Piotr Damasiewicz, Gerard Lebik + RED Trio w Pardon To Tu

Red trio + Damasiewicz, Lebik 2To był koncert wysokiego napięcia, o niesłychanej intensywności, idącej w parze z wyjątkową koncentracją i precyzją. Już drugi raz w tym roku miałem ogromną przyjemność podziwiać na scenie połączone siły polsko-portugalskie. Marcowy występ kwintetu w warszawskim CSW (relacja/poniżej krótki filmik) wywarł na mnie wielkie wrażenie i szczerze mówiąc trochę powątpiewałem w możliwość powtórzenia wyczynu tak kompletnego. Jak się szczęśliwie okazało – myliłem się. Muzycy wspięli się w Pardon To Tu jeszcze wyżej, zagrali mocniej, drapieżniej, dźwięki sprawiały wrażenie maksymalnie skondensowanych, był w nich taki ładunek determinacji, że ciężko było choćby na chwilę oderwać uwagę od narracji, zwątpić w jej zasadność.

RED trio to skład działający na zasadzie synergii, znakomitego porozumienia w operowaniu estetyką intensywnego free. Bez wątpienia zespół z najwyższej półki światowego impro. Duet Piotr DamasiewiczGerard Lebik jest zjawiskiem równie niezwykłym i plasującym się zdecydowanie na tej samej półce. Gra wrocławskich muzyków jest komplementarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Aż ciężko uwierzyć, że artyści z osobna operujący tak charakterystycznymi językami, są w stanie na jednej scenie grać z tak dużą otwartością i wrażliwością na brzmienie całości. Widać było, że nie tylko generowali dźwięki, ale w równej mierze (a może nawet przede wszystkim) ich słuchali – celem była spójność, wzajemne podkręcanie napięcia, gra do jednej bramki. I chyba właśnie to jest miarą klasy wielkich improwizatorów, umiejętność schowania ego do kieszeni i wyjmowanie go tylko wtedy gdy trzeba.

Cóż, nie ma co dłużej strzępić słów. To był fenomenalny, ekstatyczny występ, dobitnie pokazujący, że idiom free w XXI wieku może mieć młodzieńczą witalność i siłę porównywalną z najznamienitszymi dokonaniami nurtu. Bez cienia wątpliwości jeden z lepszych koncertów jazzowych, jakie widziałem w tym roku, o ile nie w szerszych ramach czasowych. I nie zmieni tego nawet niepotrzebny bis. Chylę czoła.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kwintet promował w tym roku LP pt. „Mineral” wydane w Bocian Records, ale niebawem ma nagrać kolejny krążek – tym razem już studyjny – w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. I chociaż w pełni rozumiem rangę królewskiego nośnika jakim jest winyl, to mam jednak wielką nadzieję, że materiał ukaże się także na cd. Na pewno nie przyniesie to ujmy muzyce tego kalibru, a z pewnością pozwoli na dotarcie do szerszej grupy odbiorców. Warto dać im szansę.

Reklamy

Dzień Jazzu: Power of the Horns w Studiu im. W. Lutosławskiego

Power of the Horns 1

W historii najnowszej polskiego jazzu Power of the Horns zapisało już swoją kartę. Big band Piotra Damasiewicza rejestrując na żywo album „Alaman”, położył kamień węgielny pod narodziny wydawnictwa For Tune, które przez dwa lata funkcjonowania wypuściło już kilkadziesiąt albumów artystów polskich i zagranicznych. To wyjątkowe osiągnięcie, które w sposób niebagatelny wpłynęło na krajową scenę jazzową i okołojazzową. Oprócz tego „Alaman” w warstwie muzycznej był doskonałym przykładem witalności i mocy jaką w XXI wieku może wykreować jazzowy kolektyw złożony ze znakomitych instrumentalistów pod wodzą charyzmatycznego lidera. Płyta zbierała zewsząd entuzjastyczne recenzje i stała się trampoliną dla wielu muzyków wchodzących w skład kolektywu, z samym Piotrem Damasiewiczem na czele.

W świetle tych ciężko podważalnych faktów, koncert Power of the Horns w Studiu Polskiego Radia był pod wieloma względami najsensowniejszym pomysłem na uczczenie Międzynarodowego Dnia Jazzu. A w każdym razie na pewno bardziej zasadnym niż zeszłoroczny występ Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim (z całym szacunkiem). Można zatem zaryzykować teorię, że ensemble Damasiewicza pojawił się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Choć do tego drugiego miałbym pewne „ale”… Ale to za chwilę.

Na scenie, po krótkiej konferansjerce  Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka, pojawiło się 15 muzyków łącznie z liderem i gościem – w tej roli wybitny tubista Zdzisław Piernik. Czyli mała jazzowa orkiestra z podwójną sekcją rytmiczną, fortepianem i 10 instrumentami dętymi. Okazało się już w trakcie wstępu, że Power of the Horns AD 2015, to nie to samo co PotH 2012. Przede wszystkim skład uległ zmianie od strony rytmicznej – kontrabasiści Max Mucha i Jakub Mielcarek zostali zastąpieni przez Marka Tokara i Ksawerego Wójcińskiego, a zamiast Wojciecha Romanowskiego na jednej z perkusji zagrał Samuel Hall. Modyfikacji uległ też zestaw „hornów”, do których dołączyli: Gerard Lebik, Piotr Łyszkiewicz, Mateusz Rybicki oraz Adam Milwiw. Wraz z Piernikiem dało to dwukrotnie większą liczbę dęciaków niż na „Alamanie”. Nie będzie zatem przesadą nazwanie zespołu wersją Power of the Horns 2.0. Band wystąpił w takim składzie po raz pierwszy (i w ogóle grał pierwszy raz od dłuższego czasu).

Power of the Horns 2

Zmianie uległa jednak przede wszystkim muzyka, pomysł na granie tak dużym składem. Piotr Damasiewicz przygotował na potrzebę koncertu kompozycję pt. „Suita 29”, która operowała zupełnie inną poetyką niż żywiołowy, soczysty, wręcz agresywny „Alaman”. Tym razem muzycy zostali okiełznani partyturą o wiele mniej bazującą na energetycznym potencjale dużego składu. „Suita 29” zasadzała się głównie na rozgrywaniu dźwięku w podzespołach, w mniejszych składach kolejno podejmujących wątek. Sam Damasiewicz występował na scenie przede wszystkim w roli dyrygenta, reżysera spektaklu, który chwyta za instrument jedynie od czasu do czasu. Podobne rozwiązanie było dość ryzykownym, choć odważnym posunięciem – z całą pewnością duża część słuchaczy znających PotH z albumu musiała być zaskoczona, żeby nie powiedzieć rozczarowana takim scenariuszem występu. Rezultatem był co prawda „power”, lecz budowany miarowo, oscylujący pomiędzy poszczególnymi sekcjami, ale bardzo rzadko wybuchający pełnią kolektywnej mocy. Trochę szkoda, że Damasiewicz nie pozostawił muzykom większej dozy improwizatorskiej wolności i swobody w budowaniu narracji – czynników intuitywnych, tak istotnych we współczesnym jazzie. Przez to skład brzmiał momentami aż nazbyt grzecznie, jakby grał pod linijkę. Często dochodziło też do sytuacji, w których dłuższe fragmenty grało jedynie kilku spośród 15 muzyków. Owszem, były to partie ciekawe, pokazujące indywidualność poszczególnych artystów, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że stały one w sprzeczności z potencjałem zróżnicowanej, big bandowej gry. Były to serie improwizacji, trzymanych na krótkiej wodzy w ramach jednej kompozycji.

Występ określiłbym świetną ilustracją wyraźnego dualizmu, który można zauważyć we współczesnym jazzie. Może nawet nie jednego, a dwóch – po pierwsze: kompozycja/improwizacja; po drugie: indywidualizm/kolektywizm. Wydaje mi się, że koncert Power of the Horns w większej mierze pokazał zbiór interesujących osobowości artystycznych, niż zgrany zespół o wspólnej tożsamości. I tutaj powracam do „ale” z drugiego akapitu – bardzo możliwe, że po prostu zabrakło czasu żeby zespół w takim składzie osiągnął większy poziom muzycznego porozumienia, nabrał lekkości, przekładającej się na spontaniczną wypowiedź. To chyba główny problem, ponieważ wymienione wartości są – w moim mniemaniu – jednymi z najważniejszych w jazzie w ogóle. Na dobrą sprawę, to co usłyszeliśmy w Lutosławskim można nazwać nie tyle jazzem, co muzyką współczesną zagraną przez jazzmanów, improwizatorów. Rezultat wielokrotnie bywał interesujący, ale pozostaje poczucie niedosytu i trochę niewykorzystanej szansy na puszczenie wodzy fantazji w tak ciekawej konfiguracji wyrazistych artystów. Jak na ironię zabrakło mi w występie Power of the Horns przede wszystkim mocy, operowania kontrolowanym chaosem z większą swobodą kolektywnego flow.

Power of the Horns 3

Być może to właśnie nieszczęsna, poniekąd zobowiązująca data wydarzenia wpłynęła na przesadne wykonawcze napięcie emanujące ze sceny? Może udział wybitnego gościa? Może presja wynikała z gabarytów sali? Może z racji transmisji na żywo w radio? Pewnie wszystko po trochu. I chociaż z całą pewnością nie był to koncert zły, to nie spełnił do końca pokładanych w nim oczekiwań. A największy paradoks tkwi w tym, że okazał się również doświadczeniem dużo bardziej pouczającym niż występ jednoznacznie wspaniały, z którego każdy wyszedłby w niemym zachwycie. To też znak czasu – jazz w Polsce to nieustanne work in progress. Ta praca odbywa się w klubach i na regularnych koncertach, a niekoniecznie na wydarzeniach okazjonalnych.

Jak napisał na swoim profilu warszawski Mózg: „Świat ma jeden Międzynarodowy Dzień Jazzu w roku. Dziś. Mózg ma takich 365”. Szczęśliwie dla jazzu, miejsc w Polsce o podobnej filozofii jest jeszcze trochę i warto je odwiedzać nie tylko od święta.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Sean Noonan, Gerard Lebik i Franciszek Pospieszalski w Mózgu Powszechnym

Sean Noonan

Sean Noonan nowojorski perkusista i „opowiadacz historii” (lub jak kto woli storyteller) przyjechał do Warszawy zaprezentować swój solowy materiał „Bruised by Noon”, na którym – ni mniej ni więcej – gra na perkusji i deklamuje/śpiewa/krzyczy/melorecytuje surrealistyczne opowiastki. Podczas koncertu w Mózgu Noonan zaprezentował cały materiał z krążka. Perkusista wkroczył na scenę w pięściarskim szlafroku i spodenkach (z przodu tygrys, z tyłu napis „NOONAN”) i od pierwszych chwil nie pozostawiał wątpliwości co do kabaretowo-groteskowego charakteru występu. Właściwie już po kwadransie muzyk wyrzucił na stół wszystkie atuty, czyli energetyczny, wręcz punk-rockowy perkusyjny flow oraz purnonsensowe historyjki podporządkowane i współgrające z wykonawczym adhd.

Oprócz tego Noonan łatwo nawiązywał kontakt z publicznością balansując dość pretensjonalną propozycję artystyczną stosunkowo bezpretensjonalną konferansjerką. Bardzo cenię w muzyce dziwaczność, jednak występ Noonana operował wciąż tym samym schematem wykonawczym, który w żaden sposób nie był w stanie mnie bardziej zaangażować. W zasadzie nie mogę nawet powiedzieć, że występ mi się nie podobał – wymknął się tego typu jednoznacznym kategoriom, pozostawiając poczucie obojętności. Cóż, Noonan jako „zjawisko solo” mnie nie przekonał, chociaż patrząc na publiczność byłem w mniejszości, więc tylko moja strata… Jednak nie dla perkusisty z NYC downtown przyszedłem tego wieczoru do Mózgu, zaciekawiła mnie przede wszystkim koncertowa kombinacja numer dwa, w której na scenie obok Noonana pojawił się Gerard Lebik i Franciszek Pospieszalski.

Gerard Lebik_Sean Noonan_Franciszek Pospieszalski

Z mojej perspektywy Gerard Lebik jest obecnie jednym z ciekawszych polskich saksofonistów. Artysta dysponuje niezwykle wyrazistą, oszczędną, a zarazem mocną frazą – nie boi się kontrastów. W grze Lebika w sposób nieoczywisty słychać doświadczenie pracy z muzyką elektroniczną, którą w ostatnich latach eksploruje w równym stopniu, co improwizację na instrumencie. Szczególnie po fantastycznym tegorocznym koncercie z Piotrem Damasiewiczem i portugalskim RED Trio (klik) nie wahałem się ani chwili przed pójściem do Mózgu. Z kolei Franciszek Pospieszalski to obiecujący młody kontrabasista, uczeń kopenhaskiego konserwatorium muzycznego, członek trio The Love And Beauty Seekers, które pod koniec zeszłego roku koncertowało wraz z Jerzym Mazzollem (tutaj relacja z występu w Mózgu). Z tego co wiem trio Lebik-Noonan-Pospieszalski spotkało się na scenie po raz pierwszy, choć ciężko w to uwierzyć, bo muzycy zagrali naprawdę kawał porządnego impro.

Szczęśliwie Noonan ograniczył się do obsługiwania perkusji i tutaj pozytywnie zaskoczył – po występie solo spodziewałem się dominacji, zgiełku i przejaskrawień, tymczasem muzyk imponował wrażliwością na interakcję ze składem, bacznie wsłuchiwał się w grę pozostałej dwójki. Jednocześnie nie zrezygnował z dynamiki, budował ciekawy i zróżnicowany groove, którym co prawda zagospodarowywał większość muzycznej przestrzeni, lecz specjalnie nie przytłaczał. Tutaj dobrze spisał się Pospieszalski – cieniował odloty Amerykanina lub wychodził na pierwszy plan z ekspresyjnym riffem. Lebik wpisywał się w całość przeciągłymi, dość minimalistycznymi zadęciami o zmiennym natężeniu, które dobrze równoważyły rytmiczne „rozpasanie” sekcji. Kiedy indziej wbijał się w groove meandrującą free jazzową frazą podkręcając temperaturę występu. Bardzo dobry, dynamiczny i zaskakujący koncert, w którym każdy z muzyków znalazł dla siebie miejsce.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kwintet: RED Trio, Gerard Lebik i Piotr Damasiewicz w CSW Zamek Ujazdowski

redtrio+1

Uwertura

RED Trio to światowa czołówka jeśli chodzi o tzw. working bandy. Portugalski skład obok nowoczesnego, demokratycznego podejścia do grania free, słynie również z tego, że świetnie wchodzi w reakcję z innym muzycznymi podmiotami. Dotychczas byli to chociażby tak charakterystyczni artyści jak John Butcher czy Nate Wooley. Tym razem lizbońskie trio połączyło siły ze znakomitymi przedstawicielami wrocławskiego impro – Piotrem Damasiewiczem i Gerardem Lebikiem. Tak zmontowany kwintet właśnie wydał winyl (i niestety tylko winyl) „Mineral” w Bocian Records, a występ w CSW stanowił część trasy promującej LP.

Ostatnio miałem przyjemność recenzować album, na którym to właśnie polscy muzycy inkorporowali do składu perkusistę RED Trio, Gabriela Ferrandiniego. Mam tutaj na myśli projekt veNN circles (znów Bocian). Płyta prezentowała zestaw szalenie intrygujących dźwięków o nieidiomatycznej proweniencji. Improwizacja prowadziła muzyków w rejony futurystyczne, w czym duża zasługa Lebika, który na rzecz veNN circles odwiesił saksofon na ścianę i skupił się na generowaniu bardzo wyważonych noise’ów. W Laboratorium CSW rozszerzone portugalsko-polskie combo zagrało koncert w 100% akustyczny i z całą pewnością był to najbardziej ognisty, a zarazem nieoczywisty free jazz, jaki miałem okazję słuchać w ostatnich miesiącach.

 

Rozwinięcie

Ciężko mi postrzegać ten skład jako „trio +”, ponieważ to właśnie momenty kolektywnej gry, muzycznego zazębiania się „reprezentacji narodowych” były najbardziej spektakularne i stąd też tytuł niniejszego tekstu. Miałem wrażenie, że słucham składu w pełni demokratycznego i zgranego, bez podziału na gości i zespół. Można powiedzieć, że publiczność zetknęła się z klasycznym jazzowym kwintetem (trąbka, saksofon, fortepian, kontrabas i perkusja) jednak to właśnie podejście odbiegające od konwencji zaważyło na mojej wysokiej ocenie przedsięwzięcia.

20150307_202314

Koncert miał przyjemnie oldschoolową strukturę z podziałem na partie solowe dęciaków, podczas których drugi muzyk odchodził poza scenę przejść się, napić wody, popatrzeć z dystansu na grę kolegów by dołączyć w najbardziej adekwatnym momencie. Co prawda zdarzały się chwile, kiedy RED Trio samodzielnie gospodarowało muzyczną czasoprzestrzenią, ale to właśnie interakcje z saksofonem i trąbką uważam za najjaśniejsze punkty programu, o których śmiało można mówić w kategoriach synergii. Być może stało się tak dlatego, że Lebik z Damasiewiczem nie wychylali się nadto na pierwszy plan i nie epatowali solówkową woltyżerką. Dobrze było to słychać w partiach Lebika, które imponowały natężeniem i intensywnością, a przy tym nie brzmiały jakby saksofonista dążył do zagrania jak największej liczby dźwięków na sekundę. Często były to frazy bardziej jednostajne, w których moim zdaniem objawił się elektroniczny background i wrażliwość na drobne niuanse i modulacje brzmienia. Damasiewicz natomiast interesująco eksplorował rytmiczne możliwości trąbki. Szczególnie ciekawe frazy tworzył wykorzystując tłumik oraz eksperymentując z różnymi rodzajami zadęcia. Jednocześnie w jego grze słychać było duży zmysł melodyczny kryjący się pod bardziej sonorystycznymi partiami. Sama współpraca na linii trąbka-saksofon przebiegała naturalnie, wręcz organicznie, jednak nie ma się czemu dziwić – panowie grają od lat w całym szeregu projektów, a obecnie stanowią jeden z bardziej interesujących improwizatorskich tandemów wykorzystujących akurat te instrumenty. Wzajemną chemię Damasiewicza i Lebika było już dobrze słychać na materiale „Mnemotaksja”, jednak koncert w CSW pokazał jak mocno od czasu nagrania tamtej płyty (2008 rok) rozwinęło się podejście artystów do języka improwizacji.

Damasiewicz_Lebik2

RED Trio było dla polskich muzyków potężnym silnikiem, mechanizmem działającym tak dobrze jako jeden organizm, że trudno mi rozpatrywać grę poszczególnych członków. Chociaż gra całego kwintetu porażała intensywnością i energią, to paradoksalnie chyba największe wrażenie zrobiły na mnie momenty „napiętych wyciszeń”, z których artyści powoli tworzyli wielowątkowe, zaskakujące mikro i makro struktury. Wówczas też można było zaobserwować jak wiele w tej muzyce intelektualnej precyzji, wyważonego i odważnego operowania formą free. Jakkolwiek absurdalnie nie brzmiałaby zbitka „forma free”. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że podobny koncert mogli zagrać tylko muzycy najwyższej klasy, samoświadomi własnych artystycznych możliwości, a także plusów wynikających z trzymania ich na wodzy. Występ domknął jeden bis, któremu początkowo byłem nieprzychylny, ponieważ przy okazji podobnych doświadczeń muzycznych wolę uczucie niedosytu, jednak zespołowi nieźle udało się wkomponować dogrywkę w całość narracji. I w sumie nawet klaskałem dla tego bisu, przyznam się bez bicia.

redtrio+uklony

Epilog

Ilekroć zdarza mi się odwiedzić salę Laboratorium CSW boleję nad tym, że przestrzeń stosunkowo rzadko wykorzystywana jest na potrzeby koncertów. Znakomite warunki akustyczne w idealnym świecie choć raz w tygodniu powinny nasiąkać muzyką. Szczęśliwie w najbliższym czasie w Sali im. Wojciecha Krukowskiego zabrzmi jeszcze szereg interesujących projektów, a pierwsze z nich już w piątek i sobotę. Jeśli utrzymując wysoką artystyczną jakość wydarzeń, CSW zwiększyłoby częstotliwość ich prezentowania, to z całą pewnością Laboratorium stałoby się jednym z najważniejszych adresów na muzycznej mapie Warszawy. Póki co jest raczej „rzadko, ale mocno”, a w związku z tym również nobilitująco. I być może taka strategia też ma swój sens, a ten epilog jest tylko „niepotrzebnym klaskaniem na bis” po świetnym występie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

więcej zdjęć

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Playback Play #7 – wideo appendix do relacji

4 rysunek PeronaPoczątkowo relacja z tegorocznego festiwalu Playback Play miała ukazać się na tej stronie, ale ostatecznie odnalazła przytulne miejsce spoczynku na łamach PopUpMusic. Zatem dociekliwych zapraszam do lektury (klik).

Wielowątkowe wydarzenie kulturalne – bo tak szerokie określenie najlepiej oddaje specyfikę festiwalu – było ze wszech miar warte udziału. Na scenach obok znakomitych zagranicznych gości (Jean-Hervé Péron, Zsolt Sőrés Ahad, David Maranha, Phil Minton, David Thomas, Richard Youngs) wystąpili dobrze znani, utalentowani artyści polskiej sceny: Joanna Halszka Sokołowska, DJ Lenar, Jerzy Rogiewicz, Gerard Lebik i Wacław Zimpel.

Poniżej załączam 10-minutowy film, będący kompilacją trzech występów: tria Maranha-Minton-Lebik, kwintetu Thomas-Maranha-Sőrés Ahad-Rogiewicz-Lenar oraz duetu Zimpel-Maranha. Koncerty odbyły się na trzech scenach – w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa, Teatrze Powszechnym i w Dwa Osiem.

Wideo zdominował występ z udziałem Phila Mintona, który zrobił na mnie chyba największe wrażenie. Przyczyną bardziej pragmatyczną porwanej struktury kompilacji były niedostatki pamięci na karcie…

Z cyklu Instytut Improwizacji Lo-Fi’lms Production przedstawia –> Playback Play #7 Compilation. Enjoy!

Krzysztof Wójcik (((ii)))