. „Polish Jazz Recordings and Beyond„, po którą warto sięgnąć z naprawdę wielu względów. Dość powiedzieć, że w książce zostało opisane przeszło 1700 płyt.

Polish-Jazz-Recordings-and-Beyond_Maciej-Lewenstein

W Królikarni podczas mini-festiwalu „Słuchy. Koncerty do zwiedzania” John Tilbury wystąpił dwukrotnie. Najpierw zagrał duet z Hubertem Zemlerem, a następnie wykonał solo kompozycje Mortona Feldmana pt. „Palais de Mari”. Tak więc z jednej strony wolna improwizacja, z drugiej interpretacja muzyki współczesnej, czyli dwa oblicza Tilbury’ego. Nie ukrywam, że pierwsza odsłona wywarła na mnie dużo większe wrażenie, ponieważ była znacznie bardziej angażująca i różnorodna. Ale cóż począć, kompozycje Feldmana mają swą specyfikę… Koncert Tilbury’ego i Zemlera odbył się w centralnej, okrągłej sali Muzeum Rzeźby, która – w myśl przewodnią „Słuchów” – uniemożliwiała klasyczny podział na scenę i widownię. Wszystko odbywało się w jednym, kolistym tyglu z muzyką w roli centrum. Improwizacja miała charakter niezwykle subtelny i precyzyjny, wrażliwy na każdy niuans brzmienia. Artyści zostali ulokowani w przestrzeni sali w sposób uniemożliwiający bezpośredni kontakt wzrokowy, dzięki czemu de facto jedyną płaszczyzną komunikacji były dźwięki.

Hubert Zemler

Granie z muzykiem o takim doświadczeniu jak Tilbury to z pewnością duże wyzwanie – i tutaj Hubert Zemler zaprezentował się w sposób naprawdę imponujący. Nie była to zresztą duża niespodzianka. Raptem kilka tygodni wcześniej perkusista dostał ogromne owacje podczas Warszawskiej Jesieni i niewątpliwie przeżywa aktualnie znakomity okres kariery, która wyraźnie wskoczyła na piąty bieg po wydaniu świetnego solowego albumu „Gostak & Doshes„. Zemler jest mistrzem w budowaniu mikroskopijnych struktur, które potrafi przekuć w większą formę, jednak to właśnie ogromna wrażliwość na brzmieniowe detale i niesłychana dokładność ich dystrybuowania sprawiają, że mamy do czynienia z muzykiem i improwizatorem najwyższej klasy. Tilbury okazał się dla Zemlera partnerem idealnym. Pianista znany z nieortodoksyjnych, wręcz perkusyjnych technik wykonawczych w mgnieniu ucha znalazł z polskim muzykiem wspólny język. Tilbury grał minimalistycznie, bawił się natężeniem poszczególnych dźwięków, traktował instrument w sposób totalny np. szurając fortepianem po posadzce, poprawiając krzesło „w sposób głośny”, drapiąc i uderzając w struny… Wszystko co generowało zjawiska akustyczne miało w tym występie znaczenie i muzycy mieli tego pełną świadomość. W wywiadzie (klik), który przeprowadziłem z Hubertem Zemlerem na początku tego roku, powiedział on coś, co można bezpośrednio odnieść do wieczoru w Królikarni: „Muzyka jest grą emocji, a instrument jest po prostu jednym z narzędzi”. Trzecim, niematerialnym muzykiem była przestrzeń, która w sposób zjawiskowy podkreślała każdy najdelikatniejszy niuans. Fenomenalny koncert w istnej świątyni dźwięku.

John Tilbury 2

Poprzedzając późniejsze wykonanie solo „Palais de Mari”, Tilbury odczytał po polsku kilka zdań. Podziękował za gościnność, na którą zawsze mógł w Polsce liczyć, wspomniał swój pierwszy pobyt, a także zaznaczył, że prawdopodobnie – z względów zdrowotnych i wiekowych – po raz ostatni koncertuje w Warszawie. W tym kontekście melancholijna kompozycja Mortona Feldmana nabrała podwójnie wyjątkowego charakteru. John Tilbury zakończył swój „polski epizod” rozpoczęty w latach 60. w pięknym stylu, z klasą właściwą największym mistrzom. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że było to pożegnanie przedwczesne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy