Marc Ribot Trio w Pardon To Tu

Marc Ribot Trio_Plakat

Z pewnością był to jeden z najbardziej obleganych koncertów w historii warszawskiego klubu. W pewnym momencie oczekujący na wejście do Pardon To Tu sięgali prawie ulicy Twardej. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że Marc Ribot cieszy się w Polsce aż taką popularnością (budujące rozczarowanie). W stronę imponującej kolejki do klubu łypali z zaciekawieniem nawet młodzi, zaszalikowani patrioci, którzy całe szczęście przeszli dalej swoim dziarskim, patriotycznym krokiem świętować 11.11 na swój własny, patriotyczny sposób. Tak czy inaczej bilety na święto muzyczne i tak zostały już dawno wyprzedane. A Pardon To Tu w porównaniu z miastem znakomicie radzi sobie z dyscyplinowaniem podekscytowanego tłumu.

Kłopotliwa sytuacja. Swego czasu należałem do wyznawców talentu Marca Ribota i łykałem wszystko, co tylko wypuścił spod sześciu strun. Nawet jeśli dzisiaj nabrałem zdrowego dystansu do muzyki nowojorczyka, to gdy dowiedziałem się o występie gitarzysty w Warszawie mój stan miał znamiona lekkiej euforii. Chociaż tegoroczna, koncertowa płyta tria z Chadem Taylorem i Henry’m Grimes’em nie wywołała we mnie aż takich pozytywnych emocji jak w środowisku jazzowej krytyki, to i tak nie wyobrażałem sobie własnej absencji na koncercie.

Henry Grimes

Dopiero w momencie gdy zobaczyłem Henry’ego Grimes’a na żywo zdałem sobie sprawę, że jest on już szacownym, blisko 80-letnim panem. Kontrabasista w swej karierze grał z największymi (odsyłam do wikipedii, nie będzie tu litanii nazwisk) i choć podczas pardonowego koncertu potrzebował drobnej asysty przy zmianach instrumentów, to i tak udowodnił, że zagranie 2 godzinnego koncertu nie stanowi dla niego większego problemu. Warto zaznaczyć, że występ Marc Ribot Trio był spotkaniem na jednej scenie właściwie 3 pokoleń improwizatorów, którzy jakimś cudem byli w stanie odnaleźć wspólny muzyczny język. Jaki to był język we wtorkowy wieczór?

Spośród aktualnych projektów Ribota trio, które zagrało w Warszawie jest chyba zespołem o najbardziej hermetycznej estetyce. Paradoksalnie tą estetyką jest z definicji otwarty na eksperyment i poszerzanie granic formalnych free jazz lat 60. Oczywiście fakt, że pierwotnie powstałe na saksofon kompozycje Ribot prezentuje w swoim charakterystycznym gitarowym stylu, stanowi ciekawe przełamanie, pytanie tylko czy gitarzysty nie stać na coś więcej? Odpowiem od razu: z pewnością stać, chociaż niekoniecznie w tym projekcie. Podczas koncertu w Pardonie miałem wrażenie, że słucham bardziej muzycznego hołdu dla mistrzów Ribota i Taylora, a dawnych kolegów Grimes’a, niż rzeczywiście jakiejś świeżej propozycji na miarę talentu gitarzysty. W występach „tribute to…” nie ma właściwie nic złego – szczególnie jeśli są zagrane na tak fantastycznym poziomie – jednak mimo wszystko nie mogę się pozbyć minimalnego poczucia niedosytu, którego nie ugasił blisko 2 godzinny set z naprawdę świetnymi momentami.

Marc Ribot Trio

Gra tria mniej więcej do połowy koncertu utrzymywała ciekawą, wzrastającą dramaturgię: zespół konsekwentnie prezentował materiał z tegorocznej płyty utrzymując przyjemny groove i nie tracąc czasu na przerwy w grze płynnie nurkował w kolejne improwizacje. Niestety solowe popisy muzyków wieńczyły nieznośne wrzaski i oklaski, zagłuszające ciche, instrumentalne przejścia (najbardziej kuriozalne były jednostkowe erupcje entuzjazmu, których nikt nie kontynuował) – cóż, proza jazzowego spektaklu. Szczerze mówiąc zamiast zakazu fotografowania, na niektórych koncertach kluby powinny wprowadzać zakaz klaskania. Motorem napędowym składu był Chad Taylor, który jednocześnie stanowił ogniwo łączące miarową, dość minimalistyczną i stosunkowo mało ekspresyjną, bardziej koloryzującą grę Grimes’a z riffami Ribota i podszytymi bluesem solówkami. Z mojej perspektywy najciekawsze były momenty, w których kontrabasista sięgał po skrzypce, a gitara ograniczała się do wyciszonej, rytmicznej pracy, po to żeby nagle uderzyć znienacka agresywną, ekstatyczną zagrywką. Trochę zabrakło mi w grze Ribota operowania dysonansami i emblematycznej dla niego kakofonii porwanych motywów, pozytywnie upośledzonej gitary, hałasu… – w Pardonie artysta brzmiał stosunkowo klasycznie, raczej profesjonalnie i poukładanie niż frywolnie. Muzycy sprawiali wrażenie jakby mogli ciągnąć koncert w nieskończoność i niestety druga połowa występu oparta na wyciszeniach i nagłych atakach gitary w pewnym momencie stawała się przewidywalna i trochę schematyczna. W tym kontekście nawet jednoznacznie bluesowy bis był przyjemnym odświeżeniem. Ogólnie wydaje mi się, że muzykę tria w większym stopniu determinowała free jazzowa przeszłość Grimes’a niż eklektyczna, zwariowana kariera Ribota i to właśnie kontrabasista powinien być nominalnym liderem zespołu.

Marc Ribot

Chociaż w niniejszej relacji dominuje ton umiarkowanego narzekania, to wieczór w Pardon To Tu mimo wszystko zaliczam do udanych, a w dodatku pouczających. Nie zawsze wielcy muzycy muszą grać wielkie koncerty – nawet jeśli już przyjadą do Polski, która jak powszechnie wiadomo (i co słychać było na widowni) ma „najlepszych kibiców na świecie”. Jestem przekonany, że gdyby podobny występ zagrało jakieś anonimowe trio reakcje nie byłyby aż tak entuzjastyczne. Dla mnie Marc Ribot nie jest postacią anonimową i właśnie dlatego oczekiwania miałem większe. Niemniej jednak z całą pewnością nie żałuję tych dwóch godzin i liczę, że gitarzysta jeszcze wróci do Pardon To Tu. Po królewskim przyjęciu jakie zgotował mu klub i publiczność nie mam wątpliwości, że tak właśnie będzie. Tylko może następnym razem z tym projektem?

 

Krzysztof Wójcik

Reklamy