Drake, Parker, Dikeman / relacja aseksualna

Częstokroć wychodząc z Pardon To Tu zdaje mi się, że zamiast osiedla z wielkiej płyty zobaczę nowojorskie, bądź chicagowskie wysokościowce. Jeśli chodzi o program artystyczny, to Pardon stanowi obecnie w Warszawie samotną ostoję, wyobcowany róg koncertowej obfitości, serwujący dania z całego świata w wykonaniu mistrzów z najwyższej półki. Po niezwykle intensywnych dwóch wieczorach skandynawskich przyszedł czas na muzyków od dawna przeze mnie wyczekiwanych, którzy wraz z wczorajszym wieczorem dołączyli do istnego „panteonu gwiazd” stołecznego klubu. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że na pl. Grzybowski 12/16 ściągną tłumy, a nazwiska artystów przyciągną je niczym muchy do lepu. W roli much wystąpiła spora garstka warszawskiej socjety. Z przyjemnością jedną z much był również niżej podpisany.

Nazwisko „Parker” jest w świecie jazzu tak popularne jak dajmy na to „Eriksson” w Skandynawii. W ilości Parkerów niekiedy ciężko jest się połapać, lecz z pewnością Williama Parkera można zaliczyć do wielkiej trójki reprezentantów tego nazwiska. Z kimże to William Parker nie grał? Brotzmann, Cecil Taylor, Charles Gayle, Roscoe Mitchell, John Zorn… Przedstawianie tego kontrabasisty w trzech zdaniach, biorąc pod uwagę jego wkład w rozwój jazzu ostatnich trzech dekad, zakrawa wręcz na banał. Wniosek: jeśli nie wiesz czytelniku kim jest William Parker, to po pierwsze – lepiej się do tego nie przyznawaj, po drugie – czym prędzej nadrób zaległości.

Hamid Drake w Chicago ma z pewnością podobny status jak Parker w Nowym Jorku. Są to z muzycy, którzy bez wątpienia w dużej mierze świadczą o wyjątkowości tych dwóch największych amerykańskich jazzowych centrów. Dla polskiego słuchacza Drake nie powinien być perkusistą anonimowym chociażby z racji swego udziału na ostatniej, znakomitej płycie Hery „Seven Lines” i występu na Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012.

Jako dopełnienie tego rytmicznego dream teamu wystąpił John Dikeman, który co prawda metrykalnie mógłby być synem Parkera, bądź Drake’a, jednak swoimi umiejętnościami i entuzjazmem usilnie starał się zatrzeć różnicę wieku i doświadczenia. Zanim przejdę jednak do bezpośredniej relacji zapraszam na dygresję.

Z pewnością nurtuje czytelnika drugi człon tytułu niniejszego tekstu: dlaczego aseksualna? Otóż ostatnio spotkałem się z ciekawą teorią, którą przedłożył krytyk artystyczny Iwo Zmyślony. Sugerował on, że teksty recenzenckie publikowane w mediach niszowych, czy też tzw. blogosferze, unikają merytorycznego zacięcia, a mizdrzą się do czytelnika retorycznymi zagrywkami, próbują być – no właśnie – „seksowne”. Przeglądając muzyczne media internetowe trudno oprzeć się podobnej konstatacji. Biję się w piersi – podobne próby frywolnego, kuszącego dziennikarstwa nie są mi obce, jednak niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie próbował czytelnika uwieść. Jest to poniekąd wpisane w „profesję” – gdybym chciał przekazać w słowach jedynie suche informacje, to równie dobrze mógłbym pisać relację wzorami matematycznymi. Byłoby to interesujące, ale może mniej hmm… przyjemne?

Teksty o muzyce improwizowanej, a w szczególności o muzyce jazzowej, noszą jeszcze jedno piętno niepohamowanej seksualności. Przypuszczam, że wynika ona ze ściśle fizycznego aktu występów scenicznych, wszak teoria mówiąca o improwizacji jako o muzycznym odpowiedniku stosunku seksualnego jest powszechnie znana. Mam jednak na myśli ewidentnie quasi-erotyczny, pełen podniecenia język, który występuje w relacjach z jazzowych koncertów. Z pewnością wiecie o co chodzi: „wzajemny, intymny dialog artystów nieuchronnie zmierzał do wybuchu, erupcji”, „powoli, acz konsekwentnie zwiększał tępo ekstatycznymi frazami, pełnymi wewnętrznego napięcia”, „dęciak rozgrzany do czerwoności, zlany potem, parł na przód” – koloryzuję, ale podobne kawałki są dość powszechne (i znów biję się w piersi, choć zwykle staram się zachować przyzwoitość). Oczywiście podnoszę tym samym problem niezwykle szeroki, jakim jest forma werbalizacji doświadczenia muzycznego. Nie mam złudzeń, że jestem w stanie temat wyczerpać – na pewno nie w tym wpisie. Pragnę jednak zwrócić uwagę na czysto estetyczną zależność – relacje z muzyką niejednokrotnie opisuje się językiem przesadnie zmysłowym. Ciekawskich odsyłam do książeczki Peter’ów Claytona i Gammonda pt. „Jazz, jak blefować z głową?”, w której to autorzy kreślą jednoznaczne paralele pomiędzy seksem a jazzem, sięgając do samego źródła – Nowego Orleanu.  Koniec dygresji.

Muzyka Drake’a, Parkera i Dikemana miała w sobie również spory pierwiastek uwodzicielski, choć z pewnością – przynajmniej sekcji rytmicznej – nie można zarzucić w tej kwestii wyrachowania. Być może Dikeman nazbyt chciał zaistnieć w legendarnej konfiguracji, czego za złe brać mu nie wolno, ale jego ekspresja sceniczna nie zawsze przekładała się na wymierną jakość, bądź oryginalność saksofonowych partii. Niemniej nie można Dikemanowi odmówić żywiołowości (koszulka z napisem „-36,6 °C” w kontekście mikroklimatu PTT miała podwójnie przewrotny charakter), jak również łatwości do konstruowania okazjonalnych groove’ów. Z kolei Parker i Drake sprawiali wrażenie muzyków niesłychanie wyluzowanych i spontanicznych. Patrząc na sekcję rytmiczną widać było, że swobodne poruszanie się w muzycznych strukturach przychodzi artystom z równą łatwością co oddychanie. Partie solowe wygrywane przez Drake’a i Parkera, biorąc pod uwagę skalę ich talentu jako instrumentalistów, były wyjątkowo proste, nieprzekombinowane i niejednokrotnie bazowały na powtarzalnych, charakterystycznych motywach. Trio świetnie sprawdzało się w momencie, kiedy Parker brał na siebie ciężar melodyczny, a pozostała dwójka odlatywała w stronę improwizacji. Równie interesująco prezentowały się sekwencje, podczas których kontrabasista posługując się smykiem wytwarzał różnego rodzaju piski, bądź jęki, akompaniując sobie delikatnym nuceniem. Ogólnie rzecz biorąc pierwsza część występu pozostawiła we mnie pozytywne emocje, chociaż wydawać by się mogło, że koncert takiego składu powinien „powalić”, czy wręcz zrewidować postrzeganie muzyki improwizowanej. Podobnych skrajnych doświadczeń nie zaznałem, ale samo słuchanie „wielkich mistrzów” przyniosło mi wystarczająco dużo przyjemności.

W kontekście wtorkowego występu można w zasadzie mówić o dwóch koncertach. Po zakończeniu pierwszej stricte jazzowej części programu, Parker i Drake zasiedli na krzesłach, dzierżąc kolejno flet shakuhachi i bęben ramowy. Brzmienie, które w ten sposób udało się muzykom uzyskać jednoznacznie skojarzyło mi się ze znakomitą płytą Dona Cherry’ego „Brown Rice”, na której to amerykański trębacz stworzył muzykę niezwykle transową, wręcz mistyczną, silnie czerpiącą z tradycji etnicznych (skojarzenie prawomocne – Drake zaliczył muzyczny epizod z Cherry’m). Głęboki tembr głosu Drake’a, hipnotyczny rytm wygrywany na bębnie doskonale zgrywał się z charakterystycznym fletem Parkera, a nad wszystkim unosił się saksofon Dikemana, trochę z boku, niekiedy na doczepkę. Druga twarz, którą trio w ten sposób pokazało, początkowo wprowadziła mnie w lekką konsternację, jednak była w tej muzyce pewna nieuchwytna autentyczność, która dość szybko zaczęła mnie sobie zjednywać. Wspólny śpiew Drake’a i Parkera stanowił dla mnie doskonałe zwieńczenie wieczoru i bardzo się cieszę, że wyszedłem z klubu przed bisem, w którym trio powróciło podobno do tradycyjnej formuły z pierwszej części koncertu.

Zatem Pardon To Tu zaprezentowało kolejnych ikonicznych artystów współczesnego jazzu, za co należą się brawa, jednak polemizowałbym w kwestii czy przełożyło się to na wiekopomne doświadczenie koncertowe. Niemniej – było dobrze, a momentami nawet bardzo i gdybym miał ponownie sposobność wybrać się na koncert drużyny Drake, Parker, Dikeman, to poszedłbym na niego bez chwili wahania.

Krzysztof Wójcik

Reklamy