DŹWIEKI WYKRZYCZANE [Vandermark & Nilssen-Love]… DŹWIĘKI UKRYTE [Jachna, Mazurkiewicz, Buhl] / Pardon To Tu

Paal Nilssen-Love & Ken Vandermark

Można odnieść wrażenie, że w ostatnich tygodniach w Pardon To Tu wyrównały się proporcje prezentowania muzyki polskiej i zagranicznej. W dodatku – co akurat nie jest dużą niespodzianką – wybierani są najciekawsi przedstawiciele/zjawiska krajowej sceny około improwizowanej (najogólniej mówiąc). Operując na przykładzie – w niedzielę zagrał międzynarodowy duet mistrzów intensywnego free (Ken Vandermark i Paal Nilssen Love), a we wtorek trio Wojciecha Jachny, Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla – autorów bardzo udanej tegorocznej płyty „Dźwięki Ukryte„. Były to koncerty o biegunowo różnej ekspresji, improwizatorskie yin i yang. By zachować harmonię opiszę oba w jednym tekście.

Nilssen-Love, Vandermark

Duet Vandermarka i Nillsena-Love widziałem już chyba po raz 3 w przeciągu ostatnich lat (i pierwszy raz w Pardon To Tu). Znając ich możliwości poszedłem na koncert w ciemno (a może właśnie w jasno?). Zawodnicy wagi superciężkiej, mistrzowie swego fachu, dobrze naoliwiona machina o, zdawać by się mogło, nieograniczonej mocy. Jestem przekonany, że nawet osoba nie przyzwyczajona do słuchania free impro doceniłaby sam wirtuozerski kunszt muzyków, niebywałe zgranie, wyobraźnię i nade wszystko pewność i determinacja w generowaniu kolejnych plątanin dźwięków. Jak w przypadku tych artystów zwykle bywa, koncert był mieszaniną intensywności i zaskoczenia. To jak Vandermark i Nilssen-Love potrafią nagle zmienić klimat występu o 180 stopni, przeskoczyć od funkowego, agresywnego pulsu  w subtelne, abstrakcyjne, sonorystyczne odloty, może przyprawić o zawrót głowy. Te dynamiczne zwroty akcji podobały mi się najbardziej. Vandermark szczególnie ciekawie prezentował się na potężnym saksofonie barytonowym i piskliwym, świdrującym klarnecie. Z kolei Nilssen-Love fenomenalnie operował rozmaitymi perkusjonaliami, wplatał ich brzmienie do całości narracji z typową dla siebie szybkością, fantazją i nadludzką wręcz precyzją.

Nilssen-Love, Vandermark 2

Panowie zagrali w pełni akustyczny występ, bez dodatkowego nagłośnienia. Dwa razy bisowali. Nilssen-Love schodząc ze sceny był przemoczony do suchej nitki i musiał się podtrzymywać ściany – czyli standard. Czy ten duet byłby w stanie zagrać w ogóle zły koncert? Szczerze wątpię. Intensywny strumień świadomości – zmysłowy w tym sensie, że działał fizyczną, niezwykle pewną siebie energią przekazu. Taki muzyczny ekwiwalent action painting.

—————————————————————-

Mazurkiewicz & Jachna

Jeśli koncert Vandermarka i Nilssena-Love stał pod znakiem ognia, to występowi tria Jachna / Mazurkiewicz / Buhl najbardziej odpowiadałaby woda, jednakże w różnych stanach skupienia. Dominowała para, przestrzenna mgła dźwięków często jedynie delikatnie sygnalizowanych, eterycznych. Jeśli Vandermark i Nilssen-Love grali w zwarciu, dynamiczną, agresywną koszykówkę pełną zwodów, to polskie trio uprawiało bardziej badmintona, posyłając lotkę wysoooko, reagując sprawnie na nieprzewidziane podmuchy wiatru, rażące słońce, okazjonalne uderzenia kantem rakietki itp.

Buhl & Mazurkiewicz 2

Ten koncert nie bazował na intensywnej, wykrzyczanej muzycznej energii, a bardziej na kreowaniu klimatu, na tworzeniu przestrzeni dla różnych dźwiękowych osobliwości – w taki sposób, że zawsze wydawały się być na miejscu. Tytuł płyty tria „Dźwięki Ukryte” jest wyjątkowo znaczący. Ta muzyka wyłania się z ciszy, krystalizuje się niepostrzeżenie z elementów „pozamuzycznych”, dźwięków tła, atmosfery – tutaj duże brawa za umiejętne wykorzystanie elektroniki i preparowanie instrumentów. Wszystko to spaja siatka transowego, zadumanego groove’u, który mógłby trwać, trwać i trwać (najlepszym przykładem utwór „Nie wiem, myślę”, poważny kandydat do nagrody „groove roku”). W tak luźnej, otwartej, rytmiczno-elektronicznej strukturze, tworzonej przez Jacka Mazurkiewicza i Jacka Buhla, Wojciech Jachna był (na koncercie) / jest (na płycie) w bardzo komfortowej sytuacji – może sobie pozwolić na bardzo wiele. A jego dość powściągliwy, subtelny styl, odznaczający się dużą wrażliwością melodyczną, doskonale wypełniał pozostawioną mu przestrzeń, nie dominując nad całością.

Koncert, jak i sama płyta, przywołują mi trochę na myśl muzykę Joshuy Abramsa pod szyldem Natural Information Society. Abrams tworzy podobnie otwarte, transowo-medytacyjne konstrukcje, w których klimat odgrywa znacznie większą rolę niż wirtuozeria [posłuchajcie koniecznie zeszłorocznej płyty Abramsa „Magnetoceptionklik!] Energia, moc tej muzyki polega na strategii „slow power”. I im dłużej trwał koncert Jachny, Mazurkiewicza i Buhla, tym bardziej dawało się to odczuć. Panowie szukali dźwięków ukrytych, a słuchacze mogli zamknąć oczy i odlecieć we własnych poszukiwaniach. Jedno małe „ale” – kontrabas Jacka Mazurkiewicza, według mnie głównego nawigatora tej psychodelicznej wycieczki, mógł być odrobinę głośniejszy. Natomiast siłą samej płyty „Dźwięki ukryte” jest jej precyzyjna konstrukcja, naprzemienność utworów o zróżnicowanym charakterze, która sprawia, że album broni się jako zagadkowa i wielowątkowa całość. Udało się ten klimat oddać na koncercie co w przypadku tak intrygującego materiału jest sukcesem samym w sobie.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Reklamy

Recenzje, wywiady – PopUp #46, post scriptum indywidualne

okładka PopUp #46

Nowy numer PopUpMusic od kilku dni śmiga po internecie. Po raz kolejny zasiliłem go serią tekstów, których tematyka czy też „przedmiot” są nieprzypadkowe. W oceanie artystów i wydawnictw właściwa selekcja to istotny, o ile nie najistotniejszy aspekt krytyki muzycznej w ogóle. Dodawać nie muszę, że uwzględnienie wszystkiego, co ciekawe jest niemożliwe – ale dodam, bo to prawda. Wbrew niekiedy utrzymywanym pozorom nawet ludzie piszący o muzyce mają ograniczenia może nie tyle percepcyjne (choć te również się zdarzają), ale zwyczajnie czasowe. Niemniej jestem przekonany, że najnowszy PopUp stanowi względnie szerokie kompendium wiedzy (informacji? refleksji?) o aktualnie interesujących zjawiskach muzycznych. Dlatego zanim przejdę do części indywidualnej gorąco polecam zapoznanie się z różnorodną całością numeru. Nie przeczytałem jeszcze wszystkiego (nieregularniki wręcz należy sobie dawkować), ale z dłuższych form z pewnością warto sprawdzić wywiad z Ukrytymi Zaletami Systemu. Trio wydało bardzo mocny debiut (klik), szczególnie ciekawy w warstwie tekstowej. Rozmowa z Garym Lucasem, jednym z ostatnich współpracowników Captaina Beefhearta i Jeffa Buckleya, również na dużym „propsie”.

Osobiście postanowiłem skupić się głównie na muzyce polskiej. Chociaż „postanowiłem” to złe słowo – po prostu na krajowej scenie działo się w ostatnich miesiącach dużo dobrego, o czym zwyczajnie przemilczeć się nie dało. Zatem z 11 recenzji, które napisałem tylko dwie pozbawione są jakiegokolwiek polskiego akcentu: „Reverse Blue” Mary Halvorson i kooperacja „Radian vs. Howie Gelb”. Także drobne odchylenia w stronę USA i Europy Zachodniej, swoją drogą muzycznie bardzo ciekawe.

Wszystkie recenzje, w których maczałem palce w kolejności alfabetycznej:

1. Artur Maćkowiak & Grzegorz Pleszyński – „A Sound Of The Wooden Fish”

Maćkowiak, Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish

2. Hang Em High – „Beef & Bottle”

hang-em-high-beef-bottle

3. Jacek Mazurkiewicz solo, 3FoNIA – „Chosen Poems”

3FoNIA, Jacek Mazurkiewicz - Chosen Poems

4. Ksawery Wójciński – „The Soul”

Ksawery Wójciński - The Soul

5. Gerard Lebik, Piotr Damasiewicz, Gabriel Ferrandini – „veNN Circles”

Lebik, Damasiewicz, Ferrandini - veNN circles

6. Lotto – „Ask The Dust”

LOTTO - Ask The Dust

7. Mary Halvorson – „Reverse Blue”

Mary-Halvorson-Reverse-Blue

8. Paweł Bartnik – „Bez Tytułu”

Paweł Bartnik - Bez tytułu

9. Radian & Howe Gelb – „Radian Verses Howe Gelb”

Radian verses Howe Gelb

10. Scott Stain – „I’ve Always Wanted to Meet You”

Scott Stain - I've Always Wanted To Meet You

11. Wacław Zimpel To Tu Orchestra – „Nature Moves”

Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature Moves

Jak widać zestawienie zdominowały indywidualne wypowiedzi artystyczne i ta przewaga wpisuje się zresztą doskonale w specyfikę ubiegłego roku.

Udało mi się również porozmawiać z autorami dwóch bardzo dobrych solowych krążków, które wyszły w ostatnich miesiącach – z Jackiem Mazurkiewiczem i z Hubertem Zemlerem. Płyty obu Panów są znakomitym świadectwem tego jak przy użyciu minimalnych środków stworzyć muzykę niejednoznaczną, wielowarstwową i samowystarczalną.

Wywiad z Jackiem Mazurkiewiczem

Wywiad z Hubertem Zemlerem

Niniejszym gorąco polecam lekturę 46 numeru PopUp’a!

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Warsaw Improvisers Orchestra w Pardon To Tu

Warsaw Improvisers Orchestra

W przeciągu 2014 roku na scenie Pardon To Tu wystąpiła cała plejada wielkich nazwisk muzyki improwizowanej, czego absolutnym przesileniem był listopad, kiedy średnio co trzy dni przy pl. Grzybowskim gościła kolejna gwiazda. Klub ściągał w tym roku artystów niemal z całego świata i stosunkowo rzadko prezentował twórców lokalnych, stawiając bardziej na program międzynarodowy. Sytuacja uległa znacznej zmianie w grudniu, kiedy line-up wypełniły niemal wyłącznie polskie składy, a na zamknięcie koncertowego sezonu wystąpił projekt ze wszech miar wyjątkowy w pejzażu krajowej sceny – Warsaw Improvisers Orchestra.

Orkiestra powołana do życia przez Raya Dickaty’ego zrzesza mieszkających w Warszawie improwizatorów, zarówno muzyków znanych z różnych innych projektów, z powiedzmy bogatszym cv, jak i artystów dopiero debiutujących. Chęć wspólnej gry wydaje się podstawowym kwalifikatorem – pomijając, lecz nie zapominając o umiejętnościach – który decyduje o dołączeniu do kolektywu. W efekcie oglądając WIO można zetknąć się z dużym i różnorodnym fragmentem warszawskiej sceny improwizowanej, a bigbandowy charakter występów każdorazowo nieco inaczej skompilowanego składu, ma bardzo dużą siłę rażenia. Oglądając kilka razy Orkiestrę na bardziej kameralnych, comiesięcznych występach w Chmurach myślałem, że tylko kwestią czasu będzie przeniesienie się zespołu w przestrzenie bardziej dostępne dla szerszej publiczności. Koncert w Pardon To Tu, które jest stołecznym salonem muzyki improwizowanej, stanowił pierwszą z rezydencji WIO poza – w ostatnich miesiącach – praskim matecznikiem. Oprócz kilkunastu muzyków na scenie pojawił się również Chór Eksperymentalny, a całość została zamknięta w dwóch, mocno kontrastujących setach.

Rozdział I

WIO2

Podczas części pierwszej wystąpiło „zaledwie” ośmiu muzyków pod precyzyjną dyrygenturą Raya Dickaty’ego. Koncert otworzyła delikatna noise’owa elektronika Łukasza Kacperczyka, do której po chwili dołączyła na wokalu Hania Piosik. I tak jak elektronika w dalszej części schowała się nieco na plan dalszy (trochę ku mojemu rozczarowaniu), tak wokal przez cały set był jednym z głównych, dominujących pierwiastków w tej odsłonie Orkiestry. Muszę przyznać, że odrobinę zaskoczyła mnie strategia jaką obrał Ray Dickaty. Muzyk postanowił nie eksploatować potencjału dużego składu w celu tworzenia spektakularnych, głośnych kulminacji, a bardziej skupił się na tworzeniu bardzo uporządkowanej narracji, konsekwentnie wprowadzając i wygaszając kolejne instrumenty. Muzycy zestawiani byli ze sobą najczęściej w duety – wokalistce akompaniowała na flecie Daria Wolicka, z Natanem Kryszkiem na saksofonie w dialog wchodził bardziej sonorystyczny, pozytywnie piskliwy klarnecista Piotr Mełech. Sekcja smyczkowa z Ksawerym Wójcińskim i Mikołajem Pałoszem była bardziej ograniczona do roli tła. Mocna i głośna perkusja Dominika Mokrzewskiego pojawiała się w wybranych momentach i również poddana była arbitralnej dyscyplinie, jaką narzucał na muzyków Dickaty. Brytyjski saksofonista eksperymentował z aranżacją, testując różne konfiguracje instrumentalne i budując dość intensywny klimat, który jednak ani razu nie został doprowadzony do pełnej eksplozji, pozostał w napięciu i zawieszeniu do samego końca. W kontekście kolejnego setu podobne niedopowiedzenie zafunkcjonowało interesująco, choć mogło budzić lekki niedosyt u słuchaczy spodziewających się potężnego, orkiestrowego brzmienia. W zamian Dickaty zaproponował publiczności mocno zniuansowany, subtelny i wyciszony instant-composing.

——————————————————————————————————

Rozdział II

WIO1

Miałem wątpliwości czy scena Pardonu pomieści 21 muzyków, ostatecznie jakimś cudem się to udało. Mistrzem ceremonii drugiego setu był Dominik Strycharski, muzyk, który potwierdził już w tym roku osobowość urodzonego lidera nagrywając w septecie, jako Pulsarus „Bee Itch”, album pełen monumentalnych i bogatych aranżacyjnie kompozycji. W związku z tym nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że Strycharski znakomicie odnalazł się w roli dyrygenta. Sam skład Orkiestry został nieco zmodyfikowany i rozszerzony do 11 muzyków – dołączyły 2 trąbki, 3 saksofony, skrzypce i gitara basowa, natomiast odpadł wokal, flet i elektronika. Tak jak pierwszy set był stosunkowo spokojnym i różnorodnym budowaniem wypowiedzi, tak druga część wieczoru stanowiła instrumentalno-wokalne trzęsienie ziemi pełne nagłych wybuchów kolektywnej energii. Strycharski postawił na brzmienie potężne i pulsujący groove generowany w mniejszych podgrupach. Wyciszenia stanowiły jedynie pretekst dla przesileń, kompulsywnych, głośnych spięć. Poszczególne sekcje płynnie się przeplatały w improwizacjach, a bigbandową, jazzową konwencję całości ciekawie przełamywały wokalne eksperymenty chóru, nadając występowi nieoczywisty i nieprzewidywalny charakter, niekiedy przynoszący skojarzenia z Fire! Orchestra. Warto podkreślić, że z wyjątkiem elektrycznej gitary basowej Jacka Mazurkiewicza brzmienie Orkiestry było właściwie pozbawione asysty energii elektrycznej. Muzyk w drugiej części występu podbudował całość charakterystycznym riffem, na którego kanwie (i mocnym perkusyjnym bicie) toczyły się dalsze improwizacje. Bardzo dobrze wypadły przekrzykujące się dęciaki – intensywna, świdrująca trąbka Redy Haddada, ciekawie kontrastowała z trochę bardziej delikatnym i rozkołysanym brzmieniem Olgierda Dokalskiego. Trębaczy bardzo dobrze podkręcał przeszywający klarnet Piotra Mełecha. Strycharski „uruchamiał” poszczególnych muzyków z zawrotną prędkością, testując ich refleks i zdolności natychmiastowego ustosunkowania się do wcześniejszych partii – było to szczególnie wyraźne w dialogach saksofonów (trzech tenorów i głębokiego barytonu Kryszka), ale nie tylko (np. smyczkowce – chór). Właściwie cały występ miał charakter ćwiczenia na szybkość i kreatywnośc reagowania, co często popychało narrację na zupełnie nowe tory. Pasjonujące, porywające widowisko.

Wieczór pokazał dwa odmienne oblicza Warsaw Improvisers Orchestra. Jednocześnie były to wizerunki jedne z wielu, ponieważ przez skład kolektywu rotacyjnie przetacza się właściwie drugie tyle muzyków (o ile nie więcej). Część z nich przyszła do klubu w charakterze widzów. Nie wiem czy Pardon To Tu mogło wybrać na zakończenie sezonu koncertowego bardziej pełnokrwiste, a zarazem lokalnie zakorzenione zwieńczenie. Warszawska scena pokazała moc. Jeśli chcieć szukać polskiego odpowiednika kultowego AACM, to chyba właśnie WIO ze swoją egalitarną formułą byłoby mu najbliższe. Ale chyba nie ma sensu na siłę tworzyć analogii – Orkiestra powołana przez Raya Dickaty’ego ma swoją własną specyfikę i autonomiczny charakter. I fajny skrót. A ja chyba jeszcze nigdy nie miałem w tagach pod wpisem aż tylu nazwisk…

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Jacek Mazurkiewicz – 3FoNIA – w Pardon To Tu

Jacek Mazurkiewicz1

Pamiętam jak przed kilkoma miesiącami widziałem koncert Jacka Mazurkiewicza w Eufemii. Wówczas na sali było maksymalnie kilkanaście osób, a kontrabasista znajdował się na etapie pracy nad debiutanckim solowym krążkiem. Występ w Pardonie stanowił część trasy promującej album „Chosen Poems” (o którym więcej w swoim czasie) i był to pierwszy koncert Mazurkiewicza po supportowaniu dwóch występów Swans. Jak widać, nawet na papierze (papierze?) brzmi to dość doniośle.

3FoNIA to projekt, w którym tradycyjne brzmienie kontrabasu jest zaledwie pretekstem do budowania narracji elektroakustycznej. W efekcie akustyczny fundament instrumentalny bardzo często ginie, zaciera się, a dźwięki na żywo samplowane i przetwarzane, ulegają transformacji w futurystyczne formy bliższe noise’u, czy muzyki ambient. Jednocześnie kontrabas i improwizacja w dalszym ciągu są podwaliną estetyki jaką Mazurkiewicz prezentuje. W porównaniu z bardzo dobrym koncertem z Eufemii tym razem narracja artysty była bardziej nieuporządkowana i trochę chaotyczna. Widać było, że momentami brzmienie całości wymyka się i nie idzie do końca po myśli autora, chociaż nieustannie próbował je skrupulatnie porządkować. Elektronika wykazywała nieco mniejszą subordynację niż przed paroma miesiącami – tym razem osmoza pomiędzy nią a instrumentem zachodziła na nieco bardziej szorstkich zasadach. Mazurkiewicz rozpoczynał każdą z dwóch części koncertu wstępem unplugged, po czym miarowo przystępował do preparacji dźwięku, kierowania go na inne tory. Pierwsza połowa dryfowała w stronę ambientalnej psychodelii, dla której momentem kulminacyjnym było wykorzystanie kamertonów podtykanych do mostka instrumentu. Druga część występu upłynęła pod znakiem akustycznie generowanego noise’u, monumentalnej kompozycji „Karkowski” będącej hołdem dla niedawno zmarłego artysty. Utwór jest chyba najlepszym przykładem jak radykalnie w swych eksperymentach Mazurkiewicz jest w stanie się posunąć.

Jacek Mazurkiewicz 3

Był moment podczas pierwszej części występu, kiedy na chwilę zamknąłem oczy. Jak je otworzyłem to na scenie stał tylko kontrabas, Mazurkiewicz zniknął jak Houdini, mimo że zapętlony dźwięk w dalszym ciągu roznosił się po sali. Okazało się, że muzyk zapomniał pałek perkusyjnych i pobiegł po nie na backstage. To była dość symptomatyczna sytuacja dla wieczoru, podczas którego muzyka i pewien rodzaj rozkojarzenia raz dawały efekty znakomite, raz zaskakujące, a kiedy indziej konsternowały i pozostawiały wrażenie nie do końca wykorzystanego potencjału, który gubił się w chaosie. W związku z tym wieczór był interesujący z performatywnego punktu widzenia, natomiast całościowo pozostawił we mnie odczucia ambiwalentne. Niemniej z chęcią wybiorę się na kolejny solowy występ Mazurkiewicza, ponieważ jego artystyczna nieprzewidywalność i nieokrzesanie w połączeniu z bardzo dobrym warsztatem instrumentalnym i eksperymentalnym zacięciem niejednokrotnie dają efekty spektakularne. Póki co najlepszą okazją żeby się o tym przekonać jest album 3FoNII „Chosen Poems”, natomiast na koncertach można spodziewać się niespodziewanego.

Krzysztof Wójcik (((ii)))

Ksawery Wójciński solo w Faworach + niespodzianki

Pierwszy jesienny występ i pierwszy jesienny post Instytutu.

20140925_210829

Areną czwartkowego koncertu Ksawerego Wójcińskiego była żoliborska kawiarnia Fawory, miejsce chciałoby się rzec marginalne jeśli chodzi o koncertowe życie Warszawy. Nie jest to do końca prawda. W Faworach nie dzieje się może muzycznie „aż tyle”, co w innych klubach stolicy, jednakże jest to punkt koncertowo przechrzczony już nie raz – Fawory swego czasu otwarte były chociażby na Impro Mitingi. Również na niniejszych łamach kawiarnia doczekała się tekstu przed paroma miesiącami.

Żoliborski lokal dysponuje dosyć niewielką przestrzenią (nie mówiąc o „scenie”), która wprost idealnie nadaje się na koncerty małego formatu. Solowy występ Wójcińskiego przyciągnął stosunkowo liczne audytorium. Ciężko się temu dziwić. Kontrabasista w ostatnich latach swoimi wydawnictwami i ogólnie pojętą muzyczną aktywnością ciężko zapracował na mocną pozycję na scenie improwizowanej. Hera to przykład oczywisty, ale warto wspomnieć chociażby o niedawnej współpracy Wójcińskiego z legendą nowojorskiej sceny free – Charlesem Gaylem. O mini-koncercie, który polski muzyk zagrał w kwietniu tego roku w Powiększeniu słyszałem same superlatywy, dlatego tym chętniej wybrałem się na Żoliborz…

20140925_205751

Kontrabas to instrument niezwykły, dysponujący szalenie szerokim spektrum brzmień i odcieni. Najłatwiej się o tym przekonać właśnie w sytuacjach, kiedy ma on do zagospodarowania pełnię przestrzeni akustycznej – w małych, kameralnych składach lub właśnie solo. Wójciński ma do kontrabasu podejście charakterystyczne, pozwalające na snucie interesujących, samodzielnych muzycznych opowieści. W wywiadzie jaki w ostatnim czasie muzyk udzielił dla magazynu JazzPress, podkreślał on rolę ciszy jako fundamentu dla dźwięku i muzyki jako takiej. Ten – jak udowodnił chociażby Cage – nieistniejący, mityczny wymiar braku jakichkolwiek zjawisk akustycznych, potraktowałbym jako punkt wyjścia do opisania czwartkowego wieczoru. Wójciński zaczął od dłuższej chwili milczenia, i w tak przygotowanej audiosferze zaczął pierwszą z dwóch improwizowanych partii koncertu. Horyzontalnym, trochę drone’owym pociągnięciom smyczka towarzyszyły miarowe akcenty pojedynczych strun, które wybrzmiewały na tle rozwijającej się głębokiej harmonii. Z czasem te minimalistyczne wariacje zaczynały gęstnieć, przybierać formę bardziej złożoną o odrobinę folkowej, transowej melodyce. W drugiej części występu Wójciński odrzucił smyczek, początkowo na rzecz szklanki, którą wykorzystał jako slide. Gra przybrała formę nieco bardziej eksperymentalną, lecz uporządkowaną, nie była błądzeniem po omacku. W muzyce pojawił się puls, powtarzalne struktury riffowe, o hipnotycznym, nieco orientalnym charakterze. Wójciński zaczął grać bardziej fizycznie, a ekspresja znajdowała dobre ujście chociażby w mocnym slappingu, który nadał muzyce przyjemny, nienachalny groove. Każdorazowo improwizacje utrzymywały dobrą dramaturgię, a kontrast między dwiema częściami występu pozwolił na zachowanie dobrego balansu całości. Wójciński nadawał zakończeniom pomysłowe formy – raz był to pingpongowo odbijający się od strun smyczek, raz odgłos odłączanego wzmacniacza.

Lubię tego rodzaju występy – niewielkie, trochę partyzanckie, kiedy obcowanie z muzyką ma charakter intymny i bezpośredni, a na widowni nie ma osób przypadkowych (choć z takimi czasem bywa ciekawiej). Podobny koncert – pod względem kameralnego wymiaru – zagrał na początku sierpnia Jacek Mazurkiewicz w Eufemii. Ciężko mi dzisiaj, z perspektywy czasu porównywać te dwie efemeryczne wypowiedzi artystyczne na poziomie szczegółów, niemniej każda z nich była niezwykle intrygująca pod względem oryginalnego, nieidiomatycznego zastosowania kontrabasu. Ten często marginalizowany, czy drugoplanowy instrument dzięki umiejętnie prowadzonej narracji potrafi zyskać zupełnie nieoczekiwany wymiar. Na koniec szczypta dziennikarskiej pikanterii: w najbliższych miesiącach słuchacze będą mieli okazję zapoznać się z solowymi albumami wspomnianych improwizatorów, więc zalecam trzymanie ręki na pulsie. Szykuje się zatem mała kontrabasowa jesień (zima?), a sam koncert Wójcińskiego wpisał się doskonale w aurę dopiero co nastałej pory roku.

——————————————————————————————————–

„Niespodzianki”

A raczej powroty do przeszłości.

20140916_130412

Z racji tego, że jest to pierwszy post po dość długiej przerwie – a zarazem ostatni przed kolejną długą przerwą – trzeba nadrobić zaległości. W trakcie minionych tygodni mimo recenzenckiego (i ogólnego) zapracowania udało mi się wpaść na 2 koncerty do Pardon To Tu. Występy co prawda spoilerowałem na fb, lecz nie skwitowałem ich post factum żadnym komentarzem, który wystosowuję teraz w sposób raczej skrótowy. „Łapię chwile ulotne jak ulotka…” i tak dalej.

Spill (Tony Buck & Magda Mayas)

20140909_213148

Bardzo demokratyczny duet o niezwykle otwartym podejściu do improwizacji. Cieszy fakt kolejnego już w tym roku spotkania na scenie Tony’ego Bucka, perkusisty o przebogatym muzycznym języku i niesłychanej wyobraźni rytmicznej, która okazała się doskonale korespondować z bardzo kreatywną grą Magdy Mayas. Duet perkusja – klawinet to dosyć niestandardowa konfiguracja, jednak nie miałem podczas występu uczucia jakiegokolwiek braku – był to skład optymalny, a muzyka złożona, eksperymentalna, obdarzona nieco surrealistycznym klimatem. Raz spokojna i delikatna, innym razem brudna i intensywna na poziomie szczegółów. Występ miał charakter linearnego budowania płynnie ewoluującej improwizacji. Bardzo solidny, a pod względem brzmieniowym wręcz odświeżający koncert.

Marek Kądziela / Jacek Mazurkiewicz / Krzysztof Szmańda

20140915_210538

Skład okazał się absolutnie nieprzewidywalny – w pełnym tego słowa znaczeniu. Tworzący trio artyści pochodzą z różnych muzycznych światów. Znalazło to odzwierciedlenie w muzyce, której eklektyzm był na granicy chaosu, a konferansjerka dryfowała za granice purnonsensu i absurdu. Koncert niekiedy niebezpiecznie ocierał się o jazzowy mainstream głównie za sprawą ekstrawertycznej gitary Kądzieli o swingujących tendencjach do solowej dominacji. Znacznie ciekawiej wypadały eksperymenty gitarzysty z efektami i elektroniką. Innym razem skład zapuszczał się w rejony wyciszone, bardziej sonorystyczne, skupione na eksplorowaniu brzmienia poszczególnych instrumentów. Czasami muzycy nurkowali w wartki nurt pulsującego groove’u o trochę afrykańskiej, transowej rytmice przybrudzonej kąśliwą gitarą.

20140915_213513

Był to występ z dużą dozą luzu, spontaniczności, które nadały całości znamiona swobodnego jam session. Dla muzyków chyba najważniejsza tego wieczoru była wspólna zabawa na scenie, a niekoniecznie prezentacja jakiejś spójnej estetycznej wizji. Ostatecznie słuchało mi się Kądzieli, Mazurkiewicza i Szmańdy przyjemnie, jednak ciężko mi postrzegać ten skład jako zespół. Nie dosłyszałem w grze wspólnego mianownika, który z trzech indywidualności stworzyłby trzy części jednej całości. Chyba, że miała ona powstać na zasadach dysproporcji, chaosu i kontrastów – wtedy zgoda. Ciekawy występ, mimo wątpliwości poznawczych jakie zrodził, a może właśnie dzięki nim.

Tekst i materiały wizualne: Krzysztof Wójcik

Jacek Mazurkiewicz solo w Eufemii

20140805_215235

Odkąd obejrzałem wideo promujące 3FoNIĘ, solowy projekt Jacka Mazurkiewicza, nie wahałem się ani chwili z pójściem na wtorkowy występ kontrabasisty w warszawskiej Eufemii. Inowrocławski artysta od wielu lat występuje w szeregach rozmaitych składów autorskich, grywał również z wybitnymi osobowościami takimi jak Andrzej Przybielski, czy Mikołaj Trzaska. Jedynie w tym roku muzyk, jako członek Pulsarusa przyczynił się do powstania bardzo solidnej płyty „Bee Itch”, natomiast w składzie o połowę mniejszym (wraz z Robem Brownem i Danielem Levinem) powołał do życia album „Day In The Life Of The City”, będącą czymś w rodzaju muzycznej pocztówki z wycieczki po Polsce. Jednym słowem – podobnie jak większość muzyków improwizujących – Jacek Mazurkiewicz ma pełne ręce roboty. Koncert w Eufemii był w pewnym sensie testowaniem na żywo strategii artystycznej, która już w najbliższych miesiącach zostanie spetryfikowana na krążku i wydana pod szyldem 3FoNIA. Jeżeli Mazurkiewiczowi uda się skrzesać na albumie podobnie spójną, wielobarwną i wciągającą muzyczną opowieść, to bez wątpienia będzie można mówić o jesiennej premierze w kategoriach wydarzenia.

20140805_215432

3FoNIA to w zasadzie „jedynie” kontrabas, sampler i rzecz jasna muzyk. Jak powszechnie wiadomo występy solowe to występy trudne, wymagające, jednak przez swój wyjątkowo intymny, bezpośredni charakter mają potencjał do przepoczwarzenia się niekiedy w widowiska jedyne w swoim rodzaju. Tak było tym razem. Koncert został podzielony na dwa długie sety oraz nieco krótszy bis. Początkowo Mazurkiewicz powoli rozwijał intensywność narracji za pomocą smyczka, jednak po pewnym czasie, dzięki wykorzystaniu samplera, muzyka zaczynała pączkować, bogacić się o kolejne warstwy. Podobna strategia towarzyszyła drugiej części koncertu, którą zdominowała z kolei gra palcami, bardziej rytmiczna, niekiedy tworząca szczątkowy groove. Kontrabasista generował poszczególne sample w czasie rzeczywistym, nie posługując się uprzednio przygotowanymi prefabrykatami. Robiło to duże wrażenie, szczególnie biorąc pod uwagę niezwykłą spójność powstającej struktury. Dźwięki płynnie ewoluowały od ambientalnej kameralistyki do brzmień ocierających się o eksperymentalną muzykę elektroniczną, jednak jest to kategoryzacja niewyczerpująca sprawy, ponieważ gra Mazurkiewicza miała raczej charakter ponadgatunkowy. Przypominała układanie domku z kart, pochodzących z różnych talii, jednak nie zaważało to na harmonii finalnej konstrukcji. Artysta poddawał instrument preparacjom, dzięki którym uzyskiwał efekty sonorystyczne nietypowe dla tradycyjnego kontrabasu. Uderzając pałeczkami w dobrze nagłośniony mostek generował głębokie perkusyjne fragmenty, które następnie stawały się podkładem rytmicznym, bitem. Innym razem wprawiane w drgania kamertony wytwarzały hipnotyczne plamy dźwięku, przypominające grę na kieliszku. Wszystkie te zabiegi spięte estetyczną wizją Mazurkiewicza złożyły się na klarowny muzyczny przekaz utrzymany w formie molowej, raczej sennej, lecz zdecydowanie pozbawionej monotonii – muzyka nieustannie wędrowała do przodu w sposób linearny. Świetny soundtrack dla wyobraźni.

20140805_215321

Koncert okazał się – przy całym swym eksperymentalnym potencjale – zaskakująco dobrze przyswajalny, wręcz odświeżający, w większości improwizowany, lecz pozbawiony chaotyczności (często z improwizacją utożsamianą). Być może na harmonijnym i kojącym charakterze występu zaważyło doświadczenie, jakie Mazurkiewicz pozyskał w intrygującym muzyczno-terapeutycznym projekcie Gabinet Masażu Ucha Wewnętrznego, który współtworzy z Patrykiem Zakrockim? Niewątpliwie dla osoby powracającej wprost z dużego festiwalu wtorkowe dźwięki kontrabasu były niczym balsam, który w stosunkowo kameralnych okolicznościach Eufemii (20-30 osób) zadziałał doskonale.

Na kolejne solowe koncerty Jacka Mazurkiewicza Instytut Improwizacji z pełną odpowiedzialnością daje stempel highly recommended.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Wójcik