Lado w Mieście [+Torstraßen Festival]: Lutto Lento / Sun Araw | Jaakko Eino Kalevi / Gelbart / Camera

Wyjątkowo i jednorazowo w tym roku Lado w Mieście odbyło się 2 dni z rzędu. Po regularnym czwartku, w piątek warszawski festiwal połączył się z berlińskim Torstraßen Festival, co zaowocowało intensywną muzyczną końcówką tygodnia. Dużo różnego, dla każdego coś miłego. A w szczegółach…

Czwartek 14.07, Cafe Kulturalna – Lutto Lento / Sun Araw

Jak dla mnie największą siłą muzyki Lutto Lento jest jej przygodowy potencjał, zdolność zaskakiwania słuchacza kolejnymi niekonwencjonalnymi, kolażowymi zestawieniami oraz dekonstrukcjami tworzywa bazowego. Raz mamy wycinankę o ostro zarysowanych krawędziach, innym razem wydzierankę o konturach nieostrych, poszarpanych. Raz elementy sprawiają wrażenie precyzyjnie scalonych, to znów ociekają klejem, kiedy indziej są sczepione jakimś pozornie nieprzystającym plastrem, albo taśmą dwustronną.

Lutto Lento1

Ale wracając do przygody. Moja przygoda z Lutto Lento rozpoczęła się na wysokości kasety „Unlucky” (bandcamp), z pamiętnym wykorzystaniem sampli z Enyi, ich „podwodnym” rozpuszczeniem w utworze „Siren”. Załapałem się na falę względnej popularności tego numeru w 2013 roku. I to była przygoda. Lutto Lento ma ciekawy, dygresyjny styl budowania narracji, a przy okazji smykałkę do budowania (wygrzebywania?) zapadających w pamięć motywów. Plądrofonia o bardzo imprezowej, atakującej czachę specyfice. Taka muzyka najlepiej brzmi głośno i późno przy ździebko przytępionych/wyostrzonych chemicznie/organicznie zmysłach (niepotrzebne skreślić). Biorąc to pod uwagę spodziewałem się, że występ Lutto Lento będzie zamykał koncerty drugiego tygodnia Lado w Mieście, które przez złą pogodę przeniosły się do Cafe Kulturalna. Niestety kolejność okazała się odwrotna, co w moim odczuciu nie przysłużyło się dramaturgii wieczoru. Szczególnie, że grający później Sun Araw raczej rozrzedzili intensywność i dynamikę, którą tak żmudnie budował Polak. Lub jak kto woli rozkakofonili (zastrzegam kopirajty). Następstwo niefortunne i złowróżbne, jak picie piwa po kilku kieliszkach wódki – nie może się dobrze skończyć. W dodatku piwa, które w założeniu ma oczarować zmysły bogactwem i zniuansowaniem nut smakowych…

Sun Araw

Cóż, fenomen Sun Araw jestem jeszcze w stanie zrozumieć na nagraniach, ale na żywo Panowie niemiłosiernie odlatywali w elektroniczne kliklikliklikliklik*%&$#&()*^%##@$%&*((()&^%$#@!klikliklik. Przy tym było trochę przyjemnego funku, odrobina dubowej psychodelii, ale miałem wrażenie, że trio za punkt honoru obrało strategię „zróbmy dziwnie, skorzystajmy naraz z tych wszystkich guzików i efektów, które mamy”. Pod koniec zespół zaczął bardziej osadzać muzykę na groovie, rozpędzeniu sekcji, ale ciężko mi powiedzieć jak brzmiał finał, bo nie doczekałem. Jak to się mówi, prawdopodobnie „nie zrozumiałem Sun Araw”. Zgadzam się. Nie byłem jedyny, chociaż wiele osób zostało, a polaryzacja słuchaczy to też rodzaj artystycznego triumfu. Nie zawsze musi się podobać. Nagłośnienie było natomiast bardzo przyzwoite, co dobrze wróży w przypadku zbliżających się koncertów w Kulturalnej.


Piątek 15.07, Plac Zabaw / BarKa

Żałuję, że spóźniłem się praktycznie na cały koncert Better Person (czyli Adama Byczkowskiego). Zdążyłem zaledwie na ostatni numer, więc ciężko mi się wypowiadać, aczkolwiek dopracowany sceniczny wizerunek a la lata 20. i dekadencki klimat muzyki robiły wrażenie, a znajomi, którzy widzieli cały występ byli bardzo zadowoleni. Cóż, innym razem.

Jaakko Eino Kalevi

Fuzyjny wieczór Lado w Mieście – Torstraßen Festival rozpocząłem de facto od koncertu fińskiego wokalisty Jaakko Eino Kaleviego z zespołem. I gdym nie wiedział, że artysta pochodzi ze Skandynawii, to pomyślałbym, że mieszka na jednym osiedlu w Kalifornii z Arielem Pinkiem. Co prawda Jaakko ma znacznie mniej krzykliwy wizerunek, ale już muzycznie bardzo blisko mu do estetyki prezentowanej przez Pinka albo np. Toro Y Moi. Psychodeliczny, rozmarzony, ciekawie zaaranżowany synth-pop (dużo dał udział saksofonu, perkusji i dodatkowej wokalistki). Słuchałem trochę Kaleviego przed koncertem na youtubie i brzmienie wydało mi się zbyt syntetyczne, produkcyjnie przepieszczone. Te mankamenty ulotniły się podczas występu na żywo, zespół zyskał odpowiedni pierwiastek życia i surowości. Sam Jaakko Eino Kalevi kilkukrotnie schodził z mikrofonem przed scenę by śpiewać wśród publiczności. Generalnie przyjemny, solidny i bardzo wakacyjny koncert w sam raz na plenerowe warunki Placu Zabaw.

Gelbart

Kolejne dwa występy były tymi, dla których specjalnie przyszedłem tego wieczoru nad Wisłę, a w szczególności jeden z nich. Mam tu na myśli berlińską neo-krautrockową Camerę. Zanim jednak warszawska publiczność przekonała się, że motorik, grany przez prawdziwych Niemców w blisko pół wieku od „wynalezienia”, dalej brzmi zajebiście, na scenie Placu Zabaw z solowym setem wystąpił Adi Gelbart. Artysta wywodzi się z hamburskiego Gagarin Records, wytwórni założonej przez Felixa Kubina pod koniec XX wieku i powinowactwo z brzmieniem Kubina było bardzo wyraźne. Charakterystyczne, naiwne melodyjki podlegające ciągłym transformacjom i bitowym stymulacjom Gelbart przełamywał od czasu do czasu partiami saksofonu. Te momenty były jak dla mnie najciekawsze, chociaż całego koncertu wysłuchałem z przyjemnością. Rodzaj prymitywistycznej, radosnej i bezpretensjonalnej elektroniki jaki lubię. W dodatku Gelbart jest multinstrumetalistą i widać było, że dobrze panuje nad tym co robi na scenie, a co najważniejsze nie puszczał muzyki z kompa. Do tego za plecami Niemca przewijały się lekko absurdalne wizualizacje, dobrze korespondujące z dźwiękiem.

Camera

Camera wystąpiła już na Barce, ponieważ późna pora wymusiła exodus z Placu Zabaw. W rezultacie Niemcy zagrali nie tylko dla publiczności zgromadzonej na łódce, ale też siedzącej na bulwarowych schodkach, czyli w sumie same plusy, szczególnie, że nagłośnienie było tip-top, a zespół zagrał bez wątpienia najbardziej porywający koncert wieczoru. Co z tego, że muzyka Camery daleka jest od nowatorstwa i brzmi jak jakiś zaginiony, surowy album Neu! w rozszerzonym składzie, jeśli funkcjonuje perfekcyjnie w sytuacji występu na żywo? Szczerze mówiąc wolę jeśli zespół sprawnie i kreatywnie rozwija patenty sprzed lat niż na siłę próbuje odkrywać Amerykę, a w dodatku robi to nieudolnie (piję tu do przekombinowanego Sun Araw). Imperatyw nowatorstwa w muzyce w XXI wieku jest utopią, sprzyjającą powstawaniu często jałowych i karykaturalnych eksperymentów. Camera zagrała porządny, pełnokrwisty i bardzo energetyczny koncert. Występ o na tyle silnym fizycznym uroku i oddziaływaniu, że absolutnie nie mam problemu z jego teoretyczną wtórnością. Dobry bit pozostanie dobrym bitem, a grunt to umieć nim operować. Camera potrafi.

Usatysfakcjonowany występem Niemców odpuściłem sobie trzy kolejne sety. Chociaż trochę żałuję niezobaczenia na żywo Xosar… W każdym razie, jak donoszą nieoficjalne, niezależne źródła, zabawa była przednia.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

PS: Kolejna odsłona Lado w Mieście już 21.07. Zagrają Kobiety i Pękala/Kordylasińska/Pękala. Instytut poleca.

Reklamy