Heroin in Tahiti – „Sun and Violence” // czyli „z ziemi włoskiej do Polski”

Heroin in Tahiti - Sun and Violence

Większości osób (szczególnie tym piszącym o muzyce, ale też słuchaczom-szperaczom) znany jest stan „radosnego podniecenia”, który towarzyszy odkryciom niespodziewanym i powalającym. Rozłożeniu na łopatki wtóruje wówczas podobny ciąg myślowy: 1) „ależ TO jest dobre…”; 2) „jakim cudem natrafiam na TO dopiero teraz?!”; 3) „dawno tak nie miałem…”. Wszystko puentuje niema wdzięczność skierowana w stronę losu/internetu/kogokolwiek, i wiara, że fascynująca muzyka, o której nie mieliśmy dotąd w ogóle pojęcia, ciągle czai się „gdzieś tam”, jak mawiał Fox Mulder.

Ten oto „syndrom RP” (radosnego podniecenia, nie Rzeczpospolitej) dotknął mnie w dniu wczorajszym. A nawet nie dotknął – powalił ciosem potężnym i dojmującym, godnym Rocky’ego Balboa (Balboi?), „Włoskiego Ogiera”. Koincydencja nader znamienna, bo właśnie o Włochach będzie tutaj mowa. Przedstawiam Państwu duet Heroin in Tahiti, z dużą dozą prawdopodobieństwa Wasz nowy ulubiony zespół z Półwyspu Apenińskiego.

Psychodelia typowa dla muzyki niemieckiej lat 60/70, eksperymenty w warstwie elektronicznej, producenckiej i sąsiadujący z nimi folk, pochodzący i zakorzeniony w autentycznych nagraniach antropologów z połowy XX wieku (Alan Lomax, Diego Carpitella). Hipnotyczny drone, transowy bit, raz elektroniczny, raz akustyczny, zagrany, samplowany. Do tego wyrastające to tu, to tam melodie gitarowe, niczym wyciągnięte wprost z jakiegoś niepublikowanego wcześniej soundtracku Ennio Morricone do spaghetti westernu. Pierwiastek szamański, ezoteryczny jest w tej muzyce bardzo silny, a jeszcze mocniej wyjaskrawia go wykorzystanie nagrań audio dokumentujących tarantyzm, obrządek specyficzny dla południowych Włoch, którego narodziny przypadają (mniej więcej) na wiek X, ale odnotowywany bywał jeszcze w latach 60. XX w. w mniejszych wioskach na prowincji (i stąd nagrania umiejętnie wplatane w muzyczną tkankę).

Dźwięki Heroin in Tahiti mają w sobie ogromny ładunek mroku i tajemnicy, czających się w kolejnych minutach albumu i wciągających bez reszty. Muzyka o charakterze quasi rytualnym, lecz silnie zniuansowana, pozbawiona krztyny monotonii, choć w pewnym sensie monotonią się bawiąca. Płyta zrealizowana z niesłychanym pietyzmem i wyobraźnią na płaszczyźnie zarówno brzmienia, jak i konceptu, które sytuują grupę w retro-futurystycznym bezczasie w sposób spektakularnie inteligentny. Mimo że całość trwa blisko 70 minut, spoglądanie na zegarek podczas odsłuchu nie grozi – zaręczam.

Być może czar rzymskiego duetu jest jeszcze zbyt wielki, bym umiał zupełnie na chłodno poddać recenzenckiej analizie i interpretacji album „Sun and Violence„, ale szczerze mówiąc nie ma to dla mnie w tym momencie większego znaczenia. Brak analitycznego chłodu zaświadcza w tym przypadku jedynie o sile oddziaływania samej muzyki. Zresztą podobno „tarantysta wracał do normalnego stanu po kilku dniach frenetycznego tańca do specjalnie dobranej muzyki”.

Piszę ten tekst głównie z pobudek popularyzatorskich, gdyż pobieżny przegląd polskiej sieci wykazał, że Heroin in Tahiti nie funkcjonuje w świadomości słuchaczy nadwiślańskich, a ulotna notka na FB nie załatwiłaby tutaj sprawy. Skoro już udało mi się wykonać „lucky click” na bandcampie, to będę propagował. Siła tego materiału nie pozostawiła mi właściwie innego wyboru niż „przenieść” tę muzykę „z ziemi włoskiej do Polski”, zadziałał instynkt recenzenta, „syndrom RP” – jak zwał, tak zwał. Tym bardziej, że stosunkowo podobna estetyka, acz o własnej specyfice regionalnej (mam tu na myśli scenę z kręgu Milieu L’Acéphale) jest już od kilku lat przyjmowana entuzjastycznie. A jak to robią Włosi? Inaczej, po swojemu, ale efekt jest porażający i ciężki do zbagatelizowania. Życzę udanego seansu.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy