Warsaw Improvisers Orchestra w Chmurach // How How w Dwa Osiem

Mówiąc krótko praski weekend. A w najbliższym czasie podobnych wypadów na prawą stronę Wisły będzie z całą pewnością jeszcze więcej (klik).

20141026_215354_kopia

O Warsaw Improvisers Orchestra, co prawda już pisałem, jednak biorąc pod uwagę otwarty, naturalnie ewoluujący charakter projektu kolejna „wzmianka” nie jest bynajmniej pisaniem o tej samej muzyce. Zmienny skład podczas każdego ze spotkań Warszawskiej Orkiestry Improwizatorów, to jedna z cech, które czynią z cyklu do pewnego stopnia nieustanną niewiadomą. Comiesięczne występy muzyków pod wodzą Raya Dickaty’ego można poniekąd nazwać przeglądem niezależnej stołecznej sceny jazzowej. Koncerty WIO są dobrą okazją do zaobserwowania interesującego przekroju środowiska i jego artystycznej wymiany – zdaje mi się, że właśnie tutaj należy szukać największych zasług tej inicjatywy.

W porównaniu z sierpniową odsłoną na scenie (nie licząc dyrygentów) pojawił się zaledwie jeden ten sam muzyk. Zmiana z „dyrygenta” na „dyrygentów” była formalną niespodzianką wieczoru – pierwszy set poprowadził Dominik Mokrzewski, natomiast finał tradycyjnie rozegrał się „pod batutą” Raya Dickaty. Muszę przyznać, że był to ciekawy eksperyment, ponieważ muzyka w obu odsłonach prezentowała się zdecydowanie inaczej. Set Mokrzewskiego miał w sobie więcej przypadkowości, czy też kontrolowanego chaosu. Być może jednak moja percepcja uległa takiemu ukierunkowaniu przez surrealistyczny freestyle Marcina Gokieli („trzy krowy, kolorowe wstążki, każdą z tych krów byłem ja” itd.), który dość mocno zdominował pierwszą część wieczoru. W odróżnieniu od Dickaty’ego, Mokrzewski zaproponował budowanie improwizacji z mniejszych elementów, na które składały się pojedyncze partie solowe, do których następni muzycy proponowali kontrapunkt. Nie wiem jak długo trwały próby przed występem, ale odniosłem wrażenie, że momentami artyści nie do końca odnajdywali się w zaistniałej formule. Czasem ta dezorientacja dawała interesujące rezultaty (dynamika, nieprzewidywalność, przypadkowość niektórych zagrań), innym razem muzyka rozmywała się w chmurach niejasności, potęgowanych przez „creepy” wokalizy Gokielego. Efekt nazwałbym eksperymentalnym.

20141026_210926_kopia

Druga część występu prowadzona przez Dickaty’ego miała charakter bardziej uporządkowany, co było bez wątpienia efektem precyzyjnej i konsekwentnej dyrygentury. Tym razem angielski muzyk występował tylko w charakterze głównodowodzącego i nie sięgnął po saksofon, co szczerze mówiąc przyjąłem z lekkim rozczarowaniem. Improwizacja była budowana sekcjami, z których niekiedy wyłaniali się soliści, z których wyróżniłbym klarnecistę Piotra Mełecha (solo i w dialogu z Darią Wolicką na flecie) oraz trębacza Olgierda Dokalskiego. Korzystnie odebrałem też ograniczenie wokalu do sonorystycznych zabaw, które Gokielemu wychodziły najlepiej w duecie z chropowatym saksofonem barytonowym Natana Kryszka. Samodzielną perkusję Michała Kasperka dobrze uzupełniała delikatnie noise’owa elektronika, chociaż wydaje mi się, że muzycy mogli trochę bardziej niuansować interakcję na tej linii. Zabrakło mi również większego wykorzystania gitar (elektrycznej i basowej), którym zostało przydzielone raczej zapełnianie tła. Bez wątpienia jednym z ciekawszych fragmentów wieczoru było użycie pozytywkowej lalki i konstruowanie muzyki w kontekście psychodelicznej, kołysankowej melodyjki, która na dodatek w pewnym momencie uległa (zdaje się niechcący) zapętleniu. Im bliżej finału, tym brzmienie całości stawało się coraz bardziej potężne i manipulacje jego natężeniem, czy rozmieszczeniem w obrębie ponad 10-osobowego składu stanowiło główne narzędzie Dickaty’ego, którym manipulował umiejętnie, niestroniąc od eksperymentów.

20141026_212649_kopia    20141026_213751_kopia

Zestawienie dwóch stylów kompozytorskich korzystnie wpłynęło na urozmaicenie formuły orkiestry. I chociaż tym razem większe wrażenie zrobiła na mnie część druga, to patrząc perspektywicznie okazjonalne rotacje na pozycji lidera mogą się okazać odświeżające zarówno dla muzyków, jak i dyrygentów. Trochę szkoda, że w pierwszej części Dickaty nie przyłączył się do orkiestry w charakterze saksofonisty.

Warto nadmienić, że październikowa edycja WIO została zarejestrowana w postaci filmu. Dobrze, że powstają podobne materiały, które z czasem mogą nabrać niebagatelną wartość dokumentalną, a obecnie są bieżącym uchwyceniem potencjału i do pewnego stopnia stanu wybranej części warszawskiej sceny niezależnej.

Skład Warsaw Improvisers Orchestra w dniu 26.10.2014:

Ray Dickaty/Dominik Mokrzewski – Directors
1 Michał Kasperek – Drums
2 Tymon Bryndal – Bass
3 Jerzy Sergiusz Malanowicz – Various Electronics / Effects
4 Jakub Buchner – Electric Guitar
5 Daria Wolicka – Flute
6 Piotr Mełech – Clarinets
7 Olgierd Dokalski – Trumpet
8 Bartek Tkacz – Tenor Sax
9 Stanisław Welbel – Sop sax
10 Natan Kryszk – Bari / Alto Sax
11 Marcin Gokieli – Vocals
12 Łukasz Kacperczyk – synths

———————————————————————————————————————————–

How How w Dwa Osiem

20141024_211725

Była to moja pierwsza wizyta w klubie rowerowym przy Zamoyskiego 26a, który w ostatnim czasie serwuje interesujący, różnorodny program wydarzeń muzycznych. Miejsce ma co prawda jeszcze charakter trochę prowizoryczny, jednak bez wątpienia dysponuje dobrymi warunkami do organizowania średniej wielkości koncertów klubowych o przyzwoitej akustyce (chociaż na Ściankę wydaje mi się, że może być trochę za mało przestrzeni i tlenu).

How How znałem dotychczas z wydawnictw płytowych – skądinąd bardzo udanych – i byłem niezwykle ciekaw jak zespół prezentuje się na scenie. Tymczasem występ na żywo zweryfikował dość brutalnie mój szczery entuzjazm odnośnie projektu. Otrzymałem lekko ponad półgodzinny set (w rzeczywistości dłużej się na zespół czekało) wypełniony melodyjną, odrobinę psychodeliczną elektroniką, mocnym techno-basem i oszczędną grą na perkusji. Zestaw dźwięków, który co prawda dobrze brzmiał w kategoriach muzyki tła, to jednak dość problematyczne okazało się głębsze w nie zaangażowanie. Wizualizacje wyświetlane na ekranie opowiadały historię przygód rozpikselowanego renifera 2D w świecie przypominającym Mario Bros na dopalaczach. Były to zwykle zapętlone ujęcia, dobrze korespondujące z muzyką, która w odróżnieniu od tej z albumów, zdawała się kręcić w kółko i raczej nie poszerzała granic percepcji. Często podkreślany w tekstach dotyczących koncertów „performatywny aspekt” w przypadku występu How How był dla mnie nieuchwytny i dużo więcej satysfakcji przyniosłoby mi ponowne wysłuchanie któregoś z albumu formacji. Szkoda, bo spodziewałem się, że po wieczorze w Dwa Osiem zadam sobie na nowo pytanie „how?”, jednak wychodząc z klubu zastanawiałem się bardziej „why?”.

20141024_212008

Być może cieniem na występie zespołu położyła się jego mało intensywna aktywność koncertowa? Niemniej występ na Pradze brzmiał bardziej jak granie dla znajomych, niż nowa artystyczna propozycja, czy popchnięcie projektu How How do przodu (które notabene było zapowiadane). Mam nadzieję, że następnym razem skład wytrąci mnie z przeświadczenia, że tworzy muzykę będącą jedynie niezwykle interesującym fenomenem studyjnym.

Krzysztof Wójcik