Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Charles Gayle Trio w Pardon To Tu (premiera płyty)

Kugel, Gayle, Wójciński

Rok temu z hakiem miałem okazję opisywać sylwetkę Charlesa Gayle’a dla portalu Jazzarium (klik). Był to poniekąd tekst okolicznościowy – właśnie wielkimi krokami zbliżała się pierwsza trasa tria z Ksawerym Wójcińskim w składzie. Poza tym o tak ciekawej postaci jak Gayle po prostu warto pisać, warto czytać, ale przede wszystkim warto słuchać jego muzyki, szczególnie jeśli jest okazja doświadczenia jej na żywo. Niestety przed rokiem nie udało mi się z tej możliwości skorzystać. Tym razem zespół nie zawitał już do Pardon To Tu z pustymi rękami, ale z płytą świeżo wydaną przez For Tune pt. „Christ Everlasting”. Krążek został nagrany na żywo w kwietniu 2014 w poznańskim klubie Dragon.

Koncert takiego składu jak Charles Gayle Trio przypomina trochę lekcję free jazzu w pigułce. Na dodatek lekcję poprowadzoną przez trzy wyraziste osobowości z różnych pokoleń i z różnych stron globu, a co za tym idzie ze zróżnicowanym muzycznym backgroundem. To jednak klasyczne free było tu nadrzędną wartością, a głównym rozdającym Gayle, najstarszy, charyzmatyczny i bez wątpienia najbardziej doświadczony. Nowojorski saksofonista dysponuje charakterystyczną rozedrganą, a zarazem bardzo intensywną frazą. Warto zauważyć, że grał bez nagłośnienia, a mimo to potrafił osiągnąć niesłychanie mocarne brzmienie. Odniosłem też wrażenie jakby wystawiał na próbę kolegów z zespołu – było to szczególnie wyraźne w interakcji z Wójcińskim, któremu saksofonista narzucał niekiedy obłąkańcze tempo. Kontrabasiście ani razu nie powinęła się noga w podobnych dialogach i nawet czasem Gayle dawał za wygraną. Galopujący bas i porywczy, rozkołysany, zawodzący saksofon doskonale równoważył Klaus Kugel grą raczej delikatną, stabilną, przestrzenną i bardzo „talerzową”.

Charles Gayle & Ksawery Wójciński

Koncert znakomicie zażarł już od pierwszych minut – słychać było między muzykami chemię, naturalne wyczuwanie intencji, swobodne flow, co przełożyło się na występ o pasjonującej, wciągającej dramaturgii. Trio pomiędzy własne kompozycje wplatało „hity” emblematyczne dla gatunku jak np. „Ghosts” Aylera, czy „Giant Steps” Coltrane’a. Nie jestem wielkim fanem sięgania po standardy, ale w żywiołowej interpretacji zespołu Gayle’a wysłuchałem ich z prawdziwą przyjemnością. Zresztą saksofonista ma wszelkie podstawy (i predyspozycje) do grania podobnie natchnionej i do pewnego stopnia wyczynowej, ekspresyjnej muzyki.

Jeśli free jazz posiada swą istotę, to koncert w Pardon To Tu stanowił udaną próbę jej uchwycenia. Jaka to istota? Ona tkwi w muzyce i znacznie lepiej jej doświadczyć niż przyswajać tekstowy ekwiwalent. Zdumiewające, że free, którego rodowód przypada (mniej więcej) na połowę ubiegłego wieku, brzmi tak świeżo w dniu dzisiejszym. Tak to bywa gdy świetni muzycy grają na 100% z pełnym zaangażowaniem i pasją. Pisząc te słowa słucham „Christ Everlasting” i znów „doświadczam”, ponieważ krążek trzyma równie wysoki poziom co koncert. Jest też ciekawy pod tym względem, że pokazuje Gayla jako pianistę (swoją drogą CG nagrywał też albumy wyłącznie na klawiszach i ogólnie jest multiinstrumentalistą).

PS: Po występie główny bohater wieczoru opowiedział kilka anegdot, a także emocjonalnie pochwalił Ksawerego Wójcińskiego, którego określił jednym z dwóch (tutaj liczby zaczynają już ulegać plotkarskim wariacjom) najlepszych kontrabasistów, z jakimi kiedykolwiek grał (!). A grał z takimi kozakami jak William Parker czy Dominic Duval. „Bądźcie świadomi kogo macie w kraju”. Bądźmy (klik).

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Dzień Jazzu: Power of the Horns w Studiu im. W. Lutosławskiego

Power of the Horns 1

W historii najnowszej polskiego jazzu Power of the Horns zapisało już swoją kartę. Big band Piotra Damasiewicza rejestrując na żywo album „Alaman”, położył kamień węgielny pod narodziny wydawnictwa For Tune, które przez dwa lata funkcjonowania wypuściło już kilkadziesiąt albumów artystów polskich i zagranicznych. To wyjątkowe osiągnięcie, które w sposób niebagatelny wpłynęło na krajową scenę jazzową i okołojazzową. Oprócz tego „Alaman” w warstwie muzycznej był doskonałym przykładem witalności i mocy jaką w XXI wieku może wykreować jazzowy kolektyw złożony ze znakomitych instrumentalistów pod wodzą charyzmatycznego lidera. Płyta zbierała zewsząd entuzjastyczne recenzje i stała się trampoliną dla wielu muzyków wchodzących w skład kolektywu, z samym Piotrem Damasiewiczem na czele.

W świetle tych ciężko podważalnych faktów, koncert Power of the Horns w Studiu Polskiego Radia był pod wieloma względami najsensowniejszym pomysłem na uczczenie Międzynarodowego Dnia Jazzu. A w każdym razie na pewno bardziej zasadnym niż zeszłoroczny występ Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim (z całym szacunkiem). Można zatem zaryzykować teorię, że ensemble Damasiewicza pojawił się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Choć do tego drugiego miałbym pewne „ale”… Ale to za chwilę.

Na scenie, po krótkiej konferansjerce  Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka, pojawiło się 15 muzyków łącznie z liderem i gościem – w tej roli wybitny tubista Zdzisław Piernik. Czyli mała jazzowa orkiestra z podwójną sekcją rytmiczną, fortepianem i 10 instrumentami dętymi. Okazało się już w trakcie wstępu, że Power of the Horns AD 2015, to nie to samo co PotH 2012. Przede wszystkim skład uległ zmianie od strony rytmicznej – kontrabasiści Max Mucha i Jakub Mielcarek zostali zastąpieni przez Marka Tokara i Ksawerego Wójcińskiego, a zamiast Wojciecha Romanowskiego na jednej z perkusji zagrał Samuel Hall. Modyfikacji uległ też zestaw „hornów”, do których dołączyli: Gerard Lebik, Piotr Łyszkiewicz, Mateusz Rybicki oraz Adam Milwiw. Wraz z Piernikiem dało to dwukrotnie większą liczbę dęciaków niż na „Alamanie”. Nie będzie zatem przesadą nazwanie zespołu wersją Power of the Horns 2.0. Band wystąpił w takim składzie po raz pierwszy (i w ogóle grał pierwszy raz od dłuższego czasu).

Power of the Horns 2

Zmianie uległa jednak przede wszystkim muzyka, pomysł na granie tak dużym składem. Piotr Damasiewicz przygotował na potrzebę koncertu kompozycję pt. „Suita 29”, która operowała zupełnie inną poetyką niż żywiołowy, soczysty, wręcz agresywny „Alaman”. Tym razem muzycy zostali okiełznani partyturą o wiele mniej bazującą na energetycznym potencjale dużego składu. „Suita 29” zasadzała się głównie na rozgrywaniu dźwięku w podzespołach, w mniejszych składach kolejno podejmujących wątek. Sam Damasiewicz występował na scenie przede wszystkim w roli dyrygenta, reżysera spektaklu, który chwyta za instrument jedynie od czasu do czasu. Podobne rozwiązanie było dość ryzykownym, choć odważnym posunięciem – z całą pewnością duża część słuchaczy znających PotH z albumu musiała być zaskoczona, żeby nie powiedzieć rozczarowana takim scenariuszem występu. Rezultatem był co prawda „power”, lecz budowany miarowo, oscylujący pomiędzy poszczególnymi sekcjami, ale bardzo rzadko wybuchający pełnią kolektywnej mocy. Trochę szkoda, że Damasiewicz nie pozostawił muzykom większej dozy improwizatorskiej wolności i swobody w budowaniu narracji – czynników intuitywnych, tak istotnych we współczesnym jazzie. Przez to skład brzmiał momentami aż nazbyt grzecznie, jakby grał pod linijkę. Często dochodziło też do sytuacji, w których dłuższe fragmenty grało jedynie kilku spośród 15 muzyków. Owszem, były to partie ciekawe, pokazujące indywidualność poszczególnych artystów, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że stały one w sprzeczności z potencjałem zróżnicowanej, big bandowej gry. Były to serie improwizacji, trzymanych na krótkiej wodzy w ramach jednej kompozycji.

Występ określiłbym świetną ilustracją wyraźnego dualizmu, który można zauważyć we współczesnym jazzie. Może nawet nie jednego, a dwóch – po pierwsze: kompozycja/improwizacja; po drugie: indywidualizm/kolektywizm. Wydaje mi się, że koncert Power of the Horns w większej mierze pokazał zbiór interesujących osobowości artystycznych, niż zgrany zespół o wspólnej tożsamości. I tutaj powracam do „ale” z drugiego akapitu – bardzo możliwe, że po prostu zabrakło czasu żeby zespół w takim składzie osiągnął większy poziom muzycznego porozumienia, nabrał lekkości, przekładającej się na spontaniczną wypowiedź. To chyba główny problem, ponieważ wymienione wartości są – w moim mniemaniu – jednymi z najważniejszych w jazzie w ogóle. Na dobrą sprawę, to co usłyszeliśmy w Lutosławskim można nazwać nie tyle jazzem, co muzyką współczesną zagraną przez jazzmanów, improwizatorów. Rezultat wielokrotnie bywał interesujący, ale pozostaje poczucie niedosytu i trochę niewykorzystanej szansy na puszczenie wodzy fantazji w tak ciekawej konfiguracji wyrazistych artystów. Jak na ironię zabrakło mi w występie Power of the Horns przede wszystkim mocy, operowania kontrolowanym chaosem z większą swobodą kolektywnego flow.

Power of the Horns 3

Być może to właśnie nieszczęsna, poniekąd zobowiązująca data wydarzenia wpłynęła na przesadne wykonawcze napięcie emanujące ze sceny? Może udział wybitnego gościa? Może presja wynikała z gabarytów sali? Może z racji transmisji na żywo w radio? Pewnie wszystko po trochu. I chociaż z całą pewnością nie był to koncert zły, to nie spełnił do końca pokładanych w nim oczekiwań. A największy paradoks tkwi w tym, że okazał się również doświadczeniem dużo bardziej pouczającym niż występ jednoznacznie wspaniały, z którego każdy wyszedłby w niemym zachwycie. To też znak czasu – jazz w Polsce to nieustanne work in progress. Ta praca odbywa się w klubach i na regularnych koncertach, a niekoniecznie na wydarzeniach okazjonalnych.

Jak napisał na swoim profilu warszawski Mózg: „Świat ma jeden Międzynarodowy Dzień Jazzu w roku. Dziś. Mózg ma takich 365”. Szczęśliwie dla jazzu, miejsc w Polsce o podobnej filozofii jest jeszcze trochę i warto je odwiedzać nie tylko od święta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Środa pełna ForTune’y (premiery: Malerai +goście / M. Masecki)

Chłodna wiosna

Nad mokrymi polami ryżowymi

Chmury bez korzeni

– „Haru” Hakigoto Kawahigashi (jeden z utworów na „Utsuroi”)

Korzenie bez chmur

8 kwietnia w Warszawie upłynął pod znakiem koncertowych premier dwóch projektów zielonej (teoretycznie folkowej) serii wydawniczej oficyny For Tune. W tym samym czasie koncerty zagrało Malerai (z Kazuhisą Uchihashim i Mayą R) w Studiu im. W. Szpilmana promując „Utsuroi”, natomiast w Pardon To Tu Marcin Masecki zaprezentował „Mazurki”. Dość osobliwa strategia promocyjna postawiła słuchacza w roli osiołka, któremu to w żłobie dano… Cóż, jako że na żywo „Mazurki” spożywałem już ze żłobu im. W. Lutosławskiego (klik), wybór mój padł na koncertową premierę Malerai.

Utsuroi - Malerai-Uchihashi-Maya RMazurki - Marcin Masecki

Płyta „Utsuroi” (po japońsku: Przemijanie) jest już drugą częścią projektu „Muzyka do języków” Michała Górczyńskiego. Po albumie nagranym w jidysz „Preparing to Dance” z gościnnym udziałem Marcina Maseckiego i Hanny Goldstein, przyszedł czas na skok do dalekiego kraju kwitnącej wiśni. Tym razem trio Malerai (Dagna Sadkowska, Michał Górczyński, Mikołaj Pałosz) zostało wsparte przez znakomitego gitarzystę i improwizatora Kazuhisę Uchihashiego oraz wokalistkę Mayę R. Na utwory z „Utsuroi” składa się głównie japońskie haiku autorstwa Yashihiro Harady i Kawahigashiego Hekigoto, ale też (dość ekscentryczny pomysł) przekłady z niemieckiego poezji Fryderyka Nietzschego. Wszystkie teksty w tłumaczeniu na polski i angielski były dostępne do wglądu dla publiczności na kartkach. Tyle liner notesów.

Ogólnie rzecz ujmując był to koncert bardzo energetyczny. Materiał został w jakichś 90 procentach skomponowany przez Górczyńskiego, który również na scenie pełnił rolę niekwestionowanego lidera kwintetu. Przy okazji nie ograniczał się do klarnetu – grał również na flecie, saksofonie tenorowym, niewielkich rozmiarów keyboardzie, puszczał organiczne sample (czyt. szum fal, śpiew ptaków), beatboxował… Przy okazji artysta wykorzystał w trakcie występu doświadczenie performerskie, biegał po sali uderzając pałeczką w krzesła, rzucał fletem w pulpit, schodził za scenę zagrać intensywne klarnetowe solo. Wszystkie te elementy, wydawać by się mogło pozamuzyczne (chociaż nie, bo generowały, bądź modulowały dźwięk), były bardzo dobrze wkomponowane w strukturę występu, urozmaicały go i nieustannie ogniskowały uwagę słuchacza. Bardzo podobała mi się funkcja jaką w składzie pełniła gitara Uchihashiego – była bardziej ornamentalna, lecz charakterystyczna, kiedy trzeba ostra jak brzytwa, jednak stosunkowo sporadycznie wychylała się na pierwszy plan. Podobno Japończyk w procesie nagrywania albumu, skomponowanego od początku do końca, zachował improwizatorską swobodę. Na koncercie widać było jak umiejętnie z tej wolności potrafi korzystać, nie przytłaczając brzmieniem instrumentu całości wypowiedzi – klasa. Również duże wrażenie zrobił na mnie wokal Mayi R, który po raz pierwszy miałem przyjemność słyszeć na żywo. Artystka dysponuje imponującym głosem, a nieprzewidywalna, zadziorna muzyka Malerai i Uchihashiego świetnie komponowała się z wokalną ekspresją – raz delikatną, subtelną, kiedy indziej wrzaskliwą. Kwintet zagrał cały materiał z albumu, powtarzając jedną z piosenek na bis.

Malerai_Uchihashi_Maya_R - foto. Piotr Lewandowski

Nad tego rodzaju projektami często unosi się groźne widmo popadnięcia w cepelie, bądź ślepą uliczkę world music. W przypadku „Utsuroi” nie ma o tym mowy. To materiał bardzo przemyślany, dopracowany, a przy okazji zrealizowany (również na płycie) z dużą wyobraźnią, która mówiąc sloganem – „nie pozwala na nudę”. W następnej odsłonie projektu Malerai bierze na warsztat poezję perską. Brzmi ciekawie! „Utsuroi” to nietypowa i charakterystyczna pozycja w pejzażu polskiego rynku wydawniczego, również dobry przykład na to, że eksperyment nie musi zakładać nieczytelności i unikać klarownej koncepcji. Jak również – parafrazując klasyka – awangarda nie musi być smutna.

————————————————————————————————————————–

Wychodząc ze Studia im. W. Szpilmana pomyślałem: „a może by tak do Pardonu skoczyć, załapać się jeszcze na jeden czy dwa mazurki…”. Marcin Masecki działa na warszawską publiczność jak magnes i nie ulegało wątpliwości, że klub będzie tego wieczoru pękał w szwach. Przed dwoma miesiącami pianista grając „Mazurki” wypełnił szczelnie potężne Studio Lutosławskiego. Powrót „Mazurków” do Pardon To Tu miał jednak charakter symboliczny – to pod klubem narodziła się sama idea projektu. Niestety, zbliżając się do placu Grzybowskiego stawało się coraz bardziej jasne, że nie załapię się nawet na bis. Tłumy już wylewały się z wnętrza klubu. Zatem nie będzie o koncercie, a ogólnie.

Marcin Masecki - foto. Marcin_Marchwiński

Wychodząc z premiery Malerai usłyszałem ciekawą opinię odnośnie zainteresowania jakie zawsze generuje osoba Maseckiego: „Ludzie się zachwycają, a tak naprawdę nie wiedzą co dokładnie im się w tej muzyce podoba. Sytuacja trochę jak ze Swans”. Cóż, myślę, że pianista do pewnego stopnia jest „ofiarą” autokreacji, charakterystycznego wizerunku rozrabiaki, łobuzerskiego wirtuoza, który gra tupiąc nogą w kapciach. To pierwsza, powierzchowna i bardzo małostkowa perspektywa, przesłaniająca często to, co najważniejsze, czyli muzykę. Wracając spod Pardonu, słuchałem „Mazurków” na słuchawkach i doszedłem do wniosku, że Masecki powinien grać koncerty po ciemku, albo rozdawać publiczności opaski na oczy, żeby skanalizować odbiór tylko na zmysł słuchu, nie odwracać uwagi od meritum. To naprawdę wyjątkowa płyta, na której pianista posługuje się własną logiką porządkowania dźwięków, a baczne śledzenie tej układanki jest fascynujące. Frywolna, rytmiczna forma mazurka powoli przekształca się w coś osobnego, oryginalnego i „precyzyjnie popsutego”. Tutaj sztuka zniekształcenia przewyższa sam obiekt zniekształcany. To już kwestia stylu, flow, języka, który Masecki ma nie do podrobienia. W „Jaka to melodia” dałby się odgadnąć po jednej nutce – i to jest komplement! Każdy dobry artysta jest charakterystyczny (choć nie każdy charakterystyczny muzyk jest od razu dobrym artystą). „Mazurki” są zdecydowanie materiałem artystycznym dużej klasy, spójnym, konsekwentnym w niekonsekwencji. I pamiętajmy – awangarda nie musi być smutna. Tak jak okładka nie musi być zawsze czarno-biała… Ale mniejsza o to, zamknijmy oczy, liczy się muzyka.

Tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tam ta tam, tatatatatatatatatata. Bum.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zdjęcia:

Malerai – © Piotr Lewandowski

M. Masecki – © Marcin Marchwiński (fotoblog)