Pleszyński, Maćkowiak, Mazzoll (+Janicki) w Mózgu Powszechnym

06 Mazzoll_Pleszyński_Maćkowiak

To był koncert bardzo długi – dwa obfite sety i bis. Aby zachować równowagę w przyrodzie relacja taka nie będzie. A może będzie… Zobaczymy.

Płytę „A Sound of the Wooden Fish” Artura Maćkowiaka i Grzegorza Pleszyńskiego miałem okazję recenzować na łamach PopUpMusic (klik), zatem z materiałem albumowym zapoznałem się swego czasu dość wnikliwie. Nie ukrywam, że podczas kolejnych odsłuchów w pamięć najbardziej zapadały mi fragmenty wydawnictwa, w które wklejony został klarnet Jerzego Mazzolla – w związku z tym wiadomość o mini-trasce tria przyjąłem z entuzjazmem.

Koncert w warszawskim Mózgu był pierwszym z trzech (kolejne odbyły się w Toruniu i Bydgoszczy). Być może właśnie dlatego występ zdominował pierwiastek eksperymentu, niekiedy wręcz generujący sceniczny chaos, zarówno w warstwie muzycznej, jak i performerskiej. To nie do końca zarzut. Przede wszystkim trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Grzegorz Pleszyński nie jest zawodowym muzykiem – jest przede wszystkim artystą sztuk wizualnych i happenerem (jakkolwiek anachronicznie to słowo by nie brzmiało, tu wydaje mi się zasadne). Jerzemu Mazzollowi sceniczne szaleństwa również obce nie są. Właściwie w kompanii, która zagrała w Mózgu ogniwem najspokojniejszym był Artur Maćkowiak i to głównie na jego barkach spoczywał ciężar upinania całości w narrację spójną, przy całej jej nieprzewidywalności i wszystkich ekstrawagancjach. Z tego zadania gitarzysta wyszedł zdecydowanie obronną ręką, zresztą jego ostatnie wydawnictwa (solowe i zespołowe) pokazują, że generowanie specyficznego, hipnotycznego klimatu przychodzi mu z dużą łatwością.

Niemniej jednak, to właśnie Pleszyński był w Mózgu niekwestionowanym frontmanem, bezpośrednio wchodzącym w interakcję z publicznością. Występ rozpoczął się od historii powstania jego niekonwencjonalnego dęciaka, czyli prostej trąbki/lejka, połączonego z ustnikiem długim plastikowym wężem, którym artysta wymachiwał na wszystkie strony. Leitmotywem wieczoru miał być puls – bicie serca, dźwiękiem, który słyszymy jako pierwszy. Tak też się stało. Muzyka miała zdecydowanie płynny i jednostajny charakter, co zwiastował już pierwszy gest Maćkowiaka – swobodne turlanie slide’u po gryfie gitary. Pleszyński oprócz osobliwej trąbki posługiwał się keyboardem, na dość intuicyjnej zasadzie, wplatając zaskakujące/przypadkowe wtręty w psychodeliczną strukturę gitary i syntezatora. Elementem niuansującym całość był basklarnet Mazzolla, w pierwszym secie raczej niedominujący, drone’owy, ale z czasem coraz bardziej wyrazisty i wybijający się na pierwszy plan (w dość naturalny sposób). Nie zabrakło w grze artysty również quasi-perkusyjnego wykorzystania instrumentu, śpiewania przez klarnet bez ustnika „skrzela mi wysiadają”, czy narastających, meandrujących solówek.

Ciekawe były momenty gwałcenia formuły klasycznego koncertu, takie jak wychodzenie z instrumentami na widownie, głównie praktykowane przez Pleszyńskiego, ale też i Mazzolla. Iście punkowym zachowaniem było nagłe, agresywne uderzanie krzesłem o podłogę (pierwszy z Panów) i głośne szuranie nim po całym Mózgu… Nieprzewidywalność poparta sporą charyzmą i improwizatorskim zacięciem. Myślę, że ś.p. Captain Beefheart byłby zadowolony.

W drugim secie skład uzupełnił Sławek Janicki na kontrabasie, co skierowało muzykę na tory (powiedzmy) trochę bardziej „jazzowe” (ale też bez przesady). W każdym razie ciekawy, różnorodny basowy background, pozwalał reszcie muzyków na jeszcze większe puszczenie wodzy – Maćkowiak piętrzył transowe pętle, Pleszyński szalał za klawiszami i co jakiś czas dopełniał trąbką intensywne improwizacje Mazzolla. „Dobry chaos” części pierwszej pozostał, lecz zyskał na komunikatywności i sile. Z dwóch setów, to właśnie drugi zrobił na mnie większe wrażenie – muzycy zaczęli po prostu lepiej odczytywać swoje intencje. Jeśli reguła została zachowana, to prawdopodobnie występy w Toruniu i Bydgoszczy zażarły jeszcze lepiej.

Koncert zwieńczył bis, yassowy standard „Ojczyzną naszą dobroć, dobroć…” zagrany już tylko przez Mazzolla i Pleszyńskiego w przyjemnie połamanej, koślawej „wersji Kraftwerk”. Być może coś było dalej, w każdym razie na tym numerze zakończył się mój pobyt w Mózgu – zbliżała się północ, a ostatnie tramwaje uciekały. Ponad godzinny poślizg zrobił swoje.

Interesujący wieczór z naprawdę znakomitymi, esencjonalnymi momentami, które trochę traciły na sile przez samą długość koncertu – czyli sytuacja podobna jak z tym tekstem, ale cóż począć, sporo się działo i litery pączkują naturalnie. Trio Maćkowiak-Mazzoll-Pleszyński gra widowiskowo, tworzy muzykę bardzo psychoaktywną, która mogłaby śmiało posłużyć za soundtrack do jakiejś surrealistycznej animacji, np. filmu przyrodniczego o drewnianych rybach pływających w mózgu po lobotomii… Ok, może nie było aż tak dziwnie, ale to i tak piguła dla otwartych i cierpliwych uszu. Moje były zadowolone.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Jerzy Mazzoll i goście – 20 lat albumu „a” w Mózgu Powszechnym

Mazzoll_1

Jerzy Mazzoll jest artystą tyleż fascynującym, co kontrowersyjnym, wywołującym zwykle skrajne reakcje odbiorców. Gdyby nie metryka, to określenie enfant terrible polskiej muzyki improwizowanej pasowałoby do niego w stu procentach. Piątkowy wieczór w warszawskim Mózgu, właśnie na zaglądaniu w metrykę się opierał, ponieważ nie dość, że koncert został poświęcony 20-leciu kluczowego dla yassu albumu „a”, to jeszcze zbiegł się kalendarzowo z urodzinami gdańskiego muzyka. Cóż, mówiąc krótko nie mogłem sobie pozwolić na nieobecność.

Kilka słów o dwudziestoletniej, okrągłej plastikowej bohaterce piątkowego wieczoru. „Na początku było słowo, a zanim pojawiło się słowo, musiał zabrzmieć dźwięk „a”. To dźwięk, który wydaje nowonarodzone dziecko i pierwsza litera alfabetu. Dobry prosty tytuł dla albumu, mający jednocześnie wiele rozmaitych kontekstów” – tak o pierwszej płycie Arhythmic Perfection w yassowej monografii Sebastiana Reraka opowiada Jerzy Mazzoll. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że album w dalszym ciągu jest dla gdańskiego klarnecisty żywotnym punktem odniesienia, a na koncertach motywy muzyczne z „a” powracają niczym bumerangi, echa, niesforne standardy wciąż na nowo interpretowane. Pomijając wszelkie niedopracowania realizatorskie (dość toporne, choć podobno umyślnie zachowane brzmienie taśmy DAT; lo-fi perfection?), to muzyka z krążka pod względem kompozycyjnym broni się dzisiaj zaskakująco dobrze, a jako materiał wyjściowy do improwizacji sprawdza się wręcz znakomicie.

Grzegorz Pleszyński

Wieczór rozpoczął się z około godzinnym opóźnieniem konferansjerką Mazzolla, która sprowadzała się do dość gorzkiego oświadczenia, że będzie tego wieczoru jedynym muzykiem z oryginalnego składu, który przygotował „a” (co ostatecznie okazało się nieprawdą). Poza tym został zdradzony news optymistyczny – w przyszłym roku dwie pierwsze płyty Arhythmic Perfection mają się ukazać na winylu (moim zdaniem reedycja na cd też by się przydała). Program urodzinowy otworzył Grzegorz Pleszyński przedstawiając na małych blejtramach liczby związane z życiem klarnecisty (miałem nawet przyjemność przeczytać na głos datę poczęcia głównego bohatera!). Po krótkich fanfarach na trąbkę, lejek i przezroczyste rurki, artysta ustąpił miejsca na scenie zespołowi.

Asystą Mazzolla okazało się trio The Love and Beauty Seekers, o średniej wieku prawdopodobnie porównywalnej z Arhythmic Perfection circa 1994 i nie zdziwiłbym się gdyby „a” było dla młodych muzyków materiałem, na którym uczyli się grać. W rezultacie pokręcone kompozycje z „20-latki” zyskały odpowiednio młodzieńczą oprawę. Przyznam, że było dla mnie dużą zagadką w jaki sposób Mazzoll będzie chciał przywołać ducha materiału sprzed dwóch dekad. W zasadzie mógł obrać dwie skrajne drogi: odegrać całość zachowując maksymalną wierność oryginałowi (opcja najnudniejsza i co za tym idzie najmniej prawdopodobna), albo dopuścić się luźnej „wariacji na temat” (opcja, na którą miałem najbardziej nadzieję, niezależnie od rezultatu podobnej strategii). Ostatecznie artysta obrał w pewnym sensie drogę środka.

Mazzoll&band

Zaczęło się wyjątkowo klasycznie. Kwartet odgrywał kolejne utwory z „a” zachowując względną kolejność, a także strukturę poszczególnych kompozycji. Być może dałem ponieść się emocjom wynikającym z sytuacji, jakby nie było, wyjątkowego koncertu, ale muzyka – mimo tak wiernej oryginałowi formy – miała w sobie potężny ładunek siły, brzmiała świeżo i energetycznie. Miałem wrażenie, że słucham materiału nagranego w tym roku, chociaż doskonale znałem każdą kolejną kompozycję. Trzeba przyznać, że Mazzoll na obchody „porcelanowych godów” (serio, tak to funkcjonuje w nazewnictwie) sprytnie dobrał sobie kompanów, wykorzystując ich młodzieńczą werwę. Być może tematy z „a” nie stanowią jakiegoś gigantycznego wyzwania dla instrumentalistów, niemniej jednak Jędrzej Łagodziński, Szymon Gąsiorek i Franciszek Pospieszalski jako sidemani wypadli naprawdę imponująco. Można powiedzieć, że Mazzoll po raz kolejny potwierdził niezwykłą intuicję muzycznego headhuntera. Poprzez zamianę pierwotnej trąbki na saksofon i ograniczenie sekcji rytmicznej do jednego perkusisty, utwory z „a” zyskały bardziej dynamiczny i ostry charakter, który klarnecista ewidentnie starał się podkręcać. Na wysokości „Utworu pt. Fian” do kwartetu dołączyli dwaj, jak zaanonsował ich Mazzoll, „najlepsi klarneciści w Polsce”, czyli Paweł Szamburski i Piotr Mełech, którzy dolali jeszcze trochę benzyny do najbardziej hałaśliwej fragmentu albumu. Od tego momentu goście zaczęli wkraczać na scenę rotacyjnie, a sam program uległ znacznemu rozluźnieniu. W pewnej chwili publiczność Mózgu mogła nawet usłyszeć 3/5 oryginalnego Arhythmic Perfection – w „Pieśni o Smutnym Rumunie” wystąpił nieustannie tego wieczoru dissowany za współpracę z Kazikiem Janusz Zdunek i kontuzjowany Sławek Janicki. Było też „Jah kocha psa” z wokalem Darka Malejonka. Na scenę powracali Szamburski z Mełechem (chociaż pierwszy z nich w pewnym momencie zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach), a całość zaczęła nabierać coraz bardziej happenerski charakter. Wdzierał się tu i ówdzie dekadencko-chuligański chaos, nieprzewidywalność, a absurdalna konferansjerka funkcjonowała na scenie na tych samych prawach, co muzyka, słowem: wskrzeszenie niepokornego ducha yassu. Koncert zwieńczył interesujący duet klarnetowy z Piotrem Mełechem, chyba najbardziej subtelny i wyciszony fragment całego występu. Po wieczorze w Mózgu (i dwa dni wcześniejszym koncercie WIO) przyznać muszę, że w komplementach Mazzolla odnośnie kolegi po fachu nie ma wiele przesady. Powróciła jeszcze na moment melodia „Ojczyzną naszą…” i taką to klamrą 20 lat „a” zostało uczczone.

Mazzoll & Piotr Mełech

Z krytycznego punktu widzenia wydarzenia tematyczne takie jak muzyczne benefisy, czy hołdy dla dokonań sprzed lat są zawsze imprezami podwyższonego ryzyka estetycznego (nudne metafory z odgrzewaniem, starym mięsem itp.). Niemniej z mojej perspektywy nie stało się źle, że Mazzoll powrócił do materiału z „a” i sądzę również, że udało mu się uniknąć przy tej okazji artystycznego faux pas. Muzyk podszedł do zadania ze swego rodzaju poważnym dystansem (tudzież zdystansowaną powagą), mieszając te dwa elementy w wyrównanych proporcjach. Nie zagrał kompozycji z sentymentalną megalomanią, tylko z pasją, nie bawił się specjalnie w postmodernistyczną, potencjalnie pretensjonalną grę z tworzywem, a jedynie podkreślił walory istniejące w samej muzyce, pokazał, że nie zestarzała się aż tak jak sugerowałyby lata i w dalszym ciągu ma potencjał koncertowy (właściwie wypada znacznie lepiej na żywo dzisiaj, niż na nagraniu sprzed lat – skądinąd też live). Zdarzają się sytuacje, kiedy inżynier Mamoń ma rację i to była jedna z nich – bawiłem się w Mózgu doskonale.

Po tego rodzaju powrocie do przeszłości jestem bardzo ciekaw nowego materiału Mazzolla, który podobnie jak album sprzed dwóch dekad zatytułowany jest jednym prostym, lecz znów wymownym i wieloznacznym symbolem „+”. Tylko tym razem mam już nadzieję na „back to the future”.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Kompilacja różnych fragmentów koncertu, ponad 10 minut (uwaga – głośne nagranie):

 

X Mózg Festival – warszawski dzieeeń / otwarcie klubu Mózg Powszechny w Warszawie

Prawe płuco koncertowe Warszawy otrzymało zastrzyk świeżego powietrza.

Elżbieta Jabłońska_instalacja

Po tygodniach zapowiedzi w końcu nadszedł dzień inauguracji działalności bydgoskiego Mózgu w Warszawie. Co prawda można tutaj bardziej mówić o prapremierze, ponieważ pierwszy regularny koncert w siedzibie Mózg Powszechny odbędzie się 12 listopada, jednak to właśnie pierwszy dzień festiwalu mózgowego, na który złożyło się 5 koncertów, najlepiej oddaje rozmach z jakim instytucja wkracza na stołeczną scenę. Program Mózgu na resztę roku to (jak dotąd )około 20 wydarzeń. Prosta arytmetyka wykazuje, że mniej więcej co drugi dzień w siedzibie przy Teatrze Powszechnym będzie się coś działo. To dużo. Z takim muzycznym rogiem obfitości ekipa Mózgu ma szansę zapełnić lukę, jaka powstała w Warszawie po zamknięciu nieodżałowanego Powiększenia. Mózg Powszechny ma realny potencjał by stać się silną konkurencją dla takich miejsc jak Pardon To Tu, a wraz z rozkręcającym się Dwa Osiem tworzy na Pradze kolejne (po 11 listopada) interesujące „zagłębie klubowe”.

Jest to jednak sytuacja bezprecedensowa, w której klub z innego miasta przeprowadza „desant” z podniesioną banderą na stołeczną scenę. Mózg przez dwie dekady działalności wypracował szalenie charakterystyczną markę, a także był jedną z głównych aren tzw. yassowej rewolucji. Wydarzeniem znamiennym jest zorganizowanie w Mózgu Powszechnym 19 grudnia dwudziestej rocznicy albumu „A” Jerzego Mazzolla i Arhythmic Perfection, dla niektórych wydawnictwa dzisiaj absolutnie kultowego. Klub Sławka Janickiego w dużej mierze ma już swoją publiczność, która od dawna nie ograniczała się tylko do Bydgoszczy. W tym kontekście dwuczłonowa nazwa nowej, praskiej siedziby nabiera symbolicznego znaczenia.

20141106_193701

Festiwal 6 listopada odbył się jeszcze w gmachu Teatru Powszechnego, a dokładnie na Scenie Małej. Początkowo frekwencja pozostawiała wiele do życzenia, a publiczność zbierała się dość powoli. Na dobrą sprawę festiwal rozpoczął się jeszcze przed siedzibą teatru instalacjami Elżbiety Jabłońskiej (1 zdjęcie) i Grzegorza Pleszyńskiego (2 zdjęcie). Trzeba było wykazać się sporą spostrzegawczością żeby rozpoznać co jest czym, ponieważ nigdzie organizatorzy nie zamieścili podobnej wskazówki. Niemniej był to kontrapunkt dla koncertów, dający jasny przekaz, że Mózg nie będzie zorientowany tylko na muzykę. Dalej było już pierwszeństwo dźwięku i tutaj też będzie.

 

Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki i Qba Janicki

Janicki_Mazzoll_Janicki

Czyli duet rodzinno-dyrektorski + artysta z Mózgiem związany od początków swej kariery. Był to już trzeci raz kiedy miałem okazję zobaczyć trio na żywo i muszę przyznać, że z zadowoleniem przyjąłem kierunek jego ewolucji. Muzycy rozpoczęli bez zbędnych ceregieli mocnym, rytmicznym groovem perkusji i zakręconą intensywną grą kontrabasu, na których tle Jerzy Mazzoll budował improwizację na klarnetach. Była to gra bardzo energetyczna, niemająca zbyt wiele wspólnego z jedynym wydawnictwem płytowym tria, wyciszonym i kontemplacyjnym „Minimalover”. Tym razem momenty ciche niosły dużo paranoicznego napięcia. Muzyka improwizowana wymykająca się sztywnym kategoriom stylistycznym, przypominała oderwane od siebie strumienie świadomości, które jakimś cudem zgrywały się i brzmiały jako całość. Na pierwszy plan wysuwała się bardzo twarda, mocna gra Qby Janickiego, która właściwie ustawiła dalszy ciąg występu. Trzeba dodać, że sporą część setu wypełniły wokalne, improwizowane historyjki Mazzolla (zdaje się, że dotyczące obrzezania, kastracji itp.). Ten element często pojawiający się u klarnecisty na koncertach nadał całości nieco surrealistyczny wymiar, jeszcze bardziej oddalając muzykę tria od grania idiomatycznego (chyba, że mówimy o idiomie yassowym). Ciekawe, odświeżające granie, chociaż czasami muzycy sprawiali wrażenie jakby do końca nie wiedzieli dokąd właściwie zmierzają. Mimo wszystko było to przyjemne dla ucha błądzenie. Najbardziej energetyczny występ wieczoru.

 

Michael Lytle & Eyal Maoz

Michael Lytle & Eyal Maoz

Duet na klarnet basowy i gitarę elektryczną wprost z Nowego Jorku. Można powiedzieć, że skala futurystycznego brzmienia Lytle’a i Maoza  była wprost proporcjonalna do wieku artystów. Do tej pory na żywo żadnego z nich nie słyszałem i muszę przyznać, że występ zrobił na mnie raczej pozytywne wrażenie, a szczególnie jego druga połowa, w której przekrzykiwanie się instrumentów zastąpiło wsłuchiwanie się we wzajemną grę. Był to koncert pełen głośnych erupcji. Klarnet basowy Lytle’a był podłączony do kilku efektów, z których muzyk ochoczo korzystał nadając naturalnej barwie instrumentu filtry noise’owych pomruków, przeszywające fale dźwięku, kosmiczne drone’y itd. Czasami miałem wrażenie, że obfite wykorzystanie efektów specjalnych przykrywa brak pomysłu na dalszy rozwój wypadków, jednak im dłużej się duetu słuchało tym bardziej czytelny stawał się muzyczny język nowojorczyków. Zatem można było zarówno pozwolić nieść się intensywności brzmienia, jak i próbować rozszyfrowywać soniczny zgiełk – każda z opcji była do pewnego stopnia atrakcyjna. Też za zaletę uznałbym możliwość takiego wyboru pozostawioną słuchaczowi, co nie zawsze się zdarza. Awangardowa propozycja, choć nie tak bardzo nieprzystępna jak mogłoby się początkowo wydawać. Z pewnością najbardziej głośna i eksperymentalna część wieczoru.

 

Sylvie Courvoisier & Mark Feldman

Sylvie Courvoisier & Mark Feldman

Kolejny duet to znów koncert z cyklu „rodzina na scenie”, lecz tym razem małżeństwo. Mark Feldman i Sylvie Courvoisier to artyści występujący już w bydgoskim mateczniku Mózgu, lecz wedle słów dyrektora Janickiego nigdy nie spotkali się tam na jednej scenie. Nie pamiętam kiedy ostatnio słuchałem na żywo duetu na skrzypce i fortepian, więc byłem bardzo ciekaw cóż wyniknie ze współpracy muzyków związanych podwójną, zawodowo-prywatną relacją. Występ otworzyła kompozycja Courvoisier, w części środkowej publiczność mogła posłuchać muzyki Johna Zorna napisanej dla Masady, natomiast na zakończenie wybrzmiał utwór Feldmana. Koncert był płynną kontynuacją prezentacji nowojorskiej sceny, a jednocześnie silnie kontrastując z występem poprzednim, dawał poczucie różnorodności. Porozumienie sceniczne małżeństwa oceniłbym jako wzorowe, chociaż zwykle wydawało się, że to Feldman odgrywa rolę dominującą (być może przez fakt, że to on miał partytury, a Courvoisier musiała bardziej polegać na pamięci/improwizacji). Koncert miał zarówno przyjazne, harmonijne oblicze, jak i twarz bardziej odważną, otwartą na eksperyment, lecz w porównaniu z Lytle’m i Maozem, muzyka duetu okazała się dużo przyjaźniejsza w odbiorze, a co za tym idzie trochę mniej zaskakująca. Feldman i Couvoisier pozostawiliby we mnie niezachwianie pozytywne wrażenie, gdyby nie ustawili siebie w roli headlinera i nie przeciągnęli występu o dodatkowe, ponadprogramowe pół godziny. W perspektywie szalenie napiętego grafiku, jak i siły rażenia duetu (polegającej raczej na subtelności) postrzegam to rozciągnięcie jako absolutnie niepotrzebne. Podczas występu Sala Mała osiągnęła imponujący szczyt frekwencyjny (niemalże wszystkie miejsca były zajęte), który później systematycznie topniał.

 

Tirvyious Wagon (Chmara/Janicki/Pospieszalski/Sroczyński + Jacewicz)

Tirvyous Wagon

Czytaj: tir wiózł wagon. Najmłodszy skład jaki wystąpił na festiwalu, na dodatek zespół bazujący na połączeniu muzyki i obrazu. Ciekawą cechą dystynktywną Wagonu jest to, że każdy z muzyków operuje zarówno klasycznym instrumentarium, jak i elektroniką we właściwie nieograniczonym stopniu. Muzyka kwartetu była bardzo powoli rozwijającą się improwizacją, która miała charakter silnie demokratyczny. Dźwięki poszczególnych instrumentów wynurzały się z ambientowego tła, by znów zostać przemielone i zdekonstruowane przez elektroniczną aparaturę. Występ miał strukturę linearną – zespół miarowo zwiększał intensywność brzmienia zmierzając do ostatecznego przesilenia, jednocześnie nieustannie przemycane były drobne akustyczne niespodzianki. Dzięki temu Wagonowi (?) udało się osiągnąć mocno psychodeliczny klimat, który podkręcały dodatkowo kosmiczne wizualizacje Karoliny Jacewicz. Muzyka miała bardzo procesualny, a zarazem ilustracyjny charakter. Kilkakrotnie miałem wrażenie, że muzycy nie mają pojęcia co wydarzy się za chwilę, co przekładało się na mniej lub bardziej ciekawe rezultaty. Na niekorzyść odbioru występu wpłynęło przeciągnięcie go o kolejne 10-15 minut, które nastąpiły po wyciszeniu wprost idealnie nadającym się na zakończenie. Podczas tych ostatnich minut wydawało mi się, że muzycy już nie mają pomysłów co dalej grać, a na twarzach części składu można było wręcz dopatrzeć się zniechęcenia. Mimo wszystko był to koncert ciekawy, a projekt zdecydowanie ma potencjał i pomysły, które przy odrobinie zaangażowania i pracy mogą zaowocować treścią jeszcze bardziej frapującą. Muzyka najlepiej brzmiała w momentach potężnych, takich jak w filmiku na końcu tekstu. Tirvyious Wagon otrzymują statuetkę w kategorii występ psychoaktywny.

 

Sylvie Courvoisier, Mark Feldman, Jerzy Mazzoll, Sławek Janicki, Qba Janicki

Janicki_Feldman_Courvoisier_Mazzoll_Janicki

Fuzja, której po występach oddzielnych składów byłem niezmiernie ciekaw okazała się chyba najbardziej satysfakcjonującą częścią programu koncertowego. Mazzoll i Janiccy otwierając wieczór zaprezentowali muzykę stosunkowo niepokorną, którą ciężko mi było sobie wyobrazić wraz z poukładanym duetem na skrzypce i fortepian. Ostatecznie obie frakcje podeszły do spotkania na scenie z dużą dozą solistycznej pokory i otwartości na poszczególne ogniwa zespołu, co dało solidny, nieprzewidywalny rezultat. Kwintet podzieliłbym na dwa skrzydła: jedno harmoniczno-kolorystyczne, czyli Sławek Janicki i Courvoisier, drugie Mazzoll i Feldman, których instrumenty wchodziły w bardzo udane dialogi, bądź przekrzykiwania. Wszystko na tle pewnej, stabilnej i mocnej perkusji i subtelnej elektroniki najbardziej zapracowanego tego wieczoru Qby Janickiego. Wydawało się, że spotkanie dwóch składów wpłynęło pozytywnie na kreatywność każdego z nich, a szukanie wspólnego mianownika z odmiennych artystycznych perspektyw stymulowało muzyków do poszerzenia możliwości własnych środków wyrazu. Dzięki temu właściwie każdy z muzyków brzmiał ciekawiej niż w pierwszej odsłonie. Szczególnie było to wyraźne w przypadku Mazzolla, który w pierwszym secie sprawiał wrażenie trochę rozdartego między instrumentem a wokalem i niekiedy wydawał się przytłoczony groove’m Janickich. W kwintecie muzyk ograniczył się tylko do klarnetów, z którymi odnajdywał się w zespole znakomicie, nieraz w sposób naturalny determinując brzmienie całości. Koncert skończył się po 2 w nocy, ale na pewno nie żałuję, że wytrwałem. Na performance Grzegorza Pleszyńskiego i set Jae Ho Youn już nie starczyło czasu i energii.

 

Niestety finał koncertowej części warszawskiego dnia festiwalu rozpoczął się z niemal półtoragodzinnym opóźnieniem i obejrzeli go już tylko nieliczni. Tutaj pojawia się problem generalny – organizowanie imprezy taki intensywnej i długiej w środku tygodnia od samego początku było mocno ryzykowne. Tyczy się to również kolejnych wydarzeń zaplanowanych przez Mózg do końca roku, które często zaczynają się o 22 (czyli w praktyce jeszcze później). Myślę, że klub powinien zacieśnić współpracę z pobliskim Dwa Osiem w przypadkach, kiedy tego samego dnia są koncerty w obu lokalach. Przykład Powiększenia i Cafe Kulturalnej pokazuje, że niekoniecznie trzeba o publiczność w takich sytuacjach walczyć, tylko umożliwić jej uczestnictwo w dwóch wydarzeniach. Być może byłoby to remedium na późne godziny koncertów. Z pewnością korzystnie na dostępność klubu wpłynie też otwarcie drugiej linii metra, które podobno nastąpi „już” w grudniu. Nowe inicjatywy takie jak Mózg Powszechny, czy Dwa Osiem są realną szansą na to, że praska strona Wisły zyska nowe życie (które to już z kolei?), a zarazem wprowadzają pozytywny ferment na warszawskiej scenie koncertowej, poszerzając jej konstelację. Pytanie tylko czy ekipie Mózgu uda się kontynuować mordercze tempo, jakie narzuciła sobie na pierwsze tygodnie działania. Tak czy inaczej trzymam kciuki, bo tylu koncertów w Warszawie co tej jesieni nie było od bardzo dawna. Dzięki!

Krzysztof Wójcik