Remanent: kilka recenzji… i jeszcze więcej ciekawych płyt (PopUp#49)

20160727_005205

Fanfary: Nowy #49 numer PopUpMusic.pl doczekał się premiery pod koniec stycznia! Napisałem do niego parę tekstów o wydawnictwach z ostatnich miesięcy. Tym razem żadnego wywiadu nie przeprowadziłem, również liczba recenzji jest sporo niższa niż bym sobie tego życzył… Niemniej pewien impas w pisaniu o muzyce udało się przełamać, a jednocześnie, niepostrzeżenie, przekroczyłem magiczną barierę 100 recenzji w bazie PopUp (łuhu!). To całkiem pokaźny dorobek jak na 9 ostatnich numerów, w których przygotowaniu brałem mniejszy/większy udział (do tego dochodzą wywiady, fotorelacje i audycje w radiojazz.fm). Od pierwszego tekstu jaki napisałem do magazynu – a był to porywający album Your Turn Marca Ribota i jego trio Ceramic Dog – minie w maju 4 lata. Także czas szybko leci, a ostatnio na tyle szybko, że ciężko o znalezienie motywacji i energii by usiąść do pisania. Ale nie oszukujmy się – zawsze bardziej liczyło się słuchanie niż pisanie.

Wierzę w muzykę dalece bardziej niż w tworzenie dyskursów na jej temat. Sądzę, że kryzysy w werbalizacji doświadczenia estetycznego przytrafiają się z czasem każdemu, kto robi to przez dłuższy czas w sposób, powiedzmy, bardziej refleksyjny, a nie news-owo rutyniarski. Swój kryzys chyba najpełniej wyraziłem w tekście jeszcze z 2015 roku Litania znaków „?” – Modlitwa słuchacza piszącego [wersja demo]. W dalszym ciągu jestem z niego bardzo zadowolony, choć był owocem emocji „pozytywnych odwrotnie”.

Niemniej, jak dotąd, prędzej czy później, zawsze przychodził „bodziec”, który sprawiał, że nie sposób było konkretne zjawisko/wydawnictwo/koncert/sytuację przemilczeć. Wówczas włączał się tzw. instynkt recenzenta. Tym razem owych bodźców znalazło się kilka. Tradycyjnie zapraszam do czytania i – przede wszystkim – słuchania:

 

Brian Eno – The Ship (recenzja / słuchaj)

brian-eno-the-ship

Danny Brown – Atrocity Exhibition (recenzja / słuchaj)

danny-brown-atrocity-exhibition

Gonjasufi – Callus (recenzja / słuchaj)

gonjasufi-callus

Hubert Zemler – Pupation of Dissonance (recenzja / słuchaj)

hubert-zemler-pupation-of-dissonance

Mikołaj Trzaska – Muzyka do filmu „Wołyń” (recenzja / słuchaj)

mikolaj-trzaska-wolyn

Radar – Radar (recenzja / słuchaj)

radar-radar

Radian – On Dark Silent Off (recenzja / słuchaj)

radian-on-dark-silent-off

The Dwarfs of East Agouza – Bes (recenzja / słuchaj)

the-dwarfs-of-east-agouza-bes

Oprócz powyższych wydawnictw chciałbym wymienić kilka znanych mi tytułów, na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę:

Battle Trance – Blade of Love (słuchaj)

battle-trance-blade-of-love

Bartek Kujawski – A kto słaby niech jada jarzyny / Daily Bread (słuchaj1 / słuchaj2)

kujawski-kto-slaby kujawski-daily-bread

Dokalski / Cieślak / Miarczyński / Steinbrich – DCMS (słuchaj)

dcms

Jason Sharp – A Boat Upon It’s Blood (słuchaj)

jason-sharp-a-boat

Jeff Parker – The New Breed (słuchaj)

jeff-parker-the-new-breed

Ka – Honor Killed the Samurai (słuchaj)

ka-honor-killed-the-samurai

Lost Education – Book of Dreams (słuchaj)

lost-education

Modular String Trio – Ants, Bees and Butterflies (słuchaj)

modular-string-trio-ants

Nicolas Jaar – Sirens (słuchaj)

nicolas-jaar

Osty – Biblical Times (słuchaj)

osty

Resina – Resina (słuchaj)

resina

Shackleton & Vengeance Tenfold – Sferic Ghost Transmits (słuchaj)

shackleton

Steczkowski / Mełech – 2+7=nie wiem (słuchaj)

steczkowski-melech

X-Navi:Et – Technosis (słuchaj)

xnaviet

Żywizna – Zaświeć Niesiącku and Other Kurpian Songs (słuchaj)

zywizna

Długi post po długiej przerwie i (prawdopodobnie) przed długą przerwą.

Dzięki za uwagę. Udanych odsłuchów.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

* Zdjęcie tytułowe „Okna bez tytułu”, 2016, obrazek na ekranie, © Krzysztof Wójcik

Reklamy

Zimowa podróż, trochę Cukru i kaszubskie wariacje…

daszek

Odwrócę chronologię wydarzeń i zacznę od końca. Zresztą każdy przyzwoity tekst, jak kij, ma przynajmniej dwa końce. Drugi/trzeci/czwarty/siódmy/domyślny powinien wylądować w aktywnym aparacie poznawczym czytelnika. Zatem raz, dwa…

Trzy:

Winterreise” czyli „Podróż zimowa” to cykl pieśni, które Franz Schubert skomponował do poezji Wilhelma Müllera. Właśnie dzieło Schuberta/Müllera stało się inspiracją dla dwóch kolejnych płyt z cyklu Populista, prowadzonego przez Michała Liberę dla Bôłt Records. Jak głosi nota „Winterreise” to: „modelowy przykład romantycznego songbooku o cierpieniu, miłości i samotności a wreszcie i XIX-wieczny odpowiednik albumu popowego, w którym przeglądały się kolejne pokolenia od roku 1828”. Tym razem przejrzały się w nim trzy artystki – wspólnie na jednej płycie Barbara Kinga Majewska i Emilia Sitarz; a samodzielnie, na drugiej, Joanna Halszka Sokołowska. Z końcem stycznia oba wydawnictwa  doczekały się premier koncertowych, które jak na złość odbyły się w dniach roztopów, nagłego rozpłynięcia zimy. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zajściem do Królikarni na występ Sokołowskiej.

Winterreise

Przed rokiem, na festiwalu Playback Play w grudniu 2014 miałem już okazję widzieć artystkę w tym repertuarze, było to wówczas w ogóle pierwsze wykonanie (pisałem o nim tutaj). Tym razem wnętrze klubu zastąpiła wspaniała przestrzeń i akustyka Królikarni. Okoliczności miejsca w sposób znaczny wpłynęły na charakter występu. Po pierwsze wykonanie rozpoczęło się w całkowitych ciemnościach (i pozostało w nich do samego końca). Po drugie – Sokołowska kreatywnie wykorzystała specyficzną przestrzeń pałacyku. Druga część koncertu upłynęła na przechadzaniu się wokalistki po salach otaczających centralną, kolistą część budynku, w której siedziała publiczność. Śpiew nie ustawał, dobiegał z oddali, zbliżał się, błądził po Królikarni raz zgodnie ze wskazówkami zegara, raz odwrotnie. Zabieg okazał się genialny w swej prostocie – efekt akustyczny (i performatywny) był jedyny w swoim rodzaju, hipnotyzował i trzymał w napięciu. Można się było poczuć jak wewnątrz jakiegoś niezaistniałego filmu Herzoga. Na zakończenie Sokołowska zapaliła świecę i podziękowała za uwagę – tym samym utrzymała romantyczne decorum do samego końca. Bardzo osobliwy, melancholijny koncert site specific. Wsłuchiwanie się w pogłos kolejnych wersetów pieśni, w pauzy między nimi w otoczeniu mrocznej, akustycznie sterylnej Królikarni zapamiętam na długo jako wyjątkowe i nietypowe doświadczenie. Absolutnie nie dziwię się zespołowi Księżyc, że wybrał właśnie tę przestrzeń na nagrywanie swojej ostatniej płyty.

Dwa:

O zespole Cukier pisałem dość obszernie w maju zeszłego roku (klik). Był to jeden z pierwszych koncertów formacji, która przykuła moją uwagę (raz) ze względu na niecodzienne instrumentarium – syntezator modularny, klarnet, perkusja; (dwa) poprzez ciekawe, chaotyczno-energetyczne mieszanie różnych muzycznych języków – noise, free jazz, improwizacja elektro-akustyczna, trochę ambientu. Od tego czasu trio w składzie Łukasz Kacperczyk, Michał Kasperek i Piotr Mełech zdążyło wydać kasetę w Pawlaczu Perskim (bandcamp), na której w dość radykalny i bezkompromisowy sposób przedstawiło swój pomysł na muzykę.  „821” to ostra przejażdżka, przy okazji nagranie koncertowe, a nagrania koncertowe rządzą się swoimi prawami  [edit: jednak, nie koncertowe, tylko całodniowa sesja na żywo w warszawskim Mózgu]  i czasami bardziej brutalne szarże pozbawione pierwiastka wizualnego stają się nieczytelne. Niemniej jest to pozycja interesująca i odważna, pełna mocno kontrastujących zestawień. Sugeruję słuchanie „821” na głośnikach, tak by pozwolić muzyce wypełnić przestrzeń.

cukier1    cukier2Koncert w V9 odbył się przy okazji drugiej edycji DRUKUJ! Zinestu, czyli atmosfera DIY unosiła się w powietrzu od dobrych kilku godzin. Cukier wystąpił tego wieczoru w  nieco lżejszym wydaniu, ponieważ Piotr Mełech zrezygnował z użycia elektroniki i basklarnetu, zagrał cały koncert na zwykłym klarnecie. Był to koncert dość zwięzły, niespełna 40-minutowy i przyznam, że właśnie tego typu ramy czasowe są w sam raz w przypadku tak intensywnej muzyki. Podobała mi się dramaturgia występu. Cukier zaczął budować improwizację wychodząc od subtelnych partii syntezatora. Atmosfera gęstniała płynnie i oczywiście zmierzała do ekstatycznego jazgotu, ale zniuansowana „gra wstępna” pozwoliła na w miarę bezkolizyjne wejście w dzikie ostępy dźwięków brutalnych. Jednocześnie nie był to koncert o narracji prostej „od ciszy do zgiełku”, wykres napięcia i kolorów przedstawiałby się bardziej sinusoidalnie. To, że Cukier potrafi się ciekawie rozpędzić wiedziałem już od pierwszego zetknięcia z formacją. Teraz słychać, że oprócz tego muzycy wiedzą jak efektownie wyhamować, a przy okazji zrobić po drodze kilka niespodziewanych zakrętów. To dobrze wróży na przyszłość.

Jeden:

Ostatni mój tekst w roku 2015 dotyczył solowego występu Dominika Strycharskiego w Pardon To Tu (klik). Był to koncert znakomity, wirtuozerski, w dodatku najprawdopodobniej zostanie wydany na płycie. Raptem po kilku tygodniach Strycharski wrócił na tę samą scenę z formacją Core 6, by zaprezentować materiał z płyty „Czoczko” , na której poddaje kreatywnej interpretacji tradycyjną muzykę kaszubską. W zespole znaleźli się naprawdę mocni zawodnicy: Wacław Zimpel, Ksawery Wójciński, Zbigniew Kozera, Krzysztof Szmańda i Hubert Zemler. Czyli dwa instrumenty dęte i podwójna sekcja rytmiczna. Na albumie kluczowa rola przypada partiom duetu flet-klarnet (część utworów zagrana jest tylko w tym formacie), natomiast na koncercie siłą rzeczy większa była rola kolektywu.

Core 6

Podstawą tego projektu jest dualizm muzycznych światów, które Strycharski wraz z zespołem łączy – na poziomie podstawowym są to muzyka ludowa i free jazz. Kunszt instrumentalistów, ich improwizatorska biegłość, a także świetnie zaaranżowany materiał, złożyły się w nową jakość – silnie zakorzenioną w tradycji, a jednocześnie łamiącą granice gatunkowe. Coś podobnego udało się już choćby Marcinowi Maseckiemu (w wersji autorskiej na „Polonezach” i „Mazurkach”), również zeszłoroczne „Requiem Ludowe” Adama Struga i Kwadrofonik przenosi polską ludowość w XXI, wykorzystując współczesny język muzyczny. „Czoczko” składa się z tematów bezpośrednio zaczerpniętych z melodii tradycyjnych, natomiast rozwija je ze swobodą, rozmachem i dużą wrażliwością na poszczególne elementy brzmienia. Podwójna sekcja, tworzy dla Strycharskiego i Zimpla znakomitą, wielobarwną przestrzeń do dialogu, bądź snucia przyjemnie rozjeżdżających się wspólnych monologów. Koncert dość wiernie odzwierciedlił zawartość płyty, ale absolutnie nie na zasadzie 1:1. Zresztą nie byłby to nawet duży mankament, bo „Czoczko” to po prostu album bardzo dobry, zwięzły, nieprzegadany (niespełna 40 minut muzyki). Moje ulubione fragmenty to te, w których do głosu dochodzi pełen skład, szczególnie otwierający płytę tajemniczy utwór „Rubin”, oraz wieńczący nagranie „Antracyt” z fantastyczną woltą w środku. Kolejny mocny punkt w coraz ciekawszej dyskografii Dominika Strycharskiego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Płyty w roku 2015 (PL) – czyli „Ce ne sont pas le classement”

Płyty w roku 2015

3… 2…

1…

0!

Płytą roku 2015 jest…

Poniżej rozpościera się zestaw 20 polskich albumów, wydanych na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, które z rozmaitych względów postanowiłem tutaj umieścić. Dlaczego? Bo są najlepsze? Najciekawsze? Najbardziej oryginalne? A może są najgorsze? Wołają o pomstę do nieba? Tajemnica. Ewentualna hierarchiczność zatarta układem A-Z. Większości z płyt/kaset można posłuchać, klikając „słuchaj”. Do wielu można przeczytać moje recenzje, klikając „czytaj”. Oprócz tego pod każdą pozycją zamieściłem krótki komentarz, czasami wyłuskany z istniejących już tekstów.

Z pewnością lista z czasem się wydłuży/skurczy, bo muzyka generalnie dzieje się w czasie i też czas ją weryfikuje. Na pewno niektóre ciekawostki mi umknęły… Ale tu nie będę już nic zmieniał, oto stan na 31 grudnia 2015.

W kontekście rozmaitych podsumowań i rankingów (to nie jest ranking!) przypomnę wniosek sprzed roku: (rankingi to…) „…brutalny, grubociosany rodzaj wartościowania, bez wazeliny, dziennikarskiej gry wstępnej, onanizmu przemycanej erudycji i retorycznych ornamentów na co dzień uprawianych. Może właśnie podsumowania i listy końcoworoczne są tą najbardziej perwersyjną inkarnacją krytyki? Na pewno najmniej subtelną, raczej czarno-białą i kategoryczną z jedynym, względnym punktem odniesienia w postaci głowy piszącego. Statystyka gwałci wartości nieobiektywne.”

Alfabetycznie:

Alameda 5 – „Duch Tornada” (wyd. Instant Classic) ->słuchaj ->czytaj

Alameda 5 - Duch Tornada

„Duch Tornada” to album epicki, o świetnym wyczuciu proporcji i w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie artystów działających pod szyldem Milieu L’Acéphale. Płyta-kalejdoskop, która potrafi przenieść słuchacza w inny wymiar. A właściwie wymiary, bo czaruje koherentną różnorodnością, klimatem i wyobraźnią na każdym kroku.

Heroiny – „Ahh-Ohh” (wyd. DUNNO Recordings) ->słuchaj ->czytaj

Heroiny - ACH-OCH

Album stanowi  dobrą syntezę dotychczasowej twórczości Piotra Kurka, a przy okazji jest chyba najbardziej „przebojowym” materiałem w karierze muzyka. Wyjątkowo charakterystyczne brzmienie artysty zostało tutaj poszerzone o nowe wątki, eksperymenty unikają przefajnowania, a całość zachowuje formę zwięzłą i spójną. Kolejny mocny punkt w arcyciekawej dyskografii.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – „Night Talks” (wyd. Fundacja Słuchaj) ->słuchaj ->czytaj

Jachna&Wójciński - Night Talks

Wojciech Jachna i Ksawery Wójciński  na „Night Talks” szanują ciszę, unikają tak częstego w jazzie przegadania, a jednocześnie ich wypowiedź pozostaje swobodna i pełna wyobraźni. Słychać to w transowych, mięsistych partiach kontrabasu, w trąbce kreatywnej, lecz zarazem subtelnej i oszczędnej. Muzykom udało się wykreować wyjątkową aurę napięcia i melancholii, której ciężko się oprzeć.

kIRk – „III” (wyd. Asfalt Records) ->słuchaj ->czytaj

kIRk - III

Płynna konstrukcja „III” sprawia, że jest to, jak dotąd, materiał najbardziej przypominający koncertową odsłonę zespołu, a ta – nieodmiennie – fascynuje brzmieniem gęstym i transowym, przecinanym świdrującą trąbką, zaplątaną w bity i pętle. Album znakomicie funkcjonuje jako całość, jest esencjonalny, a jednocześnie stanowi intrygującą zapowiedź nowego rozdziału w historii kIRk.

Księżyc – „Rabbit Eclipse” (wyd. Penultimate Press) ->słuchaj

Księżyc-Rabbit-Eclipse

„Rabbit Eclipse” brzmi jak naturalna konsekwencja i dopełnienie wydanego niespełna 20 lat temu znakomitego debiutu. Płyta poza czasem, klimat nie do podrobienia. 40 minut niesamowitości.

Kolega Doriana – „Kolega Doriana” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Kolega Doriana

Płyta odważna, estetycznie konsekwentna, wykorzystująca strategię „mniej znaczy więcej”. Album jest precyzyjnie poukładany z rozmaitych sonicznych osobliwości, trio umiejętnie operuje detalem, kontrastami ciszy i hałasu. Rzecz bardzo procesualna i wymagająca skupienia. Niewiele polskich składów improwizuje w tak oryginalny sposób.

Marcin Masecki – „Mazurki” (wyd. For Tune) ->słuchaj ->czytaj

Mazurki - Marcin Masecki

„Mazurki” brzmią jak muzyczny autoportret Marcina Maseckiego. Pomysł goni pomysł, a forma mazurka jest jedynie pretekstem do eksperymentów i doświadczeń na „żywym” i elektrycznym instrumencie. Całość zachowuje surowy, wyjątkowo hermetyczny charakter. Podstawą jest tutaj niepewność kształtu każdego kolejnego taktu i ciężko oprzeć się wrażeniu, że w „Mazurkach” jest potencjalny margines na każdego rodzaju dźwięk klawiszy pianina, który nagle, nieoczekiwanie, zyskuje spójność i własne miejsce w układance.

Jerzy Mazzoll & Micromelancolié – „MAZZMELANCOLIÉ” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj

Mazzmelancolie

Obok płyty nagranej w duecie z Tomaszem Sroczyńskim jest to bodaj najciekawsze wydawnictwo Jerzego Mazzolla po powrocie artysty do regularnego publikowania. Trochę szkoda, że kaseta zawiera jedynie dźwięki z recyklingu, z archiwów, niemniej efekt finalny budzi respekt. „Mazzmelancolie” jest pozycją oryginalną, usytuowaną na pograniczu kilku estetyk, odważną i zaskakującą, a jednocześnie komunikatywną, o wciągającej, słuchowiskowej narracji.

Mirt – „Vanishing Land” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Mirt - Vanishing Land

Tytuł adekwatny do zawartości. Kontakt z „Vanishing Land” to jak wyprawa na terra incognita. Nagrania terenowe, ambientowe plamy, mnóstwo detali, brzmienie analogowego sprzętu. Całość ma charakter wyjątkowo spójny, płynny, a jednocześnie nieprzewidywalny. Trochę retro, trochę futuro. Prawdziwa przygoda dla ucha.

Nagrobki – „Stan Prac” (wyd. BDTA) ->słuchaj

Nagrobki - Stan Prac

Oryginalny koncept i finezyjna prostota. „Stan Prac” to płyta inteligentna, przewrotna i zrealizowana brawurowo od początku do końca, zarówno pod względem tekstów, jak i muzyki – the whole package. Obok duetu pojawiają się znakomici goście (Mikołaj Trzaska, Michał Bunio Skrok, Piotr Pawlak, Olo Walicki, Tomasz Ziętek), którzy wyciągają całość na jeszcze wyższy level. Obok Synów i Ukrytych Zalet Systemu moja ulubiona płyta tego roku w kategorii „piosenka polska”.

Paper Cuts – „Divorce Material” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj ->czytaj

Paper Cuts - Divorce Material

Świetnie rozwijający się materiał, wciąga, czaruje drobnostkami i wielkim wyczuciem brzmienia. Każdy utwór to odrębna historia zasadzona na ciekawym pomyśle. Gra w częściach, gra w całości. Kaseta ma własny, wciągający, mocno surrealistyczny klimat i  jest jak dotąd najbardziej kompletnym owocem współpracy Łukasza Kacperczyka (syntezator modularny) i Wojciecha Kurka (perkusja).

Raphael Rogiński – „Plays John Coltrane & Langston Hughes. African Mystic Music” (wyd. Bołt Records) ->słuchaj ->czytaj

Raphael Rogiński - Coltrane

Główną zaletą tego wydawnictwa jest powściągliwa wirtuozeria Rogińskiego, pełna wyczucia i wrażliwości na najbardziej ulotne brzmieniowe detale, często właśnie nimi operująca. Płyta jest niezwykle udaną odpowiedzią na pytanie jak w kreatywny sposób oddać hołd muzyce o statusie ikonicznym. Właśnie tego typu interpretacje udowadniają, że dziedzictwo Coltrane’a nie musi być spetryfikowane w standardach i leżeć na zakurzonym postumencie zatytułowanym „klasyka jazzu”.

Jacek Sienkiewicz – Drifting (wyd. Recognition) ->słuchaj

Sienkiewicz - Drifting

Po włożeniu na uszy słuchawek, dobry album techno powinien podporządkowywać strukturze dolatującego do świadomości bitu całą otaczającą rzeczywistość. Powinien wciągać. A od Drifting” naprawdę ciężko się oderwać. Oprócz tego warto sprawdzić bardziej abstrakcyjny „Instynkt” ->słuchaj.

Slalom – „Wunderkamera” (wyd. Lado ABC) ->słuchaj ->czytaj

Slalom - Wunderkamera

„Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Tytuł odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest tutaj nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny. Eksperymenty nie podważają w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru.

SYNY – „Orient” (wyd. Latarnia Records) ->słuchaj ->czytaj

SYNY - Orient

Wielką siłą tego albumu jest stylistyczna spójność, wyjątkowy klimat, a także otwarte, eksperymentalne podejście do hip-hopowej formy. Orient wciąga od „Intro” aż po zamykające zestaw 20 kawałków „Świnoujście”, jest interesujący jako twór muzyczno-literacki. Synom już na wysokości debiutu udało się osiągnąć oryginalne, własne brzmienie, stanowiące ciekawą wypadkową dotychczasowej działalności Piernikowskiego i Jankowiaka – wypadkową, która przynosi de facto nową jakość.

Kamil Szuszkiewicz – „Istina” / „Robot Czarek” (wyd. Wounded Knife / Bołt Records) ->słuchaj1 ->słuchaj2

Kamil Szuszkiewicz - IstinaKamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

Kamil Szuszkiewicz na „Istinie” i „Robocie Czarku” jawi się jako wyjątkowo radykalny i konsekwentny eksperymentator. Obie kasety rządzą się własnymi prawami, porażają oryginalnym konceptem i bezkompromisowością, ale co najważniejsze intrygują. Warto zadać sobie trud, aby wejść głębiej w te nieszablonowe wydawnictwa, które śmiało można określić jedynymi w swoim rodzaju. Warto też sprawdzić minialbum kwartetu Zebry A Mit ->słuchaj.

T’ien Lai – „RHTHM” (wyd. Monotype Records) ->słuchaj

T'ien Lai - RHTHM

Redefinicja brzmienia T’ien Lai, postawienie na motorykę i techno bit, okazała się strzałem w dziesiątkę. Na „RHTHM” obok tytułowego rytmu znajdują się gigantyczne pokłady psychodelii, dzięki czemu seans z albumem należy do wyjątkowych doświadczeń. Niespodzianki kryją się niemal w każdej minucie albumu.

Ukryte Zalety Systemu – „Ukryte Zalety Systemu” (wyd. Antena Krzyku) ->słuchaj

Ukryte Zalety Systemu

UZS udało się stworzyć system z wieloma ukrytymi zaletami. Teksty zaangażowane, a niebanalne, wręcz uniwersalne. Muzyka prosta, lecz charakterystyczna i intrygująca jak diabli. Koncept. Energia. Zwięzłość. Prostota. Oryginalność. Siła rażenia porównywalna z pierwszymi dwoma albumami Republiki.

X:Navi-Et – „Vox Paradox” (wyd. Wounded Knife) ->słuchaj 

XNaviEt - Vox Paradox

„Vox Paradox” to muzyka grozy, dobry bad trip z jednym reżyserem. Siłą tej kasety jest jej konstrukcja, układ, dramaturgia. Każdy utwór intryguje niepokojącym klimatem, złożonością użytych środków, a także dużym wyczuciem w ich dystrybuowaniu. Słychać tutaj jak duży wkład ma Rafał Iwański w brzmienie duetu Kapital. Jeśli komuś podobała się płyta „Chaos to Chaos” (->słuchaj), to po bardziej surowe „Vox Paradox” powinien sięgnąć niezwłocznie.

Evan Ziporyn / Wacław Zimpel / Hubert Zemler / Gyan Riley – „Green Light” (wyd. Multikulti) ->słuchaj

Ziporyn, Zimpel, Zemler Riley - Green Light

Znakomici muzycy zagraniczni + znakomici muzycy polscy = bardzo dobry wspólny album z dużą ilością niespodzianek. Płyta na pograniczu etno, minimalizmu, improwizacji i kompozycji, nagrana z naprawdę dużą wyobraźnią. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie dźwięki powstały bez użycia elektroniki. Muzyka na „Green Light” koi i uwodzi, unikając zarazem łatwych rozwiązań.

—————————————————————–

Dziękuję za uwagę w roku (już) ubiegłym i zakończę po szekspirowsku – reszta jest słuchaniem.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Slalom w Pardon To Tu / premiera płyty

Slalom + goście

Zasadniczo można wyróżnić co najmniej kilka rodzajów slalomu. Slalom, dawniej nazywany slalomem specjalnym, to dyscyplina narciarska „o proporcjonalnie największej liczbie zmian kierunku jazdy” (za wiki). Mamy też slalom gigant, czyli coś pomiędzy zjazdem a slalomem – tutaj tyczki, a właściwie bramki, rozstawione są znacznie rzadziej. Trzeci slalom, prawdopodobnie najbardziej powszechnie uprawiany, to slalom pijacki, dla którego przeszkody i częstotliwości zmian kierunków bywają już nieprzewidywalne. Dziś opiszę jednak Slalom warszawski. Trio (Bartek Tyciński, Bartosz Weber i Hubert Zemler) wydało w ostatnich tygodniach drugą płytę „Wunderkamera” (bandcamp) i zaprezentowało premierowy materiał na koncercie w Pardon To Tu w asyście gości.

Debiutancki album „Slalom” sprzed dwóch lat plasował się bliżej giganta, zawierał cztery długie gitarowo-elektroniczne utwory o swobodnej strukturze, płynące na mocnym perkusyjnym drive-ie, zbaczając częstokroć w terytoria nieprzewidywalne, pozornie poza trasą. Tym razem zespół postawił na krótsze, bardziej zwarte formy, o większej dyscyplinie strukturalnej, choć zdecydowanie nie wyzbył się szaleństwa. „Wunderkamera” to płyta wesoła, frywolna, brzmi jak efekt dobrej, kreatywnej zabawy, która dość szybko udziela się słuchaczowi. Podstawą znakomitej większości utworów są proste melodyjki, przypominające odrobinę ścieżki dźwiękowe do old-schoolowych gier komputerowych. Obok nich pojawia się rozbujana gitara, trochę kowbojska, trochę hawajska. W tle dudni solidna, motoryczna perkusja, być może najbardziej stabilny element muzycznej układanki, która nieustannie podlega modułowym modyfikacjom i dekonstrukcjom. Kompozycyjne eksperymenty Slalomu nie podważają jednak w żadnym stopniu komunikatywności przekazu i frajdy z odbioru. Jednocześnie ilość niuansów brzmieniowych pojawiających się to tu, to tam, pozwala smakować tę muzykę z zadowoleniem (i zaskoczeniem) wielokrotnie. Slalom stawia też w impasie recenzenta, który chciałby przyporządkować zespół do konkretnego stylu, gatunku. Trio wymyka się, finezyjnie lawiruje między tyczkami „eksperyment”, „post-rock”, „elektronika”, „country”, „psychodelia”, „krautrock”, właściwie jest już na mecie zanim zdążymy się zastanowić czego właściwie słuchamy. I tutaj tytuł „Wunderkamera”, odsyłający do historycznych gabinetów osobliwości jest nader adekwatny. Pozytywny rodzaj dezorientacji Slalom prowadzi w sposób konsekwentny i wewnętrznie spójny, który na koncercie zyskuje dodatkowej łobuzerskiej siły rażenia.

Slalom - Wunderkamera

Pod koniec do Slalomu przyłączył się Miłosz Pękala na instrumentach perkusyjnych, wzbogacając brzmienie tria o kolejną rytmiczną warstwę. Po chwili na scenie Pardon To Tu pojawiła się także Joanna Halszka Sokołowska, której wyjątkowe umiejętności wokalne można usłyszeć na płycie w utworze „Delphinne”. Zapraszając takich gości można jedynie podnieść walory występu. Było to znakomite zwieńczenie bardzo energetycznego, wręcz rozrywkowego koncertu. I może właśnie tutaj ocieramy się o sedno? Slalom na „Wunderkamerze” pokazuje, że muzyczna rozrywka może być osobliwa, inteligentna i ambitna, pozostając przy tym świetną zabawą, której ciężko się nie poddać. Ja się poddaję.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

John Tilbury & Hubert Zemler w Królikarni

John Tilbury

John Tilbury to postać szczególna dla muzyki współczesnej. Brytyjski pianista-improwizator, aktywny artystycznie od mniej więcej połowy XX wieku, przyjechał w październiku do Polski na serię koncertów „Grand Tour” organizowanych przez Culture.pl, Fundację 4.99 i wydawnictwo Bołt. Występ w Muzeum Rzeźby w warszawskiej Królikarni był ostatnim przystankiem na trasie artysty, która w swym założeniu miała stanowić klamrę dla pierwszej wizyty Tilbury’ego w Polsce w latach 60. Wówczas artysta kształcił się w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie u Zbigniewa Drzewieckiego. Zatem powrót o charakterze symbolicznym.

Od końca lat 60 John Tilbury mocno zaangażował się w wykonywanie muzyki współczesnej, awangardowej i eksperymentalnej – pod tym względem często jest porównywany do Davida Tudora, wieloletniego pianisty Johna Cage’a. Chyba najbardziej znanym dokonaniem Tilbury’ego w obrębie muzyki współczesnej są interpretacje utworów Mortona Feldmana. Blisko współpracował ze słynnym kompozytorem Cornaliusem Cardew (w 2008 roku opublikował nawet jego biografię). Od lat 80. jest regularnym członkiem brytyjskiej AMM, formacji pionierskiej jeśli chodzi o muzykę improwizowaną nie odnoszącą się do jazzowego idiomu, lecz bazującą głównie na tradycji europejskiej awangardy. Uczestnictwo w koncercie artysty o takim życiorysie i dorobku jest jak przyspieszona lekcja historii muzyki XX wieku. Osoby chcące pogłębić swoją wiedzę o pianiście odsyłam do znakomitej anglojęzycznej publikacji autorstwa Macieja Lewensteina pt. „Polish Jazz Recordings and Beyond„, po którą warto sięgnąć z naprawdę wielu względów. Dość powiedzieć, że w książce zostało opisane przeszło 1700 płyt.

Polish-Jazz-Recordings-and-Beyond_Maciej-Lewenstein

W Królikarni podczas mini-festiwalu „Słuchy. Koncerty do zwiedzania” John Tilbury wystąpił dwukrotnie. Najpierw zagrał duet z Hubertem Zemlerem, a następnie wykonał solo kompozycje Mortona Feldmana pt. „Palais de Mari”. Tak więc z jednej strony wolna improwizacja, z drugiej interpretacja muzyki współczesnej, czyli dwa oblicza Tilbury’ego. Nie ukrywam, że pierwsza odsłona wywarła na mnie dużo większe wrażenie, ponieważ była znacznie bardziej angażująca i różnorodna. Ale cóż począć, kompozycje Feldmana mają swą specyfikę… Koncert Tilbury’ego i Zemlera odbył się w centralnej, okrągłej sali Muzeum Rzeźby, która – w myśl przewodnią „Słuchów” – uniemożliwiała klasyczny podział na scenę i widownię. Wszystko odbywało się w jednym, kolistym tyglu z muzyką w roli centrum. Improwizacja miała charakter niezwykle subtelny i precyzyjny, wrażliwy na każdy niuans brzmienia. Artyści zostali ulokowani w przestrzeni sali w sposób uniemożliwiający bezpośredni kontakt wzrokowy, dzięki czemu de facto jedyną płaszczyzną komunikacji były dźwięki.

Hubert Zemler

Granie z muzykiem o takim doświadczeniu jak Tilbury to z pewnością duże wyzwanie – i tutaj Hubert Zemler zaprezentował się w sposób naprawdę imponujący. Nie była to zresztą duża niespodzianka. Raptem kilka tygodni wcześniej perkusista dostał ogromne owacje podczas Warszawskiej Jesieni i niewątpliwie przeżywa aktualnie znakomity okres kariery, która wyraźnie wskoczyła na piąty bieg po wydaniu świetnego solowego albumu „Gostak & Doshes„. Zemler jest mistrzem w budowaniu mikroskopijnych struktur, które potrafi przekuć w większą formę, jednak to właśnie ogromna wrażliwość na brzmieniowe detale i niesłychana dokładność ich dystrybuowania sprawiają, że mamy do czynienia z muzykiem i improwizatorem najwyższej klasy. Tilbury okazał się dla Zemlera partnerem idealnym. Pianista znany z nieortodoksyjnych, wręcz perkusyjnych technik wykonawczych w mgnieniu ucha znalazł z polskim muzykiem wspólny język. Tilbury grał minimalistycznie, bawił się natężeniem poszczególnych dźwięków, traktował instrument w sposób totalny np. szurając fortepianem po posadzce, poprawiając krzesło „w sposób głośny”, drapiąc i uderzając w struny… Wszystko co generowało zjawiska akustyczne miało w tym występie znaczenie i muzycy mieli tego pełną świadomość. W wywiadzie (klik), który przeprowadziłem z Hubertem Zemlerem na początku tego roku, powiedział on coś, co można bezpośrednio odnieść do wieczoru w Królikarni: „Muzyka jest grą emocji, a instrument jest po prostu jednym z narzędzi”. Trzecim, niematerialnym muzykiem była przestrzeń, która w sposób zjawiskowy podkreślała każdy najdelikatniejszy niuans. Fenomenalny koncert w istnej świątyni dźwięku.

John Tilbury 2

Poprzedzając późniejsze wykonanie solo „Palais de Mari”, Tilbury odczytał po polsku kilka zdań. Podziękował za gościnność, na którą zawsze mógł w Polsce liczyć, wspomniał swój pierwszy pobyt, a także zaznaczył, że prawdopodobnie – z względów zdrowotnych i wiekowych – po raz ostatni koncertuje w Warszawie. W tym kontekście melancholijna kompozycja Mortona Feldmana nabrała podwójnie wyjątkowego charakteru. John Tilbury zakończył swój „polski epizod” rozpoczęty w latach 60. w pięknym stylu, z klasą właściwą największym mistrzom. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że było to pożegnanie przedwczesne.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Zebry a Mit w Pardon To Tu

 

Kamil Szuszkiewicz

Kwartet pod wodzą Kamila Szuszkiewicza oficjalnie zdobywa pierwszą nagrodę w kategorii „zespół o najmniej komercyjnej nazwie 2015 roku”. Zagadkowość znaczenia szyldu Zebry a Mit idzie jednak w parze z niejednoznacznym charakterem granej muzyki, którą z braku lepszego określeni można nazwać „eksperymentalnym jazzem”… Jednak przyklejanie etykietek to niebezpieczna praktyka, a Zebry zdecydowanie nie są zespołem etykietofriendly. Pokazuje to króciutki, trwający lekko ponad kwadrans minidisc „16′ 25″” wydany przez Lado ABC, a sytuacja „live” dobitnie potwierdza.

Drugi już koncert kwartetu umacnia mnie w przekonaniu, że główną siłą tego składu – pomimo kombinatorskich tendencji – jest konsekwentna prostota, która w odpowiednich proporcjach tworzy napięcie dużo większe niż improwizatorskie adhd. Występ utrzymywał słuchacza w niepewności kolejnych dźwięków. Muzyka Zebry a Mit choć operuje w dość melancholijnym, jesiennym wachlarzu emocjonalnym, to potrafi być raz słodka, pozytywkowa, innym razem dzika, a nawet na granicy zgiełku.

Traczyk_Zemler

Ten dualizm dobrze ilustrują instrumenty Huberta Zemlera – twardy, pozbawiony blach zestaw perkusyjny i metalofon o delikatnym, ulotnym brzmieniu. Kolejna relacja kontrastu: akustyczne instrumentarium (z wyjątkiem basu Wojtka Traczyka) – przetwarzanie, zapętlanie i loopowanie w czasie rzeczywistym. Ten elektroniczny pierwiastek podczas koncertu w Pardonie był trochę bardziej wyważony i przemyślany niż na Placu Zabaw (klik). I wreszcie ostatnia cecha, która moim zdaniem szczególnie wyróżnia Zebry – budowanie formy eksperymentalno-improwizowanej w ścisłym oparciu o melodie. Charakterystyczne melodie (głównie oszczędna trąbka, rozbujany, powtarzalny bas i nowość – przetworzone pianino) cały czas się gdzieś unoszą, nawet pod intensywnymi taśmowo-perkusyjnymi wariacjami. Czasami te ostatnie były może trochę zbyt nachalne w wykonaniu Piotra Dąbrowskiego (choć później potrafił je dobrze zbalansować), momentami muzycy wymieniali też porozumiewawcze spojrzenia, milczące „co dalej?”. Ale odnajdywali (wynajdywali?) kolejne sekwencje bez specjalnego wymuszenia. W efekcie koncert bazujący na kwadransie nagranego materiału rozrósł się do jakichś 45 minut esencjonalnego występu. Pomimo dość ożywionych braw zespół nie przystąpił do grania bisu, co tylko potwierdza, że zależy im na konkretnej, zamkniętej strukturze wypowiedzi – przegadanie w takiej sytuacji nie miałoby sensu i bardzo dobrze, że nie nastąpiło. Nawiasem mówiąc w przypadku podobnej estetyki bisy w 95% powinny być zastąpione ukłonami.

 

Zatem oszczędność, prostota, melodyjność, umiejętna gra kontrastami, stopniowaniem napięcia… Mam nadzieję, że kwartet Zebry a Mit dopisze kolejny rozdział do tej historii. Nie mam wątpliwości, że warto to zrobić. Cytując klasykę – „the force is strong with this one”.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

 

Zebry a Mit / Bye Bye Butterfly na Placu Zabaw

Zebry a Mit

Tegoroczne Lado w Mieście, to w 90% prezentacja zespołów/artystów niezwiązanych bezpośrednio z warszawskim labelem. Znalazło się jednak miejsce dla kilku wyjątków i jednym z nich jest właśnie kwartet Zebry a Mit, pod wodzą trębacza Kamila Szuszkiewicza. Muzyka wydana na minidiscu, to trzecia premiera tego lata w Lado ABC (po „Beethovenie” Marcina Maseckiego i „Heroizmie Woli” Lomi Lomi), która doskonale wpisuje się w profil estetyczny warszawskiej oficyny.

Koncert na Placu Zabaw był bodaj pierwszym występem Zebry a Mit pod tą zagadkową nazwą. Nazwiska muzyków zaangażowanych w kwartet mocno podkręciły oczekiwania. Szczególne nadzieje rozbudził udział Huberta Zemlera, z którego pomocą Szuszkiewicz wydał w maju tego roku znakomitą, zwięzłą, liryczno-eksperymentalną kasetę „Istina” (bandcamp). Miałem po cichu nadzieję, że Zebry okażą się koncertową inkarnacją materiału z „Istiny”. Tak się nie stało, ale można powiedzieć, że kwartet do pewnego stopnia stanowi rozwinięcie pomysłów subtelnie sygnalizowanych na kasecie – mam tu na myśli zwłaszcza relację akustycznego instrumentarium i elektronicznej modulacji brzmienia.

Zebry a Mit 2

Główną wartością dodaną jest odrobinę post punkowy, kwadratowy groove na linii bas-perkusja. Zemler i Traczyk grają przeważnie twardo, prymitywistycznie, co nadaje muzyce przyjemnej, brudnej motoryki. Taki szkielet bardzo dobrze dopełniają kreatywne perkusjonalia Dąbrowskiego (blachy, piły, gongi, miski etc.), tworzące tło pełne sonorystycznych efektów specjalnych, atrakcyjne w sposób audio-wizualny. Nad całością unosi się trąbka Szuszkiewicza – oszczędna, głównie skupiona na kreśleniu wyrazistych melodii wchodzących w dialog z elektronicznymi pętlami (co przypomina trochę strategię Roba Mazurka w Chicago Underground). Ten dualizm, współistnienie żywego i przetworzonego syntetycznie brzmienia jest znacznie bardziej wyrazisty i czytelny na płycie, w formie koncertowej wymaga jeszcze dopracowania, chociaż jak na pierwszy występ i tak wyszedł muzykom całkiem nieźle. Zebry a Mit eksperymentują w sposób logiczny, wyważony i nieprzypadkowy. Jestem ciekaw rozwinięcia tej metody, bo ewidentnie ma potencjał – szczególnie w swoich bardziej dynamicznych, intensywnych, rytmicznych przejawach. Koncert (podobnie jak płytkę) zwieńczył „zmultiplikowany chór anielski”, muzycy puścili podkład i bez słowa zeszli ze sceny. Intrygująca coda, intrygujący występ.

 ————————————————————————————–

Bye Bye Butterfly

Nie bardzo byłem w stanie skupić się na Bye Bye Butterfly. Właściwie ciężko mi powiedzieć z czego to wynikało. Ola Bilińska, Daniel Pigoński i (gościnnie) Maciej Cieślak zagrali na dobrą sprawę przyzwoity, przyjemny koncert, ale jakoś nie potrafiłem go słuchać inaczej niż w charakterze tła. Dziwna sytuacja, bo teoretycznie pojawienie się na scenie lidera Ścianki powinno zadziałać jak bonus + 100 do charyzmy. Chociaż ostatnie przedsięwzięcia wydawnicze Bilińskiej (płyta z kołysankami w jidysz  „Berjozkele”) i Pigońskiego (drapieżny album Der Father) uważam za rzeczy bardzo udane i oryginalne, to w Bye Bye Butterfly jakoś nie potrafię dostrzec synergii, zespół brzmi aż nadto jednorodnie. Odrobinę większą różnorodność i niuanse w prowadzeniu narracji można usłyszeć na świeżo wydanym albumie formacji (bandcamp), jednak elementy wyraziste toną w rozwodnionej, pościelowej psychodelii. Po zapoznaniu się z całością ciężko rozróżnić poszczególne numery. Niemniej materiału słucha się przyjemnie, jest dobrze zrealizowany, ale nie zostaje w głowie na dłużej niż czas trwania płyty. Szkoda, bo osobom zamieszanym w „Do Come By” ciężko imputować deficyty talentów… Jeżeli przez takie realizacje Maciej Cieślak nie ma czasu na pracę nad nowym albumem Ścianki (solowym lub jakimkolwiek własnym), to ja tu widzę spore nieporozumienie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Hubert Zemler solo w Mózgu Powszechnym

Hubert Zemler 1

Koncerty na perkusję solo to doświadczenia równie ekscytujące, co „egzotyczne” – stosunkowo rzadkie i stąd wyjątkowe. Perkusja niesłusznie, po macoszemu, spychana jest często przez świadomość (podświadomość?) słuchaczy do roli tła, bądź elementu, który z łatwością zastąpić można elektroniką. Tymczasem perkusiści – i Hubert Zemler jest tego doskonałym przykładem – posiadają własny muzyczny język, niekiedy bardzo oryginalny i czasami w pełni samowystarczalny. W warszawskim Mózgu ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że dźwięki płynące ze sceny są w jakikolwiek sposób niekompletne. Przeciwnie – porażały swą dokładnością i precyzją układu.

Koncert był pierwszym występem Zemlera na mini-trasie promującej świeżo wydany solowy album „Gostak & Doshes” (klik), drugi już krążek w dyskografii muzyka. Płyta w odróżnieniu od poprzedniczki nie została nagrana w sytuacji koncertowej, dlatego wieczór w Mózgu miał charakter premierowy (nie licząc krótkiego telewizyjnego nagrania z okazji 10-lecia Lado ABC). Przestrzeń praskiego klubu okazała się idealnym, kameralnym kontekstem dla prezentacji subtelnie niuansowanego, skoncentrowanego w dużej mierze na brzmieniu programu Zemlera.

Hubert Zemler 2

Scena niemalże w pełni została wypełniona zestawem perkusyjnym, metalofonem, gigantyczną marimbą i wibrafonem. Zemler podczas występu ograniczył się praktycznie w stu procentach do zaprezentowaniu materiału z najnowszej płyty, choć słowo „ograniczył” w kontekście wieczoru ma zbyt pejoratywny odcień. Perkusja pełniła funkcję narracyjną w sposób linearny i niezwykle wyważony, a poszczególne elementy zestawu pokazywały jak dużym spektrum brzmień instrument dysponuje. Zemler imponował świetnym wyczuciem w stopniowaniu napięcia i intensywności gry, przechodził od partii skrajnie wyciszonych do okazjonalnych nawałnic, które przez kontrast zyskiwały tym większe znaczenie. Niekiedy muzyka miała też charakter twardy, motoryczny i transowy, przypominając trochę poczynania perkusisty w duecie Piętnastka, jednak w perspektywie całości występ odczytywałbym jako bardziej wyciszony i poukładany. Śledzenie poszczególnych drobnych akcentów i polirytmii, czasami wręcz niezauważalnie dawkowanych, było pasjonującym widowiskiem, dzięki czemu skupienie i koncentracja przychodziły tego wieczoru naturalnie i były czystą przyjemnością. O tym, że można się było zatopić w brzmieniu zaświadczył sam Miłosz Pękala, który tak wsiąkł w muzykę, że niemal zapomniał o dołączeniu do Zemlera z partią wibrafonową. Gościnny udział jedynego muzyka, który zagrał też na płycie, był dla koncertu bardzo dobrym urozmaiceniem. Pękala fantastycznie uzupełnił Zemlera w hipnotycznym, nieco kołysankowym duecie na marimbę i wibrafon (fragment udało się uchwycić na filmiku pod tekstem), co korzystnie przysłużyło się stopniowaniu dramaturgii całości.

Zemler_Pękala

Bis w kontekście stosunkowo krótkiego, lecz pełnowartościowego występu, był jak najbardziej pożądany. Podczas dogrywki zabrzmiał Steve Reich („Music For Pieces Of Wood”), kompozytor, którego minimalistyczno-etniczna estetyka do pewnego stopnia unosiła się gdzieś w tle już od samego początku. Muzyka Zemlera podobnie jak niektóre utwory Reicha ma charakter pączkujący – wychodzi od mikrośrodków i procesualnie zmierza do formy okazałej, choć lekkiej, skomplikowanej, lecz złożonej ze, zdawać by się mogło, oczywistych elementów.

Słuchając takich koncertów można odnieść wrażenie, że w swym skupieniu na poszczególnych dźwiękach pełnią funkcję wręcz edukacyjną i poszerzają wrażliwość słuchacza na to, co audialne. Kontemplacja jednego instrumentu – jeśli tylko jest on we właściwych rękach – może być równie fascynująca co oglądanie dobrze zgranego zespołu czy nawet całej orkiestry. Czasami wystarczy po prostu muzyk wyjątkowo zgrany z instrumentem. I tak było w Mózgu.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Kompilacja fragmentów koncertu: