Jacek Mazurkiewicz solo w Eufemii

20140805_215235

Odkąd obejrzałem wideo promujące 3FoNIĘ, solowy projekt Jacka Mazurkiewicza, nie wahałem się ani chwili z pójściem na wtorkowy występ kontrabasisty w warszawskiej Eufemii. Inowrocławski artysta od wielu lat występuje w szeregach rozmaitych składów autorskich, grywał również z wybitnymi osobowościami takimi jak Andrzej Przybielski, czy Mikołaj Trzaska. Jedynie w tym roku muzyk, jako członek Pulsarusa przyczynił się do powstania bardzo solidnej płyty „Bee Itch”, natomiast w składzie o połowę mniejszym (wraz z Robem Brownem i Danielem Levinem) powołał do życia album „Day In The Life Of The City”, będącą czymś w rodzaju muzycznej pocztówki z wycieczki po Polsce. Jednym słowem – podobnie jak większość muzyków improwizujących – Jacek Mazurkiewicz ma pełne ręce roboty. Koncert w Eufemii był w pewnym sensie testowaniem na żywo strategii artystycznej, która już w najbliższych miesiącach zostanie spetryfikowana na krążku i wydana pod szyldem 3FoNIA. Jeżeli Mazurkiewiczowi uda się skrzesać na albumie podobnie spójną, wielobarwną i wciągającą muzyczną opowieść, to bez wątpienia będzie można mówić o jesiennej premierze w kategoriach wydarzenia.

20140805_215432

3FoNIA to w zasadzie „jedynie” kontrabas, sampler i rzecz jasna muzyk. Jak powszechnie wiadomo występy solowe to występy trudne, wymagające, jednak przez swój wyjątkowo intymny, bezpośredni charakter mają potencjał do przepoczwarzenia się niekiedy w widowiska jedyne w swoim rodzaju. Tak było tym razem. Koncert został podzielony na dwa długie sety oraz nieco krótszy bis. Początkowo Mazurkiewicz powoli rozwijał intensywność narracji za pomocą smyczka, jednak po pewnym czasie, dzięki wykorzystaniu samplera, muzyka zaczynała pączkować, bogacić się o kolejne warstwy. Podobna strategia towarzyszyła drugiej części koncertu, którą zdominowała z kolei gra palcami, bardziej rytmiczna, niekiedy tworząca szczątkowy groove. Kontrabasista generował poszczególne sample w czasie rzeczywistym, nie posługując się uprzednio przygotowanymi prefabrykatami. Robiło to duże wrażenie, szczególnie biorąc pod uwagę niezwykłą spójność powstającej struktury. Dźwięki płynnie ewoluowały od ambientalnej kameralistyki do brzmień ocierających się o eksperymentalną muzykę elektroniczną, jednak jest to kategoryzacja niewyczerpująca sprawy, ponieważ gra Mazurkiewicza miała raczej charakter ponadgatunkowy. Przypominała układanie domku z kart, pochodzących z różnych talii, jednak nie zaważało to na harmonii finalnej konstrukcji. Artysta poddawał instrument preparacjom, dzięki którym uzyskiwał efekty sonorystyczne nietypowe dla tradycyjnego kontrabasu. Uderzając pałeczkami w dobrze nagłośniony mostek generował głębokie perkusyjne fragmenty, które następnie stawały się podkładem rytmicznym, bitem. Innym razem wprawiane w drgania kamertony wytwarzały hipnotyczne plamy dźwięku, przypominające grę na kieliszku. Wszystkie te zabiegi spięte estetyczną wizją Mazurkiewicza złożyły się na klarowny muzyczny przekaz utrzymany w formie molowej, raczej sennej, lecz zdecydowanie pozbawionej monotonii – muzyka nieustannie wędrowała do przodu w sposób linearny. Świetny soundtrack dla wyobraźni.

20140805_215321

Koncert okazał się – przy całym swym eksperymentalnym potencjale – zaskakująco dobrze przyswajalny, wręcz odświeżający, w większości improwizowany, lecz pozbawiony chaotyczności (często z improwizacją utożsamianą). Być może na harmonijnym i kojącym charakterze występu zaważyło doświadczenie, jakie Mazurkiewicz pozyskał w intrygującym muzyczno-terapeutycznym projekcie Gabinet Masażu Ucha Wewnętrznego, który współtworzy z Patrykiem Zakrockim? Niewątpliwie dla osoby powracającej wprost z dużego festiwalu wtorkowe dźwięki kontrabasu były niczym balsam, który w stosunkowo kameralnych okolicznościach Eufemii (20-30 osób) zadziałał doskonale.

Na kolejne solowe koncerty Jacka Mazurkiewicza Instytut Improwizacji z pełną odpowiedzialnością daje stempel highly recommended.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik

Przestój…

Z punktu widzenia Instytutu w najbliższym czasie najbardziej atrakcyjnym wydarzeniem koncertowym w Warszawie – które zbliża się już wielkimi krokami – będzie koncert wybitnego nowojorskiego muzyka o inicjałach TM, który zagra w duecie w warszawskim CSW. Lekką posuchę tłumaczą oczywistości: zamknięcie Powiększenia (miejmy nadzieję jak najkrótsze!), dwutygodniowy, zasłużony urlop koncertowy w Pardon To Tu.

Tymczasem interesująco przedstawia się koncert Warszawskiej Orkiestry Rozrywkowej, która 17 maja zmierzy się w Cafe Kulturalnej z artystą, którego dzieło w znakomitej części jest w stanie równać się ze skalą samego Pałacu Kultury – Frankiem Zappą. Noc ta – szczęśliwie, bądź nie – zbiega się z Nocą Muzeów. Bez wątpienia udanie się w takich okolicznościach na koncert jest lepszym pomysłem niż muzeum, najprostszy ze znanych mi powodów – koncert jest raz.

Oprócz tego warto zajrzeć do Eufemii na jeden z Impro Mitingów, które odbędą się jeszcze w pierwszej połowie maja.

W najbliższym okresie Instytut może wykazywać nieco mniejszą aktywność merytoryczną, z przyczyn wyżej wymienionych, a także niezależnych. Niemniej – w ramach być może powtórki z rozrywki – polecam zapoznać się z recenzjami, które opublikowałem w ostatnim numerze PopUpMusic:

Alchimia – „Lucile”

Chicago Underground Duo – „Locus”

Dawn of Midi – „Dysnomia”

Digital Primitives – „Lipsmuch/Soul serchin'”

Golden Retriever – „Seer”

Jeremiah Cymerman – „Pale Horse”

Jozef van Wissem & Sqürl – „Only Lovers Left Alive”

Poemss – „Poemss”

Postmarks – „National Parks”

Ter – „Fingerprints”

Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra – „Fuck Off Get Free We Pour Light On Everything”

Krzysztof Wójcik